środa, 8 lutego 2023

Franciszek Raczkowski - Klood (2022)

Franciszek Raczkowski

Franciszek Raczkowski - fortepian, preparowany

Klood (2022)

Autor recenzji: Maciej Nowotny



W antropologii kiedy człowiek przekracza jakąś ważną granicę mówi się o doświadczeniu liminalnym. Te wydarzenia mogą być wielkiej wagi jak koniec okresu bycia dzieckiem i wkroczenie w dorosłość czy małej jak wtedy gdy kończy się noc i nastaje nowy dzień czy zmienia pora roku. Dawno już zauważono, że przekraczanie tych granic sprzyja ujawnianiu się transcendencji. Innymi słowy, na granicy między znanym i nieznanym operują bogowie, w godzinie między nocą a dniem czas zatrzymuje się i nieraz słychać trzepot skrzydeł księcia tego świata albo naszych obrońców. 

Co więcej, w tych chwilach jakby zawieszenia między jawą i snem, ujawnia się pewna kusząca możliwość przemiany czyli Owidiuszowskich metamorfoz. Okazuje się, że istniejący świat który zdrowy rozsądek podpowiada nam jako jedyną możliwość, jest w istocie jedną z wielu wyobrażalnych dekoracji. Weźmy na przykład fortepian, instrument a zarazem mebel i pianistę grającego klasyczny repertuar powiedzmy Claude'a Debussytego. Wszystko znane, przewidywalne, ale wystarczy wyjąć widelec z kredensu i włożyć go między jego struny, nałożyć na nie koraliki z rozsypanego naszyjnika żony czy zamiast w klawisze uderzać bezpośrednio w struny i nagle ten Debussy zaczyna brzmieć jakby fortepian zbudowany był z antymaterii. A my czujemy się jakbyśmy tego Debussy'ego znali i nie znali, słyszeli i nie słyszeli, jakby muzyka płynęła ze znajdującego się za niewidoczną membraną alternatywnego wszechświata, w którym gatunki muzyczne są podobne, ale jednak trochę inne, a to co znane brzmi nieco inaczej, zaskakująco, zadziwiająco, świeżo.

Franiszek Raczkowski, młody pianista jazzowy, początkowo myślał o bardziej standardowych improwizacjach na mniej lub bardziej znane kompozycje Debussyego. Ostatecznie jednak powstało - choć rodziło się w bólach i zabrało więcej czasu niż przewidywał - coś ambitniejszego: improwizacje nie na utwory czy motywy wzięte z twórczości Debussy'ego ale bardziej na jego styl, na ducha jego muzyki, improwizacje na Debussy'ego jako "metodę" tworzenia muzyki. Będąca sama afimacją nastroju, środkiem do nawiązania kontaktu z emocjami, z podświadomymi korzeniami muzyki, czasem z pomocą ultraprostych narzędzi, genialnych w swojej oczywistości, Raczkowskiego dekonstrukcja Debussy'ego nie tylko odświeża odbiór orginału. Chwilami jest po prostu równie dobra - wiem, to brzmi jak herezja - albo i ciekawsza niż zgrany do bólu przez tysięczne wykonania oryginał. Posłuchajcie sami zdumiewajacego "Chorale", filigranowego "Pierwszego take'u", swingującej a la free improv "Arietty", cool jazzowego "Calvadosu" itedeitepe...

Na koniec warto odnaleźć ostatni trop jakim jest zagadkowe origami na okładce czy pisane odręcznie stylem japońskiej kaligrafii tytuł płyty "Klood", nazwisko muzyka czy tytuły utworów. Zwodniczo proste, wykonane niemal dziecięcą ręką origami jest po uważniejszym przypatrzeniu się wyrafinowaą rzeźbą autorstwa znanego na całym swiecie Gorana Konjevoda. Wszystkie te elementy: muzyka, oprawa graficzna, cały zamysł artystyczny, zachęcają do przekrocznia jednej z najbardziej ulotnych dla współczesnego człowieka granic jaką jest całkowite skupienie się na rzeczy w polu uwagi, wejście w głąb, zajrzenie w alternatywną rzeczywistość każdego tu i teraz. W tym kontekście przypomniało mi się  zadanie dawane czasami przez mistrzów zen swoim uczniom:  kaligrafowanie sutry serca za pomocą pędzelka umoczonego w czystej wodzie. Tekst jest czytelny jedynie przez kilka sekund, ale jak długo żyje dźwięk, gdzie rozbrzmiewa i ile czasu trwa podróż z jednego wszechswiata do drugiego?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...