piątek, 12 lipca 2024

The Beat Freaks and Ralph Alessi — "Mechanics of Nature"

The Beat Freaks and Ralph Alessi 

Ralph Alessi — trąbka
Tomasz Licak — saksofon tenorowy
Michał Starkiewicz — gitara
Flavio Gullotta — kontrabas
Radek Wośko — perkusja

Wydawca: Jazz Generator (2024)

Tytuł płyty: "Mechanics of Nature"

Tekst: Szymon Stępnik

Spytano kiedyś Jima Morrisona, jak opisałby płytę The Doors o nazwie “L.A. Woman”. Odpowiedział wtedy jednym słowem - “blues”. Wydaje mi się, że w podobny sposób można byłoby opisać najnowsze wydawnictwo od “The Beat Freaks” zatytułowane ”Mechanics of Nature”, gdzie tym razem zaprosiło do współpracy gwiazdę ECM-u Ralpha Alessiego, z tą jednak różnicą, że nie jest to “blues”, ale najczystszy w swoim rodzaju “free jazz”.

Dość długo słuchacze musieli czekać na nowe wydawnictwo tej intrygującej grupy. Od ostatniego longplaya “Stay Calm” minęło już bowiem 5 lat, a w międzyczasie Flavio Gullotta zastąpił na kontrabasie Pawła Grzesiuka. Sam lider zaś, czyli Michał Starkiewicz, w międzyczasie wydał rewelacyjny album pod nazwą “Solaris” w 2021 roku. Muzycy nie chcieli jednak odcinać kuponów i powrócili z większą dojrzałością, świadomością i nieco bardziej wyselekcjonowanymi pomysłami, a samo zaproszenie Ralpha Alessiego okazało się strzałem w dziesiątkę. Ale po kolei.

Album jest swoistym krążkiem koncepcyjnym. Tematem przewodnim jest piękno natury, ale rozumiane bardziej jako zachwyt nad mechanizmami nią rządzącymi. Starkiewicz zresztą już we wspomnianym wcześniej “Solaris” dał upust swoim poszukiwaniom piękna i melodii w mechanikach rządzących światem. Mechanics of Nature traktować należy więc jako naturalną kontynuację tamtego tematu.

Kompozycje są jednak na tyle szalone, że trudno na pierwszy rzut ucha zrozumieć wspomniany wyżej konceptualizm. Tak naprawdę mamy tutaj free jazz w czystej postaci, gdzie muzycy kwestionują wszelkie dotychczasowe zdobycze teorii muzyki (a przynajmniej w kwestii rytmicznej). Zachowują jednak przy tym spójność i melodyjność, a w każdym utworze można usłyszeć pewną charakterystyczną cechę, którą jest wolne oraz długie brzmienie sekcji dętej w kontraście do szybkiej, gęstej i wręcz galopującej sekcji rytmicznej. Takie podejście do freejazzowego grania nie pozwala na nudę. Harmonie są powolne, grane jakby w zupełnie innym tempie, niż pędzący w tle rytm. Taki kontrast jest dla słuchacza w odbiorze czymś fenomenalnym.

Chemia, którą mają między sobą Tomasz Licak i Ralph Alessi jest nieziemska. Trochę obawiałem się, że trąbka i saksofon będą sobie przeszkadzać albo (o zgrozo) w sztampowy sposób czekać na swoją kolej przy solówce. Jest wręcz przeciwnie. Mamy tutaj do czynienia bardziej z dialogiem dwóch muzyków, niż banalną próbą ukazania swojej osoby w jak najlepszym świetle. Bardzo podobają mi się momenty, kiedy oba instrumenty grają te same dźwięki, ale dzięki pewnym subtelnościom (w tym w aspekcie długości trwania danej nuty), brzmią zupełnie inaczej. Słuchanie tego duetu to po prostu czysta przyjemność.

Oczywiście nie można zapominać o znakomitej sekcji rytmicznej, która gra niebanalnie, a jednocześnie mocno rytmicznie i spójnie. Flavio Gullotta i Radek Wośko odwalili kawał dobrej roboty. Paradoksalnie najmniej podobał mi się sam lider. Oczywiście jego technika jest na najwyższym poziomie, ale po prostu nie mogę zachwycić się brzmieniem jego gitary. Zdaję sobie sprawę, że ktoś może mieć inne odczucia, ale jasno brzmiące PAFy (tj. rodzaj przetworników gitarowych) strasznie irytują moje bębenki słuchowe.

Krążek “Mechanics of Nature” pokazuje jak wielkim artystą jest Ralph Alessi. To nie przypadek, że nagrywa albumy dla ECM-u. Świetnie operuje akcentami i posiada genialne wyczucie artykulacji. Może grać jednocześnie ostro i awangardowo, a z drugiej strony tworzyć piękne, nastrojowe pejzaże. Moim faworytem jest utwór “Elephant Song”, gdzie pierwotnie miałem wrażenie, iż słyszę jakieś stare nagranie Tomasza Stańko.

Nowe dzieło “The Beat Freaks” nie zawodzi. Pomimo tego, że jest stosunkowo długie, nie nudzi w żadnym momencie oraz intryguje swoją pomysłowością. Ralph Alessi znakomicie odnalazł się we współdzielonej roli solisty z Tomkiem Licakiem. Nawet jeżeli komuś nie do końca podchodzi gatunek free jazzu, “Mechanics of Nature” jest pozycją wyjątkową, której warto dać szanse. Wrażenia dźwiękowe, szczególnie z powodu boskiej sekcji dętej, są niewątpliwie warte poświęcenia chwili wolnego czasu na zapoznanie się z tego rodzaju muzyką.


środa, 10 lipca 2024

Szymon Nidzworski Projekt feat. Andrzej Seweryn - "Beyond Your Eyelids"

Szymon Nidzworski Projekt feat. Andrzej Seweryn 

Szymon Nidzworski – saksofon sopranowy i tenorowy,
Damian Marat i Jan Harasimowicz – trąbki,
Olivier Andruszczenko – klarnet i klarnet basowy,
Szymon Zawodny – saksofon barytonowy,
Ewa Paciorek – waltornia,
Mateusz Sejdak – tuba,
Mateusz Stankiewicz – akordeon,
Helena Matuszewska – suka biłgorajska i skrzypce,
Patryk Dobosz – bębny,
Tomasz Kłoś – syntezator.

"Beyond Your Eyelids" 

Wydawnictwo: Fundacja PLATEAUX (dystrybucja: Warner Music Poland) (2017)

Autor tekstu: Marcin Kaleta

Odwiedzając Zakopane pod koniec grudnia, każdorazowo przekonujemy się o jednym. Otóż dla turystów największą atrakcję stanowi nie przejazd na Gubałówkę czy tym bardziej spacer po zatłoczonych Krupówkach, tylko "Sylwester (Marzeń) z Dwójką".

Akurat na Górnej Równi Krupowej powstaje wtedy plenerowa scena. Entuzjazm temu towarzyszący bywa ogromny, rozleglejszy nawet niźli ona sama. Zewsząd dobiegają komentarze w rodzaju: "Łooo, zaśpiewa ten a ten!". Albo: "Taki i owaki też będzie!". Wreszcie: "I łun, i łun!", czyli oczywiście Z(d)enek. Innych nie kojarzę, jego owszem — kiedyś było coś o nim bodaj na Onecie. Nie jestem na bieżąco, niemniej na pewno to był łun!

W każdym razie, skoro nie znam popularnych i hołubionych przez miliony Gwiazd, pozostaje mi poprzestać na pisaniu o jazzie. Dzisiaj przypomnę Szymona Nidzworskiego. Postać to niezwykła, określana nawet mianem "polskiego Jana Garbarka", ale w Zakopanem nieprędko wystąpi. Prawdopodobnie, gdyż ostatnio coraz częściej współpracuje z reżyserami teatralnymi czy filmowymi. Zatem kto wie, może i doczekamy się go chociażby w tamtejszym Teatrze im. St. I. Witkiewicza?

Póki co, pozostaje nam zachwycać się jego debiutanckim albumem pt. "Beyond Your Eyelids" (2017). Współtworzą tenże, co sam podaje: "wybitni polscy artyści młodego pokolenia". Z nim zebrało się ich aż jedenastu. Ponadto wokalistka SHY oraz mistrz, wybitny aktor i reżyser, za sprawą którego całość została oznaczona jako Szymon Nidzworski Projekt feat. Andrzej Seweryn.

Utwory, wszystkie skomponowane przez Nidzworskiego (poza jednym Teresy Gręziak), rozpisane zostały przede wszystkim na instrumenty dęte. Tak oto usłyszymy: saksofon tenorowy albo sopranowy lidera, trąbkę Jana Harasimowicza bądź Damiana Marata, saksofon barytonowy Szymona Zawodnego, waltornię Ewy Paciorek, tubę Mateusza Sejdaka, klarnet i klarnet basowy Oliwiera Andruszczenki. Sekundują im Mateusz Stankiewicz na akordeonie, Helena Matuszewska na suce biłgorajskiej lub skrzypcach, Patryk Dobosz na perkusji, wreszcie Tomasz Kłoś na syntezatorach. Konfiguracje są różne: od występu solowego, poprzez duety, aż po nonet w rewelacyjnym "Eyesore".

Do tego jednak należy doczekać. Przy pierwszym utworze ("Opening") może pojawić się zwątpienie. Cóż to, akustyczny ambient? Jakieś snuje bezcielesne, energii wyzbyte? Przy drugim, programowym: "Take a breath" ("Weź oddech"), w którym Seweryn recytuje wiersz Nidzworskiego (ponadto w utworze tytułowym wiersz Anny Kuk), już poważniejemy. Odtąd szacunek i uwielbienie mnie nie odstępowały (zupełnie inaczej aniżeli Adama Barucha). Nigdy dotąd muzyka, która ledwo unosi się nad ciszą, tak mnie nie zafascynowała. Z ciszy się poczyna, ciszą jest nabrzmiała i ku ciszy zmierza, a jednak — mimo tej obecności czy przeczucia nieistnienia (bezdechu?) — uciszeniu się sprzeniewierza, nawet w tych (nielicznych wprawdzie, acz przebrzmiewających) funeralnych momentach. Jest w niej zawarte intensywne pragnienie życia. Jako taka, ma charakter afirmatywny.

Autor przekonuje, że stworzył repertuar, stanowiący "wypadkową przeżyć, uczuć oraz inspiracji, często pozamuzycznych". Wymienia "czas, przestrzeń, pejzaże". To wszystko wydaje się cokolwiek banalne, oczywiste. Tylko że w tym przypadku zintensyfikowało się nieomal do rangi objawienia! Według mnie mamy do czynienia z dziełem ojca, który uczestniczył w cudzie narodzin własnego dziecka. Albo oczekuje tegoż. Tak szczera, pełna i wszechogarniająca jest afirmacja życia i świata, którą przepojone są dźwięki. Natomiast sam Nidzworski nie ukrywa wdzięczności wobec żony, Antoniny, której zadedykował materiał.

Stylistycznie to szlachetny stop najwartościowszych pierwiastków. Etno czy world music, tony dworskie lub liturgiczne, doświadczenia klasyki i awangardy, improwizacja, motywy typowe dla muzyki filmowej, itp. Stricte jazzowych fragmentów jest wprawdzie niewiele, niemniej wystarcza. Nieważne, brzmi wspaniale, "zastanawiająco" i "urzekająco", jak konkluduje recenzent, Marek Dusza, przyznając najwyższą notę. Bo też otrzymaliśmy projekt oryginalny, doskonały, przemyślany i dopracowany, może i genialny. Miejscami ekstatyczny. Albo i mistyczny. To znowu intymny... W ogóle zebrano tu wszystko, co ludzkie. Epikę, lirykę i dramat egzystencji w całej okazałości.

Dopiero ostatni utwór (co słusznie odnotował recenzent, Marcin Puławski z Laboratorium Muzycznych Fuzji) rozładowuje nastrój zadumy, powagi, nabożeństwa. Tu już słyszymy jakiś pop z wierszem Nidzworskiego, tym razem po angielsku i w wersji "piosenkowej". Zaiste, chciałbym, by tym podobne wykonania królowały na listach przebojów. Tudzież na "Sylwestrze (Marzeń) z Dwójką". No co? Pomarzyć jeszcze wolno. Wtedy bym i ten nawias usunął.


poniedziałek, 8 lipca 2024

P.G.R. - „Polish Psalter vol.2 for soprano & jazz ensemble” (2023)

P.G.R.

Barbara Rogala – sopran/soprano
Szymon Bońkowski – saksofon altowy/alto saxophone
Grzegorz Rogala – puzon tenorowy, aranżacja /tenor trombone, arrangement
Witold Janiak – fortepian/piano
Michał Rutkowski – kontrabas/double bass
Kamil Miszewski – perkusja/drums

„Polish Psalter vol.2 for soprano & jazz ensemble” (2023)

Wydawnictwo: Ars Sonora

Tekst: Renata Rybak

Nazwa formacji, P.G.R., oznacza Projekt Grzegorza Rogali, puzonisty, aranżera i kompozytora. Rogala po wydanej w 2020 roku pierwszej części „Polish Psalter”, dobrze ocenionej zwłaszcza przez środowisko muzyki klasycznej, podejmuje próbę kontynuowania tego konceptu. Jego ideą jest łączenie kultur i gatunków muzycznych oraz swoista podróż w czasie, a realizowane jest ono poprzez zaprezentowanie utworów renesansowego kompozytora Mikołaja Gomółki do słów Jana Kochanowskiego w zupełnie nowej odsłonie.

Oto pieśni Gomółki, tradycyjnie zaplanowane na cztery głosy, stanowiące dla siebie kontrapunkt, zostają zaaranżowane przy wykorzystaniu konceptu synkretyzmu estetyk muzycznych. Wierny oryginałowi pozostaje jedynie sopran, który jednak także wykonuje fragmenty oparte na wokalizie. Pozostałe głosy z oryginalnych kompozycji Gomółki realizowane są przez sekcję dętą i fortepian, wspierane przez sekcję rytmiczną.

Konstrukcja psalmów zaaranżowanych przez Rogalę to prezentacja głównej linii melodycznej przez sopran, który odtwarza oryginalny tekst i melodię w estetyce klasycznej muzyki renesansowej, to znaczy bez ozdobników i wibrata. Pozostałe głosy zastąpione są przez zespół jazzowy, pełniący początkowo rolę dopełniającą harmonicznie sopran, rolę towarzyszącą. Czasem fragment oryginalny, prezentowany przez sopran, poprzedzony jest intro w wykonaniu zespołu jazzowego, jednak zwykle pierwotna linia melodyczna pojawia się od razu na wstępie.

Temat przejmowany jest następnie przez fortepian lub któryś z instumentów dętych, prezentujacy nieco przetworzoną główną linię melodyczną. Główny temat podlega też improwizacji, początkowo bliskiej oryginalnej linii melodycznej, następnie dość swobodnie odbiegającej melodycznie, rytmicznie i w aspekcie estetyki, od oryginału. Takie zabiegi stosowane są zwłaszcza przez fortepian z towarzyszeniem kontrabasu i perkusji. Są one ciekawą przeciwwagą do renesansowej estetyki oryginału i wnoszą ciekawy jazzowy pierwiastek do oryginalnych utworów. Świetne zgranie fortepianu z instrumentami sekcji nie jest zaskoczeniem, ponieważ Michał Rutkowski na kontrabasie i Kamil Miszewski na perkusji wielokrotnie towarzyszyli pianiście Witoldowi Janiakowi w jego poprzednich projektach, podczas których Janiak brał na warsztat utwory co prawda nie klasyczne, ale ludowe. One także były aranżowane w estetyce jazzowej. Stąd proces taki jest Janiakowi dobrze znany, a jego pomysły interpretacyjne doceniane.

Na płycie słyszymy też saksofon, na którym gra Szymon Bońkowski. Saksofon czasem przejmuje linię melodyczną od głosu żeńskiego i jest jego naturalnym przedłużeniem, a czasem dość zgrabnie improwizuje.

Ciekawym elementem tej płyty są fragmenty wokaliz sopranistki Barbary Rogali, w estetyce bardziej muzyki klasycznej, z towarzyszeniem jedynie kontrabasu. Te właśnie aranżacje Grzegorza Rogali moim zdaniem faktycznie łączą światy muzyki klasycznej i jazzu, a sam koncept jest nowatorski.

Kolejnym ‘smaczkiem’ jest fortepian grający w estetyce klawesynu, który to instrument byłby pewnie bardziej zbliżony do czasów, kiedy te pieśni powstawały. Janiak bawi się tu estetykami i płynnie przechodzi między jedną a drugą.

Reasumując, album przedstawia ciekawy koncept zaprezentowania muzyki klasycznej z towarzyszeniem jazzu i możliwości zainspirowania się renesansową estetyką. Płyta wpisuje się tym samym w dość popularny ostatnio w muzyce jazzowej nurt synkretyzmu tradycji muzycznych z różnych epok. Jest to zdecydowanie kolejny krok ułatwiający przybliżenie tego typu muzyki szerszej publiczności.

piątek, 5 lipca 2024

Polski Piach - "Anomalia"

Polski Piach

Piotr Mełech - klarnet basowy
Piotr Domagalski - basetla
Patryk Zakrocki - gitara akustyczna, ogólna wizja i opieka nad zespołem.

Tytuł albumu: "Anomalia"

Wydawca: Gustaff Records (2024)

Autor tekstu: Maciej Nowotny

Dlaczego ludzie podróżują? Bo istnieje potężna siła - przeciwna grawitacji - która wyrywa nas z naszych miejsc, każe pakować plecak, wsiadać w samolot, autobus, pociąg lub po prostu iść przed siebie. Odpowiedź na pytanie "dlaczego?" nie jest łatwa. Spójrzmy na ptaki, na przykład rybitwę popielatą, uważaną za ptaka o najdłuższej wędrówce na świecie. Migruje z Arktyki, gdzie się rozmnaża, aż do Antarktydy, pokonując około 70 000 kilometrów rocznie. Ornitologów nurtują pytania: co sprawia, że ptaki zaczynają wędrówkę i jak odnajdują drogę. Być może odpowiedzią jest pole magnetyczne Ziemi, które ptaki potrafią wykrywać, co pozwala im na orientację. Niektóre gatunki mają nawet w organizmie magnetyt, działający jak wewnętrzny kompas.

A ludzie? Też wędrują, śpiewają i grają. Dźwięki są lustrzanym odbiciem procesów zachodzących w naszych ciałach. Dlatego tak ważne jest, że muzyka na albumie "Anomalia" zespołu Polski Piach jest grana wyłącznie na instrumentach akustycznych. Słychać oddech Piotra Mełecha na klarnecie, rytm gitary Patryka Zakrockiego przypominający bicie serca i basetlę Piotra Domagalskiego, która wnosi oryginalne brzmienie, odtwarzając tęsknotę za przestrzenią i żal z powodu opuszczenia gniazda.

Muzyka na tym albumie to zaproszenie do podróży. Wydaje się, że wszystkie muzyczne peregrynacje Zakrockiego prowadziły go do tej ścieżki. Blues delty Missisipi, echa muzyki afrykańskiego zachodniego wybrzeża, orientalne wpływy, w tym klezmerskie, tradycyjne pieśni ludowe, wreszcie duch współczesnej kameralistyki i improwizowanego jazzu, wszystkie są obecne w tej muzyce.

Aby cieszyć się tą muzyką, nie trzeba być jednak ekspertem. Wystarczy włączyć album w odtwarzaczu, ze streamingu lub najlepiej pójść na koncert. Miałem okazję uczestniczyć w premierowym koncercie tego albumu w warszawskim klubie SPATiF 20 kwietnia. Warunki były trudne - brak krzeseł, gwar, trzaskające drzwi - ale publiczność ignorowała te przeszkody, ciesząc się atmosferą i muzyką. Było to doświadczenie pełne emocji i łączności.

Co łączyło tych ludzi? Nie trzeba wiedzieć wiele o tej muzyce, nie trzeba idealnych warunków, aby się jej poddać. Czego więc było potrzeba? Może odrobiny magnetytu w ciele lub umyśle, który drażni i nie daje spokoju, zmuszając do wstania z kanapy i ponownego wyruszenia w drogę, z muzyką w oddechu i sercu, by znów odnaleźć wszystko.

środa, 3 lipca 2024

Irka Zapolska Quartet - "Perception of Preception"

Irka Zapolska Quartet

Dominik Kisiel - piano
Filip Arasimowicz - kontrabas
Maksymilian Kreft - perkusja
Irka Zapolska - wokal

"Perception of Preception" (2023)

Tekst: Maciej Nowotny

Jakoś tak się złożyło, że chociaż słyszałem wiele o tej płycie, to dopiero teraz, ponad rok od premiery w marcu 2023 roku, mam okazję jej posłuchać. I muszę przyznać rację moim kolegom krytykom (więcej na ten temat możecie znaleźć np. w informacji podanej przez Jazz Forum), że muzyka ta to rzeczywiście jeden z najciekawszych debiutów ubiegłego roku. Dzisiaj więc napiszę dosłownie kilka słów o tym,  jak wyglądało moje własne spotkanie z tą muzyką.

Przede wszystkim nie jest to muzyka do słuchania w tle: nie można przy niej czytać, spożywać kolacji czy rozmawiać ze znajomymi. Przy czym muzyka nie jest agresywna, nie epatuje nas hałasem, potencjalnie niczego nie zakłóca, natomiast od pierwszej nuty wymaga skupienia uwagi i to niemal absolutnego. W roli bowiem głównej występuje tu liderka, Irka Zapolska, która wybrała i napisała teksty, których zadaniem jest wytworzyć w naszym umyśle coś, co psychologowie nazywają dysonansem poznawczym. 

Zapolska wykorzystała jako teksty fragmenty prozy Lewisa Carrola z "Alicji w Krainie Czarów" jak i znajdujący się w tej książce poemat „Jabberwocky”, którym inspirował się Terry Gilliam w swoim filmie o tym samym tytule. Wybór tych fragmentów do wokalnej interpretacji jest z jednej strony niesłychanie odważnym krokiem, wręcz szalonym, ale z drugiej strony umiejętnym, bo stanowią one nierozwiązywalną zagadkę, coś w rodzaju buddyjskich koanów, będących wyzwaniem dla naszego szukającego oparcia w logice umysłu, zmuszając go do skupienia na tu i teraz, w tym przypadku na muzyce.

Że to się udaje jest jednak zasługą nie tylko genialnego tekstu jako takiego, ale przede wszystkim tak umiejętności wokalnych Zapolskiej, jak i wspaniałego po prostu wsparcia ze strony towarzyszącego jej trio, w osobach grającego na fortepianie Dominika Kisiela, na kontrabasie Filipa Arasimowicza i na perkusji Maksymiliana Krefta. Dominik Kisiel, o którym pisałem ja, a także moje koleżanki i koledzy na tym blogu wielokrotnie - link - to jeden z najbardziej uzdolnionych i obiecujących talentów w polskiej muzyce improwizowanej i jazzowej. Na tej płycie znalazł doskonałe zrozumienie z pozostałymi członkami zespołu i dzięki ich kreatywności, czujności i otwartości na dalekie od ortodoksji pomysły wokalistki, otrzymaliśmy propozycję stanowiącą nie tylko interesującą intelektualną zagadkę, ale w całości bardzo satysfakcjonujące muzycznie doświadczenie.

Wróćmy jednak do wokalistki, bo należy dodać, że oprócz fragmentów Lewisa Carrola, Zapolska proponuje nam też spotkanie z poezją swojego pióra i to pisaną po angielsku. Z reguły jest to recepta na katastrofę, ale nie w tym przypadku. Poezja jest wysokiej próby, angielski traktowany jako tworzywo do wypowiedzi, rodzaj kodu, szyfru, broni się dobrze i jedyna wątpliwość, która się tu pojawia to jak wiele osób będzie w stanie docenić tak sformułowany komunikat. Bo przecież muzyka już sama w sobie jest odważna, interesująca raczej dla niszowego słuchacza, a artystka jeszcze podniosła poprzeczkę, bo iluż polskich czytelników zna na tyle dobrze angielski, by się móc zachwycić tymi tekstami. Dla tych jednak co to potrafią i będą chcieli poświęcić na to swoją uwagę, czeka nagroda. Teksty skłaniają do refleksji, nie pozostawiają czytelnika obojętnym, a do tego są rewelacyjnie zaśpiewane, a okazjonalnie wyrecytowane.

Z tego wszystkiego, co dotychczas napisałem, widzicie, że mamy do czynienia z dziełem nietuzinkowym, doprawdy niezwykłym, które zwiastuje artystkę o dużych możliwościach. Z niecierpliwością będę czekał na jej kolejne projekty, podobnie jak te zagrane przez muzyków towarzyszącego jej trio. I może także z pewną nadzieją, że następnym razem muzyka, którą nam zaprezentuje będzie miała nieco większe szanse na dotarcie do szerszej publiczności i częstsze goszczenie w salach koncertowych. Przyznam bowiem, że bardzo chciałbym usłyszeć jak ta utalentowana wokalistka brzmi na żywo na koncercie.


poniedziałek, 1 lipca 2024

Weronika Grozdew & Musos - „Wandering songs”

Weronika Grozdew & Musos

Weronika Grozdew - Kołacińska – wokal/vocals
Marta Maślanka – cymbały, bęben obręczowy, wokal/dulcimer, frame drum, vocals
Dorota Błaszczyńska - Mogilska – skrzypce, wokal/violin, vocals
Kacper Malisz - skrzypce, skrzypce barytonowe/violin, baritone violin
Aleksandra Demowska - Madejska – altówka, wokal/viola, vocals
Bartłomiej Pałyga - wiolonczela, gadułka, sygyt & kargyraa śpiew/cello, gadulka, sygyt & kargyraa vocals
Wojciech Pulcyn – kontrabas/double bass
Wojciech Lubertowicz – bębny obręczowe, darbuka, duduk, ney/ frame drums, darbuka, duduk, ney

Gościnnie:
Grażyna Auguścik – wokal/vocals
Rafał Grozdew – wokal/vocals
Zosia Zaborowska & Kacper Siejkowski – wokal/vocals
Sylwia Świątkowska – fidel płocka/ Płock fiddle

„Wandering songs” (2024)

Wydawnictwo: For Tune

Tekst: Renata Rybak

Muszę przyznać, że jest to jedna z ciekawszych płyt, jakich miałam przyjemność ostatnio słuchać, chociaż przy pierwszym podejściu nie porwała mnie zbytnio.

Skąd taka zmiana?

Otóż do pierwszego przesłuchania podeszłam z nastawieniem, że to będzie muzyka folkowa bazująca na tradycji polskiej, a w najlepszym wypadku muzyka świata. Wskazywało na to instrumentarium i tytuły piosenek, wręcz sugerujące muzykę ludową.

Okazało się to być po części prawdą. Faktycznie, sporo motywów zaczerpniętych z muzyki tradycyjnej, mamy teksty utworów pochodzące z pieśni ludowych, a jeśli nie teksty, to przynajmniej tematykę. Wykorzystywane są także tradycyjne polskie instrumenty ludowe takie jak cymbały, charakterystyczne brzmieniowo bębny obręczowe czy też fidel płocka, oraz tzw. biały śpiew, który słyszymy na płytach folkowych albo też z jazz/world music. Ich brzmienie samo w sobie nie wnosiłoby jednak nic świeżego.

Co prawda można było wysłyszeć też brzmienia niełączące się z polską muzyką folkową, jednak ciężko było je przypisać je do jakiegoś konkretnego kontekstu muzycznego. Dopiero po wgłębieniu się w temat okazało się, że ich geneza jest również ludowa, jednak pochodząca z zupełnie innych, czasem odległych, kręgów kulturowych. Mamy tu więc śpiew sygyt i kargyraa, które są charakterystyczne dla obszarów Mongolii i południowej Syberii. Słychać gadułkę, czyli tradycyjny bułgarski instrument smyczkowy, umożliwiający wykorzystanie skal arabskich. Brzmią także instrumenty dęte z Bliskiego Wschodu takie jak duduk i ney, oraz darbuka, czyli instrument perkusyjny także charakterystyczny dla tego rejonu świata.

A prawdziwy game changer było to wysłyszenie, w jaki sposób 10 utworów na płycie zostało zaaranżowane przy wykorzystaniu wszystkich opisanych powyżej technik śpiewu i całego wachlarza instrumentarium. Co ciekawe, w ramach każdej pieśni instrumenty, techniki wokalne i estetyki przeplatają się ze sobą. Dzięki zaproszeniu muzyków, poruszających się w estetyce jazzowej, takich jak Grażyna Auguścik, Wojciech Pulcyn czy Kacper Malisz, do tej mieszanki została dodana jeszcze szczypta jazzu.

To właśnie bogactwo brzmień, tradycji kulturowych, języków, a także estetyk muzycznych, zestawionych ze sobą w harmonijny i przemyślany sposób stanowi o wyjątkowości tej płyty.

Tak naprawdę każdy z utworów można analizować osobno, wychwytywać różne puzzle z tej układanki muzycznej i zastanawiać się, z którego kręgu kulturowego czy też estetycznego pochodzi każdy z nich.

Jedną z najciekawszych dla mnie pieśni, która może posłużyć jako potwierdzenie bogactwa środków muzycznego wyrazu, użytych na płycie w nieszablonowy sposób, jest ‘Oczekiwanie’. Utwór zaczyna się od wokalnego wstępu w technice sygyt. Jest to niejako akompaniament do wokalizy duetu kobiecego, przypominającego melodię ludową, przechodzącego we frazę bardziej rytmiczną, śpiewaną w technice wokalnej scat, zaczerpniętej z jazzu. Jednak to nie wokalistki prezentują główną linię melodyczną, a instrumenty strunowe, grające techniką pizzicatto, w estetyce kojarzącej mi się bardziej z muzyką klasyczną. Po takim wstępie ostatecznie wchodzi Weronika Grozdew i rozpoczyna swoją pieśń. Słowa pieśni oraz instrumentarium towarzyszące wokalistce wskazywałyby na estetykę folkową, jednak sposób śpiewania przypomina raczej poezję śpiewaną. Podobnie brzmi kolejna zwrotka wykonywana przez Grażynę Auguścik. A potem zaczyna się, jakże ciekawy, kulturalny i estetyczny tygiel. Słyszymy wokalizę i swobodną improwizację wokalu kobiecego. Można by się pokusić o stwierdzenie, że jest to fragment jazzowy, gdyby nie instrumenty, w tym bęben obręczowy, ciągnące nas w coraz bardziej w stronę estetyki ludowej, oraz zdecydowany, bardzo precyzyjny rytm oberka, do którego dopasowuje się też wokalistka. Do tego wraca w tle wokal w technice sygyt i kargyraa. O tym, że jest to jednak oberek, przekonujemy się już w kolejnym fragmencie, bo kobiece głosy milkną, a pozostają instrumenty, z wiodącymi skrzypcami, grające klasycznego oberka. Finalnie wokal kobiecy wraca i prezentuje ostatnią zwrotkę, bardziej w estetyce poezji śpiewanej. Do tego stylu dopasowują się też skrzypce i inne instrumenty. Utwór zamyka wokaliza kobieca, powtórzona z początku pieśni, i dołączający się do niej męski głos śpiewający w technice sygyt.

Moim zdaniem ta pieśń oraz wszystkie inne utwory z tego albumu, świetnie wpisują się w jego ideę, tak ważną dla Weroniki Grozdew. ‘Wandering songs’ to pieśni drogi. Jak sama wokalistka mówi, jest to: „swoisty pamiętnik z pieśniami, które przywędrowały do mnie dzięki ludziom, których spotkałam na swojej drodze. Wszystkie pieśni odwołują się do tego, co jest mi bliskie, co mnie ukształtowało i uwrażliwiło na świat muzyki i muzykę świata.”

Zdecydowanie ten album to podróż. Podróż w czasie, do okresu dzieciństwa wokalistki, kiedy jej rodzice wciągnęli ją w świat muzyki z różnych zakątków świata. Podróż do innych krajów, spotkanie z innymi kulturami, estetykami. Podróż przez życie i gromadzenie doświadczeń życiowych, wrażeń, wspomnień ze spotkań z ludźmi. Podróż artystyczna, w grupie innych muzyków, którzy ze sobą niosą bagaż swoich doświadczeń, inspiracji i wizji muzycznych.

Dla mnie co prawda nie była to muzyczna podróż z gatunku tych najłatwiejszych, bo prawdziwe docenienie tej muzyki wymagało nieco wysiłku włożonego w zapoznanie się wykorzystanymi na płycie instrumentami i technikami, które dotąd nie były mi znane. Jednak było warto i chętnie to powtórzę. Do czego gorąco zachęcam moich czytelników.


piątek, 28 czerwca 2024

Audycja "Muzyka, która leczy" w RadioJAZZ.FM - podsumowanie I półrocza 2024 z redaktorami bloga Polish Jazz!!!

 Już dzisiaj w Piątek 28.06 tym razem już od godz. 18:00 do 20:00 prowadzący Maciej Nowotny i Pawel Ziemba zapraszają do wysłuchana na antenie RadioJAZZ.FM na kolejne wydanie naszej Audycja "Muzyka, która leczy". Tym razem naszymi gośćmi będą redaktorzy recenzujący płyty polskich wykonawców jazzowych na blogu Polish Jazz: Agnieszka Gawrych, Robert Kozubal i Szymon Stępnik. Tematem naszej rozmowy, jak również prezentacji muzycznych, będą wybrane nagrania, które w okresie ostatnich sześciu miesięcy ukazały się na polskim rynku i wzbudziły zainteresowanie naszych gości. Jak zawsze trochę porozmawiamy i będzie dużo, dobrej, ciekawej i różnorodnej muzyki. Zapraszamy!!!




środa, 26 czerwca 2024

Marek Pospieszalski - "No Other End Of The World Will There Be"

Marek Pospieszalski 

Marek Pospieszalski – saksofony altowy i tenorowy, klarnet oraz magneton szpulowy
Piotr Chęcki – saksofony tenorowy i barytonowy,
Tomasz Dąbrowski – trąbka,
Tomasz Sroczyński – altówka,
Szymon Mika – gitary elektryczna i akustyczna,
Grzegorz Tarwid – fortepian,
Max Mucha – kontrabas,
Qba Janicki – perkusja i elektronika.

"No Other End Of The World Will There Be (Based On The Works Of Polish Female Composers Of The 20th Century)" 

Wytwórnia: Clean Feed (2023)

Tekst: Marcin Kaleta

Bogusławowi Schaefferowi zawdzięczam, że Barbarę Buczek (Buczkównę) poznałem ćwierć wieku wcześniej aniżeli Grażynę Bacewicz. Pierwszej poświęcił bowiem rozdział w dwutomowych "Kompozytorach XX wieku" (biblia nastolatka, obok trzytomowej "Historii filozofii" Tatarkiewicza), drugiej nie (acz pisywał o niej gdzie indziej). Własną protegowaną komplementował tam niepomiernie i zaliczył "nie tylko do twórców wybitnych, ale zgoła wyjątkowych". Podkreślał: umiejętność przekazania "ogromu niedoli ludzkiej", wielowarstwowość i wielogłosowość, wyrafinowanie kolorystyczne i wysublimowanie, "bogactwo odcieni interpretacyjnych i agagogicznych", "arcyosobisty" charakter, nowatorstwo, wreszcie nieustępliwość na rzecz "doraźnego efektu", czyli niechęć do przypodobywania się producentom czy publiczności. Dla mnie ideał, dla innych niekoniecznie.

Powyższe przełożyło się bowiem na stan, który utrzymuje się od półwiecza: jej twórczość "pozostaje ogółowi odbiorców nieznana". O ile płyt Bacewicz uzbierałem kilkanaście, o tyle Buczkówny żadnej, znam jedynie nagrania z YouTube. Ostatnio zdwoiłem wysiłki. Prowadzę blog poświęcony wiolonczelistkom i wiolonczelistom, zatem potrzebowałem zaprezentować kogoś, kto wykonuje "Hipostazę" (1978) na sopran, flet, wibrafon, wiolonczelę i saksofon, podobno "utwór przepiękny". Dotąd się nie udało, ale w ten sposób niespodziewanie natrafiłem na pozycję, gdzie dzieła obu pań ze sobą sąsiadują!

Mowa o "No Other End of the World Will There Be" Marka Pospieszalskiego (2023, Clean Feed). Fenomenalna i unikatowa jest już sama koncepcja tego albumu. Oto w kraju, w którym wielu zawadzają feminatywy, zaś herstoria w zasadzie nie istnieje (albo w bólach się rodzi), częstochowski jazzman zdecydował się zarejestrować materiał wyłącznie w oparciu o utwory polskich kompozytorek (podtytuł: "Based on the works of Polish Female Composers of the 20th Century"). Ponadto mamy do czynienia z przedsięwzięciem niezmiernie erudycyjnym: konsekwentnie przybliża przedstawicieli polskiej szkoły kompozytorskiej, którzy bywają nieznani nie tylko za granicą, lecz nawet przez rodaków.

Poprzednie wydawnictwo z tej serii, podwójne: "Polish Composers Of The 20th Century" (2023, Clean Feed), prezentowało dwunastu kompozytorów. Uznane zostało za sensację i zdobyło m.in. zaszczytne miano Albumu Roku 2022 w plebiscycie magazynu "Jazz Forum". Co ciekawe, na liście sklasyfikowana została inna płyta Pospieszalskiego – naówczas muzyka roku, docenionego również za aranżację – nagrana w kwartecie „Durer’s Mother” (2022, Clean Feed). Obecnie omawiana w analogicznym zestawieniu za 2023 w ogóle nie wystąpiła! Trudno wytłumaczyć, dlaczego.

Nikt mi nie wmówi, że dzieła Elżbiety Sikory, Bernadetty Matuszczak, Lucii Dlugoszewski, Grażyny Bacewicz, Barbary Buczek, Hanny Kulenty, Krystyny Moszumańskiej-Nazar, Grażyny Pstrokońskiej-Nawratil, Marty Ptaszyńskiej, Agaty Zubel w czymkolwiek ustępują dziełom Zygmunta Krauzego, Włodzimierza Kotońskiego, Tadeusza Bairda, Zbigniewa Rudzińskiego, Marka Stachowskiego, Jana Krenza, Kazimierza Serockiego, Romana Palestera, Witolda Szalonka, Andrzeja Panufnika, Tomasza Sikorskiego czy Bogusława Schaeffera. Jeżeli nie napiszę, że bywają ciekawsze, to wyłącznie dlatego, że na tym poziomie artystycznym hierarchie po prostu nie obowiązują. Natomiast zdarza się, że są bardziej radykalne.

Poza tym od początku "oba albumy traktowane były jako monolit" (Pospieszalski). Identyczna jest ich koncepcja. Jak i poprzednio, nie są to oryginalne kompozycje, tylko "wariacje na temat" pierwowzoru, ewentualnie improwizacje inspirowane tymże. Jak informuje twórca: "Chwytałem się małych fragmentów, z których rozwijałem własne transowe, minimalistyczne, długie formy". Również one nie są rozpisane na oryginalne instrumentarium, lecz na oktet jazzowy. Obok lidera na saksofonach altowym i tenorowym oraz klarnecie (ponadto magnetofon szpulowy) usłyszymy znakomitych muzyków: Piotr Chęcki – saksofony tenorowy i barytonowy, Tomasz Dąbrowski – trąbka, Tomasz Sroczyński – altówka, Szymon Mika – gitary elektryczna i akustyczna, Grzegorz Tarwid – fortepian, Max Mucha – kontrabas, Qba Janicki – perkusja i elektronika.

W tym miejscu postawię zarzuty, trzy. Po pierwsze, niewystarczająco ujawnia się indywidualność tych panów. Materiał, zarejestrowany podczas krakowskiego festiwalu Sacrum Profanum w sierpniu 2022, jest zbyt kolektywny; w moim przekonaniu za mało tu sugestywnych partii stricte solowych. Po drugie, tytułowa fraza (staruszka uprawiającego ogród) powinna zostać jednak wykrzyczana po angielsku. Po trzecie, brak bookletu, o który aż się prosiło. Poza pierwszym, drobiazgi? Owszem. Bo to bardzo dobra pozycja.

Otrzymujemy wręcz gwarancję niezawodnego grania. Widzę tu i ówdzie, że potraktowano tę muzykę jako jazz awangardowy. Owszem, ale umiarkowanie. Przy okazji jest bardzo komunikatywny, przyswajalny i na pewno idealnie się sprawdza podczas koncertów. Momentami istna ściana dźwięków, różne szarże, a niektóre zagrania zrytmizowane w sposób, który kojarzę z progresywnego rocka. Niemniej przeważa tempo stateczne, występują nawet spowolnienia, rozwleczenia – utwór czwarty mógłby stanowić akompaniament dla konduktu pogrzebowego. Gdzieniegdzie "wykorzystanie środków ze świata sound designu, noise’u i muzyki elektronicznej" przypomina, że to estetyka w pełni nowoczesna.

Myślę, że album usatysfakcjonowałby jedną z jego bohaterek, śp. profesor Krystynę Moszumańską-Nazar. Zapytana o fascynację młodych artystów elektroniką, nadmieniła: "nie przeczę, niektóre rozwiązania są interesujące". Przede wszystkim jednak wspominała: "My, Polacy, nie umiemy zatroszczyć się o własną kulturę wysoką. [...] Piętno polskiego syndromu: w repertuarze muzycznym nieobecni są Malawski, Serocki, Baird – ba, nawet Karłowicz" i inni, im podobni. A tu proszę, mamy to, mamy i tamto, przynajmniej w pewnym zakresie. Tylko czy potrafimy docenić? Czy ktokolwiek zacznie teraz szukać informacji, których tu zabrakło, mianowicie o tych wspaniałych polskich kompozytorkach i (wcześniej) kompozytorach?


poniedziałek, 24 czerwca 2024

Filip Żółtowski Quartet - „BiBi”

Filip Żółtowski Quartet

Filip Żółtowski - trąbka
Szymon Zawodny - saksofon
Wojtek Wojda - instrumenty klawiszowe
Mikołaj Stańko - perkusja

Tytuł płyty: „BiBi” 

Wydawca: Alpaka Records (2024)

Autor tekstu: Robert Kozubal

Trójmiasto zawsze wrzało muzykalnie, wypuszczało w świat nowe pomysły brzmieniowe, rodziło niezapomniane składy, a tamtejsi ludzie jakby szybciej i chętniej chwytali nowe trendy, siłą rzeczy burząc stare. „BiBi”, druga płyta kwartetu Filipa Żółtowskiego jest tego podręcznikowym wręcz przykładem – to tak, jakby morskie prądy, w magiczny sposób pchały tam nuty ze wszystkich jazzowych stolic świata, a czwórka bezczelnie młodych i bezczelnie utalentowanych absolwentów Akademii Muzycznej w Gdańsku miksowała je po swojemu, nadając własny styl. Ta buńczuczna pewność siebie i wiara w nowe brzmienia zawarta na płycie „BiBi” bardzo mi się podoba, bo oznacza, że młode pokolenie muzyków mówi po swojemu i jest to nareszcie język bez granic. Jeśli muzycy kwartetu zerkają wstecz, to wyłącznie, by czerpać ze swoich mistrzów: jazzowych Steve'a Coleman'a and Five Elements czy Brad'a Mehldaua ale nie tylko, ponieważ nie kryją równie dużego zainteresowania rzeczami na pozór odległymi od jazzu, jak hip-hopowymi beat’ami w stylu produkcji James’a Yancey (J.Dilla), taneczną elektroniką EDM (namawiam, by wyjść z jazzowego kąta i posłuchać, co grają Medasin czy Flume, których nazwy FŻQ podaje w materiałach prasowych) czy po prostu hitami popowymi.

Filip Żółtowski Quartet na „BiBi” puszcza jeszcze śmielej niż na debiutanckim „Humanity” oko do tej części publiczności, która w muzyce poszukuje radości z rytmu, zabawy wśród dźwięków, ale jednocześnie jest zainteresowana muzyką ambitną. „BiBi” jest troszkę jak wpuszczenie świeżego powietrza do dusznych sal jazzowych: kwartet lubi melodie, lubi też silnie zaakcentowane klubowe rytmy, lubi szalone, podkręcone tempo bitów. Jednocześnie jednak muzycy wyznaczają jasną granicę stylistyczną: przecież na „BiBi” główne role grają trąbka lidera i saksofon Szymona Zawodnego – ich muzyczne „rozmowy” wytyczają muzyczny szlak tej płyty, a w utworze „Emptiness” ścigają się jeden przez drugiego, niczym dwa psy husky, które wypuszczone po długim zamknięciu znów mogą pognać, ile sił w dal. W „Viewpoint” najpierw zachwyca trąbka, zaś potem następuje agresywne solo saksofonu. Z kolei w „Left space” po popisie saksofonu stery przejmuje elektronika. Tej ostatniej wprawdzie nie brakuje na całej płycie, a w finałowym utworze „Complete me” nawet dominuje, ale większości utworów po prostu cementuje całość. Fanów muzyki improwizowanej zachwycą na pewno single, czyli „Where is that place” czy „Fuddy-Duddy” – oba utwory to jazzowe szaleństwo, taki muzyczny granat wrzucony do kontenera z tysiącem barwników (w tym drugim pięknie pomyślany jest moment kulminacji, po którym zespół wciska z całych sił hamulec w podłogę, staje dęba, po czym każdy instrument ucieka w innym kierunku). Z kolei ludzie doskonale bawić się z pewnością będą przy połamanym klubowym rytmie „Foursome”, gdzie ton nadaje elektronika Wojtka Wojdy, a nad nią, jak obłoki płyną dźwięki sekcji dętej.

Na płycie najbardziej podoba mi się jednak gra Mikołaja Stańki na perkusji. Przez większą część, to oczywiste, musi trzymać pozostałą trojkę w ryzach, bo wszak na nim stoi ta cała konstrukcja, a mimo to bardzo silnie akcentuje, nie pieści się z zestawem. Ale - całe szczęście - w kilku miejscach np. „Fuddy-Duddy” może sobie pograć i wtedy jest nie do zatrzymania, mknie jak huragan po perkusji, jest jak Armia Czerwona w marcu 45 – bije wszystko, a na końcu odpływa kompletnie.

Na koniec wypada sobie życzyć dwóch rzeczy: koncertów, bo ze względu na żywiołowość muzyki kwartetu Flipa Żółtowskiego dadzą one publiczności wrażenia niezapomniane i tego, aby zespół nie zwlekał znów aż trzech lat z wydaniem kolejnej płyty.


sobota, 22 czerwca 2024

Ziemia feat. Irek Wojtczak - "Warming / Melting"

Ziemia feat. Irek Wojtczak

Oskar Tomala – guitar
Alan Kapołka – drums
Mateusz Żydek – trumpet
Jakub Wosik – double bass

Gość specjalny:
Irek Wojtczak – soprano saxophone, bass clarinet

album's title: "Warming / Melting"

Audio Cave (2024)

Review author: Viačeslavas Gliožeris

„Ziemia“ is a young unorthodox quartet led by electric guitarist Oskar Tomala. „Warming/Melting“ is their second album, recorded live in Sopot's Teatr Boto participating renowned sax player Irek Wojtczak.

There are not many electric guitarists in jazz (fusion is a different story for sure). Quite often each jazz collective, containing such artists on board has its own face (Bill Frisell is probably the best example). „Ziemia's“ „Warning/Melting“ is more collective work though, there are no obvious leaders in their music. The quartet is completed with a traditional rhythm section (percussionist Alan Kapolka and double bassist Jakub Wosik) plus trumpeter Mateusz Żydek.

The guest artist, participating in the concert (and recording) is renowned Polish reeds player of mid-generation, living in Sopot, Irek Wojtczak. He played with Tymanski Yass Ensemble a decade and a half ago among many others and in some way is a part of yass culture as well.

The album opens with warm and almost chamber 8 minutes long mid-tempo “Warming/Melting”. There is a feel of fragility in the composition's music. “Soil/Concrete/Gliceryne”, the second-longest album's piece, starts from sax/trumpet extended interplay with an anchoring groovy rhythm section coming on support just somewhere in the middle of ten-minutes-long composition. “Teatslez” offers a quirky repetitive rhythmic constructions, coming from the rock scene, and framing elegant guitar soloing in the middle. Reeds' solos are flying over it. The album's shortest track, “Nahe”, is a guitar-led ballad of sort. “Coda”, a meditative slow-tempo composition has a chamber touch with something that sounds as a folk tune included as well. “Update” almost explodes at the very start, but unexpectedly develops into free form interplay/dueling among all band's members.

“Douppler”, the longest album's piece, sounds like a rock song where rhythm section is pushing the music ahead with repetitive pulsation and reeds duo are creating knotty tunes. Near the middle of the composition the tempo is slowing down, the rhythm becomes more twisted and it frees the space for longer and more complex guitar/sax soloing. Still, the sound stays well framed and well controlled. At the end, one can hear true electric guitar's rock soloing, almost shredding. The closer, “Earthmelon” offers true eruption of flying reeds, rock-heavy drumming, pulsating bass. It is fast and short.

“Ziemia” calls themselves “alt-jazz quartet” and there is lot of truth in it, whatever it means. Deeply rooted in jazz tradition (and formal jazz background), “Ziemia” somehow combines better components of two worlds – avant-garde jazz and (alt)rock, adding a noticeable touch of classic(chamber). They are free without being posers, creative and relaxed, very natural and positive. Electric guitar sounds tasteful, recalling such grands as Masayuki Takayanagi (on his early more conventional works). The drummer is a true hero here – in his very own way he plays jazz as if he's a rock musician. Acoustic bass is deep, groovy and is responsible for “jazzy” component in sound, together with trumpet soloing. The concert itself has been recorded in a legendary region where yass (unique Polish only mix of free jazz, punk-rock and folklore) grew up, what gives some special vibe as well.

Probably an important part of this album's attractiveness comes from positive, democratic atmosphere of all concert, strong internal communication between band members and in all warm and creative feeling. This music (being really modern) recalls a lot an atmosphere of jazz concerts of 50s and 60s, the era when music still wasn't industry as it became later (and is nowadays).


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...