Monday, April 12, 2021

Jazz w Rybniku (2014)


"Jazz w Rybniku"
Czesław Gawlik, Anna Małecka
Rybnicka Agencja Wydawnicza

By Krzysztof Komorek

Sześć dekad historii jazzu w Rybniku prezentuje książka autorstwa Czesława Gawlika - muzyka i osoby od lat zaangażowanej w promocję kultury - oraz Anny Małeckiej - dziennikarki i autorki związanej ze sceną jazzową od strony organizacyjnej, a przez pewien czas również artystycznej - jako wykonawca.

Pierwsza, najobszerniejsza, cześć opracowania skupia się na przedstawieniu historii rybnickiego jazzu. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że autorom udało się znaleźć rybnickie wzmianki jazzowe jeszcze z lat 1920-30. Jednak zasadnicza narracja historyczna rozpoczyna się w roku 1954 od powstania kwintetu rytmicznego w jednym z lokalnych domów kultury. W poszczególnych rozdziałach Gawlik i Małecka opisują miejsca, wydarzenia i osoby, które wiążą się z powstaniem rybnickiego jazzu. Dokładnie przedstawiane są programy cyklicznych imprez, które odbywały się w regionie, nie brakuje również przypomnienia najważniejszych wydarzeń z konkretnych obiektów regularnie goszczących muzykę jazzową.

Druga część wydawnictwa skupia się na teraźniejszości rybnickiej sceny jazzowej. Przywoływane są najświeższe koncerty oraz ostatnie edycje festiwali (Silesian Jazz Meeting). Jeden z rozdziałów poświęcono Rybnickiej Szkole Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. Autorzy nie zapomnieli również o "okolicach jazzu" - tytułując tak jeden z fragmentów, opowiadający o działaniach dotyczących bluesa i muzyki gospel. Tę cześć publikacji zamyka zestawienie biogramów najważniejszych osób związanych z jazzem w Rybniku. Krótka, trzecia część podsumowuje całość zbiorem barwnych anegdot. Co ciekawe i oryginalne, pomyślano również o miejscu na notatki, dzięki czemu treść można uzupełniać i aktualizować już we własnym zakresie.

Ogromną zaletą książki jest bardzo bogaty materiał archiwalny, uzupełniający główny wywód. Zdjęcia, reprodukcje plakatów, artykułów prasowych robią duże wrażenie. Należy docenić wysiłek autorów włożony w ich zgromadzenie i opracowanie. Uznanie wyrazić należy również za przygotowanie szerokiego indeksu nazwisk (co wbrew pozorom nie jest ostatnio oczywistą praktyką wydawniczą). "Jazz w Rybniku" to ważna i absolutnie cenna publikacja. Niezbędnik dla zainteresowanych jazzem w szerszym znaczeniu, jako zjawiskiem. Nieoceniona pomoc dla pasjonatów i profesjonalistów.   

Friday, April 9, 2021

Impro Session #3 - Abyss, Wojtek Kurek i Wolne Pokoje


Abyss - Water Thrown Into Space (2020)

Maja Laura Jaryczewska - piano, synth
Szymon Zalewski - bass
Artur Paszkowski - drums

PRIVATE EDITION 2020

By Andrzej Nowak

"Woda w kosmosie" to album stworzony przez muzyków, którzy niechybnie po raz pierwszy zagościli w odtwarzaczach redakcji. Całość to efekt improwizowanych sesji, jakie artyści przeprowadzili w czasach jeszcze przez pandemią (jesienią 2019), jak i w lockdownowych warunkach roku kolejnego, które - jak pokazuje szereg przykładów - potrafią wpływać niezwykle silnie na kreatywność muzyków, zwłaszcza w obszarze improwizacji.

Abyss to przykład twórczości, która z jednej strony istotnie łechta podniebienie konesera bystrej muzyki z powabem swobodnej kreacji, z drugiej wciąż stawia pytania i sieje wątpliwości natury czysto artystycznej. To bowiem zwinne połącznie muzyki "post-fusion" (świetny bas, zwinna perkusja) z niebanalną, nienachalną i naprawdę ciekawą warstwą syntetycznych dźwięków budowanych przez syntezator, na które w ramach deseru (a może wątku naczelnego?) nakładany jest - jakby na etapie post-produkcji - strumień czystej, kameralnej pianistyki, na ogół szczędzącej nam poważniejszych porcji improwizacji. Efekt chwilami bywa intrygujący, w innych momentach sytuacja dramaturgiczna aż prosi się o to, by coś w niej zmienić. Na przykład, choćby jedynie przesunąć akcenty - syntezatorowe wojny światów na pierwszy plan, piano w backgroundzie. Ale dość tych recenzenckich egzegez - wskażmy najciekawsze wodne przygody trójki młodych, polskich muzyków.

Niemal każdy z utworów zaczyna się udaną basową introdukcją, istotnie współtworzoną przez elektroakustyczne zdobienia, płynące ze strony syntezatora (choćby trzecia, czwarta i siódma część). Niezłą czujnością dramaturgiczną, prawie w każdym przypadku, wykazuje się drummer. Wchodzi zawsze w punkt, zdobi narrację plastrami ciekawych dźwięków, a jak trzeba - intensyfikuje akcję. Abyss definitywnie lepiej radzi sobie w dynamicznych pasażach (jak w części piątej), niż w około jazzowych meta spowolnieniach (które na ogół narzuca piano często wchodzące do gry po pewnym czasie). Zdecydowanie najciekawszym utworem na płycie jest część ostatnia i wcale nie szkodzi jej fakt, iż jest najkrótsza. Zaczyna ją echo post-techno, które płynie do nas z nieznanych lądów. W ten kontekst pięknie wślizguje się bas, a zaraz potem perkusja, która łamie rytm, rwie frazy, sieje zdrowy ferment. Syntetyka dokłada tu warstwę zjawisk quasi plądrofonicznych. Muzycy śmiało brną do przodu, jakby starali się wskazywać drogę na przyszłość. Opowieść gaśnie po dwóch minutach, nim fortepian zdoła wydać z siebie jakikolwiek dźwięk. 


Wojtek Kurek - Buoyancy (2021)

Wojtek Kurek - drums, percussion, max MSP patch

PAWLACZ PERSKI PPT 51

Umiejętność stylowego łączenia dźwięków akustycznych i syntetycznych w procesie improwizacji nie jest cechą, którą muzycy wysysają z mlekiem matki. Ba, nawet pobieżna analiza przypadków wskazuje, iż zdolność ta występuje w przyrodzie niezwykle rzadko. 

Warszawski perkusista Wojtek Kurek nie tylko dostarcza nam fantastycznych nagrań w duetach i triach, świetnie potrafi wkomponowywać się w zdradliwe składy ad hoc, podsuwane mu przez organizatorów spontanicznych festiwalach dziwnej muzyki, ale nagrywa także solowe płyty, którymi zadaje kłam teorii, iż nie da się udanie łączyć żywego i martwego dźwięku w procesie improwizacji. Dodatkowo, na płycie "Buoyancy" pokazuje także, iż jest zręcznym konstruktorem specjalnych urządzeń generujących elektroakustyczne frazy. Na rzeczonym bowiem nagraniu wyczarowuje dźwięki przy pomocy zestawu perkusyjnego wspartego autorskimi efektami stworzonymi w środowisku MAX/MSP, które przetwarzają materiał akustyczny w czasie rzeczywistym.

Partnerem Wojtka w utworze otwarcia zdaje się być metronom, który regularnym stuk-puk daje życie akustycznej improwizacji. Tło rodzi się tu systematycznie z każdym jego uderzeniem, jakby z kropli wody, z dygoczącej wilgoci dekonstruowanych fraz. Na tym tle budowany jest drumming, który niesie za sobą smugę pogłosu. W kolejnym epizodzie hydrauliczne konotacje znów dają znać o sobie. Słyszymy perkusję, która brzmi jak zanurzony w wodzie kontrabas. Lepka ciecz wokół niego kreuje urokliwy ambient. Z kolei w części czwartej muzyk umieszcza na werblu przedmioty i daje im nowe życie, tuż po śmierci ich akustycznego wymiaru. Rezonans, szum, oddychające ciało muzyka, a na finał dark ambient budowany dźwiękami talerzy i miseczek. Zaraz potem, w wyjątkowo krótkim interludium, perkusjonalne świecidełka płyną wilgotnym strumieniem repetycji. Wreszcie kluczowa, dziewięciominutowa epopeja - perkusyjny trans, który rodzi się w strugach szorstkiego ambientu, w tajemniczych okolicznościach elektroakustyki. Z morza falującej syntetyki wyłania się rytualne bębnienie, taniec, który zdaje się nie mieć końca. W finale słyszymy dzwon pokutny, który wybija ostatnią godzinę, zanurza nas w mroku, nie dając nadziei na wybudzenie. 


Wolne Pokoje - Obiekty Rozmyte (2020)

Robert Demidziuk - tenor saxophone, guitar, bass, xylophone, synth, field recording, korg wavedrum, acoustic laptop, voice, drums

PLAŻA ZACHODNIA 2020

Za dźwięki w formie bliżej niezidentyfikowanych "Obiektów Rozmytych", pomieszczone we wciąż Wolnych Pokojach nieustannie wolnego Miasta Gdańsk, odpowiada jeden człowiek - Robert Demidziuk. Krótka, siedmioczęściowa opowieść zdaje się być dość precyzyjnie zaplanowana, raz za razem skutecznie zdobiona jednak zabiegami aranżacyjnymi, noszącymi znamiona improwizacji. 

"Obiekty" to morze syntetyki, posiadającej silny drive i strumienie akustyki, które chwilami płyną głównym nurtem, ale częściej chowają się w mgławicach post-syntetycznego ambientu, zdobiącego narracyjny background. To cienie electro, kreowane połamanymi strukturami rytmicznymi, które dobrze zderzają się z dźwiękami sfuzzowanego basu i post-metalowym drummingiem. Raz za razem pojawia się tu zmutowany dźwięk saksofonu, który kreśli pół drony, rysuje pętle i intersująco zdobi ów niekiedy plądrofoniczny drums'n'bass. 

W drugiej części nagrania co rusz natrafiamy na dubowe obłoki ciekawych dźwięków, które definitywnie dodają całości uroku. Bywa, że opowieść Roberta brzmi jak stary, dobry Bill Laswell, tu napotykający na gitarowe szaleństwa swojego wieloletniego kompana Bucketheada. Skojarzenie na pozór wydaje się dość karkołomne, gdyż de facto nie słyszymy w nagraniu ani charakterystycznego dołu basu, ani świergoczącej silnym prądem gitary, ale klimat nagrania ewidentnie ma wiele wspólnego z soundem nowojorskiego Downtown lat 90. ubiegłego stulecia i jego improwizującego post-electro-jazz-rocka. Nagranie wydaje się być punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Kierunek ciekawy - osobiście urozmaiciłbym wszakże arsenał dostępnych środków wyrazu. 

Wednesday, April 7, 2021

Patrycja Ziniewicz - List Do Czarnego Anioła (2020)

Patrycja Ziniewicz

Patrycja Ziniewicz - vocal
Jan Jarecki - piano
Filip Arasimowicz - double bass
Kacper Skolik - drums
with
Dariusz Herbasz - tenor & baritone saxophones
Marcin Janek - clarinet
Weronika Kulpa - cello

List Do Czarnego Anioła

PRIVATE EDITION 5900378715047

By Adam Baruch

This is the debut album by Polish vocalist Patrycja Ziniewicz recorded with a classic Jazz piano trio comprising of pianist Jan Jarecki, bassist Filip Arasimowicz and drummer Kacper Skolik. Three other musicians guest on selected tracks. The album presents thirteen songs, associated as the title suggests (Eng. "Letter To The Black Angel"), with the repertoire of iconic Polish vocalist Ewa Demarczyk, nicknamed "Black Angel", who died a few months after this album was recorded.

Anybody familiar with Polish Culture is of course aware of the unique status achieved by Demarczyk, which sets her apart from everything that happened on the Polish Cultural landscape, high and above on an unreachable pedestal. Her phenomenal interpretation of Polish Poetry and idiosyncratic vocal style, combined with music that was composed (in most cases) specifically for her, is absolutely untouchable and beyond any attempt of being mimicked. The question if her repertoire can be interpreted remains open. Before anything else can be said, the sheer audacity displayed by Ziniewicz by her attempt to tackle this unsurmountable task must be admitted - she surely has "big balls" (gender aside), the question is if that is sufficient.

Ziniewicz certainly does not attempt to impersonate Demarczyk, and offers her own interpretation of these songs, which are very far from Demarczyk’s theatrics and extremism. The general idea is to Jazz up these songs, but surprisingly the transformation into Jazz is only partial, and is directly evident on just a few of the songs. That creates an impression of going halfway, rather than presenting a coherent concept. Another problem is the fact, that most of these songs, once performed by Demarczyk in her highly eccentric way, become icons in themselves, and any attempt to perform them will immediately call for a comparison, which of course is impossible. Lofty Angels, Black, Blue or any others are simply best left alone.

Ziniewicz is a very gifted vocalist, that goes beyond saying, with an obvious zets, a strong voice with an impressive range, obviously appropriate for the musical stage. She is still very young and will surely crystalize her own stylistic finesse. But Demarczyk did not sing songs from musicals; she was even beyond cabaret or sung poetry, with which she was associated for a lack of a better term, she was simply herself, a mixture of an Angel and a Devil in the flesh. The piano trio sounds the best when the musicians start to swing and even manage to insert an occasional solo, but for the rest of the way they remain pretty unremarkable - professional and technically highly proficient, but nothing special.

Overall this album leaves me undecided and with a lot of unanswered questions. These are magnificent songs and the lyrics are pearls of Polish Poetry, so what is here not to like. Is this music as good as the original? Surely not, that is, as already sated, simply impossible. Is it worth listening to? Sure thing, it is even enjoyable if one manages to free oneself from hearing the original in the back of one’s mind. Was this a wise decision? Personally I doubt it, as with all the courage and effort, the task was sadly underrated and proved to be too daunting. But thank you young Lady for trying and for looking up to the best. I am already curious to hear your next album, just don’t give up and remember… this is a long journey up the hill. God bless!

Monday, April 5, 2021

Gniewomir Tomczyk/Project - Pieces Of My Journey (2020)

Gniewomir Tomczyk/Project

MIN t - vocals
Maciej Kądziela - saxophone
Zdzisław Kalinowski - keyboards
Gniewomir Tomczyk - drums
and others

Pieces Of My Journey

SOLITON 1038


By Adam Baruch

This is the third album by Polish Jazz drummer/composer Gniewomir Tomczyk, recorded with a core quartet including vocalist MIN t (a.k.a. Martyna Kubicz), saxophonist Maciej Kądziela and keyboardist Zdzisław Kalinowski. A long list of guests appears on selected tracks. The album presents nine original compositions, eight composed or co-composed by Tomczyk and one by Kądziela. There are also six bonus tracks which are either remixes or radio edits of the album’s tracks.

The music shows clearly the path Tomczyk has been following since the start of his career, moving gradually away from the traditional concept of Jazz into contemporary Pop. Although his music still carries some marginal Jazz accents, the emphasis is on production, contemporary sound and highly melodic contents.

Although not exactly my cup of poison, the music is professionally put together and Tomczyk knows exactly what he is doing. Make no mistake, he is quite an accomplished Jazz drummer is he wants to be, but obviously his current desire is to produce elegant and quite sophisticated Pop music, which is every iota as good as the best accomplishments in this area over the pond and anywhere else around the globe, without being disgusting and plainly primitive, as most Pop productions are these days. Large parts of this music are instrumental and there are some nice solo parts by Kądziela and the guest artists, with makes the music shift between Jazz-Pop Fusion and Smooth Jazz, with a bit of Avant-Garde touch for good measure, which awaits the listener just when he is blissfully floating towards the horizon.

As already said earlier, this is not "strictly" Jazz, but at least it does not pretend to be so. It operates within clearly defined cross-genre borders, offering its own rules and production values, which are highly effective. I really enjoy this music, here it is, I admit it! It has its time and its place and does not replace my love for Jazz or Classic Rock or anything else, but I do appreciate the effort and talent put into it and completely non-snobbishly enjoy it. And as usual I don’t give a damn what others think. Well done!

Saturday, April 3, 2021

Tomasz Chyła Quintet - da Vinci (2021)

Tomasz Chyła Quintet

Tomasz Chyła - violin, voice
Emil Miszk - trumpet, percussion
Krzysztof Hadrych - guitar
Konrad Żołnierek - double bass
Sławomir Koryzno - drums, modular synth
with Vocal Ensemble Art'n'Voices

da Vinci


ALPAKA 014

By Krzysztof Komorek

Tomasz Chyła, trzy lata po znakomitym poprzednim studyjnym albumie swojego kwintetu, prezentuje nowy materiał, podobnie do poprzednich projektów, zaskakując wieloma złożonymi aspektami najnowszej produkcji. Pierwszą niespodzianką są personalia. Ze starego składu zespołu pozostał tylko perkusista  Sławek Koryzno. W prezentowanych tu nagraniach skrzypkowi towarzyszyli: kontrabasista Konrad Żołnierek, znany już z poprzedniego cyfrowego wydawnictwa z rejestracją występu w Studiu Koncertowym Trójki, trębacz Emil Miszk, muzyk o ugruntowanej renomie zarówno sidemana jak i lidera, którego śmiało można zaliczyć do czołówki krajowej sceny jazzowej, oraz debiutant Krzysztof Hadrych, gitarzysta, student Tomasza Chyły. 

Sięgnąwszy wstecz w historię artystycznych działań lidera kwintetu, można skonstatować, że z nowym składem powracają znane już z początków kariery skrzypka personalne konfiguracje. Na płycie wystąpił również zespół wokalny Art'n'Voices, którego członkiem jest na co dzień Chyła. Warto przy tym wspomnieć, że  prowadzi on jako dyrygent również dwa inne chóry, których udział w projekcie "da Vinci" był planowany, jednak powstrzymany został przez pandemiczne ograniczenia. 

Poprzednie studyjne nagrania skrzypka ("Circlesongs") koncentrowały się na formie. Tym razem tytuł płyty sugeruje, że koncepcja artystyczna zasadza się na inspiracji postacią Leonarda da Vinci. Nawet materiały prasowe kierują uwagę odbiorcy ku zbieżności istnienia niezliczonych talentów da Vinciego z artystyczną wszechstronnością lidera kwintetu. Sam Tomasz Chyła w wywiadach nie ucieka od takich interpretacji, deklaruje jednak, że album bardziej odnosi się do zainteresowania całym okresem renesansu. 

Słynny artysta jest tu więc przywołany jako postać symboliczna, co do istotności której dla epoki odrodzenia, ale i dla historii ludzkości, wątpliwości mieć trudno. Przed słuchaczem (i jednocześnie recenzentem) koncepcyjność płyty otwiera liczne możliwości snucia analogii i odniesień. Trzeba oczywiście uważać, by w tych enuncjacjach nie popaść w pułapkę przesady. Jednak można śmiało stwierdzić, że zarówno założenia albumu, jak i gotowe już kompozycje (w formie w jakiej znalazły się na płycie) tego typu rozważaniom sprzyjają.   

Tytuły utworów odnoszą się raczej do renesansowych obszarów zainteresowań i działań mistrza Leonarda i jemu podobnych. Nie ma w nich bezpośrednich nawiązań - poza jednym wyjątkiem - do konkretnych prac. Ów wyjątek to druga na płycie "Macchina Volante". Ostre, przeszywające, gitarowe brzmienie, kapitalnie korespondujące z ponadczasowością wynalazków Leonarda. Szaleńcza, rockowa gitara na pierwszym planie wyrywa się ku przestworzom na kształt tytułowej maszyny latającej, pędząc naprzód niczym współczesna jej emanacja obleczona w postać super samochodu Pagani Huayra BC. 

Z renesansową wszechstronnością zderzać się będziemy na "da Vincim" w różnych przejawach. Muzyka raz wprowadza nas w nastrój podniosłości, by za chwilę uderzyć energetyczną pasją. Przebijają z kolejnych nagrań echa dzieł o tematyce religijnej,  zaangażowania w nauki matematyczne (kapitalne "Strong Algorithms" z wykorzystaniem syntezatorów modularnych, które dla mnie w pełni oddają skomplikowaną, acz uporządkowaną naturę matematyki), odkryć geograficznych (kompozycja "Amerigo" poświęcona odkrywcy Amerigo Vespucciemu - fantastyczne zobrazowanie wyprawy w nieznane, oczekiwań, trudów, nadziei, napotkanego piękna, ale i towarzyszących temu przeciwieństw). 

Takie alegorie nasuwają się  przy słuchaniu tego albumu dość często. To muzyka zrodzona z bogatej wyobraźni i otwierająca szerokie możliwości przed imaginacją słuchacza. "da Vinci" jest układanką skomplikowaną, ale za to złożoną i funkcjonującą z niezwykłą precyzją. Wszystkie elementy - a myślę tu zarówno o samym dziele, jak i każdym z wykonawców - są tu perfekcyjnie dopasowane i potrzebne. Płyta - co oczywiste - wymaga skupienia podczas słuchania - bez tego nie ma szans, by odkryć i docenić niuanse poszczególnych opowieści. Ale za skupienie odpłaci się bogactwem wrażeń i satysfakcji, nawet bez przypisywania nagraniom jakiejkolwiek domniemanej symboliki.  

Thursday, April 1, 2021

Wokół Huapango Nights - wywiad z Eduardo Bortolottim, część 2

By Alek Jastrzębski

Płyta "Huapango Nights" to debiut fonograficzny Eduardo Bortolottiego, skrzypka jazzowego meksykańskiego pochodzenia. Album, w swojej nazwie nawiązujący do ludowego gatunku muzycznego, podsumowuje jego ośmioletni pobyt w Polsce i jest połączeniem zaplecza folklorystycznego z brzmieniem jazzowym. Wydawnictwo miało swoją oficjalną premierę w dniu 11.12.2020 r.

W wywiadzie opublikowanym na fan page'u Meksykańskiej Ambasady w Polsce powiedziałeś, że wiele nauczyłeś się podczas produkcji "Huapango Nights". Co było dla Ciebie najtrudniejsze w tym procesie, a co najbardziej Cię zaskoczyło?

Myślę, że najbardziej zaskoczyła mnie ilość różnych utrudnień technicznych podczas samego procesu nagrywania w studiu. Miałem doświadczenie w nagrywaniu samego siebie i w związku z tym przede wszystkim wiedziałem, jaki konkretnie chcę uzyskać dźwięk dla własnego instrumentu. Zdecydowanie trudniej było stworzyć odpowiednio sprecyzowane zespołowe brzmienie. Sam wziąłem udział w miksowaniu i tutaj spędziłem bardzo dużo czasu, aby uzyskać efekt, jakiego oczekiwałem. Na początku bałem się, że go nie osiągnę i musiałem po prostu odpocząć kilka tygodni od nagrania i ze świeżą perspektywą do wszystkiego wrócić. Generalnie cały proces produkcji, wydania, projektowania graficznego itd. był dla mnie bardzo cennym doświadczeniem - moje podejście bazowało na doświadczeniu wyłącznie muzycznym, zupełnie nie znałem strony producenckiej.

Na płycie poza pięcioma autorskimi kompozycjami znalazło się miejsce dla Twoich aranżacji czterech tradycyjnych meksykańskich melodii. Co sprawiło, że zdecydowałeś się właśnie na te cztery konkretne utwory? Z jakiego powodu są one dla Ciebie ważne?

Oczywistym jest, że chciałem na swoim debiutanckim albumie pokazać siebie jako artystę pochodzącego z Meksyku. Na studiach pisałem pracę dyplomową o gatunkach ludowych wywodzących się z Meksyku i aby uzyskać efekt oryginalności, skupiłem się głównie na wykorzystaniu kluczowych elementów narodowych oraz przybliżeniu specyficznego instrumentarium, którego mógłbym użyć na płycie. Uwielbiam europejski jazz i różne style współczesnej muzyki improwizowanej, natomiast tutaj chciałem zacząć właśnie od swoich korzeni. Uważam, że melodie takie jak "La Bruja" czy "La Llorona" są bardzo "narodowe" i szeroko rozpoznawalne w Meksyku. Na "Huapango Nights" chciałem jednocześnie pokazać je w nieco innym, bardziej jazzowym kontekście. Utwór "El Cascabel" to z kolei piosenka ludowa z regionu Veracruz, gdzie grałem w kapeli ludowej. Tutaj chciałem użyć tzw. szczęki osła, "instrumentu" sięgającego jeszcze tradycji afrykańskiej, a w Meksyku używanego już tylko we wspomnianym regionie. Osobiście najbardziej podoba mi się efekt uzyskany w ostatnim utworze, czyli "Alla en el Rancho Grande". To charakterystyczna melodia z okresu rewolucyjnego w Meksyku, gdzie chciałem zostawić miejsce na improwizację otwartą - solową i zespołową. Mieliśmy wspólnie trzy podejścia i właściwie każda wersja była bardzo dobra, trudno było wybrać tę konkretną na płytę.

W innym wywiadzie powiedziałeś, że "Huapango Nights" zamyka pewien etap Twojej kariery - jak byś ten etap podsumował?

Częściowo jest to jeszcze okres "akademicki". Większość aranżacji i skupienie się nad wykorzystaniem muzyki meksykańskiej w moim graniu sięga jeszcze czasów studenckich. Na Uniwersytecie i na Akademii w ramach zajęć i prac dyplomowych, skupiłem się mocno na badaniu muzyki ludowej oraz na zastosowaniu jej w edukacji muzycznej i w aranżacjach jazzowych. Robiłem to tak, aby czuć, że świadomie wykorzystuję cechy i elementy, które uważałem za ciekawe, ale zachowując przy tym szacunek do tradycji ludowej. Cały ten "pierwszy etap" jest dla mnie podsumowaniem wiedzy i doświadczeń zdobytych jako muzyk ludowy w Meksyku i podczas studiów w Polsce. Rok po ich zakończeniu stwierdziłem, że chciałbym nagrać ten materiał. W międzyczasie napisałem jeszcze "Altered Times" i "Huapango Nights". Ten ostatni temat już nieco bardziej skomponowany docelowo pod płytę, gdzie specjalnie wykorzystałem elementy rytmiczne muzyki "huapango", ludowego stylu muzycznego z Meksyku połączonego z elementami harmonii Coltrane'owskiej.


Dodałeś też, że to ważne, by zamykać pewne rozdziały, bo z czasem zmienia się sposób artystycznej percepcji, a nawet samego komponowania - co się zmieniło w czasie Twojego pobytu w Polsce?

Myślę, że sporo zmieniło się na przestrzeni ostatnich dziewięciu lat. Jedne zmiany są ściśle związane z pobytem w innym kraju niż rodzinny, a drugie wynikają po prostu z samego życia i dorastania. Przykładami utworów, w których widać zmianę mojego podejścia do tworzenia muzyki, są "Cansao" czy "Cenzontle". Główne tematy tych utworów były jednymi z moich pierwszych kompozycji, są one bardzo liryczne. Obecnie chyba staram się odchodzić od takiego komponowania. Na pewno mieli też na to wpływ moi nauczyciele - Henryk Gembalski i Marcin Hałat lubią grać przede wszystkim muzykę otwartą. Aktualnie w Polsce jest coraz większy ruch w tym kierunku i to wszystko na mnie wpłynęło. Na pewno chciałbym znowu spotkać się z nimi. Szczególnie w momencie, kiedy już przyswoiłem pewne informacje i techniki, które starali się mnie nauczyć w owym czasie, a nie byłem na nie jeszcze wtedy gotowy. Nie do końca je czułem, ale teraz swobodna improwizacja jest mi bliższa. 

Zauważyłem, że sporo uwagi poświęcasz ostatniemu utworowi na płycie, "Alla en el Rancho Grande". Wspominasz, że w tej kompozycji, wraz z resztą zespołu, mogliście swobodniej porozumiewać się jako artyści, oraz że ostatnio, jako muzyk i artysta, skupiasz się na muzycznej ekspresji i komunikowaniu się poprzez instrument, odkładając część teoretyczną, a nawet techniczną. Czyżby Twój kolejny projekt miał skupiać się na swobodnej improwizacji?

Jestem coraz bardziej zainteresowany tematem takiego otwartego grania Wracam od czasu do czasu do książki Henryka Gembalskiego "Improwizowana forma otwarta", gdzie tłumaczy on, jak zwiększają się formy przekazu i wyrazu artystycznego poprzez otwarte granie. W przypadku zespołowej interakcji wymaga to od każdego muzyka większej współpracy i samodyscypliny, bo trzeba wspólnie działać, włączyć się do wspólnej idei. Słucham także więcej skrzypków i twórców muzyki improwizowanej. Francuz Dominique Pifarély jest w tym momencie jednym z moich ulubionych w tej dziedzinie muzyki awangardowej. Innymi, którzy aktualnie mają wpływ na to, co chciałbym stworzyć, są Zach Brock oraz Ola Kvernberg. Bardzo prawdopodobne więc, że kolejne projekty będą skupione na stylistyce avantgarde/free improv. Natomiast nie wykluczam również rozwijania dalej tego, co prezentuję na "Huapango Nights", czyli world-music z jazzem. Mam kilku znajomych obcokrajowców, tutaj w Polsce, i zawsze chciałem stworzyć z nimi coś przy użyciu instrumentów pochodzących z różnych kultur. Steve Coleman chociażby ma ciekawe projekty w tym połączeniu, więc może w przyszłości powstanie coś i w tym kierunku.

Mówisz też, że gdy część teoretyczna i techniczna są  już w jakimś stopniu opanowane, to można być artystą, który ma coś do powiedzenia. Co chcesz powiedzieć w kolejnym rozdziale swojej twórczości?

Trudno mi w tej chwili określić, co chcę konkretnie powiedzieć w kolejnym rozdziale, ponieważ na razie zastanawiam się nad samym projektem i możliwościami. Chciałbym dalej współpracować z moimi kolegami z kwintetu z "Huapango Nights". Przed pandemią miałem wizję na następny projekt zespołowy, do którego zaprosiłbym dodatkowo muzyków z różnych krajów, ale tym razem najpewniej wrócę do tematu projektu solowego. Projekt solowy jest nieco bardziej swobodny, ale i ryzykowny. Mam kilka pomysłów na następne kompozycje, ale chcę zostawić dużo miejsca dla czystej improwizacji. Myślę nad sesją nagraniową wykorzystującą moje obecne instrumenty, czyli skrzypce pięciostrunowe, skrzypce barytonowe oraz sześciostrunowe skrzypce elektryczne, do których też dodaję elektronikę. To jest właśnie to, co chcę zrobić w kolejnym rozdziale. Bardziej intymna płyta, która dobrze wpisuje się w sytuację izolacji w czasach pandemii. Stworzyć muzykę niekoniecznie "pod słuchacza", aby pokazać jakąś wirtuozerię, ale dla samej sztuki i dla bezpośredniego wyrażenia siebie.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...