Thursday, January 29, 2015

Domówka z Tetmajerem u Sylwii



W grudniu pojawiło się na facebooku wydarzenie, gdzie Michał Przerwa-Tetmajer zapraszał na premierę cyfrowej wersji swojej płyty. Przy okazji - każdy, kto w określonym czasie zakupi ją w internetowym sklepie Nuplays, będzie brał udział w losowaniu. Wygrana, to domowy recital artysty. I tak się zdarzyło, że to właśnie ja wygrałam to losowanie.

Koncert odbył się 24 stycznia w Ostrołęce, w mieszkaniu mojego partnera Daniela. Było to świetne, wręcz rewelacyjne spotkanie z muzykiem. Michał Przerwa -Tetmajer to bardzo miły, cichy, bardzo wyważony człowiek, świetnie się z nim dyskutuje. Rozmawialiśmy na tematy przeróżne: niestety, nie był to wywiad, więc nie spisałam wszystkiego, poza tym – była to właśnie luźna rozmowa, gdzie również my nieco o sobie opowiedzieliśmy. Po koncercie wiele wątków poruszyli też zaproszeni przeze mnie goście. Co zapamiętałam? Że z uczeniem się muzyki jest jak z nauką języków obcych – najpierw uczysz się liter, słówek, potem całych fraz, potem zaczynasz rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Ciekawa była też rozmowa o snach, teatrze ulicznym, tremie, kotach. Aż dziw bierze, że wszystko razem trwało najwyżej trzy godziny. 

Kulminacyjnym punktem programu był recital. Posadziliśmy muzyka na stołku, powiesiliśmy za jego plecami czarne tło fotograficzne, zapaliliśmy lampki i kilka świeczek. Zrobiło się ciemno, nastrojowo. Goście usiedli, gdzie się dało - przeważnie na podłodze, niektórzy sączyli wino. I popłynęły dźwięki gitary. To była prawdziwa jazzowa uczta. Michał zagrał kilka kompozycji z "Doktora Filozofii", kolejno: "Znak firmowy porywacza", "Astronautka", "Lewaroryzacja", "Kioski zabytkowe" oraz "Kosmos mnie zawsze niepokoił". Przetykał je premierowymi utworami, skomponowanymi, jak się nie mylę, jako solo na gitarze: "Grupa badawcza" (tytuł nie do końca mu się podobał, być może jeszcze go zmieni), "Jakie to ma znaczenie" (to też jest tytuł roboczy, utworu Tomka Sołtysa - wideo duetu z tą kompozycją pojawi się 17 lutego na YouTube). Usłyszeliśmy również "Taka jest budowa kości" i "Jak zostać uczonym". Na koniec (na bis) nawet zaśpiewał "Popołudniowy czas", własną kompozycję sprzed kilkunastu lat, ze słowami Grzegorza Gawlika.

Fot. Daniel Ejsmont
Goście, których zaprosiłam na recital nie są fanami jazzu, a już zwłaszcza tego świeżego, polskiego. A jednak muzyka Michała ich totalnie oczarowała. Moja córka podczas zdjęcia grupowego dotknęła instrumentu palcem wskazującym i powiedziała: "ściągam jej całą magię, żeby Michał ją znowu napełnił". Tak, bo ten wieczór był magiczny. Nie jestem krytykiem jazzowym, słucham po prostu jazzu od jakiegoś czasu. Z każdą nową płytą, koncertem czuję się bogatsza. Po tym wydarzeniu mogę mówić, że jestem milionerką. A co!

Autorka: Sylwia Larkiewicz

Wednesday, January 28, 2015

Nahorny Trio – Hope (2014)

Nahorny Trio

Włodzimierz Nahorny - piano
Mariusz Bogdanowicz - bass
Piotr Biskupski - drums

Hope

CONFITEOR 008




By Adam Baruch

This is a wonderful piano trio album by one of the Godfathers of Polish Jazz, pianist/composer Wlodzimierz Nahorny, and his partners: bassist Mariusz Bogdanowicz and drummer Piotr Biskupski. The album presents six original compositions by Nahorny and one mini-suite, which comprises of three folklore motifs arranged by him. In the accompanying booklet Nahorny tells the listener about the circumstances that brought each of these seven pieces of music to be created, as well as his deeply personal and moving memories of the panoramic view of the Holy City of Jerusalem, which always leaves a lasting impression on those who visit it. How blessed are we, who live nearby and are able to enjoy this breathtaking view more often than others.

It is truly invigorating to see (and hear) a musician, who seems to be completely unaffected by the tides of time and keeps bursting with ingenuity and talent despite his age. This album proves beyond any doubt that Nahorny is still a musician who is able to innovate and surprise even the strictest connoisseurs. His music is as beautiful as always with melodies full of romanticism and typical Polish melancholy, which he masterly and continuously molds into new musical jewels. His piano playing is nothing short of sensational with an astonishing level of space and freedom, which often bring fond memories of the early days of his career when he flirted with free form.

All the compositions on this album are quite remarkable. Although they are stylistically diverse and encompass many different Jazz sub-genres, they are all marked by Nahorny's personal touch, which has been his trademark since many years. The music is fresh and stimulating, fitting perfectly in the contemporary Polish Jazz scene, bursting with excitement and creativity.

The faithful rhythm section stands besides the Master at all times, providing the guidelines for his extended improvisations and ornamenting his performances with occasional short solos. Bogdanowicz and Biskupski are both veterans of the trade and they know exactly what is required of them under these circumstances: supporting the leader and not being obtrusive in any way. The many years that these musicians play together turns them into a well oiled unit, which is able to travel anywhere without a hitch.

Nahorny is a perfect representative of the Polish "old class" in the best positive meaning of that idiom. A Gentleman, an Artist and an Intellectual incorporated into one wonderful, warm person. Such class is very rare these days and therefore a figure like Nahorny is important as an example to be followed by the young generation, which definitely has the talent but sadly almost never such class. Thank you Maestro!

Charles Lloyd znowu w Blue Note



Po 30 latach przerwy legendarny amerykański saksofonista Charles Lloyd znowu wyda płytę w Blue Note. Wspaniała wiadomość sama w sobie (read this news in English), ale zapytacie co to ma wspólnego z polskim jazzem? Otóż ma i to niemało, bo prawykonanie "Wild Man Dance" miało miejsce w 2013 roku na wrocławskim festiwalu Jazztopad, którego zresztą od lat mamy przyjemność być patronem medialnym. Gratulujemy!!!

Tuesday, January 27, 2015

Maciej Fortuna/Krzysztof Dys – Maciejewski Variations (2014)

Maciej Fortuna/Krzysztof Dys

Maciej Fortuna - trumpet
Krzysztof Dys - piano

Maciejewski Variations

DUX 1151





By Adam Baruch

This is the second album by the Polish Jazz duo: trumpeter Maciej Fortuna and pianist Krzysztof Dys. However, in contrast to their debut release, which featured their original Jazz oriented compositions, this album is dedicated to the works of the great but sadly little known 20th Century Polish composer Roman Maciejewski. Maciejewski, who spent most of his adult life outside of Poland, was only recently re-discovered by the Polish Classical music scene and now apparently also beyond the strict circle of Classical connoisseurs. The album includes thirteen variations of themes composed by Maciejewski, three of which appear here as premiere recordings.

The themes serve as departure points for the various variations, in which Fortuna and Dys add their own layers of both improvisational and compositional extensions. The sensitive dialogue between the two musicians is the key element herein, being far more significant than the interpretation of the composed themes and yet it respectfully pays homage to the original music.

The performances of both players are of course virtuosic and elegant, which can only be expected in view of their previous recording legacy. Fortuna's trumpet playing is this time much "cleaner" than his somewhat "coarse" sound he uses in the Jazz idiom. Dys also sounds closer to Classical piano approach than on his previous recordings, which of course is quite natural in this case, as the music created here is only remotely related to what is usually associated with Jazz, at least for the majority of the audiences.

The music emerges really beyond genre specifics and limitations, being simply wonderfully crafted and aesthetically fulfilling, which is what great music is supposed to be. Fortuna and Dys prove that a passionate dialogue between two Master musicians can be more effective than an entire orchestra, which is playing plainly. Their mutual respect and understanding border on telepathy and often they sound like a one-man-band, driven by one common mind.

One may wonder why so many Polish Jazz musicians chose to deal with music that bridges Classical roots with Jazz? There is no clear answer to this profound question, but perhaps the new artistic music emerging in the 21st Century is simply eradicating the genre boundaries that enslaved it in the last Century? Only time will tell.

In the meantime we have here another sublime piece of music, which easily qualifies as one of the most interesting achievements on the Polish music scene in 2014, which this duo manages to pull off second time in a row. This is something that an honest music connoisseur should definitely not try and live without, if life is supposed to have a meaning.

Monday, January 26, 2015

Joanna Kucharczyk w Klubie Komediowym

Na warszawskiej mapie lokali przybył kolejny gotowy gościć dobrą muzykę, w tym jazz. Teatr Komediowy położony jest opodal placu Zbawiciela, który warszawscy hipsterzy uwielbiają tak ze względu na znajdującą się nań tęczę - to podpalaną przez zwolenników ciemnogrodu, to odbudowywaną przez cierpliwy magistrat - jak i krąg klimatycznych knajpek, kawiarni i klubów przytulonych do zjawiskowo pięknego kościoła projektu Józefa Piusa Dziekońskiego. Na parterze znajduje się całkiem zwyczajny acz elegancki bar, gdzie można wypić kawę, wódeczkę i przekąsić coś smacznego, flirtując z jedną z zalotnych warszawianek, a na dole - w wyremontowanych w skromnym industrialnym stylu piwnicach - znajduje się niewielka scena i miejsce na kilkadziesiąt osób. Na co dzień można tu obejrzeć tzw. stand-upy, czyli występy komików, ale tym razem zagościł tam jazz i myślę, że właściciele nie żałują. Sala bowiem była wypełniona po brzegi, a i ranga artystyczna wydarzenia znaczna.


Joanna Kucharczyk bowiem jest jedną z tych młodych wokalistek i wokalistów, którzy szeroką ławą wchodzą ostatnio w nasz jazz i całkiem odmieniają jego oblicze. Przy czym ta odnowa przebiega w różnych kierunkach: podczas gdy taka na przykład ELMA czy Grzegorz Karnas idą w kierunku, jak to lubi nazywać mój redakcyjny kolega Tomek Łuczak, struktur bardziej otwartych, o tyle Joanna, a także Monika Borzym (obie zaczynały edukację w tej samej szkole muzycznej na Bednarskiej) czy Wojciech Myrczek skłaniają się bardziej ku jazzowi tradycyjnemu, swingowi czy nawet neo-soulowi. Dla każdego coś miłego, chciałoby się podsumować, najważniejsze jednak, że wszystkie te poszukiwania, bez względu na kierunek, cechuje bardzo wysoki poziom czysto muzycznych umiejętności, a także profesjonalizm jeśli chodzi o traktowanie estradowego rzemiosła.

Jednym z jego elementów jest na przykład dbałość o to, by towarzyszący wokalistkom czy wokalistom muzycy instrumentalni byli z najwyższej półki i wnosili w dany projekt równie ważny artystyczny wkład. Bardzo to podnosi atrakcyjność takich przedsięwzięć, czego dobrym przykładem jest kwartet Kucharczyk, w skład którego wchodzą jedni z najbardziej utalentowanych młodych muzyków na naszej scenie: kontrabasista Max Mucha (współpraca z Damasiewiczem, Płużkiem czy Wanią), perkusista Karol Domański i czeski (lecz wykształcony w Polsce) pianista Vit Kristan (świetny własny album "Imprints" i współpraca z tak znaczącymi postaciami sceny za naszą południową granicą, jak Jaromir Honzak czy David Doruzka). Ten kapitalny band bardzo czujnie wspierał Joannę, nigdy nie przekraczając granicy, za którą wokalistka mogłaby się czuć usunięta w cień, a jednocześnie kiedy trzeba przejmując pałeczkę, by swoją grą wnieść w muzykę całkowicie niezależny głos i za pomocą samej tylko gry instrumentów rozbujać publiczność do ekstazy.


Nota bene Joanna potrafi też zaśpiewać sama, akompaniując sobie na fortepianie i tak właśnie rozpoczęła wczorajszy (25 stycznia 2015) koncert, śpiewając dobrze wszystkim znany standard "My One And Only Love". W opublikowanej na początku roku na naszym blogu recenzji jej debiutanckiej płyty "More" (link), z której piosenki stanowiły zasadniczą część koncertu, Adam Baruch słusznie skrytykował jej angielski akcent i wymowę. Nie wiem, czy był to pozytywny efekt tej krytyki i czy artystka poświęciła na ten element więcej czasu, ale stwierdziłem w nim olbrzymią poprawę. Jeśli zatem chciałbym się do czegoś przyczepić (a wiecie, że to dla mnie połowa przyjemności!), to do faktu, że śpiewając po angielsku dość wyraźnie słychać wpływ Gretchen Parlato czy Madelaine Peyroux. Także teksty chociaż mogące chwycić za serce i bezpretensjonalne w swojej prostocie, bardziej wymagającego (lub cynicznego słuchacza jak Wasz Uniżenie) mogły nieco bawić swym naiwnym dydaktyzmem. Zwłaszcza jeśli je zestawić z taką perełką jak znów zaśpiewany solo z własnym akompaniamentem i po polsku Jeriemiego Przybory "Mój List" (który pamiętamy w genialnym wykonaniu Magdy Umer). Tylko się zastanawiam, czy można z tego czynić zarzut artystce, bo gdzie są dzisiaj autorzy mogący wokalistom dostarczyć takiej jakości tekst?

Zwłaszcza, że wszystkie te zarzuty blakły całkowicie wobec dużo ważniejszych autentyczności, szczerości i niezwykłej emocjonalności, które całkowicie porwały publiczność. Joanna jest już dojrzałą artystką, która bazuje nie tylko na perfekcyjnym operowaniu muzyczną materią, lecz i na niezwykle charyzmatycznym scenicznym presence. Przypomna mi w tym trochę niezapomnianą Kalinę Jędrusik, która naturalny i żywiołowy erotyzm potrafiła łączyć z dzięcięcym wdziękiem i niewinnością. I właśnie gdy Joanna śpiewała po polsku, najsilniej poruszała moje emocje. Do tego stopnia, że przed oczami stanęła mi Barbara Streisand w "Narodzinach gwiazdy". I wiecie co? Kto wie, kto wie...

Autor: Maciej Nowotny

Jachna/Tarwid/Karch – Sundial (2014)

Jachna/Tarwid/Karch 

Wojciech Jachna - trumpet
Grzegorz Tarwid - piano
Albert Karch - drums

Sundial

FOR TUNE 0039




By Adam Baruch

This is the debut album by Polish Jazz trio fronted by trumpeter/composer Wojciech Jachna with two very young newcomers to the scene, pianist Grzegorz Tarwid and drummer Albert Karch. The album presents seven original compositions, one of which is repeated twice and another three times, producing ten tracks all together. The music includes individually composed pieces, others which are co-composed by Jachna and Tarwid and still others co-composed by all three members of the trio.

In the last decade Jachna has been slowly, but firmly establishing his position as one of the top Polish Jazz trumpet players. His work with the Sing Sing Penelope ensemble and his duets with drummer Jacek Buhl belong to some of the most impressive achievements of Polish Jazz during the last decade, which after all is densely populated in the trumpet department. In time he developed a unique voicing on both trumpet and flugelhorn, which for old people like me constantly bring fond reminiscences of the early days of Tomasz Stanko. Jachna is not imitating Stanko nor is he trying consciously to sound like him, but his way of phrasing and the "dirty", coarse tone are simply so characteristic, that the immediate resemblance is unavoidable.

The two youngsters share common music studies in Denmark, where hordes of young and talented Polish Jazz players go to polish their knowledge and chops, but most importantly they evidently share their talents and passion for music. Tarwid, who has been called a musical prodigy after winning several piano competitions at a ridiculous young age, proves that he is no gimmick and his piano work certainly fills the heart with hope for days to come. Karch, who studied with Polish Jazz drumming icon Czesław Bartkowski, is also quite a hot potato, as the music herein firmly confirms.

Together the trio is definitely one of the freshest and most impressive new ensembles on the Polish Jazz scene and this debut emerges as one of the most striking recordings released in Poland this year. Everything that makes Polish Jazz so unique and outstanding is reflected on this album: a search for new ways to express emotions, a complete freedom from conventions, a disregard towards obvious and boring musical methodology and at the same time a deep respect towards the music's profound tradition and aesthetics. As always, the fact that music of such magnitude can be produced by musicians of such remarkably young age is nothing short of astounding.

The true depth of this music can be fully appreciated only if one takes a much broader view of it, beyond the Jazz conventions. It is no less relevant as a component of improvised chamber music, an imaginary ambient soundtrack or any other open minded musical exploration, which is genre free and at the same time cross-genre.

Over the last decade I have invested a lot of emotions and hopes into Jachna's music and it makes me extremely happy that he was able to come up with this culminating work, which was unquestionably worth waiting for. His choice of partners and his persistency finally came into fruition, which should make him and his companions tremendously proud. Chapeau to all the Young Lions!

Sunday, January 25, 2015

Kamil Szuszkiewicz - Bugle Call And Response (2014)

Kamil Szuszkiewicz

Kamil Szuszkiewicz - trumpet, electronics

Bugle Call And Response

Wounded Knife C30





By Bartosz Nowicki

Kamil Szuszkiewicz to trębacz, improwizator związany z warszawską sceną free, współtworzący wespół z Hubertem Zemlerem, Wojtkiem Traczykiem i Wojtkiem Soburą jazzowy skład Kapacitron. Współpracuje często z muzykami zgromadzonymi wokół Lado ABC. Na koncie wydawniczym ma między innymi rejestrację wspólnego występu z Marcinem Zabrockim na scenie warszawskiej Eufemii wydaną w limitowanym nakładzie w 2012 roku, a także wspólny materiał z macierzystym bandem, oraz sygnowaną własnym imieniem i nazwiskiem płytę "Prolegomena" nagraną w 2010 w Powiększeniu z Wojciechem Traczykiem, Marcinem Ułanowskim, Kubą Cichockim, Tomaszem Dudą i Marcinem Gańko. Tym razem, zupełnie solo nagrał materiał wydany na kasecie dla stołecznej oficyny Wounded Knife.

W przypadku "Bugle Call And Response" tytułowy hejnał został oderwany od swej pierwotnej funkcji. W wykonaniu Szuszkiewicza nie jest to nawet forma dynamicznego komunikatu sygnalizującego jakieś wydarzenie, czy bijąca po uszach żwawa ekspresja, nawołująca do określonej reakcji. To hipnotyczna mantra, obleczona marzeniem sennym. Rozpływające się w melancholii requiem. 

Ascetyczna kompozycja jest w zasadzie jedynie przenikliwą melodią meandrującą w próżni, bez żadnych ozdobników, efektów, montażowych nakładek czy studyjnych obróbek. Dźwięk trąbki został zamknięty i stłumiony w małym, wygłuszonym pomieszczeniu, na co wskazuje absolutny brak pogłosu. To duszne wnętrze, w którym powstało nagranie, swoją akustyką przytłacza słuchacza, dodając zasępionym nutom ciężaru. Na podstawie pozostawionych w materiale poszlak zgaduję, że solo zostało zarejestrowane gdzieś w pomieszczeniu na zapleczu klubu, domu kultury, może filharmonii. Wskazują na to złapane na „setkę” odgłosy kroków, szmery rozmów zza ścian, ale nade wszystko mikroskopijne fragmenty, w których uważny słuchacz wyłapie dźwięk strojących skrzypiec i jeszcze jednego bliżej niezidentyfikowanego instrumentu. 

Szuszkiewiczowi udało się wyimprowizować tak mocny i zintensyfikowany klaustrofobiczną akustyką temat, że wywołuje on u odbiorcy stan zadumy, a nawet fizycznego odrętwienia. Trębacz zaklina i mami słuchaczy tak prostymi środkami (a raczej ich brakiem), że wydaje się to tyleż zachwycające, co nieprawdopodobne. Nawet towarzysząca melodii cisza staje się tłem zupełnie odrealnionym. Tak jakby ślad trąbki został wycięty z zespołowego nagrania i pozostawiony samemu sobie; ogołocony z tła i muzycznego kontekstu. Wrażenie to zwiększa jeszcze rwący się w finale kompozycji motyw. 

Drugą stronę kasety wypełnia ta sama melodia „hejnału”, która poddana została elektronicznej modulacji. Szlachetne brzmienie trąbki, poszatkowane krótkim i płaskim echem, zaczyna mutować w groteskowy bulgot, wzmagając jeszcze bardziej efekt odrealnienia. Kamil Szuszkiewicz w swoim eksperymencie celebruje dźwięk sam w sobie. Do bólu prozaiczny. Tak zwykły i tak przeciętny, że aż pasjonuje, wywołując niedowierzanie i ekscytację. W jego wykonaniu minimalizm staje się perwersją, a prostota i ograniczenie dźwiękowym ekstremum. 

The Resonance Ensemble - Head Above Water, Feet Out Of The Fire (2013)

The Resonance Ensemble 

Ken Vandermark - baritone saxophone, Bb clarinet
Wacław Zimpel - Bb & alto clarinet
Mikołaj Trzaska - alto saxophone & bass clarinet
Dave Rempis - alto & tenor saxophones
Magnus Broo - trumpet
Steve Swell - trombone
Per-Åke Holmlander - tuba
Mark Tokar - acoustic bass
Devin Hoff - bass
Michael Zerang - drums
Tim Daisy - drums

Head Above Water/Feet Out of the Fire 

Not Two MW 910-2

By Mark Corroto

Listening to the music Ken Vandermark writes for large ensembles do we dare compare him to Duke Ellington? Both band leaders and composers wrote and arranged music to be played by a select troupe of musicians and both suffered the fate of surfing the knife edge of innovation. Ellington always seemed to be delivering scores with the ink still drying to last minute rehearsals. Same for Vandermark who has the added burden of an international cast from Chicago to Stockholm and Gdansk.

"Head Above Water/Feet Out Of The Fire" is a testament to the composer's tenacious attitude, and his refusal to shy away from large, complicated works. Since its inception in 2007, The Resonance Ensemble has reunited in Europe to present music. In 2007, they recorded two sides of the 10-CD release "Resonance Box" (2009), an LP "Live In Lviv" (2008), the CDs "Kafka In Flight" (2011) and "What Country Is This?" (2012), all for Not Two Records. 

Disc one, "Head Above Water", was recorded in studio, two days before the ensemble's appearance at the 2012 Chicago Jazz Festival, where Vandermark was the artist-in-residence. It was the first performance of the entire band in the United States. The second disc, "Feet Out Of The Fire" is a live date from Hasselt, Belgium in March 2012. The only change between discs is the absence of bassist Devin Hoff from the live session. 

Like early-Ellington, Vandermark utilizes a tuba, played by Per-Âke Holmlander. But unlike early jazz recordings, where a bassist's sound would not be captured, he employs two players on disc one, Mark Tokar from the Ukraine and Chicago's Devin Hoff, who is not heard on the live disc. Where Ellington selected players for their signature sound and often foreseeable solos, Vandermark chooses a signature sound from unfettered improvisers. Roots of this approach were heard in his Vandermark 5, Territory Bands, and the writing and arranging he constructed for Peter Brotzmann's Chicago Tentet. His method is one of modular composing that meshes pre-written passages with improvisation, different ordering of improvisers and directions that can be cued by hand as a sort of conduction. 

His Chicago crew of longtime associates, drummers Tim Daisy and Michael Zerang, saxophonist Dave Rempis, and Devin Hoff adds trombonist Steve Swell and the Europeans, trumpeter Magnus Broo and Per-Âke Holmlander from Sweden, Mark Tokar (Ukraine), and the Polish reed players Waclaw Zimpel (clarinets) and Mikolaj Trzaska (saxophone and bass clarinet). 

The music ranges from a broad shouldered tromp to a delicate cortège. Vandermark can switch from old-school swing to outward improvisation with a gesture and a nod. His approach in this ensemble setting is more organized than his electro/acoustic band Made To Break, the DKV Trio, or Brotzmann's Tentet. Like an Ellington suite, Vandermark packs texture upon texture. His sound layers thrive on the two-drummer pulse of Daisy and Zerang pushing against the bottom end of tuba, bass, Trzaska's bass clarinet and Vandermark's baritone saxophone. He often offsets this bulk against the light infantry of his, Zimpel's and Trzaska's clarinets. The music is complex, intense, rhythmically compelling and ultimately satisfying.

Saturday, January 24, 2015

Jazzpospolita – Jazzpo! (2014)

Jazzpospolita

Michał Przerwa-Tetmajer - guitar
Michał Załęski - keyboards
Stefan Nowakowski - bass
Wojtek Oleksiak - drums

Jazzpo!

POSTPOST 01



By Adam Baruch

This is the fourth album by Polish group Jazzpospolita, which consists of guitarist Michał Przerwa-Tetmajer, keyboardist Michał Załęski, bassist Stefan Nowakowski and drummer Wojtek Oleksiak. The album presents ten original compositions (eleven tracks with one tune repeated twice), all assumedly co-composed by all four band members. The music was recorded at the legendary Studio Tokarnia with Jan Smoczyński presiding at the knobs, which naturally results in excellent sound quality, as usual.

This album is the first new music Jazzpospolita reveals since their second album, i.e. in over two years, which kept the many fans of the group in suspense. The fact is that this is new music but there is not so much new in the music itself, as if the group simply glided over time doing more or less the same thing they have been doing more or less since they started. Nothing wrong with that of course, but in a long range even the most loyal followers might loose interest.

But innovation aside, Jazzpospolita is still a very unique voice on the Polish scene, filling a niche for the young generation of music lovers, who are not really into Jazz proper on one hand, but who are bored with the contemporary Pop and Ambient scenes on the other hand. The group manages to produce nice melodic riffs, stretched over extended ambient passages and featuring some impressive guitar lead lines, which are overall quite hypnotic and engaging. This music has a chameleonic quality of fitting into many different listening environments, from background music while driving to intensive direct involvement with the music.

The four individual musicians make a remarkable contribution to the overall group sound and feel of the entire ensemble. The guitarist carries most of the leading voice, but his role would have been impossible without the rich background created by the keyboards and the superb rhythm section. Rhythmically the music is mostly Rocky, with steady bit and pulse, while the keyboards and the guitar create the improvisational dimension, which associates the music with the Jazz idiom. Combined with the Ambient sound the Rock and Jazz ingredients amalgamate into a unique mixture, which is distinctly Jazzpospolita.

Of course this is the best album the group created so far, and the most fun to listen to, but the group should be aware of the danger of stretching this formula for one more album. Hopefully they will reinvent themselves for the next one, leaving us in the meantime having a good time with this one. Thank you Gentlemen!

Orange The Juice - The Messiah Is Back (2014)

Orange The Juice 

Konrad Zawadzki – wokale, inne dźwięki
Dawid Lewandowski – gitara elektryczna, wokale, inne dźwięki
Marcin A. Steczkowski – fortepian, klawisze, kornet, inne dźwięki, programowanie
Mariusz Godzina – saksofony
Marcin Jadach – gitara basowa, kontrabas, synth bass
Jan Kiedrzyński – perkusja. 

Gościnnie: Ida Zalewska – wokale
Maciej Obara – saksofon altowy (5)
Erwin Żebro – trąbka prowadząca (2, 6)
Maciej Kosztyła – saksofon tenorowy (2, 6)
Marcin Taras – tuba (2, 6)
Paweł Gielareck – theremin (5)
Maciek Witek – dyrygent chóru Cantus ze Stalowej Woli (2, 4)

The Messiah Is Back (2014)

By Maciej Nowotny

Kolektyw ten tworzy trzymająca się razem grupa muzyków, którzy zadebiutowali w ramach bandu o nazwie Transgress. Przekształcił się on następnie w Orange The Juice, który wydał obiecującą EPkę "Romanian Beach", a zaistniał też w jeszcze innym wcieleniu o nazwie Minimatikon, wydając płytę "The Cabinet Of Dr Caligari". Generalnie podziwiam tych młodych ludzi za odwagę robienia muzy jaką kochają i dzięki nim Stalowa Wola, gdzie mieszkają, kojarzy mi się z czymś więcej niż Hutą produkującą poradzieckie czołgi, Muzeum Jana Pawła II i kinem Ballada.

Ale do rzeczy, czyli muzyki. Na wstępie chciałem powiedzieć, że znam ich poprzednie płyty i od paru lat słyszałem "groźne" zapowiedzi artystów, iż "wiekopomny" album "Messiah Is Back" (w kategorii odjechanych tytułów w pierwszej trójce albumów w zeszłym roku) niebawem ujrzy światło dzienne. Trochę trzeba było czekać (nie żeby mi się dłużyło, się składa, że mam czego słuchać) i w końcu jest płyta, będąca w moim odczuciu podsumowaniem całego młodzieńczo-debiutanckiego okresu tych muzyków. Kilka kawałków zostało dopracowanych, przedsięwzięto też próbę ułożenia tego materiału w jakąś spójną całość. 



Język tej kapeli bardzo trudno określić: stanowi on zlepek wszystkich możliwych wpływów, a najlepiej charakteryzują go nagłe i niespodziewane przeskoki od jednego do drugiego. Znacie mnie, zawsze piszę to, co myślę, stąd uczciwie powiem, że ja tego nie kupuję i boli mnie od tego głowa. Widzę w tym grawitujący w stronę chaosu eklektyzm, a nie przemyślaną koncepcję, za którą stoi cel i jakaś istotna wiadomość, która mogłaby pobudzić mój zasadniczo leniwy i zepsuty nadmiarem wrażeń intelekt. Ale dopuszczam możliwość, że inni słuchacze mogą odebrać to zupełnie inaczej.

Bez wątpienia bowiem na plus tej płyty należy zapisać, że doprawdy świetnie to jest zagrane, w czym nie przeszkadzają zaproszeni goście, wśród których znalazła się tak wyrazista postać jak młody saksofonista Maciej Obara czy mniej znana, ale interesująca jazzowa wokalistka, Ida Zalewska (wymieniam tylko niektórych). Podoba mi się też frenetyczna energia bijąca z płyty, pewnego rodzaju kreatywny flow przywodzący na myśl dzieła Franka Zappy i bezkompromisowość wyrażająca się w trzymaniu się swojego języka, a nie kopiowanie czegoś już dobrze znanego, tak nagminne wśród naszych debiutantów.

Ale. Ale mam wrażenie, że lepiej byłoby dla muzyków (i dla mnie jako życzliwego im słuchacza, którego wszakże - przyznaję to - irytuje nieco ich muzyczne rozkojarzenie), gdyby zostawili za sobą już cały ten młodzieńczy okres i zaproponowali nam coś bardziej dojrzałego. Nowe kompozycje, nowa koncepcja, niech przestana już cyzelować te starocie, które komponowali na gitarze w garażu jako nastolatkowie, a skierują się ku nowym terytorium. Czekam niecierpliwie na ich płytę, jaka ma wyjść w tym roku w wydawnictwie For Tune z nadzieją, że usłyszę na niej coś innego niż jeszcze jedną wariację na temat tych samych powtarzających się tematów znanych z poprzednich płyt tego zespołu. Jeśli zaś tak właśnie będzie to zamiast Orange The Juice poproszę Bloody Mary...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...