Tomasz Stańko - trumpet
David Virelles - piano
Reuben Rogers - double bass
Gerald Cleaver - drums
December Avenue
ECM 2532
By Mateusz Magierowski
Ponad dwa lata po nagraniu świetnej płyty "Polin" dla Muzeum Żydów Polskich Tomasz Stańko w marcu 2017 r. powrócił z krążkiem "December Avenue", wydanym przez monachijski ECM. Trębacz, który suitę "Polin" rozpisał na kwintet z saksofonistą Ravim Coltrane'm, na "December Avenue" powrócił do klasycznej formuły jazzowego kwartetu. Dwóch członków tej formacji to od kilku lat stali członkowie nowojorskiego working-bandu Stańki - mowa tu rzecz jasna o pianiście Davidzie Virellesie i perkusiście Geraldzie Cleaverze. Zarówno Virelles, jak i Cleaver towarzyszyli Stańce podczas nagrania krążka dedykowanego Wisławie Szymborskiej.
W stosunku do składu kwartetu, który nagrywał "Wisławę", na nowej płycie mamy jedną, ale substancjalną wręcz zmianę - basistę Thomasa Morgana zastąpił Reuben Rogers, stały współpracownik takich jazzowych gigantów, jak chociażby Charles Lloyd. Zmiana ta jest ze wszech miar pozytywna, bowiem dzięki muzykowi rodem z Wysp Dziewiczych muzyka zespołu Stańki zyskuje na lekkości i dynamice. Rogers to jednak nie tylko rytm i groove, ale też charakteryzująca jedynie najbardziej wszechstronnych basistów umiejętność kreowania różnych muzycznych nastrojów. W tym niezrównanym mistrzem jest bez wątpienia David Virelles. Dowody swojej improwizacyjnej wyobraźni kubański pianista daje zwłaszcza budując napięcie i aurę nieoczywistości ("Conclusion", "Street Of Crocodiles", "Ballad For Bruno Schulz", "Sound Space"), choć świetnie wypada również w swingujących dialogach z Rogersem (tytułowe "December Avenue"). Ukoronowaniem ich owocnej współpracy podczas nagrania albumu jest intrygująca, subtelna w formie miniatura "David And Reuben".
Roli samego Stańki na tle świetnego zespołu żadną miarą nie można sprowadzić jedynie do przygotowania tematów i puentowania improwizacyjnych wyczynów swoich sidemanów. Choć fanom XX-wiecznych muzycznych poczynań trębacza może w jego partiach solowych nieco brakować drapieżności i "brudu", a samo "December Avenue" jest przede wszystkim świadectwem Stańkowego "nerwu lirycznego", to na krążku znaleźć można również echa klimatów rodem z takich płyt jak chociażby "Leosia" czy "Matka Joanna" ("Conclusion", "The Street of Crocodiles").
Odsuwając wszelkie porównania na bok, za godny podziwu należy uznać fakt, że kwartet przemawia do słuchacza swoim własnym muzycznym językiem, w którym w ujmującą nastrojowość wkrada się groove i tak charakterystyczny dla muzyki Stańki mrok. W proces tworzenia tego języka każdy z członków zespołu wnosi istotny wkład, bowiem polski trębacz - niczym Wayne Shorter - jako dojrzały, charyzmatyczny lider jest świadom tego, jak jego unikalny sposób muzycznej wypowiedzi wzbogacić mogą partnerzy tej klasy co Virelles, Rogers czy Cleaver. Dowodem tej świadomości jest właśnie "December Avenue".
Antoni Gralak - trumpet
Marcin Oleś - double bass
Bartłomiej Oleś - drums
Primitivo
FOR TUNE 0118
By Mateusz Magierowski
Bracia Olesiowie to niewątpliwie ta półka twórców w polskim jazzie, na których kolejne płyty czeka się z jednoczesną niecierpliwością i przekonaniem, że będą one tego oczekiwania warte, niezależnie od tego, czy i kogo dobiorą sobie oni jako kompana kolejnej muzycznej podróży. Jeśli - jak głoszą zapowiedzi - ma nim być artysta o niemałym twórczym potencjale i improwizatorskim talencie, który dodatkowo ostatnimi czasy nie rozpieszczał swoich słuchaczy częstotliwością płytowych produkcji, przekonanie to zamienia się niemal w pewność.
Taką też pewność poczułem, kiedy w dziale zapowiedzi wytwórni For Tune zauważyłem płytę "Primitivo", na której braterskiej sekcji rytmicznej towarzyszy znany polskiemu słuchaczowi chociażby jako jeden z filarów słynnego Tie Break trębacz Antoni "Ziut" Gralak. Po jej odsłuchu nie czułem się żadną miarą zawiedziony: w muzyce tria mamy i wpadające w ucho, nasycone etniczną melodyką tematy, charakterystyczny sound Gralakowej trąbki i pracującą zgodnie niczym naoliwiony tryb sekcję, wyznaczającą rytm muzycznej wędrówki.
O ile jednak zawodu nie było, pojawiła się jednak nutka zaskoczenia, bowiem "Primitivo" to w mojej opinii jedna z najbardziej mainstreamowych płyt Olesiów i Gralaka, znanych jednak bądź co bądź z improwizacyjnego wigoru. Na "Primitivo" otrzymujemy muzykę, w której nad harmoniczne wolty i improwizacyjny ogień twórcy przedkładają wyraziste rytmy i melodie, odległą stylistycznie chociażby od takich płyt Olesiów jak nagrania z Kenem Vandermarkiem czy Robem Brownem. Można ją bez większych obiekcji porównać do podróży, w trakcie której twórcy raczej niż na zmienność estetycznych bodźców stawiają przede wszystkim na spójność wrażeń i harmonię jej przebiegu.
Choć po odsłuchu "Primitivo" znajdą się zapewne fani improwizacyjnych dokonań Olesiów czy Gralaka, którzy nie będą całością usatysfakcjonowani, to jednak wspomniany bardziej mainstreamowy charakter płyty dowodzi wszechstronności i otwartości artystów na różne estetyki, których możemy doświadczyć obcując z tą muzyką i po prostu ciesząc się nią.
Maciej Fortuna - trumpet
Mack Goldsbury - tenor & soprano saxophones
Erik Unsworth - double bass
Frank Parker - drums
Zośka
FM 020
By Mateusz Magierowski
Déjà vu to wrażenie wywołujące zazwyczaj uczucie konfuzji, a nierzadko wręcz irytacji. Od tej reguły istnieją jednak wyjątki: bywa, że mając poczucie ponownego przeżywania tej samej czy bardzo podobnej sytuacji odczuwamy zadowolenie. Tego rodzaju uczucia wyzwoliła we mnie płyta międzynarodowego kwartetu Macieja Fortuny "Zośka". Krążek poznańskiego trębacza przywołał w mojej pamięci ukontentowanie inną płytą inspirowaną polską muzyką ludową, nagraną przez polskiego lidera w towarzystwie jazzmanów zza oceanu. Mowa o krążku "Folk Five" amerykańskiego kwintetu Irka Wojtczaka, który na polskim rynku wydawniczym pojawił się niemal dokładnie rok przed premierą "Zośki". Choć wybory dotyczące ludowych inspiracji obu liderów żadną miarą się nie pokrywają, a jednocześnie każdy z nich przetwarza je na swój własny język, odsłuch obu tych płyt wyzwala we mnie to samo wrażenie doświadczania bardzo udanego mariażu polskiej, śpiewnej melodyki z rasowo jazzowym feelingiem i rytmiką.
Piszę o wyborach dotyczących ludowych inspiracji dokonywanych przez Macieja Fortunę, ale gwoli ścisłości dodać należy, że w tej materii pomogli mu jego amerykańscy współpracownicy, a mianowicie Mark Goldsbury (saksofony), Erik Unsworth (kontrabas) oraz Frank Parker (perkusja). Każdy z muzyków zaangażowanych w nagranie płyty miał za zadanie wybrać po jednym utworze z materiałów zgromadzonych przez bodaj największego badacza polskiej kultury ludowej, Oskara Kolberga. Wybrane melodie stały się kanwą zespołowej improwizacji, a program płyty dopełniły utrzymane w ludowym klimacie kompozycje lidera.
Tak nakłonienie Amerykanów do wzięcia udziału w wyborze repertuaru i głębszego zanurzenia się w świat polskiej muzyki ludowej, jak i doświadczenia wcześniejszej współpracy zaprocentowały spójną, ale żadną miarą nie monotonną stylistycznie propozycją. W interpretacji zespołu Fortuny ludowe melodie nie tracą nic ze swojej liryczności, zyskując na żywiołowości i autentyczności. Ich aranżacyjne przetworzenie oraz umieszczenie w bopowym anturażu, budowanym zwłaszcza przez intensywną pracę sekcji Unsworth-Parker owocuje nagraniem, które choć jest stylistycznie nieodległe od jazzowego mainstreamu, nie daje się łatwo ująć w karby wszelkich recenzenckich i muzykologicznych klasyfikacji.
Płyta polsko-amerykańskiego kwartetu poznańskiego trębacza to niewątpliwie kolejna z licznych w ostatnich latach udanych prób zmierzenia się ze spuścizną polskiej muzyki ludowej, podejmowanych przez twórców polskiej sceny jazz-improv. Tego rodzaju przemyślanym i autorskim próbom wypada tylko przyklasnąć, bowiem - parafrazując klasyka - Polacy nie gęsi i nie tylko własną muzyczną tradycję mają, ale też, czego dowodzi "Zośka", potrafią o niej własnym językiem opowiadać.
Wojciech Jachna - trumpet
Ksawery Wójciński - double bass
Night Talks
FSR 03/2015
By Mateusz Magierowski
Kontekst otwarcia się na wzajemną kooperację artystów, którzy wcześniej nie mieli ze sobą okazji współpracować, w każdym przypadku niesie ze sobą zarówno bagaż zagrożeń, jak i możliwości. Te ostatnie tym łatwiej mogą stać się rzeczywistością, w im większym stopniu sztuka, którą współtworzą, oparta jest na wzajemnym zrozumieniu oraz umiejętności interpretowania i reagowania ad hoc na posunięcia współtwórcy. W takiej sytuacji znalazły się przed rokiem dwie postaci, które wraz ze swoimi kolejnymi projektami znaczą coraz więcej na polskiej scenie improwizowanej. Pierwszą z nich jest reprezentujący Bydgoszcz trębacz Wojciech Jachna, w przeszłości współtworzący m.in. siejącą na polskiej scenie jazzowej twórczy ferment formację Sing Sing Penelope, a obecnie członek tria Jachna/Tarwid/Karch, które w ubiegłym roku zachwyciło płytą "Sundial", oraz przekraczającego gatunkowe granice zespołu Innercity Ensemble. Drugą stroną dialogu był rezydujący w Warszawie Ksawery Wójciński - swojego czasu filar Hery, jednej z najciekawszych improwizujących formacji w Polsce, obecnie m.in. z powodzeniem realizujący własne przedsięwzięcia solowe (ubiegłoroczny krążek "The Soul").
Wspólne improwizowanie, które przed ponad rokiem stało się udziałem trębacza i kontrabasisty w warszawskim klubie Chmury, było manifestacją możliwości stojących przed tym niecodziennym duetem i dowodem na to, że dzięki intuicji, umiejętności słuchania i wrażliwości można uniknąć zagrożeń związanych z funkcjowowaniem w zupełnie nowej konfiguracji personalnej. Możliwości te zostały twórczo rozwinięte podczas zarejestrowanej w Bydgoszczy wspólnej sesji obydwu muzyków, której owocem stał się wydany przez Fundację Słuchaj krążek "Night Talks".
Duet Jachna-Wójciński niewątpliwie dobrze wie, w czym leży istota kreatywnego improwizowania, bowiem tym, co urzeka w propozycji bydgosko-warszawskiego duetu, jest eksploracja rozmaitych brzmieniowych faktur. Co szczególnie istotne, działanie to nie jest celem samym w sobie, ale środkiem, pozwalającym na tworzenie spójnych muzycznych opowieści, w których jest miejsce zarówno na zgodne kreowanie podszytej niepokojem bądź nostalgią aury, jak również na stymulujący kontrapunkt. Wydarzają się one w przestrzeni pozbawionego egocentryzmu dialogu, w którym ważniejsza niż ekspozycja samego siebie staje się muzyka, będąca efektem nie tylko samej gry, ale też słuchania swojego improwizującego towarzysza. W świetle tego, że zarówno Jachna, jak i Wójciński to nie tylko artyści skromni, ale i niewątpliwie potrafiący słuchać innych nie powinien dziwić fakt, że to właśnie oni są autorami tej dojrzałej i frapującej muzyki. Chciałoby się rzec - oby więcej takich płyt na polskiej scenie improwizowanej!
Czym jest improwizacja? Pierwsza odpowiedź, która nasuwa się na myśl w świetle tego, co o improwizowaniu zwykli mówić muzycy ją uprawiający - jest ona po prostu wolnością. A wolność improwizowania - jeśli ma nie zamienić się w chaos, totalną kakofonię i anarchię powinna mieć swoje granice, wyznaczane jeśli nie jedynie przez samą obecność współtowarzyszy muzycznego dialogu, to przynajmniej przez mniej bądź bardziej precyzyjnie zarysowane kompozycyjne ramy. Z takiego założenia - jak się wydaje - wyszedł na swojej pierwszej nagranej w roli lidera płycie perkusista Radek Wośko i niewątpliwie była to decyzja ze wszech miar dobra.
Wośce - reprezentantowi odświeżającej oblicze polskiego jazzu fali młodych muzyków, którzy odebrali gruntowne wykształcenie w duńskich konserwatoriach, podczas nagrania krążka "Contouring" towarzyszą gitarzysta Marek Kądziela (podobnie jak perkusista mający za sobą studia w duńskim Odense) oraz duński trębacz Kasper Tranberg, współpracujący w przeszłości z tuzami pokroju Johna Tchicai'a czy Joe Lovano. To niecodzienne bądź co bądź w muzyce improwizowanej instrumentalne zestawienie jest pierwszą formacją, której Wośko przewodzi jako samodzielny lider. W przeszłości sprawdzał się już jednak znakomicie we współliderowaniu, czego dowodem jest nagroda Grand Prix, otrzymana przez Tomasz Licak & Radek Wośko Quartet podczas Festiwalu Jazz nad Odrą w 2013 r. i wydana rok później płyta tej formacji zatytułowana "Entrails United".
Punktem odniesienia dla improwizującej polsko-duńskiej trójki stają się na "Contouring" swoiste kontury właśnie - zarysowane przez lidera i Tranberga kompozycyjne szkice, pozostawiające przestrzeń dla improwizacji tak zespołowej, jak i solowej. Szczególną rolę tak w pierwszym, jak i drugim typie muzycznej narracji odgrywa Kądziela, mający już na swoim koncie grę w podobnym zestawieniu instrumentalnym, by przywołać w tym miejscu inne polsko duńskie trio - formację Hunger Pangs, tworzoną przezeń wraz z Tomaszem Dąbrowskim i Kasperem Tomem Christiansenem. Jego gra przywołuje (ale w żadnym wypadku nie powiela) najlepsze tradycje jazzowej gitarystyki spod znaku Billa Frisella, rozpiętej pomiędzy bardziej stonowanym, onirycznym wręcz obliczem ("Sunrise", "Rzeczka") i nasycającymi kolektywny dialog niepokojem i napięciem partiami ("A Trip to Krzywe", "Mirror").
Na styku tych dwóch przeplatających się ze sobą w muzyce tria estetyk - lirycznej, nasyconej nostalgią, wpisującej się w klimat umieszczonego na okładce płyty zdjęcia oraz tej sięgającej poza melodyczne i harmoniczne schematy, czerpiącej z najlepszych tradycji współczesnej muzyki improwizowanej zbudowana została cała, daleka od monotonii dramaturgia krążka. I w jednej, i w drugiej z nich świetnie odnajduje się lider, który żadną miarą nie jest niewolnikiem rytmu, lecz raczej głównym kreatorem zarysowywanej kreską o różnej barwie i intensywności przestrzenności tworzonej muzyki. Owa przestrzenność zagospodarowywana jest na zasadzie kontrapunktu bądź unisona przez gitarę Kądzieli i pozbawione zbędnych ozdobników, momentami ascetyczne wręcz brzmienie trąbki Tranberga. Summa summarum - "Contouring" to kolejna dojrzała, wysokiej klasy płyta Radka Wośki, która z pewnością będzie się liczyć we wszelkiego rodzaju tegorocznych polskich jazzowych podsumowaniach i plebiscytach, jak najbardziej zresztą zasłużenie.
Sławomir Pezda - tenor saxophone
Mateusz Gawęda - piano
Piotr Południak - double bass
Dawid Fortuna - drums
Świeżość
ForTune 053 037
By Mateusz Magierowski
Jazzowa scena Krakowa jeszcze jakiś czas temu była rzeczywistością dość mocno spolaryzowaną. Z jednej strony bowiem mieliśmy proponujące - by posłużyć się dość pojemną kategorią - repertuar okołomainstreamowy kluby znajdujące się w okolicach Rynku, z drugiej zaś - zdecydowanie bardziej otwartą na estetykę free i awangardę przestrzeń Kazimierza na czele z Alchemią i odbywającą się w jej progach Krakowską Jesienią Jazzową. Brak było postaci, które w tych obu środowiskach potrafiły się odnaleźć, pełniąc pomiędzy nimi funkcję swoistych łączników. Dziś takim mianem określić można niewątpliwie grupę młodych absolwentów i studentów kierunków jazzowych na krakowskiej Akademii Muzycznej, którzy od kilku lat prezentując efekty własnych zmagań z różnymi jazzowymi i pozajazzowymi inspiracjami, zgarniają liczne laury podczas ogólnopolskich konkursów.
Jednym z pierwszych tryumfów muzyków, tworzących tę grupę, była pierwsza nagroda w Międzynarodowym Konkursie Młodych Zespołów Jazzowych Jazz Juniors (odbywającym się nomen omen w Krakowie), zdobyta w 2011 r. przez zespół pod enigmatyczną nazwą Pegapofo. Uściślijmy - pozornie enigmatyczną, bo nazwa kwartetu to zbitka pierwszych liter nazwisk wchodzących w jego skład muzyków: Sławomira Pezdy (saksofon tenorowy), Mateusza Gawędy (fortepian) Piotra Południaka (kontrabas) i Dawida Fortuny (perkusja). Ponad trzy lata po wygranej w bodaj najbardziej prestiżowym polskim konkursie dla młodych zespołów jazzowych światło dzienne ujrzała wydana nakładem oficyny ForTune debiutancka płyta zespołu pod wiele obiecującym tytułem "Świeżość".
Owa "świeżość" nie jest w wypadku Pegapofo tylko czczym, pozostającym jedynie w sferze deklaracji manifestem, ale esencją ich muzycznej propozycji, której zasadą wydaje się być twórcze czerpanie z różnych stylistyk poparte umiejętnością przetwarzania ich w pełen suspensu muzyczny spektakl. Jego dramaturgię budują sygnowane saksofonowymi nokautami świetnie czującego się w klimatach spod znaku Matsa Gustafssona Pezdy momenty "kontrolowanego chaosu" ("Świeżość"), rasowo bluesowe peregrynacje pod przewodem Gawędy, rozbudowane prologi o intensywnej amplitudzie emocji ("Powrót do Gruzji"), niemała doza nieoczywistego liryzmu ("My Funny Ballantine's"), czy koniec końców wieńcząca całość, porywająca "Jazz Drama", w której znaleźć można niemal wszystkie wymienione dotychczas elementy i wiele, wiele więcej. Choć wszyscy członkowie kwartetu imponują zarówno jako świetnie wyszkoleni instrumentaliści, jak i obdarzeni niemałą wyobraźnią improwizatorzy, szczególne brawa za tę płytę należą się Mateuszowi Gawędzie. Młodemu pianiście, spod którego pióra wyszyły niemal wszystkie zarejestrowane na tym krążku utwory, niewątpliwie należy się miano jednego z najbardziej utalentowanych kompozytorów jazzowych młodego pokolenia w Polsce. Posiada on bowiem umiejętność, której mogłoby mu pozazdrościć wielu jego kolegów po fachu (również tych starszych i bardziej doświadczonych): twórczo czerpiąc z szerokiego zasobu swoich muzycznych inspiracji, pisze utwory posiadające potencjał zaintrygowania i zaangażowania słuchacza.
Z różnych względów (to temat na zgoła osobny tekst) nie jestem wielkim zwolennikiem porównań młodych zespołów do formacji bądź co bądź legendarnych, a za taką niewątpliwie uznać należy Miłość (nomen omen również mającą na swoim koncie laury Jazz Juniors). W tym wypadku robię jednak wyjątek - w twórczości Pezdy, Gawędy, Południaka i Fortuny podobnie jak w muzyce formacji Tymańskiego, Możdżera, Oltera, Trzaski i Sikały na pierwszy plan wysuwa się bowiem obok swobodnego żonglowania inspiracjami i stylistykami, sporej dozy mocnych dźwięków i pasjonującej dramaturgii zespołowej interakcji również dystans do rzeczywistości i siebie samych, objawiający się zresztą nie tylko w żartobliwych tytułach utworów. Co jeszcze istotniejsze - członkowie krakowskiego kwartetu niewątpliwie "mają papiery" na to, by artystycznie zajść jeszcze dalej niż ich starsi koledzy. Czego im wszem i wobec życzę, zachęcając gorąco do odsłuchu "Świeżości".
Tomasz Dąbrowski - trumpet, balkan horn
Sven Meinild - alto & tenor saxophones
Richard Andersson - double bass
Tyshawn Sorey - drums
Imagine Sound Imagine Silence
BFREC040
By Mateusz Magierowski
Gdyby rok 2015 skończył się po pierwszym swoim kwartale, Tomasz Dąbrowski byłby niewątpliwie nie tylko w moim prywatnym podsumowaniu murowanym kandydatem do tytułu polskiego jazzowego muzyka roku. W ciągu ostatnich kilku miesięcy światło dzienne ujrzały bowiem trzy płyty z naprawdę wysokiej jakości muzyką, w której tworzeniu utalentowany trębacz odegrał co najmniej niepoślednią rolę. Rok otworzył nagranym ze swoim polsko-duńskim trio "Radical Moves", by po niedługim czasie móc zaprezentować efekt swojej duetowej współpracy z Bartłomiejem Olesiem w postaci krążka "Chapters".
Trzecia z wzmiankowanych produkcji jest podobnie jak krążek Tom Trio efektem skandynawskich doświadczeń Dąbrowskiego, choć nie tylko. Demokratyczny, pozbawiony samozwańczego lidera kwartet Ocean Fanfare tworzą nie tylko jazzmani podobnie jak Dąbrowski wykształceni w najlepszych skandynawskich konserwatoriach, współpracujący z trębaczem również przy okazji innych polsko-skandynawskich kooperacji - basista Richard Andersson i saksofonista Sven Dam Meinild. Składu kwartetu dopełnia bowiem sam Tyshawn Sorey, z którym Dąbrowski nagrał świetną duetową płytę "Steps", wydaną przez rodzimą wytwórnię For Tune.
Bagaż wspólnego grania przekłada się w tym wypadku dość jednoznacznie na jakość nagranej przez niecodzienny kwartet muzyki. Autorzy wszystkich nagranych na płycie kompozycji - Dąbrowski i Meinild - pośrednio nawiązując do najlepszych tradycji tak polskiego, jak i skandynawskiego jazzu swoim niekiedy elegijnym i melancholijnym, innym razem agresywnym brzmieniem konsekwentnie kreują specyficzny klimat nagrania, nie popadając jednocześnie w nużącą słuchacza monotonię. Na "Imagine Sound Imagine Silence" między nasycone dźwiękowo, intensywne dialogi ("7 Days To Go") i ascetyczne solowe peregrynacje ("Meditation"), wplecione zostały bowiem - chociażby za sprawą promującego płytę "4 Is 2 Tight" - wpadające w ucho melodyjne akcenty. Świetnie, zwłaszcza w improwizowanych, zbliżonych do estetyki free fragmentach kolektywnych interakcji, sprawdza się sekcja Sorey-Andersson, skoncentrowana przede wszystkim na dbałości o rytmiczne rusztowanie całości i wykonująca to zadanie zgoła mistrzowsko. Warsztatem i dynamiką zachwyca zwłaszcza Sorey, który niczym akcelerator cząstkom elementarnym dodaje impetu zespołowej narracji gęstą pulsacją werbli.
Można by w tym miejscu jeszcze długo rozwodzić się nad indywidualnymi popisami każdego z członków kwartetu. Tym jednak, co ujmuje najbardziej, jest ich umiejętność harmonijnej współpracy w tworzeniu własnego, intrygującego zespołowego brzmienia. Może to imponować zwłaszcza w obliczu faktu, że Ocean Fanfare to raczej zespół zebrany na potrzeby konkretnego nagrania, niż koncertujący intensywnie working band. Po odsłuchu "Imagine Sound Imagine Silence" nie mam wątpliwości, że wypada sobie życzyć, by polsko-skandynawsko-amerykański kwartet takim working bandem się stał.
Bartłomiej Oleś - drums
Tomasz Dąbrowski - trumpet
Chapters
FM 15-012
By Mateusz Magierowski
Braci Olesiów - perkusistę Bartłomieja i kontrabasistę Marcina zwykło się postrzegać nieomal jako jeden muzyczny organizm. Nie powinno to jednak dziwić, biorąc pod uwagę zarówno stopień wypracowanego przezeń muzycznego porozumienia, jak i będącą jego efektem liczbę wspólnych przedsięwzięć artystycznych, znaczonych kolejnymi wysokiej klasy krążkami. Można wśród nich odnaleźć tak płyty nagrane z legendami polskiego jazzu (Andrzej Przybielski) jak i tuzami międzynarodowej sceny jazz/impro - by wspomnieć Theo Jorgensmanna, Kena Vandermarka, Kenny'ego Wernera czy Erika Friedlandera. Projekty realizowane przez braci z osobna to przede wszystkim nagrania solowe, by wspomnieć w tym miejscu "Free Drum Suite" Bartłomieja czy aranżacje muzyki Ornette'a Colemana na kontrabas solo w wykonaniu Marcina.
Najnowsza płytowa propozycja, na której perkusję Bartłomieja
usłyszeć można bez nieomal nieodłącznego towarzystwa kontrabasu Marcina nie
jest jednak nagraniem solowym, co sugerować może chociażby okładkowe zdjęcie, z
którego spogląda na słuchacza autor niemal wszystkich zarejestrowanych na
krążku kompozycji. Jego muzycznym towarzyszem stał się tym razem jeden z
najbardziej utalentowanych i płodnych artystycznie polskich trębaczy jazzowych
- Tomasz Dąbrowski, mający na koncie projekty z postaciami formatu Tyshawna
Soreya czy Pheeroana akLaffa.
Analizując architekturę
kompozycji Olesia można mieć nieodparte wrażenie, że charakterystyczny sound
Dąbrowskiego świetnie dopełnia specyficzny nastrój zapisanej na
"Chapters" muzyki, w której leniwa melancholia przeplata się z intensywniejszymi,
nasyconymi brzmieniowo eskapadami. Wiele jest podczas tego godzinnego dialogu momentów,
kiedy to obaj muzycy operują zgodnie w
jednym ze stylistycznych idiomów. To nie one jednak, a kontrapunkty, w których
wyrazista rytmika Olesia zderza się z refleksyjną, przytłumioną trąbką Dąbrowskiego
stanowią w moim przekonaniu największy atut zapisanej na tej płycie muzyki. Bartłomiej
Brat - pomysłodawca całego projektu
sprawdza się nań nie tylko jako lider z przysłowiowym
"nosem" do współpracowników czy wzięty kompozytor, ale dowodzi
również swojej mocnej pozycji w czołówce polskiej jazzowej perkusji. Imponuje zarówno wówczas, kiedy z precyzją
tworzy zróżnicowaną strukturę rytmiczną całości, jak i podczas frapujących
zabaw barwą.
"Chapters" to spójna,
ale jednocześnie obfitująca w szereg intrygujących brzmieniowych faktur oraz
harmonicznych kontrastów propozycja, co czyni zeń wart dogłębnego
przestudiowania rozdział w twórczości tak Olesia, jak i Dąbrowskiego.
Mówienie o istnieniu określonej muzycznej sceny wydaje się uprawnione przede wszystkim wówczas, kiedy tworzący ją artyści współpracują ze sobą w różnych konstelacjach osobowych, tworząc zarówno pracujące wspólnie przez lata working bandy, jak i zebrane ad hoc na potrzeby jednego projektu formacje. W tym rozumieniu sceną jest z pewnością środowisko warszawskich improwizatorów, skupione wokół prężnie działającego klubu Pardon To Tu, który niewątpliwie stał się epicentrum działań tej zbiorowości. Działań - dodajmy - podejmowanych w imponującej tak jeśli chodzi o ilość, jak i jakość skali, by wspomnieć projekty realizowane przez takie formacje, jak Pulsarus, Warsaw Improvisers Orchestra, Infant Joy Quintet, tria Pole i Lotto czy też największe bodaj kolektywne przedsięwzięcie angażujące członków tej sceny - To Tu Orchestra Wacława Zimpla. Choć wydany sumptem krakowskiego Not Two, będący bohaterem tego tekstu krążek "Prophetic Fall" z uwagi na osoby twórców - Dominika Strycharskiego (flety), Ksawerego Wójcińskiego (kontrabas) i Pawła Szpury (perkusja) - jest niewątpliwie kolejnym dowodem na prężne funkcjonowanie warszawskiej sceny improwizowanej.
Pomimo że w przypadku tria Strycharski/Wójciński/Szpura mamy do czynienia ze świetnie rozumiejącą się (przede wszystkim za sprawą Herowych doświadczeń) sekcją rytmiczną, nieuprawnione w świetle muzycznych faktów byłoby stwierdzenie, że jej praca stanowi jedynie stabilną oś, wokół której konstruuje swoją narrację Strycharski. Mamy w tym wypadku raczej do czynienia z równoprawnym, demokratycznym dialogiem, w którym zamazaniu ulega nie tylko konwencjonalny podział ról, ale również stylistyczne granice. Muzycy powracają co prawda regularnie do intensywnych free jazzowych galopad ("Exactly Confused", "Kiss me", "Please Fix It"), jednak w równym stopniu język wypowiedzi tria tworzą hipnotyczne w swej dźwiękowej prostocie opowieści ("I Was Asking") utrzymane w sonorystycznym duchu poszukiwania intrygujących brzmieniowych faktur ("So Nobody Will Come"), czy też umiejętnie przetworzone i wplecione w muzyczną tkankę inspiracje etniczne ("Please Fix It", "I Couldn't Resist", "I Could").
Na "Prophetic Fall" dialog trzech równorzędnych partnerów tworzy dramaturgię tyleż wciągającą, co sprawiającą wrażenie nieprzypadkowej, stanowiącej wypadkową trafnych intuicji i koncepcyjnego namysłu. Summa summarum - by nawiązać do tytułu krążka - muzyce na "Prophetic Fall" zdecydowanie bliżej do proroczego wzlotu niż upadku.
"Uderzyła mnie niezwykła szczerość tej muzyki...". Frazes jeden z wielu, jakie spotkać można w recenzjach płytowych. Tyleż łatwy do wykorzystania, że mówienie o szczerości w muzyce wydaje się bazować jedynie na swobodnych impresjach słuchacza, niekiedy w kategoriach szczerości danej muzyki interpretującego jej ekspresyjność, którą w estetyce free/impro odnaleźć można w dość sporych ilościach. Gdyby przyjąć takie kryteria, płycie, będącej bohaterką niniejszego tekstu wypadałoby przyznać w tej kategorii niekoniecznie najwyższą notę. Mam w tej materii zdanie diametralnie odmienne: "szczera" to właściwie bodaj najkrótsze i najbardziej esencjonalne określenie muzyki pomieszczonej na krążku muzyka, którego bez większej przesady określić można jedną z najważniejszych postaci rodzimej sceny improwizowanej. I rzecz wcale nie w tym, że stojąc na scenie z kontrabasem w dłoniach Ksawery Wójciński zazwyczaj sprawia wrażenie osoby bez reszty oddanej temu, co robi, a tytuł płyty ("The Soul") i niektórych spośród trzynastu zamieszczonych nań utworów ("Trinity", "Holiness", "Eternity", "Soul") odsyła słuchacza do sfery duchowości i transcendencji.
W tym miejscu ciężko nie sięgnąć
po kolejny recenzyjny evergreen i nie napisać, że szczerości wymaga sama
sytuacja solowego grania, szczególnie w sytuacji grania improwizowanego, kiedy
zostając sam na sam z instrumentem i umysłem niezaprzątniętym precyzyjnie
zdefiniowaną kompozycyjną strukturą nie można nie grać tego, co w przysłowiowej
- nomen omen - duszy gra. Mogą grać w niej jednak rzeczy, które z dojrzałą muzyczną
szczerością wiele wspólnego nie mają: efekciarstwo i próżna wirtuozeria,
nadmierna gadatliwość (bądź też krzykliwość), zbytnie przywiązanie do pewnych
klisz czy koncepcyjny chaos.
W muzyce zapisanej na "The Soul" tego nie ma. Nie ma krzykliwości i przegadania, bo choć Wójciński nie unika radykalniejszych w swej wymowie improwizacji, to umiejętnie przeplata ów idiom z transową narracją. Nie ma w niej efekciarstwa i instrumentalnych próżnych popisów, zalewających słuchacza falą iście barokowych ozdobników: "The Soul" to wręcz świetne antidotum na przesyt rozpasanej formy. Pomimo że podczas nagrania krążka Wójciński korzystał nie tylko ze swego nieodłącznego kontrabasu i własnego głosu, ale też fortepianu, perkusjonaliów i akustycznej gitary, to stworzona przezeń muzyka uderza przede wszystkim ascetyczną wręcz niekiedy prostotą formy, korespondującą jednak z bogactwem dźwiękowych barw. Nie ma w niej żadną miarą chaosu, jest za to frapująca dramaturgia, a jedynym muzycznym cytatem, do jakiego sięga kontrabasista, jest gospelowy song "Hold On Just A Little While Longer". "Hold On Just A Little While Longer" - do tego też namawiam tych, którzy muzyce zapisanej na krążku Wójcińskiego przypną łatkę "trudnej" i po chwili wyjmą płytę z odtwarzacza albo w ogóle jej doń nie włożą. "The Soul" ma swoje wymagania - potrzebuje ciszy, pełnej uwagi słuchacza i być może niejednokrotnego odsłuchu, ale sowicie za ten piękny trud wynagradza.
Ostatnimi czasy jazzmani znad Wisły zwykli coraz częściej w swojej twórczości nawiązywać do bogatego dorobku polskich kompozytorów muzyki poważnej. Szczególnie budujące są przynajmniej trzy aspekty tego zjawiska. Po pierwsze, podstawowym punktem odniesienia przestaje być odczytany już chyba przez polskich jazzmanów na każdy możliwy sposób Fryderyk Chopin, a bodźcem w procesie twórczym stają się dlań chociażby dokonania Witolda Lutosławskiego czy Krzysztofa Pendereckiego. Po drugie, ich utwory nie zostają odczytane literalnie, ale pełnią jedynie rolę zapalnika i katalizatora w procesie własnej działalności improwizatorskiej. Po trzecie - grupę muzyków zainspirowanych bardziej współczesnym dorobkiem polskiej muzyki klasycznej tworzą przede wszystkim jazzmani wciąż mniej lub bardziej młodzi – od Piotra Orzechowskiego i jego realizowanych solo ("Penderecki: Experiment") lub w kwartecie High Definition ("Bukoliki" Lutosławskiego) przedsięwzięciach poczynając, na Macieju Garbowskim i jego projektach z RGG Trio (album "Szymanowski") czy Lutosławski Collective kończąc.
Do tej grupy zaliczyć również należy Macieja Fortunę i Krzysztofa Dysa, którzy przed rokiem zachwycili świetnym krążkiem "Tropy", bowiem w końcówce bieżącego roku na sklepowe półki trafiła wydana nakładem DUX Recording Producers płyta "Maciejewski Variations". Podczas gdy na "Tropach" pretekstem do improwizowanego dialogu były przygotowane uprzednio przez pianistę i trębacza tematy, na ich najnowszym albumie analogiczną funkcję pełnią struktury kompozycji Romana Maciejewskiego - twórcy docenianego przez Szymanowskiego i Rubinsteina, ale jednocześnie pozostającego w cieniu innych współczesnych polskich kompozytorów - Pendereckiego, Lutosławskiego i Góreckiego.
Materiał zapisany na krążku "Maciejewski Variations" został zarejestrowany 18 i 19 sierpnia bieżącego roku w kościele pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego w Trzęsaczu - tym samym, w którym nagrywano również wspomniane "Tropy". Na tym nie kończą się analogie pomiędzy dwiema ostatnimi płytami duetu, spośród których najistotniejszą jest jakość wykonywanej muzyki. W wariacjach Dysa i Fortuny na temat twórczości Maciejewskiego kameralistyczna, nastrojowa oszczędność splata się z ujętym w koncepcyjne karby żywiołem improwizowania. Efektem tego mariażu staje się charakterystyczna dla muzyki duetu brzmieniowa specyfika, kreująca aurę przesyconą zarówno melancholijną kontemplacyjnością, jak i mroczną dramaturgią, przywodzącą na myśl inny świetny, nagrany w sakralnej przestrzeni duetowy krążek - "Gottland" Tomasza Stańki i Nilsa Landgrena. Analogia ta nie była zapewne żadną miarą intencją Fortuny i Dysa, którzy starają się zaznaczyć swój kolektywny głos na polskiej scenie improwizowanej, co zasłużenie udaje im się w coraz większym stopniu. To bez wątpienia od początku do końca ich własny głos, bo nawet jeśli - jak ma to miejsce w przypadku "Maciejewski Variations" - sięgają w poszukiwaniu inspiracji do dorobku innych twórców, nie traktują ich odtwórczo i czołobitnie, czego dowodem prócz samej muzyki jest również sama okładka albumu. Można się spierać, czy improwizacji jest na "Maciejewski Variations" więcej, czy też mniej niż na "Tropach" - dla mnie najistotniejszy jest fakt, że Fortuna i Dys konsekwentnie podążając obraną drogą stworzyli kolejną frapującą muzyczną propozycję, wartą nie tyle wielokrotnego odsłuchu, co niejednokrotnego się w nią wsłuchania.
Tomasz Stańko - trumpet
Ravi Coltrane - saxophone
David Virelles - piano
Dezron Douglas - double bass
Kush Abadey - drums
Polin
POLIN Museum Of The History Of Polish Jews 001
By Mateusz Magierowski
Tak jak wielu czekało na kolejny po "Wisławie" krążek Tomasza Stańki, jedynie naprawdę nieliczni wtajemniczeni mogli się spodziewać, że jego nowe nagranie sygnowane będzie nie trzema tak ważnymi dla współczesnego jazzu literami - ECM, ale nazwą jednego z najbardziej oczekiwanych polskich projektów muzealnych ostatnich lat - Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Muzyka nagrana dla nowopowstałej instytucji to jednak nie pierwsze tego rodzaju przedsięwzięcie trębacza - kompozycje towarzyszące zwiedzającym w Muzeum Powstania Warszawskiego i zapisane na płycie "Wolność w sierpniu" wyszły również spod pióra trębacza. O ile jednak przed ośmioma laty Stańce towarzyszyła gwardia polskich jazzmanów, której rdzeń stanowił jego ówczesny working band w postaci Simple Acoustic Trio, materiał dla Muzeum Żydów Polskich nagrany został w zupełnie nowym zestawieniu personalnym, w którym pojawiły się postaci znaczące naprawdę wiele w skali światowej. Bez wątpienia na takie miano zasługuje Ravi Coltrane, który do współpracy ze Stańką przystąpił wraz ze swoją sprawdzoną sekcją rytmiczną w składzie Dezron Douglas (kontrabas) i Kush Abadey (perkusja). Składu stworzonego na potrzeby projektu dopełnił filar nowojorskiego kwartetu lidera - pianista David Virelles.
Muzeum Historii Żydów Polskich jest przez jego twórców określane mianem "muzeum życia", którego zadaniem jest opowiadanie nie tylko o tragedii Zagłady, ale o całej tysiącletniej koegzystencji Żydów i Polaków. Muzyka nagrana przez kwintet Stańki w nowojorskim studiu Sear Sound idealnie współgra z tym przesłaniem, bo - zwłaszcza w porównaniu z dość kontemplacyjną "Wisławą" - pełna jest życiowej energii. Dzieje się tak nie tylko za sprawą poszerzonej o Raviego sekcji dętej i bardziej dynamicznego niż Thomas Morgan Douglasa, ale również - a może przede wszystkim - samych kompozycji Stańki. Inspiracje podczas ich tworzenia trębacz czerpał m.in. z literatury tworzonej przez polskich Żydów ("Sklepy cynamonowe") oraz (nie)zwykłych ludzkich losów czasu Zagłady ("Margolit L", "Gala"). Nie omieszkał sięgnąć również do skarbca żydowskiej muzyki, której echa usłyszeć można w temacie tytułowego "Polin". Utwory napisane przez Stańkę można zatem odczytywać jako wielopłaszczyznowe odniesienie do życia i dorobku kulturowego społeczności, która przez setki lat współtworzyła historię Polski. Co najistotniejsze jednak - rozegrane przez polsko-amerykański kwintet jawią się one jako jazz naprawdę wysokiej próby.
Są w tym jazzie, podobnie jak w historii, którą opowiada muzealna wystawa, momenty podniosłe, dramatyczne czy wręcz mroczne, przywodzące na myśl tak charakterystyczną dla muzyki Stańki aurę. Jest w nim jednak także dynamizm i energia emanująca zwłaszcza z solowych partii Coltrane'a juniora i dotrzymującego mu kroku lidera. Trębacz sięga nierzadko po dobrze znane swoim słuchaczom szorstkie i chropowate frazy, które w kompozycjach poświęconych malarce Geli Seksztajn i jej córce, Margolit Lichtensztajn przeistaczają się w przesycone melancholijną liryką tematy, dopełniane przez pasaże nastrojowego Virellesa. Całość wieńczą nieoczywiste w swej strukturze "Sklepy cynamonowe", w których punktem wyjścia kameralnego, improwizowanego dialogu Stańki z Ravim staje się balladowe preludium.
Summa summarum "Polin" to muzyka, której wartość wykracza poza rolę dopełniania imponującej skądinąd swoim rozmachem i wielowątkowością muzealnej opowieści o przeszłości. Oby więcej takich niespodzianek, panie Tomaszu!
Grzegorz Karnas Trio feat. Miklós Lukács
Grzegorz Karnas – voice
Michał Jaros – double bass
Sebastian Frankiewicz – drums
Miklós Lukács - cimbalom
Vanga
BMC CD 199
By Mateusz Magierowski
Polska jazzowa wokalistyka jest ostatnimi czasy jak Chińczycy z "Wesela" Wyspiańskiego - trzyma się mocno, zarówno za sprawą utalentowanych debiutantów (ELMA), jak i muzyków już bardziej doświadczonych, którzy dotychczasowymi płytami przyzwyczaili nas do wysokiego poziomu swojej twórczości. Do tej ostatniej grupy należy niewątpliwie Grzegorz Karnas, który sumptem węgierskiego BMC Records wydał swą kolejną po "Audio Beads" płytę, będącą tym razem zapisem kwartetowego koncertu, który miał miejsce 1 lutego br. w budapesztańskim Opus Jazz Club.
"Vanga" to esencja muzyki śląskiego wokalisty, w której prócz straceńczych, porywających groove'ów odnaleźć można liczne przejawy subtelnej, ale wciąż bardzo męskiej wrażliwości (niekiedy - jak chociażby w "Sinsuoid" te dwa idiomy bardzo udanie wzajemnie się przenikają). Szczególnej lekkości, dynamiki i orientalnej melodyki przydaje temu pierwszemu obliczu Karnasowego jazzu gra węgierskiego cymbalisty - Miklósa Lukácsa, znanego polskiemu słuchaczowi nie tylko z "Audio Beads", ale i z ubiegłorocznej współpracy z samym Charlesem Lloydem w ramach realizowanego dla Festiwalu Jazztopad koncertowego projektu "Wild Man Dance Suite". Równie pasjonujące są na "Vandze" chwile, w której cymbały i perkusja cofają się do drugiego planu, a głównym towarzyszem charakterystycznego głosu wokalisty staje się głębokie, surowe brzmienie kontrabasu Michała Jarosa - jak chociażby w końcowych fragmentach 'Słodkiej" czy "Nie płacz Ewka".
Karnas klasykę polskiego rocka odczytał po swojemu: odzierając ją z elektronicznego sztafażu pozostawił więcej przestrzeni dla wokalnej ekspresji, nasycającej znany chyba każdemu z czytających te słowa tekst emocjami, których nie sposób znaleźć w kanonicznym wykonaniu Markowskiego. Ekspresja ta przyjmuje często również inne, mniej oczywiste formy bezsprzecznie dowodząc, że Karnas to wokalista, któremu w kategorii improwizacyjnej wyobraźni w Polsce dorównać może naprawdę bardzo niewielu, a "Vanga" to płyta, której nie tylko po prostu dobrze się słucha.
Ray Dickaty - tenor & soprano saxophones
Jan Małkowski - alto saxophone
Ksawery Wójciński - double bass, pocket trumpet
Michał Kasperek - drums, percussion
Dominik Mokrzewski - drums, percussion
Laura Waniek - chromatic harmonica, whistles, jaw harp
New Ghosts
For Tune 0029 By Mateusz Magierowski
Pisząc o tej płycie po prostu nie sposób pominąć postaci Alberta Aylera, bo przecież pomimo że jego duch unosił się już zapewne nad niejedną sesją nagraniową, znów nie aż tak wiele jest płyt stawiających swym tytułem tak odważne deklaracje wobec dorobku twórcy m.in. legendarnego "Spiritual Unity" jak debiutancki krążek kwintetu Infant Joy. Zespół tworzą czołowi przedstawiciele warszawskiej sceny improwizowanej: Ray Dickaty (saksofon sopranowy i tenorowy), Jan Małkowski (saksofon altowy), Ksawery Wójciński (kontrabas) oraz zasiadający za zestawami perkusyjnymi Dominik Mokrzewski i Michał Kasperek.
"New Ghosts" sugeruje swym tytułem aylerowskie inspiracje, ale jednocześnie - poprzez owo "new"- budzi w słuchaczu nadzieję, że muzyczny język, którym posługują się członkowie kwintetu jest pochodną ich własnej wrażliwości, która na pomieszczonej na krążku muzyce objawia się w rozmaitych formach muzycznego wyrazu, czerpiących z różnych nurtów free. Wrażliwości, która nawet jeszcze bardziej niż widniejącą w nazwie zespołu dziecięcą w swej spontaniczności radością uderzyła mnie dojrzałością - i to nie tylko z powodu wybornego utworu tytułowego, będącego świetną muzyczną ilustracją emocji raczej dość odległych stanowi małoletniej beztroski.
Dojrzałość ta objawia się przede wszystkim w strukturze improwizacyjnego dialogu. Punkt wyjścia w każdym z trzech zapisanych na płycie improwizowanych dialogów sięga gdzie indziej: w "Sounds of the Night Sky" tę funkcję spełnia nieoczywista, ale spójna rozmowa wszystkich instrumentów, "New Ghost" rozpoczyna rzewny zaśpiew dęciaków, zaś "Bell, Book and Candle" niespiesznie rozkręca się eskalacją brzmieniowych eksperymentów. Cel, do którego zmierzają wiedzieni swoistym espirit de corps improwizatorzy jest w każdym przypadku ten sam: subtelnie sączące się źródło zmienia się z biegiem czasu w nieposkromiony żywioł, akustyczne apogeum nie pozwalające na obojętność, i - co w tym wszystkim najistotniejsze - za każdym razem odmalowujące za pomocą różnych (choć tak samo dosadnych) dźwiękowych konstelacji wielorakie odcienie tej samej dojrzałej wrażliwości. Dzięki niej "New Ghosts" to jeszcze jeden dowód na to, że siła współczesnego free wcale nie tkwi w potędze brzmienia, ale w jego różnorodności.
Młodość w potocznej świadomości zwykło się kojarzyć raczej ze zmianą, ciągłym poszukiwaniem, łamaniem schematów niż z wiernością tradycji i podążaniem wytyczonymi przez innych ścieżkami. Z drugiej jednak strony często w owym łamaniu schematów młodość jest zbyt zapalczywa, brak jej cierpliwości, wiedzy i doświadczenia często niezbędnych do podjęcia właściwych decyzji.
Tyle o stereotypach, teraz o (muzycznej) rzeczywistości, która im w sposób dość jaskrawy przeczy, wykreowanej przez kwintet 28-letniego bydgoskiego saksofonisty Szymona Łukowskiego. Liderowi podczas nagrania będącej bohaterką tego tekstu płyty sygnowanej jedynie nazwą bandu - "Szymon Łukowski Quintet " - towarzyszyli trębacz Marcin Gawdzis, kontrabasista Maciej Sadowski oraz perkusista Sławomir Koryzno.
Pomimo że w kwintecie prócz młodych, utalentowanych jazzmanów pozostających "na dorobku" (lider oraz sekcja rytmiczna) mamy również muzyków nader doświadczonych, mających na swoim koncie docenione przez krytykę płyty (vide Dominik Bukowski i jego "Simple Words"), ton muzyce kwintetu nadają właśnie "młodzi", i rzecz tu nawet nie w liczebnej ich dominacji nad duetem Gawdzis-Bukowski, ale w fakcie, że to właśnie lider z kontrabasistą są autorami wszystkich zawartych na krążku kompozycji.
Już po kilku minutach pierwszego utworu lidera - "Kwaśnego Bluesa" - można mieć uzasadnione przypuszczenie, że muzyka nagrana na płycie młodego bydgoszczanina jest w zasadzie kontrapunktem wobec yassowych i post-yassowych poszukiwań, z których scena skupiona wokół klubu "Mózg", a za jej sprawą jazzowa Bydgoszcz zasłynęły w Polsce, a nawet poza jej granicami. Twórczość Szymona Łukowskiego i jego kwintetu to muzyka silnie zakorzeniona w postbopowej tradycji, pełna wpadających w ucho melodii, całość zaś ujarzmiona jest zazwyczaj chorusową regularnością.
Warsztatowo wszystko jest w jak najlepszym porządku, ma się poczucie, że lekcje z jazzowej historii muzycy mają odrobione, miło się tego słucha - zwłaszcza, gdy jak ja sam, ma się sentyment do twórczości Shortera, Hancocka czy Hubbarda z lat 60. - a jednak całość pozostawia pewien niedosyt. Brak mi w tej muzyce choćby dozy nieprzewidywalności, zwrotów akcji, odrobiny przypisywanego młodości szaleństwa. Podstawy do tego, by dalej się kompozytorsko rozwijać, są, warto zatem dalej to czynić, czerpiąc wciąż z tradycji, jednocześnie pozostając również otwartym na całe spektrum bardziej współczesnych inspiracji.
Piotr Wojtasik - trumpet
Viktor Toth - alto saxophone
Michał Barański - bass
John Betsch - drums
Amazing Twelve
By Mateusz Magierowski
"Poszukujący mainstream" to termin, którym można opisać muzykę nie tak znów wielu polskich jazzmanów - tych, którzy korzenie swojej muzyki osadzają w jazzowej tradycji, sięgając jednocześnie do wielu współczesnych inspiracji i pozostając otwartymi na improwizacyjne poszukiwania. Budujące jest to, że rdzeń tej grupy stanowią artyści młodzi, rozpoczynający właściwie swoją muzyczną drogę - chociażby członkowie takich formacji jak NSI czy High Definition Quartet.
Być może jednak bardziej krzepiące jest to, że płyty z muzyką dającą się tym mianem opisać nagrywają jazzmani dużo bardziej doświadczeni, mający na swoim koncie osiągnięcia mogące ich predestynować do spoczęcia na laurach. Piotr Wojtasik ponad dwadzieścia lat po premierze pierwszej, sygnowanej swoim nazwiskiem płyty (zatytułowanej po prostu... "Piotr Wojtasik") krążkiem "Amazing Twelve" daje dowód nie tylko temu, że od tego, by osiąść na laurach jest bardzo daleki, ale wręcz wysyła słuchaczom i krytykom klarowny sygnał, że... najlepsze być może nawet jest jeszcze przed nim.
Na swój nowy krążek Wojtasik fanom jazzu w Polsce kazał czekać bite cztery lata, ale kiedy już objawił efekty swojej pracy, okazało się, że podczas tego okresu pracował nie nad jedną, ale dwoma płytami - nagraną z udziałem legendarnego drummera Billy'ego Harta i żeńską sekcją wokalną "Old Land" i bohaterką tego tekstu, rasowo jazzową "Amazing Twelve", na której towarzyszą Wojtasikowi zasiadający za zestawem perkusyjnym były współpracownik Archie Sheppa - John Betsch, reprezentant czołówki polskich kontrabasistów Michał Barański i jedna z najważniejszych obecnie postaci węgierskiej sceny jazzowej, mający na swoim koncie m.in. współpracę z Hamidem Drake'iem alcista Viktor Toth.
O sukcesie tej płyty - bo za taki, pomimo że nie została ona jeszcze w żaden sposób nagrodzona, uważam nagranie na niej po prostu bardzo dobrej muzyki - decydują moim zdaniem dwa czynniki. Pierwszy z nich to sam zespół - perfekcyjnie zgrany, pomimo że złożony z muzyków wywodzących się z różnych jazzowych tradycji band, w którego składzie mamy zarówno "stare wygi" grające z legendami jak i muzyków wciąż relatywnie młodych, ale posiadających już imponujący dorobek. Każdy członek tego kwartetu jest nie tylko świetnym warsztatowo instrumentalistą, ale i improwizatorem z "otwartą głową" (tu na pochwałę zasługuje zwłaszcza szczególnie żywiołowy Toth). Czynnik drugi to sam lider, a właściwie jego podejście do tworzenia muzyki. Wojtasik to kompozytor, który sięgając do wielu różnych muzycznych - nawet niekoniecznie jazzowych - źródeł potrafi z nich stworzyć zróżnicowany, ale spójny artystycznie program. Możemy w nim znaleźć zarówno tak wyrażane explicite ("Listener"), jak i zaszyte subtelnie w melodyjnych tematach ("Celebration") etniczne motywy oraz nawiązujące nierzadko swoją ekspresyjnością do tradycji free improwizacje Toha i Wojtasika z mocną, intensywną pracą sekcji w tle ("Marcius"), wyznaczającej puls zmiennej i pełnej harmonicznych zwrotów akcji dramaturgii krążka.
Na zakończenie tego tekstu mała reminiscencja. 18 lipca 2013 r., Soho Factory, gorąca letnia noc, jest gdzieś około północy, na scenę po - nie waham się tego powiedzieć- magicznym zgoła koncercie kwartetu Wayne'a Shortera i świetnym występie polsko-skandynawskiego combo Macieja Obary - wychodzi kwartet Piotra Wojtasika. Na widowni pozostało już relatywnie niewielu wytrwałych, a pozostać było warto, pomimo że wcześniej - podczas występu Shortera - na scenie wydarzyło się coś, czego nie da się porównać z niczym innym. Następnym razem - nawet jeśli Wojtasika znów poprzedzi Shorter i będziecie pewni że muzycznie stało się już wszystko - poświęćcie chwilę i posłuchajcie. Nie pożałujecie.
Recenzja została po raz pierwszy opublikowana w lipcowym numerze magazynu JazzPress.