Saturday, September 25, 2021

Piotr Damasiewicz & Into The Roots - Watra (2021)

Piotr Damasiewicz & Into The Roots


Piotr Damasiewicz - trumpet, harmonium, percusssions, voice
Zbigniew Kozera - bass, guimbri, african harph
Paweł Szpura - drum, frame drum
Alicja Krzeszowiak - voice
Natalia Krzeszowiak - voice
Kamila Krzeszowiak - voice
Krzysztof Ryt - violin, five-string viola
Paweł Ryt - voice, second violin
Jan Ryt - bagpipe, tin whistle

Watra (2021)

Tekst: Maciej Nowotny

Mniej więcej dekadę temu Piotr Damasiewicz i zespół, który wtedy powołał czyli Power Of The Horns przebojem się wdarły na polską scenę jazzową wieszcząc nadejście nowej wspaniałej generacji. Pamiętam ich niezapomniane koncerty, które zresztą opisałem, w warszawskiej Szpulce czy w czasie katowickiego Jazzartu. Trudno słowami oddać jakie to robiło wrażenie. W Katowicach tak się zdarzyło, że słuchałem tego koncertu ze słynnym amerykańskim perkusistą Tyshawnem Soreyem. Spytałem go w trakcie występu co sądzi o tych muzykach? Odpowiedział krótko: "Great moth....rs!". Z perspektywy lat myślę sobie, że to co tak nas pociągało w grze Damasia i jego kompanów to nie była nawet tyle wirtuozeria (choć to bez wątpienia świetni instrumentaliści), ale autentyzm, entuzjazm, a nawet duchowość. Najnowsza płyta Piotra udowadnia, że pomimo upływu lat, te niespotykane cechy jego muzyki, jak i osoby, udało mu się nie tylko zachować, ale i rozwinąć, co jest doprawdy niezwykłym osiągnięciem.

Przestrzenią, która tym razem stała się dla niego muzycznym domem jest polski folklor. Pierwszym albumem będącym zapisem tej fascynacji były wydane w 2020 "Śpiwle". Bardzo mnie cieszy, że muzycy zdecydowali się kontynuować ten kierunek, trudno bowiem w polskim jazzie wskazać wiele równie udanych projektów z pogranicza improwizowanego jazzu, muzyki świata i naszego folkloru. Dość często takie próby zanadto jak dla mnie zalatują cepelią. Damasiewiczowi i jego zespołowi udała się taka sztuka jak niegdyś Namysłowskiemu w "Kuyaviak Goes Funky" - dopisali autentycznie brzmiący rozdział tak do muzyki jazzowej jak i polskiej ludowej, a to wszystko w niesamowicie atrakcyjnej, porywającej formie, która wciąga od pierwszej nuty, jest bardzo przystępna, wciągająca, transowa i nowoczesna.

Wielka w tym zasługa muzyków współpracujących z  grającym głównie na swojej koronnej trąbce liderem. Wspaniała pracę wykonali szczególnie kontrabasista Zbigniew Kozera i perkusista Paweł Szpura. Udała im się niezwykła sztuka harmonijnego i naturalnego połączenia afrykańskiego w swojej proweniencji rytmu z flow polskiej muzyki ludowej. Oczywiście równie istotny i wyjątkowy jest wkład muzyków folkowych w to nagranie tj. ojca i synów Rytów i zaproszonych do tego konkretnego nagrania sióstr Krzeszowiak. Polski jazz nie słyszał do tej pory czegoś takiego! Niewiele razy wcześniej element ludowy brzmiał tak prawdziwie, że słuchacz ma wrażenie , że muzyka nie jest nagrana na jazzowym koncercie czy ludowej potańcówce, ale raczej na jakimś obrzędzie inicjacji, w czasie jakiegoś rytuału, w przestrzeni, miejscu, czasie znajdującym się poza kontekstami, w których zwykle umieszczamy muzykę rozrywkową.

Co ważne dokładnie taki był zamysł artystów! Do tego nawiązuje też tytułowa "Watra" - cytat z książeczki dołączonej do CD - słowo "oznaczające duże ognisko z rozstawionym drewnianym trójnogiem, palonym w celu przywołania pamięci o przodkach, przy śpiewie i wspomnieniach dawnych czasów." Tak kiedyś podróżowali do swoich korzeni, i nie tylko muzycznych, Sun Ra, Don Cherry i wielu wielu innych. Doprawdy wielkie to osiągnięcie i w pełni zasłużone dla Damasiewicza znaleźć się w tak wyśmienitym towarzystwie!
 

Thursday, September 23, 2021

Skerebotte Fatta - Appaz (2021)

Skerebotte Fatta 

Jan Małkowski – saxophones
Dominik Mokrzewski – drums

Appaz (2021)







Tekst: Maciej Nowotny

Pamiętam pewnego razu zdecydowałem się spontanicznie podwieźć koleżanki z pracy. W odtwarzaczu CD w aucie (moim poprzednim aucie oczywiście) włożoną miałem płytę bodajże Alberta Aylera czy Anthony Braxtona i kiedy ruszyliśmy muzyka zaczęła się automatycznie odtwarzać. Po kilku minutach, bardzo krótko to trwało, uroczy jazgot moich koleżanek ustał, w ciszy wybrzmiewała jedynie muzyka, aż wreszcie po kolejnych kilku minutach jedna z nich wychodząc z absolutnego szoku zadała pytanie: "jak Ty możesz tego słuchać?". Oczywiście natychmiast zciszyłem i włączyłem Milesa czy Możdżera, ale prawdę mówiąc nie bez kozery byłoby odpowiedzieć poważnie na to pytanie. Dlaczego słucham free jazzu i mi się to podoba? Hmm. Bo free jazz odrzuca zastane schematy opierające się na myśleniu konceptualnym. Jest jak powrót do czystych pierwotnych emocji, jest odrzuceniem hipokryzji na rzecz niczym nie skrępowanego autentyzmu, nawet kosztem warsztatu, komunikatywności czy popularności. Ale tego nie było sensu mówić akurat tym koleżankom.

Zatem jesli ktoś ma wolnego ducha jest duże prawdopodobieństwo, że doceni free jazz. Nigdy nie będzie to muzyka dla mas. Bo wolność to potrzeba zawsze mniejszości. Wolność zakłada wybór, ciągłe kwestionowanie, znaki zapytania które rodzą znaki zapytania. Brr. Dla większości to zbyt dużo. Ale dla mniejszości to jest potrzebne jak tlen w powietrzu. Zatem doceńmy tych, którzy grają free jazz. Kokosów na tym nie zrobią. Ale dostarczają strawę dla naszych uszu, a może jeszcze bardziej dla ducha tych, dla których jazz to bardziej styl życia niż jeden z wielu gatunków muzycznych. 

Zatem dzisiaj moje podziękowania idą do dwóch muzyków tworzących duet Skerebotta  Fatta tj. saksofonisty Jana Małkowskiego i perkusisty Dominika Mokrzewskiego (nie zapominamy też o ludziach z wytwórni ForTune). Znam ich z Warsaw Improvisers Orchestra założonej przez Raya Dickety'ego. Robili oni - szczerze mówiąc - jak dla mnie o wiele więcej hałasu niż dobrej muzyki, ale nie brakowało im entuzjazmu. Oczywiście czy się komuś coś podoba to sprawa gustu. Ja w międzyczasie wyrosłem z fascynacji tzw. kinetycznym free. Mam wobec free jazzu wymagania równie wysokie jak wobec każdej muzyki. Jestem gotów na kompromis jeśli chodzi o formę, jesli chodzi o strukturę, ale nie jeśli chodzi o efekt artystyczny. Tak czy owak ważne, że wokół Dickety'ego powstało pewne środowisko artystyczne i że wartało czekać aż muzycy dojrzeją. Ta płyta ma właśnie taki walor dojrzałości. Nie tylko bucha emocjami, ale i pięknie brzmi. A dla free jazzowej płyty to jest naprawdę największy możliwy komplement.

A zatem mamy bardzo dużą, lecz miłą niespodziankę. Dwóch stosunkowo nieznanych muzyków nagrało free jazzową płytę, która powinna przykuć uwagę nie tylko fanatyków muzyki m.in. "Retep Bro", "Relya", "Not Xarb", "Dyoll" czy "Kinneb" (myślę że łatwo rozszyfrujecie te nazwiska będace też tytułami utworów na płycie). Powinna zasmakować tak smakoszom gatunku jak i tym, którzy dopiero chcą się z nim zapoznać. Obfituje nie tylko w emocje, ale i w przestrzeń, otwartość, oddech. Nie zawodzi pulsując energią i wiarą, że tak jak przed muzykami taki przed samym free jazzem (jak i jego wielbicielami) jeszcze wielka przyszłość.

Tuesday, September 21, 2021

Zmęczeni - Bez tego i owego (2021)

Zmęczeni 

Winicjusz Chróst – guitar
Henryk Miśkiewicz – saxophone, flute
Marek Stefankiewicz – keyboard, synthetizer
Arkadiusz Żak – bass guitar
Wojciech Malina Kowalewski – drums (1-9, 11)
Wojciech Morawski – drums(10)

Bez tego i owego (2021)


By Maciej Nowotny

Rzadko kiedy doświadczam takiego efektu jak przy odsłuchu tej płyty. Po prostu nogi mi się ugięły i jęknąłem z zachwytu. Wydawnictwo GAD Records po raz kolejny wynajduje dla nas nie perełeczkę, nie perłę nawet, ale perełczysko po prostu! Nagranie, które jest tak olśniewające, że śmiało stanąć może w szranki z najlepszymi nagraniami ery fusion jazzu w naszym kraju. Jak bardzo celnie podsumował w książeczce dołączonej do płyty Michał Wilczyński: "Zmęczeni to nieodkryty diament, który można postawić obok nagrań Laboratorium czy Extra Ball (...)"!

Ale kto to nagrał? Nigdy nie słyszałem o takim zespole! - możecie słusznie zapytać. Wszakże za nagraniem stoi grupa bardzo dobrze wszystkim znanych muzyków. Przede wszystkim lider, gitarzysta Winicjusz Chróst, którego pamiętamy (odszedł w zeszłym roku) jako gitarzystę Breakoutu, muzyka współpracującego z Big Bandem Polskiego Radia Andrzeja Trzaskowskiego i posiadacza legendarnego studia nagraniowego. A poza nim zespół tworzyli saksofonista Henryk Miśkiewicz, klawiszowiec Marek Stefankiewicz, gitarzysta basowy Arkadiusz Żak i perkusiści Wojciechowie Kowalewski i Morawski. Ci wspaniali muzycy, w apogeum swoich sił, grali po prostu nadzwyczajnie. Muzyka ma nie tylko groove, ale przede wszystkim wspaniałe melodie, które lider niczym rasowy magik wyciąga jedną po drugiej jak króliki z kapelusza.

Jaki jest klimat tej płyty? Jeśli pamiętacie kultowy film Sylwestra Chęcińskiego "Wielki Szu" z niezapomnianą muzyką Andrzeja Korzyńskiego to na tej płycie odnajdziecie dokładnie to samo brzmienie. I nie będzie to przypadek, bo muzyka do tego filmu została nagrana przez zespół w niemal dokładnie takim składzie jak odpowiedzialny za to nagranie. Dodatkowo muzyka z tej konkretnej płyty była w latach 80-tych wykorzystywana regularnie jako ilustracja dla felietonów Polskiej Kroniki Filmowej. Te felietony same w sobie nieraz bywały dziełami sztuki, a dzisiaj są bezcennym dokumentem epoki, w której upłynęła m.in. moja młodość. Podsumowując, Zmęczeni  i ich muzyka z tego nagrania, to doprawdy odkrycie roku 2021, przynajmniej dla mnie i pozostaje żałować, że zespół niemal natychmiast, bo w roku 1982 rozpadł się. Tego nie da się już zmienić, ale to co można ciągle zrobić, to dotrzeć do tej płyty, wsadzić ją do odtwarzacza CD, zamknąć oczy i udać się w podróż w czasie do złotych lat 80-tych polskiego fusion jazzu. Polecam gorąco!


Saturday, September 18, 2021

Adam Pieronczyk - I'll Colour Around It (2021)

Adam Pieronczyk

Adam Pierończyk - soprano and tenor saxophone
Jean-Paul Bourelly - guitar, vocals
Orlando le Fleming - double bass
J.B. Arnold - drums

I'll Colour Around It (2021)



By Maciej Nowotny

Adam Pierończyk należy do najbardziej znaczących postaci polskiego jazzu ostatnich kilku dekad. Stwierdzenie wydawałoby się oczywiste, przynajmniej dla każdego logicznego znawcy jazzu w Polsce jak i dla wszystkich co lepszych muzyków. Ale dla publiczności niekoniecznie. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że Adam nigdy nie szukał łatwej popularności, od lat podąża konsekwentnie swoją drogą, jedyne kompromisy jakie zawiera to te z samym sobą, bo jego celem zawsze było robienie muzyki przede wszystkim swojej, oryginalnej, płynącej z ducha, autentycznej. Jest to tym bardziej godne szacunku, że Adamowi de facto to się udało. Nie tylko ma własne brzmienie, rozpoznawalne od pierwszej nuty, ale dosłownie każda jego płyta przynosi coś nowego, jakieś odświeżenie, jakieś wyzwanie dla słuchacza, jest krokiem w jakimś konkretnym kierunku, co nieraz słuchacza wkurza, zaskakuje, stawia wobec dylematów, może nawet irytuje, ale nigdy nie pozostawia obojętnym.

Do nagrania tej płyty Adam zaprosił grupę naprawdę świetnych amerykańskich instrumentalistów. Myślę, że znawcy kojarzą najbardziej gitarzystę haitańskiego pochodzenia Jena-Paula Bourelly'ego, który grał nawet chwilę z Milesem Davisem czy akompaniował Cassandrze Wilson.  Ale tak on jak i pozostali muzycy - Orlando le Fleming grający na kontrabasie i J.B. Arnold na perkusji - to pierwszorzędni sidemani mający za sobą wiele udanych projektow i to niebanalnych nagranych ze znaczącymi muzykami. Co jeszcze ważniejsze ten poziom muzyków bardzo słychać na nagraniu. Jest to nadzwyczajnej jakości granie, jeśli ktoś ma uszy, doceni tu każdą nutę. Bardzo dużo pomagają kompozycje Pierończyka, niesztampowe, o otwartej strukturze, rozbrzmiewające ciszą, którą wszyscy muzycy wypełniają takoż improwizacją jak hipnotycznymi rytmami czy strzępami charyzmatycznych melodii, półmelodii czy ich wspomnień. 

Słucham tej płyty raz po raz i za każdym razem coraz bardziej wciąga mnie jej pomysł. Przypomina mi ona szkicownik, z rysunkami ledwie zaznaczonymi kreską, wymagającymi od odbiorcy zaangażowania, kreatywnego wysiłku, a przede wszystkim wyobraźni. Słuchając tej muzyki przypomniało mi się jak kiedyś zapytałem naszego wybitnego dyrygentna na jakim sprzęcie słucha muzyki. Ku mojemu zdziwieniu było to coś bardzo przeciętnego. Odpowiedział ze śmiechem, że w ogóle mu to nie przeszkadza: "przecież to czego brakuje mogę sobie wyobrazić". Muzyka na tym albumie jakby prowokuje słuchacza, aby wszedł na scenę, wziął nieistniejący instument i dołączył do muzyków. Poszczególne frazy jak iskra rozpalają wyobraźnię, ale nigdy nie są dosłowne, nie idą do końca, nie epatują, nie rażą efekciarstwem (wiecie jakiego pianistę mam na myśli...).

Podsumowując, Pierończyk wydał kolejny w tym roku wyjątkowo udany album po solowym, zjawiskowym "Oaxaca Constellation", który opisywaliśmy już na naszym blogu wcześniej. Niestety "I'll Colour Around It" w momencie jego opisywania nie był dostępny na tidalu czy w innych serwisach streamingowych, a to może ograniczyć jego recepcję. Szkoda by było, bo wśród dziesiątek jeśli nie setek płyt jakich słuchałem w tym roku, należy zdecydowanie do najbardziej ciekawych. Brawo!

Thursday, September 16, 2021

RGG - 20-lecie Mysterious Monuments

Formacja RGG uczci jubileusz 20-lecia działalności artystycznej wydaniem nowej płyty. Data oficjalnej premiery albumu "Mysterious Monuments On The Moon" to 24.09. Premiera koncertowa odbędzie się 18.09 podczas trzydniowej rezydencji grupy w klubie Jassmine.

Jubileusz 20 lat działalności artystycznej to poważna rzecz, zasługująca na szczególne celebrowanie, a już na pewno warta odnotowania w wyjątkowy sposób. Tym bardziej, że w przypadku formacji RGG jest co wspominać. To też taki moment, kiedy w naturalny sposób sięga się do początków istnienia, wydobywa z zakamarków pamięci co ważniejsze wyróżnienia i nagrody, ale także próbuje odnaleźć w pierwszych aktywnościach zalążek tego, czym zespół jest dzisiaj.


Wyjątkowe miejsce przy takich okazjach poświęca się zazwyczaj napęczniałemu przez lata dossier. Tym bardziej, gdy lista jest tak imponująca i zawiera nazwiska zarówno artystów z tego samego pokolenia, jak również wielkie gwiazdy tworzące historię muzyki. Niektóre z dokonań RGG, szczególnie albumy nagrane z Vernerim Pohjolą, Samuelem Blaserem, Trevorem Wattsem czy Evanem Parkerem, z pewnością zostaną zapisane złotymi literami w annałach polskiego jazzu, a legendarna, dwuletnia współpraca z ikoną polskiej sceny, Tomaszem Stańką, jeszcze długo będzie pretekstem do snucia rozważań jak bardzo żal, że zabrakło czasu, aby udokumentować ją na płycie, najlepiej w katalogu monachijskiej wytwórni ECM.

W przypadku RGG jest jednak zdecydowanie za wcześnie na czynienie tego rodzaju podsumowań. Tym bardziej w sytuacji, gdy w nasze ręce trafia najnowsze dzieło zatytułowane "Mysterious Monuments on the Moon". Oczywiście można będzie o tym wydawnictwie pisać z perspektywy tajemnic, jakie od dekad owiewają ziemskiego satelitę, i próby artystycznego ujęcia tego, co nieznane i trudne do uchwycenia. Można będzie próbować dopasowywać kolejne osiem Monumentów na płycie do tych, które tropią astronomowie i o których opowiadają najwymyślniejsze historie rzesze fascynatów. Można będzie powiązać księżycowe inspiracje RGG z ogłoszonym rokiem Stanisława Lema, a muzyczną podróż nad księżycowymi monumentami porównać do podróży na księżyc Ijona Tichego. Nic jednak nie zmieni faktu, że wszystko to, to nic więcej niż, w najlepszym przypadku, zwyczajne didaskalia, bez których muzyka na płycie może się doskonale obejść. W swojej surowości, nieoczywistej urodzie czy nieprzewidywalności, RGG wciąż opowiada bez słów być może najważniejszą historię, jaką mogą opowiedzieć twórcy - historię o procesie uzyskiwania muzycznej, a może i nie tylko muzycznej, wolności.


Łukasz Ojdana - przedstawiciel najmłodszej generacji pianistów europejskich. Artysta postrzegający kulturę brzmienia i osobowość twórcy jako nadrzędne elementy budulcowe wyrazistego muzycznego charakteru, w którym inspiracja wyraźnie dystansuje pojęcie naśladownictwa stylu mistrzów. Poszukiwania młodego pianisty rozpościerają się w szerokim zagadnieniu sztuki, dotykając obszarów literatury, filozofii, teatru i duchowości.

Maciej Garbowski - reprezentant polskiej myśli kompozytorskiej, w której wyraźne wpływy technik charakterystycznych dla języka Lutosławskiego czy Pendereckiego syntetyzują z muzyczną erudycją i kontrabasową wirtuozerią. Garbowski zasłuchany w muzyce XX wiecznych twórców eksploruje zagadnienie melodyki i harmoniki, wplatając w nią słowiański liryzm i autorski charakter przepełniony wrażliwością i subtelnością.

Krzysztof Gradziuk - esteta perkusyjnego brzmienia, kolorysta i kreator melodii, artysta bezkompromisowy i poszukujący nowych ścieżek rozwoju w zgodzie z własnym poczuciem artystycznego smaku. Abstrakcyjność perkusyjnej treści w zestawieniu z elastycznością i wirtuozerią potęgują wrażenie niekonwecjonalnej sztuki gry, określając artystę mianem jednego z najbardziej oryginalnych perkusistów współczesnej, europejskiej sceny muzycznej.

Źródło: materiały dostarczone

Wednesday, September 15, 2021

Piotr Schmidt Quartet - Saxesful vol. II (2021)

Piotr Schmidt Quartet

Piotr Schmidt - trumpet
Wojciech Niedziela - grand piano
Maciej Garbowski - double bass
Krzysztof Gradziuk - drums

featuring:
Jan Ptaszyn Wróblewski
Zbigniew Namysłowski
Henryk Miśkiewicz
Maciej Sikała
Adam Wendt
Grzech Piotrowski

Saxesful vol. II (2021)


By Maciej Nowotny

Ta płyta, podobnie jak jej część pierwsza, okaże się niewątpliwie sukcesem. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości i to co najmniej z trzech powodów. Po pierwsze, obiektywnie rzecz biorąc jest to muzyka zagrana świetnie. Piotrowi Schmidtowi udało się namówić do współpracy jedną z najlepszych sekcji rytmicznych w tym kraju - Macieja Garbowskiego na kontrabasie i Krzysztofa Gradziuka na perkusji - których znamy z jednego z najlepszych i najdłużej grających polskich trio - RGG. Do tego dochodzi Wojtek Niedziela na fortepianie, zero komentarza, nazwisko mówi samo za siebie. To po prostu musiało dobrze zabrzmieć i brzmi, i to jak!

Po drugie, ten genialny w swojej prostocie marketingowy pomysł, aby zebrać saksofonistów o znanych nazwiskach, w wielu przypadkach muzyków otoczonych legendą, zresztą oczywiście świetnych, którzy wiele, niekiedy bardzo wiele zrobili dla polskiego jazzu, w takim czy innym momencie jego historii. Co ważne wszyscy oni aspirują w jakiejś mierze do własnego, indywidualnego dźwięku na saksofonie, a to jak wiadomo zawsze jest w jazzie najwyższą nobilitacją. 

Zatem takiej płyty nikt w Polsce, rozkochanej w benefisach, nie skrytykuje, wręcz przeciwnie. Ponieważ ta płyta jest po prostu świetna w warstwie wykonawczej, to ochom i achom nie będzie końca, i będziemy musieli uważać, żeby z nimi nie przesadzić i zachować miarę w pochwałach (niektórzy nie zachowają): tymczasem płyta ta jest bardzo dobra, ale nic ponadto.

Tylko, że jazzowy obywatel M., nie za bardzo jest zainteresowany czymś "ponadto". I tu dochodzimy do po trzecie: program płyty stanowi garść standardów, świetnie słuchaczom znanych, które słuchali setki razy, zagranych na olśniewającym poziomie, ale bez żadnych zaskoczeń. Płytę testowałem na znajomych. Podoba się po prostu wszystkim!!! Błagano mnie, aby zostawił egzemplarz do posłuchania. A kiedy wracałem to szła ona u niektórych "na okrągło". A zatem sukces!

Sukces? Mimo wszystko tak, ale przynajmniej dla mnie, nie z tych powodów, które wymieniłem powyżej. Niektóre z nich nawet mnie drażnią co jasno jak sądzę widać ze sposobu w jaki o nich opowiadam. Jest to zatem sukces z zupełnie innego powodu. Z powodu Piotra Schmidta. Śledzę jego karierę od samego poczatku. Pierwsze kroki dla mnie osobiście nie były porywające. Krytykowałem go za kurczowe trzymanie się standardów, jazzu traktowanego jak nowa muzyka klasyczna, zastygłego w przepięknej, ale skończonej formie. Nie robił sobie wiele z tej krytki, lecz szedł własną drogą. Dzisiaj jego trąbka brzmi piękniej niż kiedykolwiek. To de facto on trzyma tę płytę, on dominuje i tam, gdzie ma na to przestrzeń okazuje się najbardziej interesującym instrumentalistą ze wszystkich. Do tego objawił się jako lider potrafiący zmontować bardzo silny zespół i sformułować ideę, która przyciągnie publiczność. To olbrzymie osiągnięcie!

Zatem gratulucje. Ze szczerego serca. Ale... ale jak wyda trzecią część Saxesful, to zapowiadam, że nawet jaby się na tej płycie pojawił sam John Coltrane, nic nie powstrzyma mnie przed zaśnięciem.




Tuesday, September 14, 2021

Koncert urodzinowy HENRYKA MIŚKIEWICZA

Koncert urodzinowy HENRYKA MIŚKIEWICZA

Warszawa OCH-TEATR
30 września 2021
godz. 18:30

Czy gigant może mieć na imię Henio? Bo tak mówią na niego przyjaciele, a przecież Henryk Miśkiewicz jest gigantem. Proponuję pozostać przy Henryku, tym bardziej, że artysta skończył właśnie 70 lat, czyli – jak na jazzmana – zaczyna wchodzić w wiek średni. Urodziny są dla mnie zawsze ważnym świętem, niezależnie od liczby lat – kokietuje jubilat. Natomiast 70-te wydają się wyjątkowe, bo w pewnym sensie są podsumowaniem dotychczasowej pracy, osiągnięć artystycznych i moich muzycznych przemyśleń.

Siedemdziesięciolecie artysty to okazja do ukazania panoramy jego twórczości, oczywiście z udziałem muzyków, którzy w różnym czasie pojawiali się na jego orbicie. Będą to Anna Maria Jopek, Andrzej Jagodziński, Robert Kubiszyn, Marek Napiórkowski, Adam Nowak, Janusz Strobel i Jan Ptaszyn Wróblewski, jak również pełny skład towarzyszący Henrykowi Miśkiewiczowi na znakomitej, najnowszej płycie Nasza Miłość (2021), firmowanej wespół z córką: Dorota Miśkiewicz, Piotr Orzechowski „Pianohooligan”, Sławomir Kurkiewicz i Michał Miśkiewicz. Wystąpi więc cały klan Miśkiewiczów - rodzinny fenomen, w którym talent łączy pokolenia. Koncert poprowadzi Marcin Kydryński.

Henryk Miśkiewicz to na polskiej scenie jazzowej (i nie tylko) postać wyjątkowa. Należy do wąskiego grona najwybitniejszych saksofonistów altowych, ale gra także na sopranie i na klarnecie. W latach 70. i 80. jego saksofon było słychać na co drugiej polskiej płycie, wchodził w skład zespołów Jazz Carriers oraz Sun Ship, był solistą Studia Jazzowego Polskiego Radia, do dziś jest liderem formacji Full Drive. Spośród polskich muzyków jazzowych łatwiej byłoby wymienić tych, z którymi nie grał. Koncertował na całym świecie między innymi z Ewą Bem, Andrzejem Jagodzińskim, Jarosławem Śmietaną, Wojciechem Karolakiem i Adzikiem Sendeckim. Grał z takimi gwiazdami, jak Pat Metheny, Joe Lovano czy David Murrray. Jest wielokrotnym zwycięzcą plebiscytu Jazz Top magazynu „Jazz Forum” w kategorii saksofonu altowego i klarnetu, a także zdobywcą trzech Fryderyków (m.in. w kategorii Jazzowy Artysta Roku oraz Jazzowy Muzyk Roku).

Jan Ptaszyn Wróblewski obliczył, że z nikim nie grał dłużej niż z Henrykiem Miśkiewiczem, bo aż 45 lat. Przyszedł taki kudłaty dwudziestoparolatek do studia i z miejsca zaskoczył tym, że nuty czytał lepiej, niż książki czy gazety – wspomina Ptaszyn. I podkreśla fenomenalne zdolności improwizacyjne saksofonisty. Bo Henryk Miśkiewicz wycina na alcie nieziemskie solówki. I to zawsze. Na licznych płytach firmowanych własnym nazwiskiem oraz na niezliczonych, na których jego gra wynosi do stratosfery muzykę innych artystów. Bez względu na gatunek, bo jubilat ma w dorobku i pop, i rock, i bluesa, a nawet poezję śpiewaną, chociaż w sercu pozostaje rasowym, nowoczesnym jazzmanem. Ale wiecie, co w tym wszystkim jest najlepsze? Że na Miśkiewicza mówią jeszcze Misio. Sto lat plus vat, Gigancie!

(Daniel Wyszogrodzki)

Bilety do nabycia w kasie Och-Teatru oraz online: www.och-teatr.pl, www.bilety24.pl, www.ewejsciowki.pl

Koncert dofinansowano ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu pochodzących z Funduszu Promocji Kultury w ramach programu „Muzyka” realizowanego przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca oraz z Funduszu Promocyjnego Związku Artystów Wykonawców STOART.

Źródło: materiały organizatora


Saturday, September 11, 2021

Dominik Kisiel - Stop (2021)

Dominik Kisiel

Dominik Kisiel -piano

Stop (2021)







By Jędrek Janicki

Z czasów fascynacji skokami narciarskimi pamiętam takie specyficzne określenie, że oto ten albo inny skoczek „złapał noszenie”. To dość tajemniczo brzmiące sformułowanie oznaczało ni mniej, ni więcej tylko podmuch przedniego wiatru, dzięki któremu delikwent z nartami na nogach polecieć mógł na absurdalne wręcz odległości. Tego typu „noszenie”, które w artystycznym świecie byłoby pewnie jakimś bliżej nieokreślonym źródłem natchnienia, bez wątpienia złapał również pianista Dominik Kisiel. Wszak niedawno uraczył nas on efemerycznie piękną płytą Delta Scuti nagraną wraz z wibrafonistą Dominkiem Bukowskiem oraz chyba jeszcze ciekawszym nagraniem Cassubia – Live at Sfinks 700, będącym wynikiem współpracy z saksofonistą Jakubem Klemensiewiczem. W międzyczasie Kisiel zdecydował się uczynić jeszcze jeden krok i to taki skrajnie odważny, bo za taki zawsze uznać trzeba płyty solo oparte na zaimprowizowanych kompozycjach. Suitą Stop, bo to o to nagranie właśnie chodzi, ten wyjątkowo utalentowany muzyk po raz kolejny hipnotyzuje…

Choć zarejestrowany w gdańskim studio nagraniowym Custom 34 materiał jest improwizacją, to stanowi on jednak zwieńczenie wieloletnich poszukiwań i przygotowań muzycznych. Tak, tak, po raz kolejny okazuje się, że improwizacja to nie tylko mityczna już „czutka”, lecz również ogrom wiedzy i doświadczenia, które pozwalają składać dźwięki w taki, a nie inny sposób. Kisiel tę trudną sztukę opanował, nie bójmy się wielkich słów, do perfekcji. Miesza w kotle stylistyk, brawurowo przechodząc od jazzowego do klasycznego frazowania, nie bojąc się również sięgania po wzorce progrockowe. Jest w tym wszystkim piekielnie intrygujący, a to być może dzięki temu, że doskonale wyczuwa on równowagę między techniczną wirtuozerią a potęgą pojedynczego dźwięku czy akordu. Co więcej, choć całość zdecydowanie wymaga skupienia i bywa wymagająca w odbiorze, to Kisiel jednak te skomplikowane struktury doprawić potrafi szczyptą prostej i niewymuszonej melodii, która powoduje, że tej płyty po prostu się słucha. Jakby tych zachwytów było mało, to ogromne wrażenie wywiera również brzmienie i sposób nagrania. Śmiało stwierdzić można, że klinicznie wręcz brzmiące partie Kisiela jeszcze pełniej i głębiej rozbrzmiewałyby w warunkach audiofilskich.

Stop Dominika Kisiela to płyta, która przepięknie odwdzięcza się za czas poświęcony na skrajnie uważne wsłuchanie się w nią. Ona po prostu żąda uwagi odbiorcy, czyniąc to jednak jakże wyrafinowanymi środkami i rozwiązaniami. Kisiel to niezwykły pianista, który w brawurowy sposób wkroczył do czołówki polskiej pianistyki jazzowej.

Thursday, September 9, 2021

Are You Spontaneous? 5. Spontaneous Music Festival 2021

Spontaneous representing a challenge because life seems to dictate that you are not supposed to be spontaneous … to be that honest”
John Stevens, współzałożyciel i główny twórca Spontaneous Music Ensemble

Czy jesteście spontaniczni? Czy jesteśmy spontaniczni? To pytanie, jakie zadają nam i sobie organizatorzy piątej edycji Festiwalu Muzyki Spontanicznej, jaki odbędzie się w poznańskim Dragon Social Club od 1 do 3 października 2021 roku. Na wyżej postawione pytanie będą szukali odpowiedzi także muzycy zaproszeni na Festiwal. Tych razem będzie ich piętnastu, przybędą z różnych zakątów Europy i Polski, wyposażeni w najprzeróżniejsze atrybuty - tysiące wad i setki tysięcy zalet. Jako ludzie, jak muzycy, jako współtowarzysze trzydniowej, improwizowanej podróży po bezdrożach muzyki szalonej, jedynej w swoim rodzaju, muzyki, która ze wszystkich sztuk świata być może ma najmniejszy problem z twierdzącą odpowiedzią na pytanie zadane w tytule tegorocznej edycji Festiwalu.

Poznańska impreza po raz kolejny nie proponuje nam znanych nazwisk, wciąż bowiem szuka powiewu młodości, posmaku nieokreśloności, odrobiny wspomnianego już szaleństwa, wszystkiego, co nowe i zaskakujące. W tym roku szczególnie stawia na społeczny charakter relacji na muzycznej scenie Dragona. Zatem nade wszystko składy ad hoc, czyli pierwsze spotkania muzyków i specjalne projekty festiwalowe, które mają dokładnie taki sam cel – budować nowe relacje międzyludzkie, szukać synergii wynikającej ze spotkania muzyków, który choć nie znają się zbyt dobrze, mają na tyle otwarte głowy i są na tyle kreatywni, iż efekt takiego spotkania może wyłącznie zachwycać.

Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, główni prowodyrzy kolejnego spontanicznego incydentu festiwalowego, w pierwszej kolejności zapraszają nas na dwa duże projekty muzyczne, przygotowane specjalnie na potrzeby tego wydarzenia. Pierwszy z nich poprowadzi (a może lepiej powiedzieć - zainspiruje do działania i sam weźmie w nim udział jako instrumentalista) portugalski wiolonczelista Guilherme Rodrigues. Ten pomysł będzie próbą przetransferowania berlińskiego projektu Red List Ensemble na ziemię poznańską. Wieloosobowy ansambl złożony będzie ze wszystkich muzyków, jacy obecni będą pierwszego dnia festiwalu i swoim koncertem tenże dzień zakończy. Dodajmy, iż portugalski wiolonczelista będzie obecny na scenie Dragona przez wszystkie dni festiwalowe.


Z kolei drugi dzień festiwalowy zwieńczy koncert specjalnego projektu poznańskiego pianisty Witolda Oleszaka. Muzyk na tę okoliczność przygotowuje notację graficzną, wedle przykazań której improwizować będą pozostali muzycy, a której szczegóły owiane są na razie tajemnicą. Tu również skład orkiestry zostanie skompilowany z muzyków, którzy tego dnia będą obecni na scenie Dragona. W tym wypadku być może będzie to skład nawet kilkunastoosobowy.

Ostatni dzień festiwalowy także będzie miał swoją dramaturgiczną kulminację. To jubileuszowy koncert formacji Superimpose, którą tworzą muzycy berlińscy – puzonista Matthias Muller i perkusista Christian Marien. Artyści świętują w tym roku 15-lecie działalności, a ich specjalny poznański koncert uświetnią swoją obecnością także Witold Oleszak i portugalski gitarzysta Marcelo Dos Reis.

To właśnie rzeczony Portugalczyk będzie kolejną atrakcją festiwalowej trzydniówki. Zagra każdego dnia, zarówno w składach ad hoc, wspomnianych wyżej orkiestrach, jak i wystąpi solo, prezentując swój nowy, dość awangardowy, jak na kanony muzyki spontanicznej (albowiem po części komponowany) projekt Glaciar. Dodajmy, iż to wydarzenie otworzy cały Festiwal.

W trakcie drugiego dnia festiwalu zagra francuskie trio TOC, które tworzą – Jeremy Ternoy (piano elektryczne), Ivann Cruz (gitara) i Peter Orins (perkusja). Francuzi kochają psychodelię, dobrego rocka, ale nade wszystko uwielbiają improwizować. Ich występ z pewnością będzie najgłośniejszym momentem imprezy.

Grono gości zagranicznych uzupełni, w trakcie ostatniego dnia festiwalu, meksykański perkusista i wibrafonista Emilio Gordoa. Jedno z najgorętszych nazwisk młodej europejskiej sceny improwizowanej, muzyk rezydujący na stałe w Berlinie, zaprezentuje się w dwóch składach ad hoc.

Zaprezentowany wyżej, jakże intrygujący zestaw muzyków zagranicznych uzupełnią na festiwalowych deskach Dragona muzycy polscy - reprezentanci i reprezentantki szeroko rozumianej sceny eksperymentalnej oraz improwizowanej, młoda fala muzyków awangardowych z bogatym już dorobkiem artystycznym oraz uznaniem na lokalnej i zagranicznej scenie. Obok wspominanego Witolda Oleszaka zagrają: Paulina Owczarek (saksofony), Anna Jędrzejewska (fortepian), Małgorzata Zagajewska (wokal), Wojtek Kurek (perkusja), Michał Giżycki (saksofon i klarnet basowy) oraz Paweł Doskocz (gitara). Muzycy zaprezentują się zarówno w składach ad hoc, jak i będą ważnymi uczestnikami dużych projektów orkiestrowych.


Tuesday, September 7, 2021

Możdżer w Basenie gra dla mamy, a publiczność...

Możdżera nie słyszałem dobrych parę lat, ponieważ moje jazzowe ścieżki zawiodły mnie w krzaczory różnego rodzaju niecierpiących zwłoki obowiązków związanych z pracą, życiem rodzinnym, zdrowiem et caetera. Wszakże byłem niezmiernie ciekawy co u niego słychać i kiedy dwójka przyjaciół zaproponowała, żeby  "iść na Leszka", wysupłałem 5 stówek, wziąłem dziewczynę pod rękę i tak się to wszystko zaczęło. Poza tym chciałem odwiedzić Basen Artystyczny, nową przestrzeń dla muzyki powstałą na miejscu basenu pływackiego w legendarnym budynku mieszczącym niegdyś warszawską YMCA, który zna każdy uważny czytelnik "Dzienników" ojca polskiego jazzu Leopolda Tyrmanda. 

Dodatkową zachetę stanowiło samo wydarzenie czyli projekt Możdzera z Orkiestrą MACV pod dyrekcją Marcina Sompolinskiego (Musicae Antique Collegium Varsoviense), wspaniałym zespołem stworzonym przez muzyków związanych  niegdyś z Operą Kameralną w Warszawie, a grających muzykę dawną, z gościnnym udziałem, ale oczekiwanym przez znawców - Patrycji Betley grającej na perkusji. Już po zagraniu 3 utworów o wdzięcznych tytułach, pierwszy, drugi, trzeci, poznaliśmy jeszcze jeden powód, dla którego ten wieczór był specjalny. Otóż w pierwszym rzędzie zasiadła mama Leszka Możdżera i to jej właśnie dedykował on ten niezapomniany wieczór.

Czy jakikolwiek koncert muzyczny jest wart 5 stów (za 2 bilety)? Na to pytanie filozofowie próbują znaleźć odpowiedź od setek, a nawet tysięcy lat, a ja byłem raczej sceptyczny. Wszakże muszę przyznać, że byłem w błędzie. Nie chodzi o to, że materiał muzyczny był na najwyższym poziomie - a był. Że muzycy zagrali go tak , że nie tylko nie było się do czego przeczepić, ale po prostu zapierało dech w piersiach - zapierało. Że muzyka nie była li tylko intelektualną igraszką, lecz buchała emocjami wywołując arystotelesowski efekt katharsis - wywoływała. To było coś więcej. To był przywilej oglądania artysty o nieprzeciętnym talencie, w jego najlepszym momencie rozwoju sił twórczych, w apogeum jego kariery. 


Możdżer grał, a poza tym bawił publiczność rozmową i doprawdy cieżko było powiedzieć co tego dnia było lepsze. Fenomen Możdżera i jego sukces, którego nigdy nie wybaczą mu mniej szcześliwi koledzy po fachu, polega na tym, że jest on artystą totalnym. Tak jak kiedyś Miles zrozumiał, że publiczność potrzebuje czcić artystów jak półbogów, żeby odreagować swoje mieszczańskie kompleksy. Dlatego ćwiczy te pompki codziennie rano, aby wyglądać prężnie i młodo, zapuszcza tę długą blond pelurę, od której nie mogą oderwać wzroku piękne warszawianki i paraduje po scenie boso w topowych garniturach po kilka tysięcy dolarów sztuka. Ale to jest zmyła jedynie, bo pod spodem to jest ciągle ten sam Możdżer co w czasach Miłości. Przesycony duchowością, traktujący muzykę jako rodzaj epifanii, jednocześnie błazen, czerep rubaszny i mędrzec, którego ironia tnie jak ostrym nożem po zadufanej w sobie publiczności, po celebrytach, politykach, kapłanach narodu, kościoła i państwa.

Zbawienie dokonuje się przez miłość. Nic się nie zmieniło. Miłość do mamy. Do tajemnicy, jaką jest to, że ludzie zbierają się by słuchać muzyki, która pomaga im odkryć tylko to co i tak dawno jest w ich umysłach i sercach (słowa Możdżera). Do muzyki jako osobistej drogi do szczęścia - znów jego słowa - które polega na tym, żeby zaakceptować, że jest się tylko częścią, bo nieszczęście to jest niezgoda na tę akceptację. Tylko gra słów, a może coś znacznie poważniejszego? Mozdżer mówił też o oddechu, spoglądając przy tym na kolegów z sekcji instrumentow dętych, o oddechu, który jak muzyka zależy od powietrza, od powietrza dzięki któremu muzyka płynie, rozchodzi się dokoła i trwa te parę sekund zanim dotknie czułej membrany znajdującej się w uchu każdego z nas za trąbką Eustachiusza. Ale czy te parę sekund rzeczywiście istnieje? Czy nie jest tylko matematycznym złudzeniem? To kokietując to łajając zdumioną publiczność Możdżer i tu zasiał wątpliwość cytując in extenso definicję sekundy z Wikipedii, zgodnie z którą "jest to czas równy 9 192 631 770 okresom promieniowania...". A potem twierdząc, że ważniejsza niż ona jest bez wątpienia prima. Publiczność pokładała się oczywiście ze śmiechu, nie mogąc się zdecydować co było wspanialsze: muzyka czy te dywagacje. I powiem Wam, że te 5 stówek warto było dać, aby przez te 2 godziny, mieć w głowie tylko (a może aż?) takie problemy.  

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...