Pages

środa, 28 stycznia 2026

Drumbientone (feat. Mira Opalińska) - "Time Diary"

Drumbientone (feat. Mira Opalińska)

Bartłomiej Oleś - kompozycje, produkcja, elektronika
Mira Opalińska – fortepian

Tytuł albumu: "Time Diary"

Wydawca: Audio Cave (2025)

Tekst recenzji: Mateusz Chorążewicz


„Time Diary” jest albumem bardzo ambientowym. I to nie w tym rozumieniu, że „trochę spokojnym”, tylko w tym najbardziej dosłownym, klasycznym sensie: muzyka oddycha, ma wokół siebie dużo powietrza, a cisza bywa tu równie znacząca jak dźwięk. W wielu momentach mam wrażenie, że nie śledzę melodii, tylko pozwalam, by kolejne fragmenty same układały tempo oddechu. Wszystko płynie podobnym nurtem, lecz detal zmienia kolor. Raz cieplejszy, raz surowszy.

Na brzmienie składają się trzy zasadnicze warstwy: fortepian, syntezator i nagrania otoczenia. Strumień, wiatr, szum morza, deszcz, stukot pociągu, gwar ulicy. To wszystko nie jest jednak doklejone na zasadzie „ładnego tła”, tylko stanowi pełnoprawny materiał budujący narrację. Co ciekawe, proces powstawania kompozycji biegł od środka na zewnątrz: najpierw pojawiały się partie fortepianu (z góry napisane, nie improwizowane), a dopiero później Oleś nabudowywał na nie elektronikę i field recordingi. I to słychać. Fortepian jest tu osią, a reszta zachowuje się jak pogoda: zmienia klimat, gęstość i temperaturę, ale nie próbuje udowodnić, że jest ważniejsza od krajobrazu.

Wibracyjnie jest to materiał medytacyjny. Nie ma tu pośpiechu, nie ma „point” podkreślanych na czerwono, nie ma dramatycznych zwrotów akcji. Jeśli ktoś liczy na wyraziste kulminacje, to trafił nie pod ten adres. To raczej muzyka do wyciszenia i skupienia, do słuchania bez presji, że „zaraz musi się wydarzyć coś ważnego”, niż do jakiejkolwiek formy tanecznej ekspresji. Delikatnie mówiąc, parkiet nie ucierpi.

Czy jest to jazz? No nie. Z jazzem jako takim ma to niewiele wspólnego. I nie jest to zarzut, tylko stwierdzenie faktu, które w gruncie rzeczy ma znaczenie głównie porządkujące. Zresztą, nie uznaję jazzu jako sztywnej definicji, więc cała ta uwaga jest bardziej poznawcza niż oceniająca. Jeśli już szukać tu mostów, to w sposobie słuchania i wrażliwości na barwę, nie w języku improwizacji czy rytmicznym „tu i teraz”.

Trzeba natomiast uczciwie powiedzieć, że „Time Diary” jest dla dość specyficznego grona odbiorców: dla ludzi, którzy potrafią słuchać przestrzeni, a nie tylko dźwięków, i których nie zniechęca fakt, że „mało się dzieje”. Taki mały klub miłośników ciszy z dodatkiem fortepianu. Jeśli do niego należysz, ta płyta wejdzie jak ciepły koc w listopadzie. Jeśli nie, możesz się odbić, zanim zdążysz dopić kawę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz