Mazzoll Burnos Zieniawa
Jerzy Mazzoll - klarnet basowy, metal klarnet
Szymon Burnos - keyboard, elektronika, nagrania terenowe
Liliana Zieniawa - perkusja
Album: "Bromberger Strasse"
Wydawca: Mazzoleum (2026)
Tekst: Piotr Banasiak
Polish Jazz Editor's Choice
Zaprawdę powiadam Wam – być może Album Roku.
„Panie! Jak Boga kocham, sam widziałem. Ta młoda, to se przyjechała z Berlina, Ten tamten se przyjechał z Gdańska, Panie. I tego, Panie, tam na Bydgoskiej pińdziesiont to taki nowy dom kultury tera otworzyli. Hub czy jakoś tak. I Panie tam jest taka kanciapa, co Ten starszywysokitrochęsiwy ich tam wzion i oni Panie się tam zamkli i se grali Panie. Godzinę se grali Panie. A ten z Gdańska to baby mówiły, że se przedtem w parku na festynie cukier zmierzył, za darmola Panie. Bez kolejki Panie. To ja się pytam – jak ma być dobrze w tym kraju Panie, jak za darmola? Ale nic na ten, Panie, bo tego… I jeszcze Ten od cukru to miał dyktafon, ale Ta młoda mówiła potem babom, że Ten starszywysokitrochęsiwy to do domu poleciał Panie, po drugi dyktafon Panie, bo On tera tu w Toruniu mieszka Panie. I tego, Panie, oni se tam grali i to nagrali. A Ten z Gdańska to potem latał po mieście i nagrywał coś tam w parku, ludzi w sklepie... I słuchaj Pan – tera płytę wydali. Panie – ja się pytam – jak ma być dobrze w tym kraju, jak się płyty tera na dwa dyktafony nagrywa???”
Tak było. Tyle znalazłem w aktach sprawy.
Ale po kolejnej kolei.
Moją zażyłość z Panem Jerzym, a przede wszystkim z Jego twórczością dogłębnie opisuje już sążnisty epos ( pod tym słowem wrzuć https://polish-jazz.blogspot.com/2023/02/jerzy-mazzoll-byc-2022.html?m=1 ) na Polishjazzblogu. W ostatnich latach miałem przyjemność kilkukrotnie się z Nim spotkać. Tak zdarzyło się m.in. w listopadzie 2024 we Wrocławiu, na koncercie KUR z Panem Jerzym i z Panem Burnosem w składzie. Po gigu pogawędziliśmy trochę, choć wtedy Pan Jerzy jeszcze się nie zdradził, że miesiąc wcześniej z Panią Lilianą i Panem Szymonem uwiecznił w Toruniu sesję bydgoską.
Tydzień później dostałem od Pana Jerzego plik audio z muzyką. Tutaj pozwolę sobie ujawnić, że Pan Jerzy od czasu do czasu dzieli się ze mną swoimi świeżymi wypiekami muzycznymi, albowiem wie, że jestem dyskretny i można mi zaufać, że bez zgody nie będę tego rozpowszechniał. Po prostu: Jerzy wie, że fajny ze mnie gość.
Byłem wtedy nad morzem. Gdańsk, Wyspa Sobieszewska, grudniowa plaża, groźne niebo i zamglone dźwigi Portu Północnego. A na słuchawkach muzyka z Mazzollowej przesyłki. Dźwięki, które teraz Drogi Czytelniku możesz usłyszeć w postaci albumu „Bromberger Strasse”. Od tamtego dnia przez kolejne kilkanaście miesięcy mailowo nagabywałem, zachęcałem, a w końcu gnębiłem Pana Jerzego pogróżkami , aby wreszcie oficjalnie opublikował ten materiał...
Czy było warto?
Mój Boże… San Francisco, Boston…
Ruszają… A ja od razu wpadam w otchłanny gąszcz skojarzeń. Rozczaruję Cię Czytelniku - żadnych skojarzeń z dżezem. To nie mój bekgraund. Po prostu całymi latami zasłuchiwałem się w nieco innym dżezie...
„Jeden”
Zamknijcie oczy. Widzicie to? Te długie, statyczne kadry z „Zabriskie Point”? Albo z „Psych-Out”? To rozedrgane powietrze nad gorącą nawierzchnią Route 66 gdzieś, w Arizonie? Albo poranne lipcowo-sierpniowe łąki w Wielkiej Nieszawce? Albo widok z Pałacu Kultury na zastygłą w zenitalnym skwarze Warszawę. To pozornie zastygłe ludzkie mrowisko? Słyszycie ten pozornie statyczny fresk dźwiękowy?
„Księżniczka”/„Księżniczka II”
Widzicie to? Światła stroboskopowe piłujące ciemność i wydobywające ze ścian cienie ludzi zastygłych w dziwnych pozach lub opętanych rytalnym tańcem? Ludzi, którym właśnie się wydaje, ze przekroczyli drzwi percepcji?
Większość objętości albumu „Bromberger Strasse” brzmi jak dopiero co odkryte taśmy z muzyką, jaką grano na Acid Testach Kena Keseya i Augustusa Owsleya. Acid testy były wielogodzinnymi seansami. A muzyka tria to wielki sensytywny fresk. To wielki psychedeliczny seans. Otóż to! To jest muzyka SEANSYWNA. I ja ten termin zgłoszę do opatentowania.
Ok, zbyt enigmatycznie? No to ruszam z konkretami:
Pan Szymon Burnos przez godzinę robi bardzo wiele, żebym całym mym jestestwem przeniósł się do okresu 1966-68, na Zachodnie Wybrzeże USA. Barwy klawiszowe i gra Pana Szymona to jest taki sam sposób myślenia o dźwięku, w jaki myśleli acidrockowi klawiszowcy z San Francisco, z nieco już zapomnianych dżezowych grup takich jak The Charlatans, The Fugs, H. P. Lovecraft, czy też grający w trakcie Acid Testów The Warlocks ( po dojściu do składu Leszka Możdżera, czy jakoś tak, zmienili nazwę na Grateful Dead ). To jest takie samo myślenie o dźwięku jakie w Bostonie kultywowała grupa Ultimate Spinach. Ale wracamy na Zachodnie Wybrzeże, bo Pan Szymon swoimi modulowanymi mantrami czy też dłuuugimi burdonami jeszcze kogoś mi przypomina… Do tego jeszcze ring modulator… Czekajcie czekajcie, mam na końcu języka…Morton Subotnick? Blisko. Ale ten burdon organowy… Organowy? Mam! Terry Riley! Terry Riley i jego do obłędu powtarzane frazy na podręcznych małych organach! Panie Szymonie – zgadłem?
Technika gry Pana Szymona. Barwy organowe i sound ocieplony a zarazem wyostrzony po przepuszczeniu przez piec gitarowy. Pan Szymon materiał z dyktafonów zgrał w ten sposób, że uzyskał plan dźwiękowy rodem z 1967 (Kojarzymy? Perkusja w jednym kanale?). Wszystko brzmi nie tyle surowo, co namacalnie bezpośrednio. Pan Szymon cofa mnie w czasie o 60 lat. Obłędnie to brzmi.
Pan Jerzy przez godzinę robi wszystko, abym pozostał w teraźniejszości. Klarnetuje bardzo intuicyjnie i bardzo po swojemu. Dzięki Mazzollowej grze muzyka Brombergerowa to nie archaik, tylko nowoczesny uniwersalny idiom, wzorzec MUZYKI OD A DO Z IMPROWIZOWANEJ. Mazzollowe hipnotyzujące, zgłębitrzewiowe, sygytowe klarnetyzmy zawsze mają swoją charakterystyczna śpiewną aurę i charakterystyczną, nie do końca definiowalną „wschodniość”. Obłędnie to brzmi.
Pani Liliana przez godzinę robi wszystko, abym zrozumiał, że perkusja gra na „Bromberger Strasse” własne opowiadanie. Podczas gdy koledzy grają zdecydowanie horyzontalnie, transując centrami tonalnymi, Ona dokonuje wertykalnych podskoków. Czasem, kiedy partnerzy dokonują aktu, Ona proponuje kontr-akt. Pani Liliana jest czujna i wie, kiedy nie śmiecić zbytnio dźwiękami, wie, kiedy milczenie perkusistyczne może być złotem ( „Pajączek”). Ale pani Liliana też zna swoja wartość i kiedy uzna, że pora, to wali kontrapunktem kolegów po plecach, aż się kurzy. Pani Liliana jest Ksieżniczką Aleatoryki w królestwie MazzoloBurnosowych konsekwentnych burdonów. A kiedy Księżniczka Liliana uzna, że pora zaproponować zdecydowany puls, rytm, to robi się tak jak w nomen-omen „Księżniczce”. Słuchamy hipnotycznego arcydzieła – a ja czekam, czekam kiedy tam zaśpiewa Grace Slick z Jefferson Airplane… Obłędnie to brzmi.
Zwracam ponownie uwagę, że nawet w utworach, czy też lepiej powiedzieć – wydarzeniach dźwiękowych bardziej statycznych, wyraźnie jest wyczuwalny podskórny niepokój, elektryzująca ekscytacja…
Z kolei utwory żywsze, jak „Ludzie Tutaj Żyją” czy „Grande Finale” to zdecydowana manifestacja, czy tez emanacja pełnej dźwiękowego dramatyzmu i perkusyjnie rozakcentowanej muzycznej energii kinetycznej.
Obłędnie to brzmi.
I jeszcze jedno. To jest płyta z ukrytą wskazówką. Pan Burnos wmiksował w muzyczną tkankę nagrania z terenu, jakieś dialogi z kelnerką, panią przewodnik przypominającą wycieczce o przerwie na siusiu, pogaduszki Pana Jerzego…
Z pozoru od czapy? Nie.
To jest wskazówka dla osób takich jak ja, którym naiwnie ubzdurał się powrót do dalekiej przeszłości. Słucham Brombergowego Seansywnego Sensytywu i wracam do tych hippiesowskich acid seansów z tamtego WTEDY.
A tak naprawdę Pan Jerzy, Pan Szymon i Pani Liliana w trakcie godzinnej sesji uwiecznili swoje tamto TU i TERAZ. To jest zamrożone w zapisie dźwiękowym jedno październikowe popołudnie z 2024, które co prawda nie wybiegnie w przód na osi czasu, nigdy też się nie powtórzy, ale też nigdy się nie zestarzeje. Ono po prostu trwa.
I tym jakże błyskotliwym akcentem kończę.
Bo tu nie ma co pisać. Tu trzeba posłuchać.
Bo powiem Wam – obłędnie to brzmi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz