Szymon Zawodny Quintet
Szymon Zawodny – saksofon altowy, flet
Szymon Kowalik – saksofon tenorowy i sopranowy
Dominik Kisiel – piano
Konrad Żołnierek – kontrabas
Mikołaj Stańko – perkusja
Maciej Świniarski – wokal (1, 8)
Tytuł płyty: "Defragmentation of Mind"
Wydawca: Soliton
premiera: 27 marca 2026
Tekst: Marcin Gwiazda
Miałem duży opór, żeby zabrać się do pisania tej recenzji.
To nie był łatwy tydzień — dużo chaosu, mało skupienia, a do sztuki nie powinno się podchodzić po macoszemu.
Kiedy zrozumiałem, że pisanie recenzji to poważna sprawa, łatwiej nie było. Na szczęście materiał, który dostałem, sam zdefragmentował moje wymyślone przeszkody i poprowadził mnie w świat Szymona.
Zacznę od brzmienia. Bardzo mi odpowiada: ogromna, otwarta przestrzeń, dużo powietrza. Szeroka scena. Różne plany przenikają się naturalnie. Instrumenty nie duszą, nie przytłaczają, dają poczucie lekkości. Jest w tym coś wzniosłego, ale nie ciężkiego ani głośnego. Raczej coś ważnego, co unosi się w górę.
Na płycie dużo mówi się o umyśle, ale jest w niej też coś więcej — jakiś nieuchwytny duch unoszący się ponad nim. Może to duch jazzu? :)
Każdy utwór opowiada inną historię i jest na tyle charakterystyczny, że ani przez chwilę nie wątpisz, że słuchasz czegoś nowego. Motywy są przyjazne, ciepłe, przestrzenne, momentami wzniosłe. Płyta jest różnorodna, a jednocześnie spójna. Opowiem trochę, co w niej widzę.
Prologue — ta filozoficzna pogadanka o mózgu i defragmentacji trochę mnie zaskoczyła. Zrobiło się poważnie. Ale sens ciekawy, głos jakby cyfrowy. Przypomniała mi czasy, kiedy na moim PC robiłem defragmentację dysku i zazwyczaj realnie poprawiała ona działanie komputera.
Defragmentation — początkowo trudny, wymagający skupienia. Ale z czasem coś się przestawiło i zaczął mnie wciągać coraz bardziej. Pokrzywione, niepasujące do siebie bity, które stopniowo łączą się w całość. Porządkowanie chaosu.
Wisdom Protocol — i ciarki, gdy tylko zaczyna się utwór. Szymon ma klucz do moich receptorów, które budzą gęsią skórkę :D Fajny motyw, taki do nucenia pod nosem przez cały dzień. Utwór inspirowany twórczością Pat Metheny, duża skrupulatność Szymona, jeśli chodzi o formę.
Home as Home to opowieść o domu — jakikolwiek on by nie był i gdziekolwiek się znajduje. Bo każdy z nas skądś pochodzi. To wracanie do wspomnień, do ciepła, do początku. Dziś, kiedy go słucham, już od pierwszych dźwięków znów mam ciarki na całym ciele. Jest w nim coś bardzo pięknego, motyw przewodni nostalgiczny, piękny, budzi wyobrażenie, wzniosły. Podoba mi się ta melodia, jest w niej tak dużo treści… Sam siebie nie posądzałem o to, że „takie coś” może się we mnie „zadziać” :)
Easy Small-Talk — tajemniczy, jakby trochę schowany za kotarą. Ktoś przy zgaszonym świetle robi muzykę. Jest w nim dużo opowieści i muszę przyznać — muzycy dają czadu. Bardzo chciałbym zobaczyć ten utwór na żywo i sprawdzić, czy perkusista jest ośmiornicą :) Przekaz prosty i ponadczasowy: milczenie bywa złotem.
Wintering in the Whisky Cup — i tu też ciarki :) Słucham tej płyty już wiele razy i naprawdę jestem zaskoczony, jak mocno zaczęła we mnie rezonować. To wspaniałe uczucie. Ciepły wieczór w środku domu, zawierucha za oknem, szklanka whisky, kontemplacja chwili. Ten motyw naprawdę dużo opowiada — słychać w nim emocje różnego rodzaju. Piękne.
Synapse No. 4779 — fajny, dynamiczny początek. Wychowałem się na metalu i ogień oraz dynamika w muzyce to coś, co kocham — tu to czuć. Fajnie pocięty rytmicznie, takie łamańce. Złożony (4/4, 7/8, 7/8, 9/8), stąd tytuł, wymagający, precyzyjny. Można się zgubić.
The Judgement (feat. Maciej Świniarski) — Szymon podobno sam nie spodziewał się, że napisze taki utwór. Jest w nim jakiś inny rodzaj odwagi. Jest w tym trochę ducha rapu, choć w muzyce rzadko słucham słów i wokal traktuję zwykle jak kolejny instrument. Tu jednak słyszę te słowa — i się z nimi zgadzam.
Quinto-Pancho — trochę łamaniec, mam nadzieję, że to, co napiszę, nikogo nie obrazi ani nie weźmie się tego za złe :) Ten utwór (początek) kojarzy mi się z odpalaniem starego diesla na mrozie ;) Wszystko niby idzie razem, ale te dźwięki gdzieś wypadają, odpadają, przyklejają się z powrotem, znów się pojawiają. Bardzo ciekawe. Takie „fajowe”.
Rise — zamknięcie. Tytuł mówi wszystko. Wzrastajmy jako ludzie...
Bywa na tej płycie intensywnie. Momentami robi się gęsto i zdarzało mi się gubić. Ale za każdym razem, gdy miałem wrażenie, że odpłynąłem za daleko, pojawiało się światełko w tunelu. Słuchałem jej sześć razy, zanim zacząłem pisać. Musiałem przestawić się z trybu rockmana na jazzmana. To inny sposób słuchania. Dopiero przy piątym odsłuchu coś się otworzyło.
Na koncertach zawsze patrzę na perkusistę. Mikołaj Stańko na żywo byłby spektakularny :) Wszyscy muzycy są tu wybitni, świadomi, precyzyjni i otwarci. Może lepiej: to artyści, nie tylko fachowcy.
Nie jestem wyrafinowanym słuchaczem jazzu, raczej dopiero się go uczę. I właśnie dlatego mogę powiedzieć z przekonaniem: to świetny materiał dla kogoś, kto krąży wokół jazzu, ale jeszcze boi się w niego wejść. Warto z tą płytą posiedzieć. Mam wrażenie, że przeprowadziła we mnie cichą defragmentację i że po niej po prostu lepiej mi się myśli. Cytując fragment: „przestańmy oceniać, zacznijmy słuchać i cieszmy się lepszym życiem” :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz