Thursday, July 29, 2021

Marcin Janek Extradition Quitnet - Movin' On (2021)

Marcin Janek Extradition Quitnet

Marcin Janek – soprano & tenor saxophones, flute
Piotr Szlempo – trumpet / flugerhorn
Dominik Kisiel – piano
Paweł Urowski – bass
Maksymilian Kreft – drums
Wojciech Staroniewicz – tenor saxophone (special guest in track Nr 2)

Movin' On

Wydawca: AllegroRecords (2021)


Szczerze mówiąc lider zespołu Marcin Janek jakoś nie zaistniał - do tej pory - w mojej jazzowej świadomości. Wiedziałem, że funkcjonuje na scenie trójmiejskiej, na przykład w ramach etniczno-jajcarskiego Afreakan Project Wojtka Staroniewicza, GPN Septetu założonego przez Piotra Nadolskiego czy współpracując przy nagraniu płyt np. Cezarego Paciorka i Patrycji Ziniewicz. Czego nie wiedziałem to fakt, że grał też z Kamilem Bednarkiem i Behemotem. Czyli nie jest to postać anonimowa, co więcej obcowanie tak z jazzem jak i muzyką popularną, pozytywny - co jest rzadkie - wpływ wywarło na materiał na jego debiutanckiej płycie, o której właśnie piszę.

Na czym polega ten pozytywny wpływ? Na szukaniu języka przystępnego, który byłby zrozumiały dla publiczności. W polskim jazzie nastąpiło poważne przełamanie i to w kilku kierunkach. Mamy z jednej strony kwitnącą niwę muzyki improwizowanej, nieraz zwanej awangardową, co jest etykietką tak nie przystającą, że aż śmieszną. Ten rodzaj muzyki kochamy na naszym blogu, ale byłoby smutne gdyby był jedynym jaki przetrwa śmierć jazzu (która nigdy - wierzymy w to - nie nastąpi). Jest jazz głównego nurtu, który ma się średnio, przypominając czasami zardzewiałą konserwę, chociaż i w nim widać symptomy otwarcia na zmieniającą się rzeczywistość. Świadczy o tym np. najnowszy album "Comet Sings" weterana polskiej sceny Artura Dutkiewicza i jego trio. Mamy wreszcie jazz rozrywkowy, najbardziej kochany przez publiczność, lecz obłożony anatemą przez wielu krytyków, którzy na takie nazwiska jak Leszek Możdżer czy Wojtek Mazolewski, dostają wysypki. Który jednak jest szanowany przez piszącego te słowa ciągle śniącego o tym, że kiedyś z tego nurtu powstanie nowa polska muzyka popularna (właściwie już tak kiedyś było), która zastąpi potworka pod postacią disco polo i tym podobnych.  

Wróćmy teraz do płyty "Movin' On" kwintetu Marcina Janka. Stoi ona gdzieś na rozdrożu tych trzech nurtów. W najlepszych momentach jak w "Ayat" i "Movin" jest obietnicą równie porywającej muzyki jak najlepsze kawałki np. kwintetu Wojtka Mazolewskiego. W "One day", "New Solution", "Digger" czy "Asia" wracamy do starego dobrego jazzu, który zagrany jest bardzo rzetelnie, ale nic ponadto. Ciężko się będzie tym przebić nie tylko na scenie światowej, ale i polskiej, po prostu jest bardzo dużo zespołów grających podobnie, i tak jak ten zespół, na świetnym poziomie. W ostatnim utworze "Mujrimun" mamy najwięcej improwizacji i to z powrotem zaczyna porywać: charyzmatyczna solówka Piotra Szlempo na trąbce, ekstatyczny rytm Maksymiliana Krefta na perkusji, birdowska w stylu improwizacja lidera na saksofonie tenorowym, szalejący na fortepianie jak McCoy Tyner Dominik Kisiel, niezawodny Paweł Urowski na basie, sprawili że ten utwór zabrzmiał jak wyśmienita obietnica na przyszłość.

To naprawdę warty odnotowania debiut: nie ma w nim nic szkolnego, z płyty emanuje pewność siebie, duża kreatywność szczególnie w obszarze wpadających łatwo w ucho, ale nie banalnych kompozycji. Mam tylko nadzieję, że nie jest to ostatnie słowo Marcina Janka, że będzie pamiętał, że jazz to przede wszystkim muzyka, która musi zaskakiwać. Że nie wyląduje na mieliźnie z jazzem, który już wszyscy dawno słyszeliśmy. Wierzę, że nie i dlatego niecierpliwie czekam na jego kolejne projekty. 


Tuesday, July 27, 2021

Adam Golicki Trio - Reflections (2021)

Adam Golicki Trio

Maciej Grzywacz - guitar
Piotr Lemańczyk - electric & double bass
Adam Golicki - drums

Reflections (2021)



Obawiam się, że ta płyta może przejść niezauważona przez kolegów recenzentów, a byłaby szkoda. Dobijamy już do sytuacji, że do naszej skrzynki pocztowej Polish Jazz Blog niemal codziennie dociera nowa polska płyta jazzowa lub około jazzowa. Coraz trudniej wszystko śledzić, sięgamy najpierw po płyty artystów już uznanych albo z którymi łączą nas jakieś znajomości. A tymczasem dobra muza może się zdarzyć wszędzie, nazwiska (tak jak w futbolu) same nie grają, trzeba mieć umiejętności, pasję i pomysł, a wtedy dobre rzeczy mogą się zadziać w niespodziewanych miejscach.

Tak jest w w przypadku tego krążka. Pierwsze co przyciąga uwagę to obecność Macieja Grzywacza grającego na gitarze i Piotra Lemańczyka na elektrycznej gitazrze basowej i kontrabasie. Nie są to muzycy-celebryci, o których przeczytacie w Pudelku.pl, ale dla znawców to creme-de-creme naszego jazzu, wspaniali instrumentaliści, artyści o uznanej renomie. Ale kim jest, może ktoś zapytać, lider: Adam Golicki. Możecie wzruszyć ramionami i powiedzieć: nigdy nie słyszałam, nie słyszałem. To może być prawda, chociaż wierzcie nam, że jest ceniony jako sideman i pojawia się m.in. w zespołach prowadzonych przez Tomasza Licaka czy Michała Ciesielskiego.

Nie jest to także jego pierwsza płyta. Jego debiut z 1915 "Ad Shave" mój kolega Adam Baruch odnotował na naszym blogu, zachęcając Golickiego do bardziej ambitnych poszukiwań. I oto mam dla Państwa dobrą wiadomość. Ta płyta Adama Golickiego nagrana w trio jest dokładnie czymś takim! Instrumenty brzmią pięknie, atmosfera płyty przypomina ciepły, letni wieczór, kiedy przy kieliszku dobrego czerwonego wina, chce się nam wsłuchiwać w śpiew ptaków jaki niesie łagodny wiatr. Ale muzyka nie jest bynajmniej mdła, nijaka, do windy. Kompozycje są dopracowane, słychać w nich inspiracje muzyką nie tylko jazzową, ale klasyczną czy etniczną. W muzyce jest wystarczająco dużo miejsca na improwizację, na cieszenie się zarówno melodią, strukturą, jak swobodą czy eksperymentem. Co najważniejsze rytm lidera, oszczędnie podawany, ale konkretny, wyrazisty, dobrze podkreśla aksamitną słodycz gitary i pełne, dojrzałe brzmienie kontrabasu. Z przyjemnością wysłuchałem tej płyty, która szczególnie usatysfakcjonuje miłośników klasycznego jazzu, którzy lubią gdy jazz towarzyszy im w czasie codziennych aktywności, uzupełniając, a nie przerywając tok działań, myśli czy marzeń. 

Saturday, July 24, 2021

Atom String Quartet & Szczecin Philharmonic Wind Quartet - Karłowicz Recomposed (2021)

Atom String Quartet & Szczecin Phipharmonic Quartet

Dawid Lubowicz - violin
Mateusz Smoczyński - violin
Michał Zaborski - viola
Krzysztof Lenczowski - cello

Karłowicz Recomposed (2021)


Jeśli chodzi o Atom String Quartet, w skład którego wchodzą Dawid Lubowicz, Mateusz Smoczyński, Michał Zaborski i Krzysztof Lenczowski, to wyrobili oni już sobie na naszym rynku status właściwie instytucji. I jest to sukces w pełni zasłużony. Łączą bowiem najwyższy poziom wykonania z umiejętnością dotarcia do szerszej publiczności (nie tylko zresztą polskiej), a ponadto udaje im się w kolejnych projektach cały czas zaskakiwać tak wyborem tematów jak i podejściem do nich. Ta fuzja dotyczy także różnych gatunków muzycznych, o czym niech świadczy chociażby z jednej strony "Seifert" (2017) poświęcony naszemu legendarnemu skrzypkowi jazzowemu a z drugiej "Penderecki" (2019) stanowiący hołd dla mistrza polskiej muzyki poważnej (antyczne to już określenie) przełomów wieku XX i XXI. W tym kontekście nowy krążek dedykowany Karłowiczowi można widzieć jako kontynuację tego trendu polegającego na odświeżaniu muzyki dobrze znanej i osobiście cieszę się, że tak jest, bo w ich wykonaniu za każdym razem było to indywidualne i odkrywcze. Kiedy usłyszałem, że Atom "bierze na warsztat" Karłowicza uczułem jednak ukłucie w sercu, a powody tego zaraz wyjaśnię.

Karłowicz żył na przełomie wieków XIX i XX i jest jedną z tych wielu tragicznych, polskich historii o niespełnionych nadziejach. Oprócz pieśni,  których słuchamy na tej płycie, skomponował jeszcze 6 słynnych poematów symfonicznych i garść innych utworów, znamionujących wielki talent, ale brzmiących raczej jak piękna obietnica niż jej spełnienie. Wszystko przerwała lawina w Tatrach - Karłowicz był ich miłośnikiem - która przecięła nić jego życia w wieku lat zaledwie 32.

Co więcej czas obszedł się z muzyką Karłowicza - to moja opinia - dość okrutnie. W stylu można ją określić jako postromantyczną i nawiązującą do języka Ryszarda Wagnera, który dziś brzmi cokolwiek ckliwie i pompatycznie. Niestety romantyzm bardzo się zdezaktualizował. Stąd to ukłucie w sercu. Czy Atomom uda się nadać tej muzyce bardziej aktualne brzmienia, czy znajdą odwagę by z Karłowicza wydobyć patos, ale bez niepotrzebnej czułostkowości, czy potrafią muzycznie z Karłowiczem się skonfrontować, by pokazać że może ciągle inspirować? 

Po wielokrotnym wysłuchaniu płyty uważam, że im się to udało. Duża w tym zasługa towarzyszącego im kwartetu instrumentów dętych Szczecińskiej Orkiestry Symfonicznej (nadmieńmy, że Karłowicz jest patronem tej instytucji), którego brzmienie bardzo ciekawie komponuje się ze smyczkami, a który jednocześnie dał Atomom wystarczająco dużo przestrzeni by mogła pojawić się improwizacja, eksperymenty dźwiękowe, mógł dojść do głosu indywidualny charakter zespołu. Płyta szczególnie zyskuje przy kolejnych odsłuchach, na dobrych słuchawkach lub topowym sprzęcie grającym. Wybrzmiewają niuanse, można docenić jakość gry instrumentów, perfekcję wykonania i smaczki fuzji estetyk muzyki jazowej i klasycznej.

Ale ukłucie w sercu pozostaje. Jednak nie z powodu, że czegoś w tej płycie zabrakło, ani z tego że coś się nie udało, ale z tego powodu, że... romantyzm muzyki dotarł do mnie z całą siłą. Zrozumiałem, że wcale się nie zestarzał, że tylko czekał na powtórne odkrycie. Że delikatność, czułość, wrażliwość na przyrodę, innych, siebie i jej ekspresja w muzyce zawsze były, są i będą aktualne. Bo są częścią nas i są nam potrzebne by odczuwać pełnię życia, w tym pełnię artystycznych czy muzycznych wrażeń. Brawo dla artystów, tak dla Atomów jak wyśmienitych muzyków Szczecińskiej Filharmonii za odwagę, by Karłowicza przypomnieć, uaktualnić i dać szansę słuchaczom odkryć dźwięki, doznania, emocje dawno zdawałoby się zapomniane. 



Wednesday, July 21, 2021

Bernard Maseli Septet - Good Vibes Of Milian (2021)


Bernard Maseli Septet

Bernard Maseli - vibraphone, marimba
Bartosz Pieszka - vibraphone, marimba
Dominik Bukowski - vibraphone
Karol Szymanowski - vibraphone
Bogusław Kaczmar - piano
Michał Kapczuk - double bass
Marcin Jahr - drums

Good Vibes Of Milian

Wydawca: ForTune (2021)

By Maciej Nowotny

Jestem wielbicielem wibrafonu, marimby, ksylofonu, zatem w tym tekście nie będzie mi łatwo być obiektywnym. Niemniej spróbuję. Jeśli chodzi o pomysł, to myślę, że przyjdzie mi to łatwo. Uważam, że tak obiektywnie jak subiektywnie pomysł na płytę jest po prostu świetny. Po pierwsze muzyka Jerzego Miliana zupełnie się nie starzeje, a raczej starzeje się jak wino czyli nabiera smaku. Każdy kto zna Miliana z przyjemnością posłucha jego znanych i mniej znanych kompozycji w nowym świeżym wykonaniu, zaś Ci, którzy ich nie znają odkryją muzykę, która dla polskiego jazzowego wibrafonu jest równie ważna jak, dajmy na to, muzyka Komedy dla polskiego jazzu w ogóle. 

Uważam także, że obiektywnie patrząc pomysł, aby zaprosić do nagrania grupę polskich wybitnych wibrafonistów, oprócz lidera Bernarda Maseliego, grają tu: Bartosz PieszkaDominik BukowskiKarol Szymanowski, jest po prostu świetny. Mamy tu do czynienia nie tylko z grupą wirtuozów instrumentu, ale przede wszystkim artystami mającymi własną wyraźną osobowość artystyczną. Nakłonienie ich do udziału w tym niezwykłym projekcie, by dzielić z nimi radość z grania tego materiału jest wielkim sukcesem i świadczy o wybitnej klasie lidera. Cieszenie się ich grą stanowi mocną stronę tej płyty i samo w sobie stanowi dobry powód, by się z nią zapoznać, bo ile w końcu w życiu słuchaliśmy zespołów, w których grało 4 wibrafonistów?  

Kolejny obiektywny plus, który chciałbym zapisać na rzecz tej płyty, to fakt że jest to zapis koncertu na żywo, mającego miejsce w trakcie 2 edycji odbywającego się w Tomaszowie Mazowieckim festiwalu Love Polish Jazz Festiwal (nagranie zostało dokonane 22 września 2017). Bardzo to pomaga tej muzyce, która była pisana dla szerokiej publiczności, ku rozrywce i zyskuje, gdy jest grana dla grona entuzjastycznych słuchaczy. Udało się to zawrzeć na nagraniu, które brzmi dobrze, w czym duża zasługa sekcji rytmicznej złożonej z ciągle młodych, ale już rozpoznawalnych na polskiej scenie muzyków: Bogusława Kaczmara na fortepianie, Michała Kapczuka na kontrabasie i Marcina Jahra na perkusji

Podsumowując, płyty się słucha świetnie, zwłaszcza przy pierwszym przesłuchaniu. Kompozycje Miliana ciągle mają moc uwodzicielską, czuć entuzjazm muzyków i towarzyszące im wsparcie publiczności. Wystarczy zamknąć oczy i czujemy się jak w klubie, słuchając świetnego, energetycznego jazzu. Natomiast przy kolejnych odsłuchach materiał ten - przy najmniej w moim subiektywnym odczuciu - już nie broni się tak dobrze. Może chiałbym, aby pojawiły się w nim oprócz kompozycji Miliana także własne utwory członków zespołu. Jest jeden taki przypadek na tej płycie, mowa to o trzecim utworze "The Miner", kompozycji pióra Bartka Pieszki, która brzmi równie świetnie jak te milianowskie. 

Ale jest w tym nawet coś więcej. Zestawiając współczesnego "The Miner" z zagraną wcześniej genialną milianowską "Ballad for Olga" słyszymy o wiele więcej w obu tych utwórach przez kontrast jaki je dzieli: w stylu, w nastroju, w sposobie użycia instrumentów. To spotkanie jest fascynujące i bardzo brakuje tego napięcia w dalszej części płyty. Kolejne utwory to typowe Milianowskie hity: "Jerks At The Audience", "Luciano Coxcomb", "Street 2000", brzmią trochę jak sztampowy koncert muzyki rozrywkowej tamtych lat, publika klaszcze, gramy tym samym tempem, brakuje zatrzymania się, oddechu, głębi, refleksji. Dopiero udana interpretacja "At The Watchmaker's" znowu budzi ciekawość słuchacza. Dlatego słuchając po raz kolejny tego repertuaru myślałem o tym jak fascynujące byłoby włączenie większej ilości kompozycji członków zespołu, pozwalających z jednej strony zademonstrować swój indywidualny styl, a z drugiej konfrontować styl grania milianowskiego ze współczesnym, pokazać koncepcje wykorzystania wibrafonu kiedyś i dzisiaj we współczesnym jazzie czy szerzej muzyce improwizowanej. W momencie kiedy napisałem to zdanie, zdałem sobie sprawę, że brak tego elementu nie powinien być zarzutem wobec tego krążka skoro koncepcja była inna. Zatem lepiej nazwę go czysto subiektywnym odczuciem albo marzeniem i prośbą skierowaną nieśmiało w kierunku członków septetu, w kontekście ich - miejmy nadzieję - następnego spotkania czy wspólnego nagrania.       



Saturday, July 17, 2021

Artur Dutkiewicz Trio - Comet Sings (2021)

Artur Dutkiewicz Trio

Artur Dutkiewicz - piano
Michał Barański - doublebass
Adam Zagórski - drums

Comets Sings

Wydawca: Pianoart

Dystrybucja: Soliton

By Maciej Nowotny

Dobry Boże! Ależ to miłe zaskoczenie. Bo przecież trio Artura Dutkiewicza jest obecne na polskiej scenie - choć w zmieniających się składach - od dobrych kilku dekad. Na basie od lat gra w nim Michał Barański, którego żadnemu znawcy ani rekomedować ani przedstawiać nie trzeba. Wcześniej zaś był to fenomenalny Darek Oleszkiewicz. Na bębnach zmian było więcej. Przez wiele lat był to Łukasz Żyta, z którym, co nie jest dziwne, trudno się było liderowi rozstać. Potem pojawił się młody i  zdolny Sebastian Frankiewicz, który też pobył lat parę i świetne wyrobił sobie nazwisko.  Widocznie czas znowu dojrzał do zmiany, bo na najnowszym krążku mamy kolejną wschodzącą gwiazdę, 30-letniego Adama Zagórskiego, którego wkładu w brzmienie tej płyty nie sposób przecenić.

Samego lidera oczywiście przedstawiać nie trzeba. Jest historią polskiego jazzu, przy czym co udowadnia tym albumem, historią żywą, cały czas mającą przed soba kolejny rozdział do zapisania. Jest to tym bardziej fascynujące, że na Dutkiewiczu, będącym filarem kwartetu Tomka Szukalskiego, wychowaliśmy się my wszyscy. Mimo upływu lat nie przestaje zaskakiwać, a jego najnowszy krążek, śmiem twierdzić, jest nie tylko jego najlepszą płytą od lat, ale być może najlepszą w ogóle.

Na czym polega ta odnaleziona przez Dutkiewicza i jego partnerów świeżość? Na bardziej odważnym podejściu do przestrzeni do improwizacji. Struktury są bardziej otwarte. Chociaż machina trio pozostaje zdyscyplinowana, równoważność instrumentów pozostaje credo, materia muzyczna ma kierunek, a nastroje nie są przypadkowe, to środki wyrazu są dobierane bardziej spontanicznie, pojawiła się wśród tych metod jakby odrobina szaleństwa, siły mierzą ku zamiarom, a nie odwrotnie. Efekt jest zniewalający. Brzmieniowo płyta powala: konkretność brzmień, zmienność rytmów, żonglerka harmoniami przy zachowaniu skandynawskiej powściągliwości i słowiańskiej emocjonalności: czy to wszystko w ogóle można pogodzić? Czy może to zrobić artysta, która ma prawo odcinać już kupony od sławy? I nie rzucać się w nieznane? Tak, zdecydowanie tak, brawo!

Płyta jest po prostu świetna: wielbiciele głównego nurtu odnajdą język, który będzie brzmiał wystarczająco znajomo, aby rozpoznali się w lustrze. Wielbiciele fryty (kolokwialna nazwa free jazzu) z kolei będą zdumieni, że Dutkiewicz brzmi jak ich młodzi idole, tylko że lepiej pod względem technicznym i bardziej dojrzale koncepcyjnie. Krótko mówiąc: Dutkiewicz przeżywa drugą młodość co jako pierwsi oficalnie ogłaszamy na blogu Polish Jazz (taki żarcik, inni też to na pewno zauważą i przewiduję więcej pozytywnych recenzji tej płyty w różnych miejscach).

PS. Teraz tylko czekam na koncerty. Jeśli ten materiał zabrzmi równie dobrze na żywo będę naprawdę w pełni usatysfakcjonowany. Do zobaczenia!

Wednesday, July 14, 2021

Bardzo dziękujemy Tomasz!!!

Bohaterem dzisiejszego dnia na Polish Jazz Blog nie jest fantastyczny muzyk, nowa wyśmienita płyta, kolejny genialny festiwal, ale jest nim... Tomasz Łuczak. Chociaż tutaj widzicie go za perkusją to nie jest muzykiem, ale wielkim fanem muzyki, w tym jazzu zwłaszcza w jego swobodnej i improwizowanej formie, a jeszcze bardziej konkretnie - muzyki polskiej. Poznaliśmy się z Tomkiem niemal dekadę temu na forum przy już nie istniejacym blogu Impropozycja, który tworzył Marcin Kiciński. Od razu przypadł mi do gustu: szczery, otwarty, miał energię i entuzjazm, a przede wszystkim niesamowitą erudycję jeśli chodzi o polska muzykę improwizowaną. Ja jakiś czas przed tym założyłem Polish Jazz Blog i cudownie było znaleźć bratnią duszę, która jarała się dokładnie tym samym. Wkrótce doszliśmy do wniosku, że możemy się wymieniać informacjami na temat artystów, nowych płyt, projektów, koncertów, festiwali etc. i tak zawiązała się nasza współpraca.

Chociaż Tomek sam nie sięgał zbyt często po pióro, by pisać o muzyce, okazał się wprost geniuszem organizacji, analizy, zarządzania. To w dużej mierze jego dziełem jest Polish Jazz Project. Koniecznie kliknijcie na ten link, a znajdziecie tam prowadzony rok po roku katalog WSZYSTKICH (chociaż cały czas go uzupełniamy!) płyt jazzowych wydanych w danym roku z udziałem polskich artystów. Projekt ten był ważnym krokiem w realizacji celu, który sobie postawiliśmy sobie przed laty jakim jest dokumentowanie muzyki jazzowej (i okołojazzowej) jaka powstaje w naszym kraju, tak by słuchacze, dziennikarze, artyści tak z Polski jak i zza granicy uzyskać mogli łatwiejszy dostęp do informacji. 

Ale to nie wszystko. Tomek bardzo pomagał też nam w dbaniu o jakość naszych działań na niwie jazzowej. W ostatnim latach, kiedy na jego barki spadły także obowiązki edytorskie, dbał o rozwój naszego zespołu dziennikarskiego, dzięki czemu wielu nowych, niezwykle utalentowanych autorów zadebiutowało na naszym blogu. Co równie istotne współrealizował z zespołem spójną wizję artystyczną bloga, której sednem jest nie tylko promowanie polskich artystów i ich projektów, ale przede wszystkim projektów dobrych, odważnych, wnoszących coś niepowtarzalnego nie tylko do muzyki naszej, ale i światowej. Działo się to za pośrednictwem naszych patronatów, których organizacją zajmował sie właśnie Tomek. 

Dzisiaj przyszedł czas na pożegnanie, ale przede wszystkim wielkie podziękowanie. Dla wszystkich z nas zainteresowanie sztuką i muzyką jest jak przypływy morza: nieraz jesteśmy bliżej, czasami się oddalamy. Dziękujemy Ci Tomek za Twój wkład w tworzenie i rozwój Polish Jazz Blog jak i polskiego jazzu w ogóle. Zawsze będziemy o tym pamiętać. Zawsze będzie miejsce dla Ciebie wśród nas, gdybyś zdecydował się wrócić. Trzymamy kciuki za Twoją dalszą droge i rozwój. Powodzenia!

Tuesday, June 22, 2021

Relacja z cyklu koncertów w ramach projektu "W Sieci Dźwięków" #2

By Krzysztof Komorek

"W sieci dźwięków" to cykl siedmiu różnorodnych koncertów zorganizowanych przez Fundację Generator Sztuki, w wykonaniu jazzowych muzyków ze Szczecina, Berlina, Poznania, Krakowa i Warszawy, oraz szkolenie on-line z zakresu korzystania ze współczesnych mediów dla zaangażowanych w projekt artystów. Koncerty odbywały się w formie tradycyjnej w klubie Jazzment i były dostępne za darmo dla wszystkich zainteresowanych. Łącznie w cyklu wzięło udział 25 muzyków. W każdym koncercie w klubie Jazzment wzięło udział co najmniej 50 osób, a transmisje on-line oglądano już łącznie ponad 12000 razy.

"Kind Of Blue"

Tytuł koncertu został przez wykonawców potraktowany metaforycznie. Nie była to bowiem prezentacja utworów z kultowej płyty Milesa Davisa. Jedyne nagranie z tego albumu - "Blue In Green" - pojawiło się dopiero jako bis. Chociaż echa jazzowej płyty wszechczasów można odnaleźć w doborze repertuaru: kluczem do skonstruowania programu były blues i szeroko rozumiane powiązania z Milesem. Kwartet w składzie: Joanna Gajda - fortepian, Bartosz Świątek - kontrabas, Marcin Rakowski - instrumenty perkusyjne i Krzysztof Kołłątaj - perkusja, rozpoczął więc od "Blue Skies" Irvinga Berlina. Jako kolejny utwór pojawił się "Tokyo Blues" Horacego Silvera, z atrakcyjnym fragmentem duetowej konwersacji perkusji i perkusjonaliów. Popisy tych instrumentów ubarwiły również "Blue Bossę" Joe’go Hendersona i finałowy "No More Blues". Z kolei kontrabas znalazł pole do solowej prezentacji w "Memories Of Tomorrow" Keitha Jarreta, utworze znanym między innymi z solowej interpretacji wybitnego pianisty na płycie "Köln Concert". Program uzupełniła jeszcze kompozycja "When Sunny Gets Blue" z intrygującym duetem fortepianu i kontrabasu. 


"Jobim & Gilberto"

Antonio Carlos Jobim i Joao Gilberto oraz oczywiście bossa nova byli bohaterami kolejnego koncertu cyklu. Wśród zaprezentowanych utworów znalazły się klasyki gatunku, którego prekursorami byli dwaj wspomniani artyści. Kwartet w składzie Maja Koterba - wokal, Michał Starkiewicz - gitara, Paweł Grzesiuk - akustyczna gitara basowa i Andrzej Janusz - instrumenty perkusyjne, z dopasowanym do stylistyki instrumentarium wykonał więc "Corcovado", "Desafinado", "'S Wonderful", "Caminhos Cruzados", "One Note Samba", "Once I Loved" i "Aqua de Beber". W programie pojawiła się również polska piosenka "Spoza nas" z  repertuaru Mietka Szcześniaka, z wplecionym w tekst wierszem ks. Jana Twardowskiego. Koncert zamknął wybór najoczywistszy z oczywistych, czyli powszechnie znana i uwielbiana "The Girl From Ipanema". Warto podkreślić, że obok wokalu prezentowanego w trzech językach, również instrumentaliści wzbudzili aplauz publiczności prezentacją swoich umiejętności w rozbudowanych kilkuminutowych interpretacjach. 


                                           "Jazz'N'Dance"

Nie zawsze pamiętamy o tym, że jazz był muzyką do tańca. O fakcie tym przypomina kolejny z koncertów cyklu. Taneczną stronę jazzu przybliżył widzom kwartet w składzie: Tomasz Licak - saksofon, Michał Starkiewicz - gitara, Kajetan Galas - organy hammonda oraz Krzysztof Szmańda - perkusja. Po raz kolejny zestaw  instrumentów świetnie dopasowano do charakteru programu. I chociaż nikt spośród publiczności nie zerwał się do tańca, to bez wątpienia  udało się muzykom - kolokwialnie mówiąc - rozbujać atmosferę na sali. Podobnie do wcześniejszych koncertów usłyszeć mogliśmy dość nieoczywisty wybór utworów, tym razem zinterpretowanych jako "taneczne". W programie znalazły się więc między innymi "Money In The Pocket" Nata Adderleya, "Do Like Eddie" Johna Scofielda, ale także kompozycja "Dansevise", która w roku 1963 reprezentowała Danię na Festiwalu Eurowizji. Zespół sięgnął również po muzykę autorstwa Michała Starkiewicza, prezentując utwór "Pod Nóżkę", który znalazł się na debiutanckiej płycie grupy The Beat Freaks, współtworzoną między innymi właśnie przez Michała Starkiewicza oraz Tomasza Licaka.  


 "Future Jazz - Impro Session"

Intrugujący cykl koncertów zamknęła kolejna sesja improwizowana, tym razem opisana jako jazz przyszłości - Future Jazz. I już na samym początku mogę zdradzić, że było to spotkanie równie intrygujące, co zaprezentowana wcześniej sesja "Jazz & Tradycja". Sekstet, który wystąpił podczas finałowego koncertu, zagrał ze sobą w tym składzie - jak to zostało zaanonsowane - po raz pierwszy. Przed kamerą (występ odbył się bez udziału publiczności) zaprezentowali się: Grzegorz Tarwid - instrumenty klawiszowe, Tomasz Licak - saksofon, Wojciech Jachna - trąbka, Michał Starkiewicz - gitara, Ksawery Wójciński - kontrabas oraz Krzysztof Szmańda - perkusja, czyli grupa muzyków należących do czołówki sceny improwizowanej, imponujących doświadczeniem. Dobrze się rozumiejących także dlatego, że grających wspólnie w innych zespołach - ot, żeby wymienić chociażby The Beat Freaks (Starkiewicz i Licak) czy też Sundial Trio (Tarwid, Jachna i Szmańda). A zaprezentowali się fantastycznie, zabierając słuchaczy w ponad godzinną, nieprzerwaną, hipnotyzującą muzyczna podróż. Doceniając wszystkie mainstreamowe odsłony cyklu, które oglądałem z dużą przyjemnością, muszę jednak stwierdzić, że to obie improwizowane części wywarły na mnie największe wrażenie. 

Saturday, June 19, 2021

Aleksandra Kutrzepa Quartet - No One Knows Where... - premiera nowej płyty


Aleksandra Kutrzepa - skrzypce, wokal
Bartłomiej Garczyński - gitara
Michał Studniarek - gitara basowa
Robert Kutrzepa - perkusja
gościnnie:
Anna Gadt - wokal
Mikołaj Trzaska - saksofon altowy, klarnet basowy

"No One Knows Where..." to trzeci album formacji Aleksandra Kutrzepa Quartet. Płyta zawiera sześć kompozycji autorstwa Aleksandry Kutrzepy i jest połączeniem jazzu awangardowego oraz muzyki współczesnej. Głównym motywem podczas tworzenia utworów była chęć odejścia od stałych form na rzecz otwartej improwizacji. Dla autorki muzyka to narzędzie do wyrażania swoich emocji, poszukiwania przestrzeni oraz próba opisania otaczającej rzeczywistości. Do współpracy podczas nagrań zespół zaprosił Annę Gadt oraz Mikołaja Trzaskę. Artyści ci dodatkowo podkreślają otwarty charakter płyty. Oficjalna premiera wydawnictwa będzie miała miejsce w dniu 30.06.2021.

Od 2015 roku Aleksandra Kutrzepa Quartet z powodzeniem realizuje swoją wizję nowoczesnego jazzu, nie bojąc się wychyleń zarówno w stronę awangardy jak i ludowych inspiracji. Świetne recenzje dwóch wydanych przez zespół albumów umacniają kwartet na rynku jazzowym zarówno w Polsce, jak i poza granicami kraju. Repertuar zespołu składa się z autorskich kompozycji łączących elementy współczesnego jazzu i free jazzu z muzyką ilustracyjną. Kwartet ma na swoim koncie ponad 100 koncertów w 9 krajach.

W maju 2018 roku ukazał się debiutancki album zespołu: "Impressions", który trafił w grudniu 2018 roku na listę Subiektywna Piatka - najlepsze albumy 2018: polskie debiuty wg Krzysztofa Komorka. W plebiscycie podsumowującym rok 2018 album "Impressions" zajął 4 miejsce w kategorii "Polska Jazzowa Płyta Roku" (Plebiscyt JazzPRESS oraz Radio JAZZ.fm). W październiku 2019 zespół wydał drugi album studyjny ,"Mermaid", który trafił na listę 10 najlepszych albumów jazzowych 2019 roku (ranking portalu Polska Płyta/Polska Muzyka). W plebiscycie podsumowującym 2019 rok, Aleksandra Kutrzepa znalazła się w pierwszej piątce w kategorii Polski Jazzowy Wykonawca Roku (ranking czytelników JazzPress oraz słuchaczy JazzFM). W tym samym roku Aleksandra Kutrzepa trafiła na listę 13 najlepszych skrzypków w Polsce według Jazz Forum.

Zespół Aleksandra Kutrzepa Quartet prowadzi aktywną działalność koncertową, a także bierze udział w licznych festiwalach. W grudniu 2018 r. zespół zagrał trasę koncertową w ramach "JazzBez Festival": Równe, Sumy, Charków, Kramatorsk, Mariupol, Kropiwnitski, Kijów, Lwów, Łuck, a w marcu 2020 r. "Mermaid Tour" - trasę koncertową obejmującą państwa: Słowację, Rumunię, Bośnię i Hercegowinę, Chorwację, Słowenię i Węgry. W marcu 2021 roku liderka zespołu została laureatką Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego "Młoda Polska". W kwietniu tego roku został także zarejestrowany trzeci album zespołu "No One Knows Where...". Gościnnie w nagraniach udział wzięli Anna Gadt oraz Mikołaj Trzaska.


Wednesday, June 16, 2021

Silberman/Gawęda - Non-Simultaneous Double Squeeze (2021)

Silberman/Gawęda

Mateusz Gawęda - piano, synth
Łukasz Stworzewicz - drums

Non-Simultaneous Double Squeeze

PRIVATE EDITION 2021



By Jędrzej Janicki

Przymus podwójny niejednoznaczny - to karkołomnie brzmiące pojęcie w nomenklaturze brydżowej oznacza specyficzną sytuację, w której obaj obrońcy pozostają w przymusie. Czy panowie Stworzewicz i Gawęda pozostawali w jakimś przymusie psychologicznym? Tego nie wiem i prawdę mówiąc nie mam zamiaru nad tym akurat się zastanawiać. Wszak o wiele ciekawszym zajęciem jest wsłuchanie się w ich wspólną płytę zatytułowaną właśnie "Non-Simultaneous Double Squeeze".

Zarówno perkusista Łukasz Stworzewicz, jak i pianista Mateusz Gawęda to postaci bardzo dobrze znane w świecie polskiego jazzu/improwizacji. Pierwszy z nich to lider efemerycznego Silberman Quartet (ich płyta "Asanisimasa" to dla mnie jedno z najciekawszych wydawnictw ostatnich lat), a drugi z powodzeniem prowadzi chociażby swoje autorskie trio. Ich muzyczne spotkanie zaowocowało powstaniem dźwięków nieoczywistych, głęboko przemyślanych i bardzo spójnych.

Wspólnie tworzona przez obydwu muzyka ma w sobie jeden charakterystyczny i specyficzny rys. Kolejne pojawiające się dźwięki są bezpośrednim następstwem tych poprzednich - odnoszę wrażenie, że strukturalnie dopełniają się one wzajemnie. Nie ma to jednak absolutnie nic wspólnego z banalną przewidywalnością. Przeciwnie - każda struktura jest bodźcem do tworzenia kolejnych, ściśle jednak sprzężonych z tymi, które już wysłuchaliśmy. Efekt ten dość łatwo osiągnąć jest np. w muzyce bluesowej (tam sekwencja akordów bardzo często jest z góry ściśle określona), jednak wykreowanie tego poczucia pełni bezpieczeństwa i bezwarunkowej akceptacji toku narracji na gruncie, co by nie mówić, kreatywnej muzyki improwizowanej jest nie lada osiągnięciem.

Kompozycyjnie płyta stoi po prostu na mistrzowskim poziomie. Bardzo ciekawie brzmieniowo wypadają fragmenty, w których panowie skręcają w stronę muzyki elektronicznej, a Gawęda zamienia fortepian na syntezatory. Chociażby w tytułowym utworze duet dzięki tym manewrom sięga po stylistykę iście psychodelicznego soundtracku, mocno przyprawionego ambientowymi akcentami. Elektroniczne harce najpełniej wybrzmiewają jednak w utworze "Nino", w którego środkowej części krzyżuje się jazz, funk, rock i bliżej niezidentyfikowany kwasowy odlot.

To jest tak naprawdę album o przełamywaniu tytułowych przymusów. Duet brawurowo i nieco bezczelnie (lecz w pozytywnym tego słowa znaczeniu) "rozpycha" możliwości poszczególnych instrumentów i poszerza granice struktur improwizacji. "Non-Simultaneous Double Squeeze" pozostaje jednak przy tym strukturą niehermetyczną, która nie przekracza cienkiej granicy rozróżniającej eksperyment twórczy od takiego, który jest po prostu nudny.

Monday, June 14, 2021

Impro Session #5 - improwizowany dzień z Bocian Records !!!

 By Andrzej Nowak

Trzy nowe albumy spod Bocianich skrzydeł to jak zwykle nagrania różnorodne, intrygujące, stawiające pytania i dające uroczo niejednoznaczne odpowiedzi. Kwartet w składzie międzynarodowym (choć po prawdzie krajowym), trio, które jest post-elektronicznym rozwinięciem pewnego duetu, wreszcie dwa septety grające wspólny koncert pod światłym przywództwem jednego kompozytora, choć owa wspólnota nie dotyczy ani miejsca akcji, ani tym bardziej jej czasu. Dwie pierwsze płyty nie mają tytułów własnych, ta trzecia ma, ale nie jest on zrozumiały w żadnym języku świata. Ot, cały Bocian! Przewrotne ptaszysko!


Casting Lots - Casting Lots (2021)

Gosia Zagajewska - voice
Ray Dickaty - tenor saxophone
John Cornell - cello
Piotr Dąbrowski - percussion

BOCIAN 2021

Improwizujący kwartet, który łączy saksofon, wiolonczelę i instrumenty perkusyjne z głosem kobiecym nie wydaje się być zjawiskiem szczególnie nowatorskim w ponad półwiecznej historii gatunku, ale wiele wskazuje na to, iż pod nazwą Casting Lots (Ray Dickaty, John Cornell, Piotr Dąbrowski i Gosia Zagajewska) kryje się naprawdę fascynująca przygoda muzyczna. 

Elementów, które konstytuują jakość tego przedsięwzięcia artystycznego, jest wiele. Muzycy zdają się mieć spory dystans do generowanych dźwięków i swojej pozycji artystycznej w kwartecie. Nie eskalują napięcia, gdy nie jest to konieczne, dużą wagę przywiązują do niuansów brzmieniowych i dramaturgicznych. W dalece uroczy sposób dzielą się na okazjonalne duety i tria, rzadko zaś używają całego kwartetu, który de facto eksploduje siłą free jazzowego combo dopiero w końcowych momentach płyty. Na osiem improwizacji, zawartych na krążku, składają się zarówno szczęśliwe miniatury, jak i pełne niepokoju dłuższe formy narracji. Wreszcie ważnym składnikiem tej wielokolorowej mikstury jest wokalistka, która - mimo młodego wieku - zdaje się, że zwiedziła już cały świat.

W drugiej ekspozycji jej głos smakuje dalekim wschodem, niosąc nam wszakże bardzo bliskie emocje. W kolejnym wokalistka prawie krzyczy, nawołując pobratymców do walki zgodnie z północnym zewem natury. Z kolei w części szóstej śpiewa jakby mimochodem, buduje narrację zatrwożonym, post-średniowiecznym tembrem na tle skruszonego baroku wiolonczeli. Zagajewska pełna jest temparamentu, stosuje wszelkie dozwolone środki, by wzbudzić nasze emocje. Gada, recytuje, sylabizuje, wpada w kompulsywne mantry, z których wybudza się z ptasim szczebiotem. Gdy trzeba rysować frazy na wdechu i powstrzymywać się od działań, jest równie wyrazista. Każdy z jej partnerów równie doskonale panuje zarówno nad rzemiosłem dźwiękowym, jak i sposobem kreowania dramaturgii. Często wolą przemilczeć jakiś niuans, niż wydać z siebie zbędny dźwięk. 

Pośród miniatur zachwyca szczególnie część czwarta. Przypomina pokutną modlitwę zapomnianego przyczółka boskości. Barokowe cello, szelest perkusjonaliów i głos dobywający się z nieznanej przestrzeni. Wśród nerwowych długasów warto zwrócić uwagę na część piątą, budowaną mozolnie z małych elementów. Zaczyna saksofon i perkusja, potem w ich tok myślenia wślizguje się wiolonczela, a na samym końcu głos, który kobiecą lirycznością fantastycznie temperuje męskie ciągoty do stawiania murów i zasieków. Cokolwiek by jednak nie powiedzieć, duże brawa za każdy odcinek tej płyty.


Jacaszek/Podpora/Kohyt - Jacaszek/Podpora/Kohyt (2021)

Michał Jacaszek - field recordings, electronics
Katarzyna Podpora - piano, objects, zithers, gramophone, voice
Max Kohyt - piano, double bass, tape, percussion

BOCIAN 2021

Rok temu Katarzyna Podpora i Max Kohyt nagrali bystry, multiinstrumentalny album, który koncentrował się na preparowaniu dźwięków różnych instrumentów i przedmiotów (fortepian, instrumenty perkusyjne i strunowe, obiekty różnej maści i elektroakustycznej proweniencji), w duchu całkiem kolektywnej improwizacji. Dziś powracają pod rękę z Jacaszkiem, krajowym magiem subtelnej elektroniki i niebanalnego field-recordingu. 

Pierwsza z dwóch kilkunastominutowych opowieści, zawartych na czarnym krążku, rodzi się w mgławicy dźwięków elektroakustycznych, elementów field recordings, mikro elektroniki i efektów wytężonej pracy instrumentów akustycznych. Mikrobiologia zdarzeń fonicznych, echo i ucho wielogatunkowych historii, molekularna pajęczyna dźwiękowych koincydencji. Dużo drobiazgów, nano sampli, ale także chmury ambientu.

Znacznie ciekawiej zdaje się dziać na drugiej stronie winyla. Drobne plamy fonii plecione z elektronicznych usterek, z której wyłaniają się pierwsze żywe dźwięki, najpewniej płynące wprost z pudła preparowanego fortepianu. Całość lepi się w zmysłowy post-ambient inkrustowany akustycznymi drobiazgami. Filigranowe minimal impro, które z biegiem minut kojarzyć się zaczyna ze swobodną improwizacją, jakże konkretną instrumentalnie, uprawianą w warunkach niemal domowych na przełomie lat 60. i 70. na ziemiach podległych Królowej Matce (choćby formacja People Band). Pulsująca opowieść, niepozbawiona akcentów syntetycznych, tli się niczym gasnąca świeca, która wieńczy swój żywot w poświacie nadchodzącego poranka. 


Anthony Pateras - Pseudacusis (2021)

Live Septet:

Lucio Capece - saxophone, bass clarinet
Krzysztof Guńka - saxophones
Anthony Pateras - piano
Deborah Walker - cello
Lizzy Welsh - violin
Mike Majkowski - double bass
Riccardo La Foresta - percussion

Tape Septet:

Scott McConnachie - saxophones
Aviva Endean - clarinets
Judith Hamann - cello
Anthony Pateras - electronics
Erkki Veltheim - violin
Jonathan Heilbron - double bass
Maria Moles - percussion

BOCIAN 2021

Czas na intrygujący spektakl muzyki współczesnej, cokolwiek rozumiemy pod tym tajemniczym szyldem. Będzie zatem koncept wymagający szczegółowego opisu, będzie coś na kształt prawykonania, i to na zacnym festiwalu, wreszcie moc bardziej niż udanych dźwięków. Będzie oczywiście twórca, kompozytor Anthony Pateras, będzie dzieło pod nazwą "Pseudacusis", a także aparat wykonawczy, i to podwójny.

Chronologia wydarzeń jest następująca - najpierw w Australii, w miejscu zwanym niezwykle frapująco (Gold Tony Love’s Audio Hell, Castlemaine), zagrał pewien septet (Tape Septet). Jakiś czas później, dokładnie 27 września 2019 roku, na 17. edycji Festiwalu Sacrum Profanum w Krakowie, wystąpił kolejny septet (Live Septet). Wedle wszelkich znaków na niebie, ziemi i w piekle, muzycy w Krakowie grali na żywo do nagrań pierwszego septetu, którego australijski strumień dźwięków słyszeli z taśmy. W opisie całego procesu nie padło słowo dyrygent, a jedynie kompozycja, zatem można przypuszczać, iż septet na żywo improwizował (według jakiegoś scenariusza?) do nagrań septetu z taśmy. Zwał, jak zwał - siedem części trwa na nośniku CD dokładnie 49 minut i 17 sekund. Poniżej relacja recenzenta, na poły zachwyconego słuchanymi dźwiękami, na poły istotnie skonfundowanego poznawczo.

Początek koncertu zdaje się być wyjątkowo delikatny, jakby artyści chcieli obiecać nam kameralną podróż po bezdrożach elektroakustyki. Przyszłość wszakże pokaże, iż nie jest to trop właściwy. Minimalizm, repetycja, bystry suspens, nieoczywiste frazy i pełna gotowość podwójnego aparatu wykonawczego, by zaskakiwać, to atrybuty tej części koncertu. Narracja sprawia wrażenie bardzo płynnej, przypomina rozhuśtaną mgławicę dźwięków, na ogół niedających się przypisać ani do akustycznych instrumentów, ani do ich post-elektronicznej postaci. Z każdą sekundą dość spokojnej opowieści rośnie wrażenie, iż dźwięk z taśmy stara się dominować na frazami, granymi przez żywe instrumenty. Pierwsza część urywa się bardzo gwałtownie i po chwili ciszy zostajemy wtłoczeni na dłużej w jeden strumień dźwiękowy, który jedynie od czasu do czasu przerywany będzie nanosekundami ciszy.

W trakcie trzeciej części instrumenty strunowe, te żywe i pewnie także te z taśmy, zaczynają intrygująco lepić post-ambientowy strumień dźwięków. Flow gęstnieje, zaczyna się zmysłowo syntetyzować i po czasie przeformatowywać w zwalisty dron. Na początku kolejnej części elektronika bierze sprawy w swoje zapocone dłonie i daje do wiwatu. Masywna, zwalista syntetyka drąży skałę. Szczęśliwe kolejna partycja kompozycji daje jakby nowe życie akustycznym dźwiękom. Mimo przewagi mocy nad fonicznymi subtelnościami, bez trudu przedostajemy się do części szóstej koncertu.

Tu koncepcja Paterasa stawia na intensywność - basowe plamy, wyjątkowo wzdęte saksofony i klarnety, pobłyskujące perkusjonalia, wreszcie mnogość akustycznych fraz, która zostaje natychmiast dekonstruowana strumieniem elektroniki. Monumentalność narracyjna godna pochwały, acz znacząco determinująca możliwości poznawcze odbiorcy. Oto konglomerat żywej akustyki zmiksowanej z nagraną akustyką, podlany gęstym sosem chwilami wręcz plądrofonicznej elektroniki. Im dalej brniemy w tę dźwiękową otchłań, tym bardziej mamy wrażenie, że arsenał dostępnych środków jest tu tak duży, iż mag kompozytor, mag nieistniejący dyrygent nie może zapanować na emocjami swojej nadkreacji. Wielka orkiestra pod batutą brnie aż do samego końca, a recenzent notuje w swym wygniecionym kajeciku, iż najbardziej podobał mu się pierwszy kwadrans koncertu w Krakowie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...