piątek, 23 lutego 2024

Siema Ziemia - "Second"

Siema Ziemia 

Kacper Krupa – saksofon tenorowy, syntezatory;
Fryderyk Szulgit – gitara, syntezatory;
Paweł Wuja HZG Stachowiak – gitara basowa, moog;
Andrzej Konieczny – perkusja, syntezatory

wyd. Byrd Out (2023)

"Second" 

Tekst: Szymon Stępnik

„Siema Ziemia” to wyjątkowy kwartet muzyczny. Celowo nie używam słowa „jazzowy”, gdyż w mojej ocenie ich styl wykracza daleko poza tradycyjne rozumienie tego gatunku. Zespół proponuje swoistą mieszankę muzyki elektronicznej, ambientu, improwizacji i jazzu właśnie. Wydany w 2023 roku „Second” to znakomite rozwinięcie pomysłów z debiutanckiej płyty, zgodnie ze słynnym hasłem Cliffa Bleszinskiego z Epic Games – „bigger, better and more badass”.

Już pierwsze sekundy sugerują nieco „kosmiczny” wymiar całości. Syntezatory tworzą dziwny, aczkolwiek wyjątkowo przyjemny i błogi klimat, który zostaje później przerwany rytmami z bardziej house’owymi konotacjami. Nie doświadczymy tu jakichś ciekawych metrum albo inspirujących zmian tempa. Nowatorskość projektu chłopaków z “Siema Ziemi” polega raczej na brzmieniu i osiąganiu niesamowitych dźwięków, aniżeli na ciekawie zbudowanych strukturach poszczególnych utworów.

Choć sama muzyka wywodzi się z improwizacji, trudno oprzeć się wrażeniu, że krążek jest przemyślany i spójny. Niemal każdy dźwięk nie jest przypadkowy, a przy odsłuchu „od A do Z”, wyłania się piękny, harmoniczny obraz. Szczególnie podobał mi się pod tym względem “We used to cry”, gdzie delikatny lament zmienia się w pewnym momencie w wybuch rzewnego płaczu, co zostało piękne oddane poprzez saksofon Kacpra Krupy. Idealnie oddaje to charakter tytułu kompozycji, co przecież nie jest takie oczywiste w muzyce jazzowej.

Oczywiście nie tylko Kacper (który jest oczywiście genialny jak zwykle) pokazuje potencjał swoich możliwości. Fryderyk Szulgit gra na gitarze w zupełnie nietradycyjny sposób, gdzie trudno odróżnić jego instrument od syntezatorów. Czasem można mieć tylko delikatne pretensje do sekcji rytmicznej, czyli do Wuja HZG i Andrzeja Koniecznego, którzy mogliby trochę częściej korzystać z “żywych instrumentów” (a przynajmniej wyjść trochę bardziej do przodu w miksie) i dać więcej przestrzeni dla perkusji i basu, aniżeli skupiać się na elektronice. Rozumiem, że takie było założenie, aczkolwiek materiał zagrany na żywo w Dwójce udowodnił, że ta muzyka może po prostu brzmieć jeszcze lepiej.

Pomimo, iż nie jestem zbyt wielkim fanem syntezatorów, należy oddać kwartetowi, że udało im się dźwiękowo osiągnąć coś niebywałego. Nigdy nie rozumiałem amelodycznych i asłuchalnych eksperymentów różnych artystów. Noise’owe klimaty skupione na poszukiwaniu nowych brzmień, choć zapewne potrzebne w sztuce, w moim odczuciu stanowią przerost formy nad treścią. “Siema Ziemia” udowadnia, że można poszukiwać, a jednocześnie zachować muzyczny charakter całości. Wydobyte dźwięki na długo pozostają w głowie słuchacza, co pewnie nie byłoby możliwe, gdyby nie ustrukturyzowanie oraz zamknięcie tychże eksperymentów w ramach naprawdę fajnie skomponowanych melodii.

“Second” to wspaniałe rozwinięcie pomysłów z debiutanckiego albumu grupy. Znajdziemy tu szaleństwo i awangardę, a jednocześnie przyjemną dla ucha prostotę. “Siema Ziemia” udowadnia, że grać można jednocześnie ciekawie oraz prosto, a same improwizacje zamknąć w kompozycje spójne i harmoniczne. Wszystko to daje wybuchową mieszankę, która na długo pozostanie w pamięci oraz zachęca do ponownych przesłuchań. Tak, “Second” to bez wątpienia jeden z najlepszych albumów 2023 roku.


środa, 21 lutego 2024

Ed Cherry & Arek Skolik Project+ - "Live at Metrum Jazz Club"

Ed Cherry & Arek Skolik Project+

Ed Cherry - gitara
Paweł Palcowski - trąbka, flugelhorn
Maciej Kitajewski - double bass
Arek Skolik - drums

"Live at Metrum Jazz Club" (2024)

Realizacja dźwięku: Tomasz Białowolski

Wydawca: Blues&Jazz Sławek Majewski

Tekst: Maciej Nowotny

Sławek Majewski - współproducent tego albumu, a zarazem kolejny niesamowity  jazzowy  Lodzermensch - zadzwonił do mnie późnym wieczorem z przerażeniem w głosie. Zaniepokoiłem się, bo z reguły ten niemal dwumetrowy olbrzym sprawia wrażenie zrównoważonego i niewzruszonego w swych muzycznych gustach. Cóż się stało? Okazało się, że chochlik drukarski zjadł literkę "l" i na okładce płyty mamy "flugehorn". A ja pomyślałem, że mimo to Sławek ma jednak szczęście! Bo co prawda brak literki jest jakąś ryską na wizerunku tej płyty, ale jest to JEDYNA niedoskonałość jaką tu mogę znaleźć. Muzyka bowiem jest wręcz idealna, oszałamiająco zagrana i perfekcyjna w każdej nucie. I może dobrze, że coś tak niewiele znaczącego jednak nie udało się w tym projekcie, bo jak wiadomo bogowie są zazdrośni, gdy istoty ludzkie uzurpują sobie ich cechy. 

Kim zatem są Ci "półbogowie" jazzowej muzyki klasycznej grający na tej płycie? To przede wszystkim dwaj liderzy, to już ich kolejne spotkanie, amerykański gitarzysta Ed Cherry i weteran, perkusista Arek Skolik, a poza nimi dwaj wybitnie utalentowani młodzieńcy czyli kontrabasista Maciej Kitajewski, który debiutował w 2021 albumem "Longing Miniatures" i trębacz Paweł Palcowski, o którego niedawno wydanym krążku "Influences" też pisaliśmy na naszych łamach. Wszyscy wymienieni muzycy, tak dojrzali jak młodsi, traktują jazz trochę jak muzykę klasyczną, z miłością pielęgnując tradycję z której nowoczesny jazz się wywodzi. Jest to także widoczne w doborze repertuaru, na który składają się wyłącznie standardy i to świetnie znane jak choćby Mala Waldrona "Soul Eyes" czy Milesa Davisa "All Blues". Gdyby ktoś miał obiekcje do tak konserwatywnego wyboru to warto w tym miejscu przytoczyć wypowiedź Arka Skolika, który tak go uzasadnił (link do żródła): 

"Kocham tradycję i standardy za ramy. Obecnie młodzi grają standard "na siedem", "na dziewięć", czyli w bardzo poważnych podziałach rytmicznych. Ja kocham to "cztery-czwarte" i wolne metra, cały czas pogłębiam swą wiedzę. Muzyka ma łagodzić obyczaje, słuchacz w klubie ma odpocząć. Ważny jest odbiór energii tu i teraz".

Przez lata w mojej duszy słuchacza jazzu - podobnie zresztą jak na łamach tego bloga czy w szerszej jazzowej sferze opiniotwórczej - toczył się zaciekły spór między zwolennikami jazzu tradycyjnego i tymi, który uważali że prawdziwy jazz może być wyłącznie awangardowy. Nagrania takie jak to uzmysławiają człowiekowi całkowitą bezprzedmiotowość tego sporu. Liczy się bowiem tylko i wyłącznie czy coś jest naprawdę dobrze zagrane. To jest największa herezja, to jest tajemnica poliszynela, to jest wielki, dziki słoń w salonie pełnym kryształów nie tylko światowego, ale i polskiego jazzu: DOBRZE ZAGRAĆ! Bo jeśli coś jest dobrze zagrane, to może to być dosłownie wszystko, jak udowodnił Miles Davis czyniąc z tak nieskomplikowanej, ordynarnie wręcz prostej piosenki jak "Someday My Prince Will Come", którą Królewna Śnieżka w disneyowskim filmie śpiewała Siedmiu Krasnoludom, jeden z najpiękniejszych standardów w historii jazzu.

Zatem wszystkie wykonceptualizowane projekty, awangardowe strasznie, progresywne niesamowicie mają sens tylko i wyłącznie wtedy jeśli są dobrze zagrane i brzmią jak należy. Bo w dobrze zagranej i pięknie brzmiącej muzyce szukamy harmonii, która jest nam potrzebna tak w świecie wewnętrznym jak i zewnętrznym. Szukamy doskonałości, której istnienie jest konieczne byśmy odnaleźli wewnętrzną przestrzeń, w której za niczym więcej nie trzeba już gonić, niczego pragnąć, wystarczy po prostu być, tu i teraz. A taką doskonałość jak pisał Antoine de Sainte-Exupery: " (...) osiąga się nie wtedy, gdy nie można już nic dodać, ale wtedy, gdy nie można już nic ująć". No, może poza nic nie znaczącą literką "l" ma okładce.


wtorek, 20 lutego 2024

Nominacje do czeskich nagród Ceny Anděl 2023


Wśród 3 krążków nominowanych do czeskich nagród Ceny Anděl 2023 (odpowiednika polskich Fryderyków) aż 2 są nagrane przez muzyków bardzo dobrze znanych polskiej publiczności: trębaczkę Stepankę Balcarovą i gitarzystę Davida Doruzkę. Ponadto w nagraniu jednej z tych płyt uczestniczyli polscy muzycy: pianista Nikola Kołodziejczyk i perkusista Grzegorz Masłowski. Gratulujemy!

Więcej o tych albumach dowiecie z recenzji pióra Mateusza Chorążewicza i Macieja Nowotnego jakie zamieściliśmy na naszych łamach:







David Dorůžka/Robert Fischmann/Martin Novák – "Gilgul"





poniedziałek, 19 lutego 2024

Miłosz Pieczonka - "Asleep"

Miłosz Pieczonka

Miłosz Pieczonka - alto saxophone
Lenny Rehm - drums
Pascal Jarchow - Double bass

"Asleep" (2023)

Autor tekstu: Maciej Nowotny

Zawsze przyjemnie jest pisać na temat debiutów, a jeszcze przyjemniej gdy debiut jest dojrzały i dobrze prognozuje na przyszłość. A tak jest w tym przypadku. Debiutantem jest Miłosz Pieczonka, grający na saksofonie altowym, który ponadto skomponował wszystkie utwory zagrane na tej płycie. 

Już po pierwszym odsłuchu tego materiału ma się wyraźne wrażenie, że z tą muzyką jest coś nie "za bardzo tego". Oczywiście w cudzosłowie. Otóż nie brzmi ona archaicznie jak większość debiutów muzyków wykształconych na polskich wydziałach jazzowych. Przykro mi to pisać, ale tak to odbieram. Z jednej strony kocham te wydziały za to, że dają młodym muzykom naprawdę dobre podstawy, wypuszczając świetnych instrumentalistów osłuchanych z jazzową klasyką i ogranych standardami. Z drugiej strony, smuci mnie że pracujący tam nauczyciele akademiccy nie potrafią tej młodzieży przekazać samego ducha muzyki jazzowej, którą przepełniał zawsze i przepełniać powinien w przyszłości duch innowacji, kreatywności, indywidualizmu chociaż współistniejący z szacunkiem do tradycji. Niestety to u nas się nie udaje. I jeśli jakiś polski debiutant brzmi nowocześnie to jest niemal pewne, że albo delikwent opuścił wydział jazzu skonfliktowany z gronem pedagogicznym, albo też studiował za granicą, bardzo często w takiej np. Danii (jak np. Tomek Dąbrowski, Maciej Kądziela, Tomasz Licak i wielu innych) albo, dajmy na to, w Berlinie. I tak dokładnie jest w przypadku Miłosza.

Inna rzecz, która od razu po przesłuchaniu tego albumu "rzuca się w uszy" to nowocześnie brzmiąca sekcja rytmiczna. Co to znaczy nowocześnie brzmiąca? Polirytmiczna, niebojąca się przejmować gdy trzeba funkcji melodycznej,  innowacyjna w obszarze groove'u, żonglująca różnymi jego estetykami, elastyczna i plastyczna, a przede wszystkim i wybijmy to boldem: mądrze wykorzystująca przestrzeń i ciszę, sfokusowana na interakcji i komunikacji między członkami zespołu, wreszcie co najważniejsze, wytrwale poszukująca własnego indywidualnego brzmienia. Zadatki na takie granie ma sekcja grająca na tej płycie. Jaka szkoda niestety, że znajduję w niej tylko nazwiska niemieckich kolegów Pieczonka czyli grającego na perkusji Lenny Rehma i na kontrabasie Pascala Jarchowa. "Nasze" sekcje grają jakby były przeniesione wehikułem czasu ze złotych er hardbopu czy cool jazu. Takie jest kształcenie. Rezultat? Czy znają Państwo jakiegoś wykształconego w Polsce perkusistę czy kontrabasistę, który zrobiłby międzynarodową karierę? Nie widzę zbyt wielu kandydatów. 

Wracając do Pieczonka, to jednym z najprzyjemniejszych momentów na tym albumie są jego duety z zaproszonym do nagrania saksfonistą tenorowym Fabianem Willmannem, które od razu przywołują na pamięć wspólne granie Ornette'a Colemana z Deweyem Redmanem, a bliżej naszych czasów takich wspaniałych saksofonistów jak Ken Vandermak czy Ellery Eskelin. Grana przez nich muza, tak jak muzyka ich mistrzów, ma ostre brzegi, zagrana jest muskularnie, głośno, hardo, z wyrachowaną pogardą wobec konwenansów. Jest to oczywiście dobrze znany schemat, który przed ponad pół wiekiem był uważany za awangardowy, a dzisiaj jest jedną z wielu jazzowych tradycji, do których młodzi muzycy mogą i powinni się odwoływać. Ale odwoływanie się do tej tradycji mam nadzieję, że oznacza także gotowość tych młodych muzyków do dalszych poszukiwań, do wyruszenia we własną, niepowtarzalną podróż, by zrozumieć, że tak wielcy mistrzowie jazzu jak np. Lee Morgan czy Andrew Hill nie przypadkiem nazwali swoje najważniejsze albumy "The Search for New Land" czy "Point of Departure". Potencjał jest, dlatego życzę powodzenia!


czwartek, 15 lutego 2024

Marek Malinowski/Robert Rychlicki-Gąsowski/Wojciech Zadrużyński - „Scratching Fork II”

Marek Malinowski/Robert Rychlicki-Gąsowski/Wojciech Zadrużyński

Marek Malinowski – gitara elektryczna, gitara akustyczna
Robert Rychlicki-Gąsowski – kontrabas, gitara basowa
Wojciech Zadrużyński – perkusja

„Scratching Fork II”

Wydawca: Fundacja Słuchaj 2024

Tekst: Paweł Ziemba


„ALTERNATYWA WOBEC MAKABRYCZNIE PRZEWIDYWALNEGO”

Carl Dahlhaus i Hans Heinrich Eggebrecht w swojej książce „Co to jest muzyka “stwierdzili, że z uwagi na fakt, iż muzyka jest tak różnie rozumiana i interpretowana - nie tworzy żadnego spójnego systemu. Nie ma pojęcia jednej muzyki w innym, niż tylko trywialnym sensie, a łączy i czyni ją współzależną: dźwięk, rytm czy też fraza.

Swobodna improwizacja jest dla muzyki tym, czym poezja dla pisarstwa – niepowtarzalną formą komunikacji o wyjątkowej zdolności dotykania ludzkich serc i emocji. Poprzez formę i dźwięk powstaje swoisty rodzaj dialogu między muzykiem a słuchaczem. Poezję i muzykę improwizowaną łączą: rytm, emocjonalność, ekspresja, jak również nieodłączne ryzyko tej formy wypowiedzi – częsty brak zrozumienia.

Bez wątpienia żyjemy w kulturze, która przesadnie promuje wygodę, bezpieczeństwo, przewidywalność, spokój i w której unikanie ryzyka, zmiany, konfrontacji, otwartości na nieznane coś nam odbiera. Z drugiej strony doświadczamy szaleństwa emocji, jesteśmy wrażliwi, może nawet nadwrażliwi, nasączeni ideałami, zastanawianiem się...czasami nawet za bardzo.

Będąc doświadczonym odbiorcą jazzu, nie mam wątpliwości, że do rozumienia muzyki prowadzi w równym stopniu jej ogólne poznawanie oraz pojedyncze, indywidualne, każdorazowo inne doświadczanie.

Nagrania z płyty „Scratching Fork II” przekonują, że improwizacja jest najbardziej praktykowaną formą tworzenia muzyki, opartą na intuicji, doświadczaniu chwili oraz etosie dzielenia się ideami. Jest to dość trudne i zapewne stanowi spore wyzwanie na poziomie, umiejętności, emocji i wrażliwości każdego z członków zespołu.

Wymowna refleksyjność, kontrolowana ofensywa, figlarna łatwość, muzyczna delikatność i wspólna perspektywa to tylko część elementów, które można odnaleźć słuchając nagrań zespołu.

Aby naprawdę docenić radykalny smak tego albumu, moja rada jest jedna: nie należy się spieszyć, trzeba spokojnie posłuchać. Gitara Malinowskiego momentami eksploduje wielością głosów, które nic nie robią sobie ze skal i przyjętych zasad gry. Lider czuje potencjał kreatywnej destrukcji tkwiący w swobodnej improwizacji i wykorzystuje szansę na jeszcze dalsze przesunięcie granic w rozumieniu norm i zasad swobodnego wyrażania się. Można odnieść wrażenie, że powstała muzyka płynie wprost ze zmysłowego kontaktu artysty z instrumentem.

Słuchając utworów zarejestrowanych na krążku niemal w każdym momencie wyczuwa się bardzo osobliwą koncentrację na właściwościach dźwięku a tym samym inne podejście do rytmu, melodii i harmonii. Trio udowadnia, że kunszt artysty oraz prawdziwa sztuka jest wynikiem procesu pełnej integracji i cielesnej bliskości z materiałem – w tym przypadku z dźwiękiem.

To przecież nikt inny jak gitarzysta Derek Bailey powiedział: „muzyka improwizowana nie jest rodzajem muzyki (...) jest sposobem tworzenia muzyki”.

Bez wątpienia, aby uczynić ten rodzaj grania interesującym językiem komunikacji, potrzebne jest mentalne porozumienie, wspólne dzielenie przestrzeni lub czasu.

Sposób gry Malinowskiego na gitarze przypomina precyzyjną pracę artysty rzeźbiarza, który poprzez umiejętne posługiwanie się dłutem chce przedstawić obraz - efekt artystycznej wyobraźni. Każde przesunięcie palców, opór strun i powstający w wyniku tego dźwięk, pobudza kreatywność pozostałych członków zespołu, prowadząc do poszukiwania nowych rozwiązań, które w muzyce Scratching Fork stają się częścią kolektywnego języka muzycznej ekspresji.

Myślenie o muzyce swobodnie improwizowanej z perspektywy jej dziwnego, nie do końca zrozumiałego brzmienia, nieprzygotowanej i nieprzemyślanej aktywności jest błędem. „Scratching Fork II” to muzyka podana w bardzo surowy, bezpośredni sposób – tu i teraz;

to album o sztuce improwizacji, formy skupionej na zaangażowaniu w muzykę funkcjonującą poza znanymi schematami, ucieczce od gatunku. To muzyka dla każdego zmęczonego oczywistością i przewidywalnością życia, kto szuka nowych brzmień oraz dźwięku jako inspiracji. To alternatywa dla makabrycznie przewidywalnego. Muzyka, która uderza we wszystkie właściwe miejsca…

Ten swoisty język ekspresji muzycznej zespołu wymaga całkowitego poddania się temu co do nas dociera. Maria Schneider w jednym z wywiadów powiedziała:” Słuchacz powinien ufać temu co słyszy. Odbiorca nie powinien analizować, zastanawiać się co do niego dociera. Zamykasz oczy i chłoniesz.” Wydaje się, że jest to najlepsza rada dotycząca odbioru: nie myśleć a bardziej poczuć muzykę - ona jest tym, czym jest i takie było zamierzenie artysty.


środa, 14 lutego 2024

Piotr Domagała & Marek Toporowski - "Music for Jazz Guitar and Harpsichord"

Piotr Domagała & Marek Toporowski

Piotr Domagała - acoustic guitar, electric guitar, electronics
Marek Toporowski - harpsichord, clavichord, Roland c-50
Patryk Zakrzewski - riq, zarb, percussion

"Music for Jazz Guitar and Harpsichord"

Wydawca: Dux 

Autor tekstu: Maciej Nowotny

Piotr Domagała jest rzadkim w polskim jazzie typem gitarzysty-wirtuoza, który najlepiej się czuje wędrując po mniej uczęszczanych ścieżkach. Ja zawarłem z nim znajomość niedługo po jego debiucie, przy okazji albumów wydanych odpowiednio w 2009 roku - "Slavonic Tales", a następnie w 2013 - "Pnącza". W nagraniach tych Piotr Domagała w nowoczesny, lecz przystępny sposób wykorzystywał dziedzictwo polskej muzyki ludowej do kształtowania własnego, oryginalnego języka wypowiedzi na swoim instrumencie. Warto podkreślić, że te nagrania o mniej więcej dekadę antycypowały obecny rozkwit zainteresowania muzyczek i muzyków jazzowych tym dziedzictwem. 

W 2016 roku Domagała wydał kolejną ważną dla siebie płytę "Chowańce" nagraną ze światowej sławy Kwartetem Śląskim, laureatami prestiżowej Gramophone Classical Music Awards, która znamionowała nowy etap jego kariery. Tym razem dokonał zwrotu od muzyki ludowej ku współczesnej muzyce klasycznej, a także zaczął odważniej stosować element improwizowany w swojej muzyce. Jego najnowszy album "Music for Jazz Guitar and Harpsichord" wpisuje się dokładnie w ten trend, stawiając Domagałę obok takich innych jazzmanów jak - tylko ostatnio - Możdżer i Masecki, którzy w absolutnie dowolny, a przy tym wysoce indywidualny i kreatywny sposób, żonglują estetykami jazzu, muzyki klasycznej i innymi, aby dotrzeć do stęsknionego ambitnej muzyki słuchacza.

Na swoim nowym krążku Domagała proponuje nam wyjątkowe muzyczne spotkanie, bo do współpracy zaprosił wirtuoza klawesynu Marka Toporowskiego. Nie muszę pisać, że płyt nagranych w takiej kombinacji - jazzowa gitara i klawesyn - jest jak na lekarstwo. Pozostaje pytanie, ilu chętnych jest na takie lekarstwo! Bo słuchanie muzyki nagranej w duecie dwóch instrumentów strunowych "szarpanych" jest wyzwaniem dla słuchacza, który jest konfrontowany z bardzo nietypowymi spotkaniami dźwięków. Wszakże w mojej ocenie z tego trudnego zadania muzycy wyszli zwycięsko, głównie dzięki trzem cechom tego nagrania.

Po pierwsze, dawno już skończyły się czasy, gdy muzycy jazzowi i klasyczni patrzyli na siebie z nieufnością: klasyczni lekce sobie ważąc umiejętności techniczne jazzowych, a jazzowi niezdolność klasycznych do improwizacji. To  nagranie zadaje całkowity kłam tym stereotypom. Obaj muzycy z równym stopniem dezynwoltury eksperymentują z brzmieniem, energicznie, z dowcipem traktując zarówno kompozycje napisane na ten album jak i fragmenty, które są  w pełni improwizowane (jak w utworze "Seria FC"). Ta partnerska relacja dwóch wirtuozów, kompletnie nie oglądających sie na to z jakich  światów się wywodzą, a skupiających się z pasją na muzyce jest jednym z najprzyjemniejszych zaskoczeń na tej płycie.

Po drugie, Piotr Domagała napisał świetne kompozycje na ten album (jedną dodał Ryszard Borowski). Doskonale wyczuł możliwości instrumentów, ich możliwe współbrzmienia, stąd w ogóle nie brakuje nam tu elementu legato, a finezyjna rytmika, nieraz bardzo złożona,  całkowicie pochłania naszą uwagę. Jakby tego było mało, muzycy doprawiają tę już znakomitą potrawę, zmianami w obszarze instrumentarium, gdzie oprócz gitary klasycznej słyszymy nieraz elektryczną, a klawesyn bywa zastępowany przez klawikord lub Rolanda. Ta gotowość do elektronicznych przetworzeń dźwięków, połączona z jazzową improwizacją i kultem brzmienia charakterystycznym dla "muzyki dawnej", byłaby nie do pomyślenia jeszcze dekadę temu, nie mówiąc o czasach wcześniejszych.

Po trzecie, i podsumowując, esencją współpczesnego jazzu jest - zgodnie z powszechnie znaną definicją - umiejętność zaskakiwania słuchacza, a muzyki klasycznej - perfekcja wykonania. Do niedawana chcieć najlepszego z obu tych światów było jak żądać połączenia ognia i wody. Ale płyty takie jak ta udowadniają, że muzyka dzisiejsza jest immanentnie eklektyczna, że nie liczą się etykietki, lecz wirtuzeria opanowania instrumentów, odwaga w mówieniu swoim językiem, entuzjazm i wiara w uniwersalność języka muzycznego. Tylko i aż tyle. 


wtorek, 13 lutego 2024

Podcast: Maciej Nowotny i Paweł Ziemba o płytach opisanych w styczniu 2024 na blogu Polish Jazz

 



Zapraszamy czytelników bloga do wysłuchania podcastu z rozmową Redaktorów bloga Polish Jazz na temat nowych płyt z polskim jazzem, o których pisaliśmy na naszych łamach w miesiąciu styczniu 2024. Mnóstwo dobrej muzyki zgodnej z profilem audycji, sporo ciekawostek i jak zwykle zmagania redaktorów z konsolą ;-)))

Poniżej lista płyt opisywanych w miesiącu styczniu 2024 na blog. Wystarczy kliknąć link aby przeczytać jej recenzję.

Serdecznie zapraszamy!!!



Robert Świstelnicki - „Piosenki miłosne wczesnej p...
Sonorismo - "Personal Voice"
Big Band Wydziału Jazzu w Nysie - "Singing and Swi...
Tomasz Chyła Quintet - „Music We Like to Dance To”
Michał Barański - "Masovian Mantra"
Aga Derlak - "Parallel "
Woda - Woda (2017)
Emil Miszk & The Sonic Sindicate - "Scratches For ...
Leszek Kułakowski - „Beautiful Jazzy Opera”
Włodzimierz Nahorny - „Freedom Book/Echoes of Heyd...
Jazzpospolita - "Obiekt"
Maja Babyszka, Piotr Lemańczyk, Adam Golicki – "Lu...
Ninja Episkopat - "All Thoughts Are Bad Thoughts"
Jan Kiedrzyński, Jędrzej Łagodziński, Jarosław Maj...
Jachna/Mazurkiewicz/Buhl - „[…]”
Krzesimir Dębski / Tadeusz Sudnik - "Borello"
Buba & Bantamba - "Gambia"
David Dorůžka/Robert Fischmann/Martin Novák – "Gil...



poniedziałek, 12 lutego 2024

Horntet - "Horntet"

Horntet

Robert Wypasek – saksofon sopranowy i tenorowy
Szymon Ziółkowski – saksofon sopranowy i altowy
Bartłomiej Leśniak – fortepian
Mikołaj Sikora – kontrabas
Piotr Przewoźniak – perkusja

"Horntet" (2023)

Wydawca: For Tune

Autor tekstu: Maciej Nowotny

W momencie, którym piszę ten tekst oprócz prowadzenia tego bloga prowadzę także wspólnie z Pawłem Ziembą audycję "Muzyka, która leczy" w RadioJAZZ.FM. Pomysł jej tytułu podsunął mi Redaktor Naczelny JazzPressu i dziennikarz tego radia, nieoceniony Piotr Wickowski. Tytuł od razu mi się spodobał, tak ze względu na to, że nawiązuje do mojej profesji, jak i dlatego, że przypomina to, co powiedział kiedyś o jazzie Pharoah Sanders, że jest "siłą uzdrawiającą świat". W jakimś sensie. Na pewno nie dosłownie. Ale faktem jest, że kiedy jazz grany jest z nastawieniem jakie miał np. późny John Coltrane'a czyli duchowym, metafizycznym, na poły religijnym, jeśli towarzyszy mu wiara, energia i entuzjazm, to muzyka ta potrafi umarłego na nogi postawić i zatrząść fundamentami świata. Taką muzykę grało Art Ensemble of Chicago czy - wymieniam tylko kilka nazwisk z brzegu - zespoły Henry'ego Threadgilla, Wadady Leo Smitha, Lestera Bowie, Sun Ra i oczywiście wspomnianego wyżej Pharoaha Sandersa.

Ale bywały takie składy oczywiście i w polskim jazzie. Wymienię tylko kilka przykładów jak np. Free Cooperation, Miłość, a w bliższych nam czasach niezapomniany Power of the Horns, którego debiutancka płyta "Alaman" zbiegła się w czasie z pojawieniem się w polskim jazzie nowej, uzdolnionej generacji muzyków, której przedstawicieliele zagrali na tej płycie: m.in. Piotra Damasiewicza, Macieja Obary, Marka Pospieszalskiego, Pawła Niewiadomskiego, Jakuba Mielcarka, Maxa Muchy czy Dominika Wanii. Było to także - o ile dobrze pamiętam - pierwsze nagranie i pierwsza płyta wydana przez firmę wydawniczą For Tune.

A dzisiaj historia zatoczyła kolejne koło, bo w moich rękach znalazła się płyta nr 99 "madżentowej" (czytaj: jazzowej) serii wydawnictwa For Tune nagrana przez zespół Horntet. I słuchając tej płyty, znów jak przed z górą dekadą, poczułem dreszcz, poczułem jak włosy stają mi dęba na głowie, poczułem jak światło wypełnia mnie, a nóżka sama - jak to mówią - "chodzi". I znowu przed oczami migają mi nazwiska młodych, zupełnie mi nieznanych muzyków, chociaż należących do kolejnego pokolenia: saksofonistów Roberta Wypaska i Szymona Ziółkowskiego, pianisty Bartłomieja Leśniaka, kontrabasisty Mikołaja Sikory i perkusity Piotra Przewoźniaka. Kto wie jaka przed nimi przyszłość, ale sądząc po tym debiutanckim albumie może ona być równie interesująca jak ta, która czekała członków otoczonego już legendą Power of the Horns.

Zresztą już dzisiaj muzyki tych debiutantów słucha się momentami równie dobrze jak tej granej przez stare wygi! Szczególnie, że brzmienie tego kwintetu wprost nawiązuje do złotej ery hardbopu i słysząc wspaniałe dialogi saksofonów altowego z tenorowym, perkusyjny styl gry na fortepianie i klasycznie grającą sekcję rytmiczną, od razu przypominają się człowiekowi płyty, które nagrali Cannonball Adderley z Johnem Coltranem, którym bywało że towarzyszyli Wynton Kelly albo McCoy Turner na fortpianie, a w sekcji "szyli" na kontrabasie taki np. Paul Chambers z Jimmy Cobbem na perkusji. Na szczęście oprócz przebojowych kompozycji granych w tym stylu w rodzaju "Falling Up" czy "Coś nowego" mamy też na tej płycie standard pióra Theloniusa Monka "Pannonica" i bardziej refleksyjne "Przebudzenia" czy "Ace of Bass". Ale generalnie ta płyta to hołd złożony złotej erze nowojorskiego hard bopu.

I chociaż wszystko brzmi dobrze, wręcz mistrzowsko, to jednocześnie warto zauważyć, że szczególnie w tych utworach, gdzie powinna wybrzmiewać cisza, ciągle słychać jak wiele jeszcze pracy mają przed sobą młodzi muzycy mimo ogromu talentu jaki posiadają. Trzeba także uczciwie napisać, że chociaż pomysł na nostalgiczną wyprawę do krainy hardbopu jest sympatyczny jeśli chodzi o debiut, to gdyby artyści chcieli go powtarzać na kolejnych albumach, byłoby to - na przykład dla piszącego te słowa - rozczarowaniem. Prosta praca sekcji rytmicznej w tym czasach brzmi archaicznie w stosunku do tego czego oczekiwałby wybredny słuchacz dzisiaj. Także schemat utworów, w których wyraźnie wydzielone są części eksponowane jako "solówki" też jest już z mojego punktu widzienia "passe". Dzisiaj oczekiwałbym przede wszystkim współpracy instrumentów i poszukiwania czegoś absolutnie unikalnego, indywidualnego na poziomie  brzmienia. Wspominam o tych zastrzeżeniach nie po to, aby krytykować, bo muzyka na tej płycie jest świetnie zagrana, doskonale się jej słucha i podoba mi się. Ale jednak jest ona raczej przypomnieniem tego co już znam, a nie propozycją czegoś nowego, osobistego, czego jeszcze nie słyszałem. I to jest ważna różnica. Dlatego z ciekawością będę obserwował, który kierunek wybiorą w swoich następnych nagraniach ci niesłychanie utalentowani muzycy.


piątek, 9 lutego 2024

Bastarda — Lilith Abi

Bastarda — "Lilith Abi" 

Katarina Aleksić — skrzypce, bęben basowy, wokal
Branislava Podrumac — wokal
Paweł Szamburski — klarnet
Tomasz Pokrzywiński — wiolonczela
Michał Górczyński — klarnet kontrabasowy

Wydawca: Audio Cave (2023)

Tekst: Szymon Stępnik 

Bastarda to jeden z moich ulubionych zespołów współczesnej polskiej sceny jazzowej. Cenię go w głównej mierze za koncepcyjne podejście do tworzenia albumów muzycznych. Każdy krążek miał na siebie pomysł i nawiązywał do różnych zjawisk kulturowych. Choć nie zawsze wpisywały się one w moje poczucie estetyki, nie sposób było nie docenić duchowości, oddania oraz pasji, z jaką zespół ten tworzył kolejne kompozycje. W przeciwieństwie do innych grupa ta zawsze była szczera w swoim przekazie i nigdy nie skalała się żadną nutą fałszu. Nie inaczej jest z najnowszym longplayem “Lilith Abi”.

Tym razem do współpracy zaproszono dwie serbskie artystki, Katarinę Aleksić (pomysłodawczyni projektu) oraz Branislavą Podrumac. Koncept skupia się na temacie kołysanek, gdzie każdy z utworów nawiązuje do tradycyjnej kołysanki danego regionu — od Ukrainy i Polski, poprzez Armenię, Japonię, Serbię i kulturę aztecką. Pomysł ten narodził się w związku z zainteresowaniem Katriny dotyczącym tzw. “muzyki pierwotnej”, a także jej osobistymi doświadczeniami z bycia matką swego pierworodnego dziecka. Jak sama mówi, “śpiewanie kołysanek płaczącemu niemowlęciu dawało komfort i siłę, a im dłużej śpiewałam, tym bardziej wpadałam w swego rodzaju trans.”

Dokładnie takie są też poszczególne piosenki — bardzo oniryczne, wprawiające słuchacza w zadumę. Trzeba przy tym zauważyć, że dźwięki są bardzo zniuansowane. Artykulacja odgrywa wyjątkowo dużą rolę i z pewnością nie jest to, jakby to określił redaktor Piotr Ban, jazz samochodowy. Aby docenić jakość nowego dzieła Bastardy, należy obcować z nim w ciszy i skupieniu. W przeciwnym wypadku można wiele stracić, a samo “Lilith Abi” wyda się nagraniem na jedno kopyto.

Kwintesencją jest wspaniały, trójstronny dialog między skrzypcami, klarnetem i głosem, który tylko czasem spełnia tradycyjną, piosenkową rolę, a raczej staje się kolejnym instrumentem całości. Wszystkie trzy walczą ze sobą — jak demony w krainie snów. Choć motywem przewodnim są “kołysanki”, siłą rzeczy niedaleko im również nawet do koszmarów.

Początkowo nie podobała mi się niewielka dynamika całości, która dopiero po pewnym czasie nabiera sensu, gdyż, jak mawiał klasyk, „diabeł tkwi w szczegółach”. Należy wsłuchać się cierpliwie, by dostrzec subtelności dźwiękowe, a w szczególności przecudowne przełamywanie się skrzypiec ponad innymi instrumentami. Nigdy nie przypuszczałem, że takie połączenia mogą być aż tak intrygujące, co dodatkowo stanowi o wyjątkowości tego zespołu. Nie trzeba szokować słuchacza tanimi zagrywkami. Wręcz przeciwnie! Odbiorca też musi dać coś od siebie, by móc zyskać jeszcze więcej.

Nazwa albumu nawiązuje do żydowskiego demona, który wyłaniał się z cieni i porywał małe dzieci. Kołysanki były swoistymi zaklęciami odstraszającymi owego potwora. Dlatego też, w typowy dla grupy sposób, panuje klimat mroczny. Nikt nie potrafi tak wprowadzać w nastrój, jak Szamburski i spółka. Robi to w tak umiejętny sposób, że nigdy nie ociera się o kicz (a nie da się ukryć, że łatwo popaść w przesadę). Pod względem treści i koncepcji, jak zwykle utrzymano tu wysoki poziom.

Longplay kończy się utworem “Hope”, który jest wyjątkowo powolny, a pod koniec którego następuje rozładowanie napięcia. Być może tak samo jest z posiadaną przez nas nadzieją: musimy na nią trochę poczekać, by ją zrozumieć i poczuć. Pięknie oddaje też kwintesencję całości. Trzeba wykazać się cierpliwością, przeczekać, skupić, wyciszyć. Dopiero wtedy, po pewnym czasie, ujrzymy przekaz oraz sens.

czwartek, 8 lutego 2024

TOMO – "what is jazz?" & toise/-

TOMO – "what is jazz?" 

Tomo Jacobson






TOMO – "toise/-"

Tomo Jacobson






Wydawca: Gotta Let It Out (2023)

Tekst: Mateusz Chorążewicz

„Czasem drażni mnie, kiedy ubieramy muzykę w słowa. Gdy używamy ich do określenia muzyki, umniejszamy jej wartość. Powodem, dla którego ją tworzę, jest wyrażenie siebie innym sposobem niż przez słowa. Muzyka jest większa od tego, jak można ją nimi opisać. Jazz jest dla mnie swego rodzaju sposobem myślenia, miejscem, gdzie wszystko jest możliwe. To niekończąca się droga dla wyobraźni. Masz nieograniczone możliwości, kiedy używasz swoich muzycznych doświadczeń. Przeistaczasz życie w muzykę – najszerszą z możliwości. Miejsce bez zasad. To jest dla mnie jazz.”

W moje ręce wpadły dwie EP-ki autorstwa multiinstrumentalisty Tomo Jacobsona wydane na jedynym, 180-gramowym winylu w wersji gatefold. Pierwsza strona zadaje pytanie czym jest jazz, a druga czym jazz nie jest.

Uwagę zwraca bardzo specyficzne instrumentarium, z którego korzysta Tomo:

Syntezatory i maszyny perkusyjne: YAMAHA VSS-200, TQ5, SHS-200, TX7, DD-10, DD-11,

Kontroler MIDI: DOEPFER R2M, 

Magnetofony: FOSTEX XR-5, 200.

Nie trudno zgadnąć, że muzyka na obu EP-kach oparta jest na sonorystyce. Artysta używa swojej wyobraźni muzycznej dużo bardziej intensywnie i kreatywnie niż ma to miejsce w przypadku „klasycznych” albumów jazzowych.

Szczerze mówiąc, poddaję się jeśli chodzi o jakiekolwiek klasyfikacje tej muzyki. Sam Tomo określa ją jako lo-fi, Nu-80s, ADHD, ASD, inside-out, ultimate-stoner, proto-dance, naiveté, electro-shamanic, spiritual, toddler-jam, magical realism, czy space-emo.

Pierwsza strona winyla, czyli „what’s jazz?” jest dość spokojna, mało krzykliwa. Na uwagę zasługuje fakt, że znajdujemy tu pojedyncze elementy zaczerpnięte z korzeni muzyki jazzowej. Mianowicie, w utworach „fun key emoticon” oraz „cool the sack a.k.a. chilled axe a.k.a. walking the streets of LA at nite in 2300s” (trzeba przyznać, że mało radiowe tytuły utworów), zastosowano harmonię bluesową, co nadaje specyficznego wymiaru całej EP-ce. Z kolei druga strona, czyli „toise/-” jest wyraźnie inna w swoim charakterze – bardziej energiczna i pozbawiona elementów klasyki jazzu. Generalnie całość bardzo dobrze się spina pod kątem zamysłu autora. Obie EP-ki są spójne muzycznie i jednocześnie na tyle różnorodne, że słucha się tego przez cały czas z pełnym zaangażowaniem.

Nie znając wcześniej Tomo Jacobsona przekonany byłem, że to artysta skandynawski. Dopiero po czasie uświadomiono mi, że Tomo jest w istocie artystą polskim, który wyjechał do Danii na studia i tam pozostał. Powodem mojej pomyłki jest niezwykła wyobraźnia muzyczna – cecha charakterystyczna muzyków skandynawskich i jak się okazuje, nie tylko. Tomo tak głęboko przesiąkł tą cechą, tak idealnie się w ten sznyt wpasował, że nie trudno o taki błąd. 

Trzeba także zwrócić uwagę, że wspomniana wyobraźnia muzyczna Tomo przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Nie jestem w stanie wypluć z siebie nic innego poza jednym wielkim „WOW”. Recenzje tego typu muzyki pisać można głównie z bardzo subiektywnej strony – albo to kupujesz, albo nie. Faktem jest, że Tomo wie co robi, album jest świetny artystycznie. Aczkolwiek czy posłuchasz tego więcej niż raz, nie jest już takie pewne.

Można by się pokusić o zastanowienie, czy Tomo odpowiedział na pytania zadawane po obu stronach albumu. Według mnie nie i sądzę, że taki też był zamysł artysty. Najlepiej posłuchajcie płyty i samodzielnie rozważcie ten temat.

Choć słowa z początku tego tekstu wypowiedział Bill Frisell, a nie Tomo Jacobson, to wydaje się, że obaj panowie wyrażają właściwie identyczny pogląd w kwestii jazzu i muzyki w ogóle. 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...