poniedziałek, 17 czerwca 2024

Paweł Lisiecki Quartet - "Bound to Happen"

Paweł Lisiecki Quartet 

Paweł Lisiecki – gitara
Łukasz Zgoda – saksofony
Rafał Krzywosz – bas
Dawid Pawlukanis – perkusja

wyd. PSJ Wrocław (2022)

Tytuł: "Bound to Happen" 

Tekst: Szymon Stępnik


„Bound to Happen” to debiutancka płyta zespołu Paweł Lisiecki Quartet, wydana w 2022 roku. Choć od jej premiery minęły już dwa lata, dopiero teraz mogłem zapoznać się z tą pozycją. Przyznam, że dość długo odkładałem jej słuchanie ze względu na inne premiery i zobowiązania, aczkolwiek – jak sam tytuł sugeruje – „co ma być, to będzie”. Longplay ostatecznie zagościł na moich głośnikach i wywołał niemały zachwyt.

Paweł Lisiecki jest raczej konserwatywnym gitarzystą jazzowym. Nie znajdziemy tu świeżego podejścia do grania tego rodzaju muzyki, a raczej sprawdzone patenty, które nie wykraczają poza znane już jazzowe ramy. Proszę jednak nie odczytywać tego jako zarzutu – nie każda płyta przecież musi zmieniać świat. Lisiecki porusza się wokół sprawdzonych, zbadanych już przez wielu artystów obszarów i nie powinno być w tym nic złego, jeżeli czuje się w takich klimatach dobrze.

A trzeba przyznać, że jest w tym w stu procentach autentyczny. Muzyka nie jest wymuszona, a wręcz przeciwnie – w każdej nucie słychać radość z gry i szczerość przekazu. Widać, że muzycy odznaczają się wielką pasją, a sam album dopracowano niemal do perfekcji. Osiągnięto tutaj rzadki kompromis pomiędzy perfekcjonizmem a impresją wynikającą z poczucia chwili.

Największą siłą są same kompozycje, których autorem jest w głównej mierze lider (poza „Everything / Nothing Changes” Łukasza Zgody). Ich różnorodność nie pozwala się nudzić, co jest raczej trudną sztuką w ramach konserwatywnego podejścia do jazzu. Podobać może się również fakt, że choć nie zawsze mamy do czynienia z klasycznym 4/4, utwory brzmią przyjemnie, melodyjnie i zapadają w pamięci już po pierwszym odsłuchu. Można byłoby mieć pretensje, że twórcy nie dają się ponieść większemu wirowi szaleństwa w obrębie danej ścieżki, ale z drugiej strony straciłyby one wtedy na klarowności swojego przekazu.

Mam niestety pewne zastrzeżenia co do brzmienia gitary Lisieckiego. Jestem oczywiście pod wrażeniem fraz i pomysłów, które udało mu się wdrożyć na płycie, ale nie jestem fanem przetworników jego instrumentu – zbyt mocno wrażliwych na artykulację. Tak szeroki zakres dynamiczny w obrębie danego taktu, gdzie każdy dźwięk znajduje się na różnym poziomie głośności, może czasem irytować.

Co do pozostałych muzyków oraz ich brzmienia, nie mam zastrzeżeń. Każdy pokazał się od jak najlepszej strony. Pawlukanis i Krzywosz stanowią solidną sekcję rytmiczną, która nie tylko stanowi tło dla solistów, ale wręcz czasami, po głębszym wsłuchaniu się, samoistnie wychodzi na pierwszy plan i tworzy piękne pejzaże. Oczywiście Lisiecki i Zgoda brylują swoimi melodiami oraz pomysłami na grę. Powinni stanowić wzór dla wielu muzyków, w jaki sposób grać jazz, aby nie był tylko zlepkiem chaotycznych dźwięków, a raczej przemyślanymi, intrygującymi kompozycjami.

„Bound to Happen” to płyta bezpieczna. Choć w większości przypadków uznałbym to za wadę, Lisiecki i jego ekipa udowadniają, że można grać konserwatywnie, ale z wielką pasją i pomysłem. Niemal każdy utwór jest inny, a skomponowane melodie intrygują i zapadają w pamięci już podczas pierwszego odsłuchu. Bardzo żałuję, że ten przyjemny longplay tak długo przeleżał na mojej półce wstydu. Mam nadzieję, że Paweł nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i już wkrótce usłyszymy od niego jakieś nowe propozycje.


sobota, 15 czerwca 2024

Michael Bates’ Acrobat / Lutosławski Quartet - "Metamorphoses: Variations On Lutosławski"

Michael Bates’ Acrobat / Lutosławski Quartet

Michael Bates' Acrobat:
Marty Ehrlich - klarnet
Sara Schoenbeck - fagot
Fung Chern Hwei - skrzypce
Michael Bates - kontrabas, aranżacja
Michael Sarin - perkusja

Lutosławski Quartet:
Roksana Kwaśnikowska - pierwsze skrzypce
Marcin Markowicz - drugie skrzypce
Artur Rozmysłowicz - altówka
Maciej Młodawski - wiolonczela

Anna Lobedan - wokal w The Sea

Tytuł płyty: "Metamorphoses: Variations On Lutosławski "

Wydawca: Anaklasis (2023)

Opis do zdjęć: Fot. PWM / ANAKLASIS / Bartek Barczyk.

Autor tekstu: Hanna Raya Polanowska

Kto stoi za twoim ulubionym utworem? Czy znasz swojego rolnika? Z przekąsem zadałam sobie to pytanie, gdy w rozmowie z Maciejem, redaktorem Polish Jazz-u, poruszyliśmy temat płyty: Metamorphoses: Variations On Lutosławski - Michael Bates’ Acrobat / Lutosławski Quartet.

Przenieśmy się na chwilę do jesieni roku 2021, kiedy to na wrocławskim Jazztopadzie pojawił się Michael Bates. Na muzycznej scenie na wodzie, Odra Centrum, którą prowadziłam, gościliśmy koncert festiwalowy. Tam, producencko-artystycznie, nasze ścieżki się przecięły i zaczęła się znajomość. Pewnie dobrze wiecie, jak mały jest świat. Nikogo nie powinno dziwić, że ten nowojorski kontrabasista okazuje się być kolegą mojego kolegi, znanego z czasów, kiedy John Zorn brylował na Manhattanie. Wróćmy jednak do tytułowego rolnika – zdradzę wam, że Michael w brooklińskim ogródku miał kury. O ile Michaela miałam przyjemność poznać osobiście, tyle o narodowym dobru, jakim określa się Lutosławskiego, nie wiedziałam nic. W tym momencie pewnie straciłam wielu z was, zagorzałych muzykologów. Bardzo dobrze! Ten felieton/artykuł/kawałek moich wynurzeń osobistych miał się pojawić już jakiś czas temu – za cierpliwość raz jeszcze dziękuję Maciejowi. Nie mogłam nikomu tego zrobić, nadal uważam, że nie mogę. Przedwiośnie spędziłam zatem stalkując Witolda Lutosławskiego: Jego osobę, jego otoczenie, jego dom, jego rodzinę, utwory, warszawską salę koncertową, komentarze jego fanów. Wszystko po to, by móc posłuchać płyty, wydanej w cudownym ANAKLASIS PWM, z uwagą.

Spróbuję dla was odtworzyć moment, w którym w niedużej wrocławskiej trattorii spotykam się z artystami, chwilę po zakończeniu drugiego dnia nagrań. Jest grudzień 2022 roku, dość zimny. Przy stole wita nas Michael Bates, kontrabasista, kompozytor i edukator muzyczny pochodzenia kanadyjskiego, który od wielu lat mieszka i pracuje w Nowym Jorku. Michael wraz ze swoim zespołem Acrobat nie pierwszy raz bierze na warsztat wschodnio-europejską klasykę, ciekawskim polecam „Music for, and by, Dmitri Shostakovich”. Kwintet, w nieco odświeżonym składzie, tworzą muzycy jazzowi oraz klasyczni z bogatym doświadczeniem, również kompozytorskim. W skład wchodzą: Marty Ehrlich, multiinstrumentalista, który w szczególności uwiedzie was swoim kunsztem klarnetu w „Dance Prelude #2-I”; Sara Schoenbeck, fagocistka otwierająca „Cantilenę”; Michael Sarin, perkusista z ogromnym uśmiechem, bez którego utwór „Wind Trio³-I” nie mógłby zaistnieć; Fung Chern Hwei, skrzypek, o którym, choć nie powinnam publicznie tego wyznawać, po tym jak przeczytałam kilka słów przyjaciół Funga na jego temat, zapisał się w moim umyśle, jako jedna z najcieplejszych osób jakie miałam przyjemnośc kiedykolwiek poznać. Włoska knajpka nie jest duża, ale to dopiero połowa stołu. Jest z nami Antoni Grzymała, legendarne ucho polskiej reżyserii i realizacji dźwięku, który przyjechał na nagrania z Warszawy. Są i ci, bez których tej historii w ogóle by nie było – Lutosławski Quartet. Puszczam tutaj oko do zespołu, gdyż rok później spotkaliśmy się przy podobnej okazji przy stole z Craigiem Tabornem i Ksawerym Wójcińskim. Mała chwila na „female empowerment” – w tym powstałym w 2007 roku zespole pierwsze skrzypce gra Roksana Kwaśnikowska. Marcin Markowicz (drugie skrzypce), Artur Rozmysłowicz (altówka) oraz Maciej Młodawski (wiolonczela). Historycznie, w 1964 roku Witold Lutosławski opublikował dwuczęściowy utwór „Kwartet Smyczkowy”, który w jego twórczości był co prawda doświadczeniem jednorazowym, ale charakteryzował się wzrostem roli aleatoryzmu kontrolowanego – aspekt, dzięki któremu kompozytor zapisał się w kartach historii muzyki. Mamy jednak rok 2022, a kwartet od 15 lat na całym świecie sławi dorobek polskiej muzyki, a w szczególności twórczość Witolda Lutosławskiego. To właśnie ich koncert z Urim Cainem, rok wcześniej, zauroczył Bates’a i zapalił jego małą obsesję wokół twórczości tego kompozytora. Klamrę osobową można zamknąć w dość przekornym – patrząc na biografię Lutosławskiego – miejscu: utwór „the Sea”, gdzie syrenim głosem ludowe motywy wyśpiewuje Anna Lobedan. Aktorka i wokalistka, która kilka miesięcy wcześniej wraz z Lutosławski Quartet, Marcinem Maseckim i Grzegorzem Tarwidem oczarowała słuchaczy 20-stej Jesieni Jazzowej im. Tomasza Stańko w Bielsku Białej. Gdybyśmy mieli wymienić wszystkich, których dotknął  złoty palec tego projektu, nie wiem czy starczyłoby miejsca w tym przytulnym lokalu gastronomicznym. Zostawię wam jednak jeszcze jedną ciekawostkę: był tam z nami również Zbigniew Kozera, wrocławski kontrabasista znany z takich formacji jak Into The Roots – trio Piotra Damasiewicza, którego to instrument usłyszycie na płycie.

Czy coś łączy Bates’a i Lutosławskiego? Patrząc na mnie z okładki, poprzecinanym wzrokiem, Witold Lutosławski zdaje się zadawać to pytanie. Zastanawiam się, czy czas, który spędziłam chłonąc materiały o tym muzyku, legitymizuje mnie, choćby w najmniejszym stopniu, do recenzowania tej płyty. W wyobraźni wracam do żoliborskiej pracowni artysty. Do perfekcyjnego zestawienia mebli, rytmu dnia, wspólnej kawy z żoną w południe, aż po dywan zamówiony na wymiar w jednym z londyńskich butików. Te ostatnie miesiące wgłębiania się w historie tej rodziny to była realna metamorfoza mojego nastawienia do życia. Im bardziej wsłuchiwałam się w słowa o tym człowieku, tym bardziej jego altruizm, pogoda ducha oraz dbałość o higienę słuchania i słyszenia stawały się mi bliskie. Co ciekawe, w poznawaniu bliżej Michaela Bates’a również towarzyszyły mi te obserwacje. Widzicie Michael to ciepły, szczerze uśmiechający się muzyk z niebywałym uporem i dążeniem do perfekcji. W podcaście Contrabass Conversation opisał proces opracowywania utworów na tę płytę i cóż, bez zbędnego zaskoczenia można powiedzieć, że to co słyszymy na płycie to efekt ciężkiej, codzienniej żmudnej pracy.

Zakopując się w materiałach o Witoldzie Lutosławskim, miałam również przyjemność poznać opinie fanów, którzy szeroko komentowali dostępne w internecie treści. Podkreślali, że dla melomana największą ucztą było nie tylko słyszenie utworów, ale również możliwość zobaczenia samego mistrza na scenie. Chociaż koncert promujący projekt "Metamorphoses" był ograniczony do nowojorskiej publiczności, z radością przekazuję ekscytujące wieści. Jesienią odbędzie się trasa koncertowa tego projektu po Polsce, z przystankami w Krakowie, Wrocławiu i Warszawie. Jeśli chcecie doświadczyć tego unikalnego połączenia dźwięków i historii na żywo, zapraszam do uczestnictwa. To będzie doskonała okazja, aby na własne uszy przekonać się jak brzmi wasz nowy ulubiony utwór, i kto za nim stoi.


środa, 12 czerwca 2024

Kuba Cichocki – "Flowing Circles"

Kuba Cichocki 

Kuba Cichocki - Fortepian
Brandon Seabrook - Gitara
Lucas Pino - Saksofon
Bogna Kicińska - Wokal
Edward Perez - Kontrabas
Colin Stranahan - Perkusja
Patrick Breiner - Saksofon
Rogerio Boccato - Perkusjonalia
Rose Ellis - Wokal

Kwartet smyczkowy:
Sana Nagano
Leonor Falcòn
Benjamin von Gutzeit
Brian Sanders

Tytuł płyty: "Flowing Circles"

Wydawca: Brooklyn Jazz Underground Records (2023)

Tekst: Mateusz Chorążewicz

Album "Flowing Circles" autorstwa Kuby Cichockiego, wydanego przez Brooklyn Jazz Underground Records, to dzieło złożone i wielowymiarowe, które z pewnością zasługuje na szczegółową analizę. Zanurzając się w ten muzyczny świat, szybko zauważamy, jak umiejętnie Cichocki łączy skomplikowane, wielowarstwowe kompozycje z momentami improwizacji, tworząc unikalną narrację muzyczną.

Właściwie cały album jest mieszanką skomponowanych i improwizowanych sekwencji, które nie tylko wtapiają się w siebie, ale czasami istnieją równolegle, tworząc fascynującą strukturę muzyczną. Takie podejście do kompozycji wskazuje na głębokie zrozumienie jazzowej tradycji oraz zdolność do jej nowatorskiego rozwijania. Cichocki, mieszkając na co dzień w Nowym Jorku i zapraszając do współpracy muzyków z tego miasta, czerpie pełnymi garściami z energetycznej sceny Nowego Jorku, co słychać w każdej kompozycji na płycie.

W czasie odsłuchu niekiedy przypominały mi się utwory Rafała Sarneckiego – podobnie jak u niego, tak też na „Flowing Circles”, kompozycje są dość złożone i należy się w 100% skupić na muzyce, aby niczego nie przegapić. Momentami można odnieść nawet wrażenie, że utwory Cichockiego są trochę przeintelektualizowane. Nie sądzę jednak, aby był to minus – płyta ta niejako wymusza na słuchaczu zaangażowanie w odbiór.

Kuba Cichocki szczególnie znany jest ze współpracy z gitarzystą Brandonem Seabrookiem. Czytając wywiady Cichockiego odnosi się wrażenie, że tych dwóch artystów łączy szczególna więź muzyczna. W takich sytuacjach niekiedy słychać na nagraniach, że część składu rozumie się wzajemnie dużo lepiej niż z pozostałymi członkami zespołu. Na „Flowing Circles” absolutnie jest to niezauważalne – właściwie żaden element tej muzycznej układanki nie góruje nad pozostałymi.

Obecność kwartetu smyczkowego oraz innych znakomitych muzyków, takich jak Lucas Pino na saksofonie czy Rogerio Boccato na perkusjonaliach, wzbogaca teksturę albumu, nadając mu dodatkową głębię. Warto zwrócić uwagę na bogactwo użytych instrumentów oraz sposób, w jaki są one eksplorowane. Od delikatnych smyczków po energetyczne uderzenia perkusyjne, każdy element ma swoje miejsce i znaczenie, co sprawia, że "Flowing Circles" jest dziełem kompleksowym i wielowarstwowym.

Podsumowując, "Flowing Circles" Kuby Cichockiego to album, który zmusza do refleksji i głębokiego zanurzenia w dźwięki. Jest to praca wymagająca od słuchacza zaangażowania, lecz równocześnie oferująca bogate, satysfakcjonujące doznania muzyczne. Cichocki pokazuje także, że jego muzyczna ewolucja wciąż trwa. Odstępując od bardziej awangardowych eksploracji swoich wcześniejszych prac, na "Flowing Circles" skupia się na bardziej dostępnych, ale równie wyrafinowanych kompozycjach, które balansują na granicy intelektualnej głębi i emocjonalnego oddziaływania.

poniedziałek, 10 czerwca 2024

Michal Aftyka Quintet - "Frukstrakt"

Michal Aftyka Quintet

Marcin Elszkowski - Trumpet
Marcin Konieczkowicz - Alto Saxophone
Tymon Kosma - Vibraphone, Xylophon
Michał Aftyka - Double Bass
Stefan Raczkowski - Drums

Album's title - "Frukstrakt"

Multikulti (2023)

Review author: Viačeslavas Gliožeris

„Frukstrakt” - a title of double bassist Michal Afyka quintet's debut album – is an artificial word, invented by Michal himself. Since the album's music is presented as a sort of soundtrack to the walk through the Museum of Lost Flavours in the album's notes, for me the title somehow associates with a combination of “fruit” and “extract”, but most probably I'm wrong here.

Anyway, what we have inside of a nicely packaged album is tasteful avant-garde jazz with strong chamber influence. All compositions are Aftyka's originals, but the final music is an obvious collective work's result. Traditional reeds – drums – bass quintet is completed with vibes player/xylophonist Tymon Kosma instead of an expected piano player, which works pretty well with quite elegant and partially dreamy Afyka's music.

Rooted in chamber avant-garde jazz tradition (ca. 90s), the Quintet sounds quite conservative, which probably is for good here. At the same time, there are modern touches here and there. In all, the album's music is a respectable mix of the past and nowadays. As almost always, best chamber jazz offers a lot of colors, nuances, and moods, “Frukstrakt” is not an exemption.

The album's music varies from dreamy to a bit sentimental, from slightly melancholic to nervous, but always well framed and controlled. I like there is no aggressiveness, exaltation, or artificial rebellion in this music, so often usual for works of young artists, searching for their own place on the jazz scene. It is intelligent, tasteful, and somehow pleasantly comfortable, in its own way. I really like the simplicity of arrangements – moods, and atmosphere are both obviously more important than virtuosity's demonstration here. I like the reeds soloing and vibes sound too. 

Yes, we feel there is more freshness of young hearts and heads against maturity and technical excellence demonstration in this music, but probably “Frukstrakt” is attractive because of that as well. Strong debut and I'm really curious about what comes after.

piątek, 7 czerwca 2024

Tomasz Dąbrowski & The Individual Beings - "Better"

Tomasz Dąbrowski & The Individual Beings

Tomasz Dąbrowski – trąbka, elektronika, muzyka, produkcja
Fredrik Lundin – saksofon tenorowy
Ireneusz Wojtczak – saksofon tenorowy, saksofon sopranowy
Grzegorz Tarwid – fortepian, syntezatory
Max Mucha – kontrabas
Knut Finsrud – perkusja, perkusja elektroniczna
Jan Emil Młynarski – perkusja, perkusja elektroniczna

Tytuł płyty: “Better”

Wydawnictwo : April Records & Music (2024)

Tekst: Paweł Ziemba

Współczesny jazz coraz częściej porusza się po nieoczywistych drogach, łącząc elementy skrajnie różnych gatunków muzycznych, tworzy nowe nadając im jednolitą całość. Bez wątpienia Tomasz `Dąbrowki jest przykładem artysty, który umiejętnie korzystając z wielu gatunków współczesnej muzyki, przesuwa granice możliwości brzmieniowych, znajdując własną ścieżkę i miejsce w świecie muzyki. Jego najnowszy albym “Better” jest przykładem oryginalności i tak popularnego dziś w muzyce synkretyzmu.

Dąbrowski to szczególna postać na europejskiej scenie jazzowej. Uznany przez wielu krytyków za jednego z najlepszych polskich trębaczy młodego pokolenia w Europie i “następcę” Tomasza Stańki. Nic oczywiście nie przychodzi samo, nie spada jak przysłowiowa manna z nieba. Na wszystko trzeba było ciężko zapracować. Tytuł najnowszego albumu Tomasza Dąbrowskiego & The Individual Beings “Better” , znakomicie oddaje poziom muzyki zarejestrowanej na krązku. Parafrazując go napisałbym, że “LEPIEJ BYĆ NIE MOŻE”.

Co by nie powiedzieć, jest to bardzo przemyślana, pogłębiona o faktury i brzmienie muzyka, zachowująca swój logiczny ciąg z nagraniami z wydanej 2 lata temu debiutanckiej płycie zespołu The Individual Beings. Dąbrowski bardzo swobodnie i bez kompromisów prezentuje nam własną, ciekawą wizję muzyki. Bez szaleństwa, przepychu i naśladownictwa przeprowadza słuchacza przez kolejne etapy muzycznej podróży. To muzyka, która nawiązuje do wibracyjnej natury dźwięku i urzekającej atmosfery. Wzbudza emocje i wywołuje refleksje.

Sam lider w dołączonym do płyty opisie, tak mówi o wynikającym z niej przesłaniu: „Wszyscy powinniśmy dążyć do bycia lepszymi. Być lepszymi wersjami samych siebie i obserwować, jak rezonuje to w nas i w ludziach wokół nas. W miarę jak rozwijamy się poprzez doświadczenie, niektóre wcześniejsze wyzwania ujawniają się jako zewnętrzne projekcje. Uznanie ich za takie jest potężną bronią w walce z naszą własną, czasem śmieszną przewidywalnością”.

Dąbrowski poprzez sprawne przełamywanie istniejących schematów wprowadza słuchacza w nowe, wcześniej nieznane obszary muzycznej egzystencji. Robi to na tyle sprawnie, że całość albumu brzmi świeżo i zaskakuje swoją oryginalnością. Oczywiście podjęte przez lidera ryzyko odkrywania nowego, wyjście poza znane sobie ramy jest ogromnym wyzwaniem. Można je zmitygować wsparciem ludzi tworzących spójny mentalnie oraz duchowo kolektyw. Nie mam złudzeń, że ten zdecydowany muzycznie krok jest efektem współdziałania i współegzystencji całego siednioosobowego zespołu.

Wszystkie kompozycje na krążku chwytają ujmującym liryzmem, swoją melodyką i zdecydowanym brzmieniem. Z drugiej strony są pełne pozytywnej energii. Trudno jest wydzielić któryś z utworów, gdyż wszystkie dziewięć kompozycji tworzy nierozerwalnie intrygującą, wciągającą całość. Album potwierdza niezwykłą wszechstronność i siłę zespołu, który w bardzo umiejętny sposób wykorzystując rozbudowane instrumentarium, tworzy ciekawe tekstury dźwięków, melodyjność i ostinatowy groove.

Muzyka na płycie ma bardzo silne egzystencjonalne przesłanie związane z procesem rozwoju, świadomością tworzenia siebie. Aby siebie poznać trzeba wystawić się na próbę. Wykonać krok, który będzie początkiem nowego, lepszego JA .

Życie jest jak rzeka pełna wirów i kamieni, których staranie każdy człowiek unika. W takim podejściu tkwi pułapka. Funkcjonujemy w kulturze pochwały dla zachowawczości, odpuszczania, celebracji wygody a przede wszystkim unikania ryzyka. Lęk przed utraceniem jest silniejszym bodźcem niź chęć odkrycia nowego.

Aby jednak poznać siebie przesunąć granice naszych możliwości, stać się lepszym, powinniśmy świadomie mierzyć się z wyzwaniami. Wyjście ze strefy komfortu jest walką ze swoimi uprzedzeniamia, nawykami, ale jest również krokiem do reflekscji nad sensem i celem życia.

Dąbrowski doskonale wie i czuje, czym dla niego jako artysty jest możliwość tworzenia i sam tak o tym mówi: „Staram się unikać pisania z góry ustalonym planem - to zmarnowana okazja, by powtarzać rzeczy, które sprawdziły się w przeszłości. Staram się wychylać w nieznane i ufać swoim instynktom. Im bliżej jestem muzyków, z którymi gram, tym mniej muszę o tym myśleć”.

Chęć rozwijania się, wchodzenia w nowe, do tej pory nieznane obszary muzyki, poszukiwanie nowych brzmień, Dąbrowski bardzo sprawnie rozbudził u wszystkich członków zespołu. W nagraniach na płycie jeszcze bardziej znalazły zastosowanie elektyroniczne zestawy perkusyjne, pedały i efekty zmieniające brzmienie instrumentów.. Wykorzystanie dwóch perkusistów jak również dwóch saksofonów i trąbki dało możliwości zaoferowania nowych brzmieniowo konfiguracji. Całość zyskała na wyrazistwości i muzycznej zadziorności. Bez wątpienie umiejętne połączenie instrumentów akustycznych z elektroniką sprawia, że muzyka na krążku jest wielowymiarowa a Tomasz Dąbrowni & The Individual Beings ma swoje wyjątkowe brzmienie.

“Better” to jedenasta autorska płyta w dyskografii Dąbrowskiego prezentująca lidera i zespół w kolejnej bardzo ciekawej odsłonie.

środa, 5 czerwca 2024

Joanna Knitter Blues & Folk Connection - "Aretha"

Joanna Knitter Blues & Folk Connection

Joanna Knitter – śpiew,
Artur Jurek – fortepian & organy Hammonda,
Krzysztof Paul – gitara,
Adam Żuchowski – kontrabas,
Piotr Góra – perkusja.

Wydawca: Allegro Records (2020)

Tytuł płyty: "Aretha"

Autor tekstu: Maciej Nowotny 

Joanna Knitter posiada rzadki w jazzie talent jakim jest... głos. Wśród wielu szemrzących i szepczących jazzowych diw, Knitter zaskakuje (nieraz boleśnie, jak się przekonamy) potężnym głosem, a ponadto ma pewność siebie żeby go używać, jak powiedzmy kowboj swojego colta. Niedawno miałem ją okazję słyszeć na nagranym wspólnie z saksofonistą Przemkiem Dyakowskim albumie "Ludmiła" poświęconym gwieździe muzyki popularnej lat 50-tych i 60-tych w Polsce Ludmile Jakubczak. Potrafiła tam bezpretensjonalnie zaśpiewać piosenki, które wydawały się już całkowicie zapomiane, ba, nawet martwe. A okazało się, że mogą odżyć i rozgrzać jeszcze niejedno serce i to nie tylko z tych pamiętających tę dawno przebrzmiałą - także muzycznie - epokę.

To zaostrzyło mi apetyt na więcej śpiewu Joanny i jakoś tak sama wpadła mi w ręce następna płyta z jej udziałem, tym razem autorska, poświęcona wybitnej amerykańskiej wokalistce Arecie Franklin. Co prawda zapaliła mi się czerwona lampka, bo pomysł zmierzenia się z Arethą Franklin, a właściwie jej piosenkami, wydawał mi tak karkołomny jak powiedzmy skok z wysokiej wieży do basenu, którego wypełnienia wodą z powodu dużej odległości nie jesteśmy w stanie potwierdzić. 

I rzeczywiście! W pierwszej chwili wydawało, że na dole uderzyłem z hukiem o twardy beton. Nagrane przez Knitter wersje w niczym nie przypominały świetnie mi znanych interpretacji Franklin. Mało tego. Zaśpiewane na bluesowo, z ostrą, dynamiczną frazą huczały mi w głowie jakby ktoś masakrował ukochane jazzowe i gospelowe piosenki pracującą na najwyższych obrotach - chicagowską - piłą mechaniczną. Z wściekłością wyrwałem płytę z odtwarzacza i już miałem ją z całą siłą cisnąć za okno, gdy powtrzymało mnie coś.

To coś to inna piosenka, w której takie oto padają słowa, że "niecierpliwość to okrutnie brzydka wada". Usiadłem, wziąłem głębszy oddech, odłożyłem płytę na półkę i dałem jej i sobie czas. I podczas kolejnych odsłuchów dotarło do mnie, że trzeba naprawdę potężnej odwagi by zrobić coś tak szalonego jak Knitter na tej płycie czyli przewrzeszczeć samą Franklin. Co więcej, Knitter często się to udaje, bo zrobiła dokładnie to co należało, czyli postanowiła ten repertuar zaśpiewać całkowicie po swojemu, w sposób wręcz diametralnie przeciwny intepretacjom boskiej Arethy i dzięki temu, mimo że piosenki są nam tak dobrze znane, mamy cały czas czas wrażenie odkrywania czegoś nowego. Zasługa w tym nie tylko charyzmatycznej wokalistki, ale i towarzyszących jej muzyków: Artura Jurka grającego na fortepianie i organach Hammonda, Krzysztofa Paula na gitarze, Adama Żuchowskiego na kontrabasie i Piotra Góry na perkusji. Ci muzycy zagrali bluesa jakby urodzili się w Chicago i przez całe życie nie robili nic innego jak chodzili w czarnym garniturze, białej koszuli, przeciwsłonecznych okularach i uciekali przed policją, a od czasu do czasu również przed mafią. Brawo! 

I jednego tylko żałuję, że zapewne z powodu już znacznego oddalenia od premiery tego albumu, która miała miejsce w roku 2020, zapewne nie będę już miał okazji posłuchać tego materiału na żywo. A mam przeczucie, że mógłby brzmieć jeszcze potężniej. Mam jednak nadzieję, że co się odwlecze to nie uciecze i tym baczniej wyczekuję wieści o tym jakie projekty Knitter ma na horyzoncie.


poniedziałek, 3 czerwca 2024

Magda Kuraś Quintet - "Tryptyk Biłgorajski"

Magda Kuraś Quintet 

Magda Kuraś – Wokal
Maciej Świniarski – Głos, burza, tamburyn
Ziemowit Klimek – kontrabas, głos
Kuba Krzanowski – perkusja, głos
Dominik Kisiel – piano, głos

Tytuł płyty: "Tryptyk Biłgorajski" 

Wydawnictwo: Alpaka Records (2023)

Autor tekstu: Mateusz Chorążewicz

Na pierwszy rzut oka, "Tryptyk Biłgorajski" Magdy Kuraś Quintet może wydawać się kolejnym wpisem w niekończącej się serii jazzowych albumów z folklorycznym zabarwieniem. Jednak już po pierwszych taktach staje się jasne, że debiutancka płyta kwintetu Kuraś ma w sobie coś więcej.

Muzyczne dziedzictwo południowo-wschodniej Polski jest tu nie tylko tłem, ale fundamentem dla całego projektu, co nadaje tej pracy głęboki, osobisty charakter. Kompozycje, oparte na tekstach ludowych pieśni, są przeplatane intymnymi recytacjami, które dodatkowo wzbogacają emocjonalny kontekst albumu.

Nie można jednak mówić, że "Tryptyk Biłgorajski" wnosi wiele nowości do gatunku; to raczej umiejętne przetworzenie i adaptacja tradycji. Zdecydowanie dominują tu elementy folkowe, a jazz, choć obecny, ustępuje pierwszeństwa bardziej ludowym brzmieniom. To, co jednak fascynuje i przyciąga, to sposób, w jaki Kuraś i jej zespół balansują na granicy tych dwóch światów. Bardzo interesujące (choć niespecjalnie skomplikowane) struktury harmoniczne świadczą o głębokim zrozumieniu i szacunku do obu gatunków.

Album ma charakter kolektywny, co widać w sposobie, w jaki muzyka jest wykonywana — każdy z muzyków przyczynia się do całości, nie dominując, ale wspierając opowieść. Można by zarzucić, że taka forma ogranicza przestrzeń dla indywidualnych popisów, ale w kontekście tego albumu jest to zdecydowanie zaleta, a nie wada.

Mimo inflacji folkowych albumów jazzowych na rynku, "Tryptyk Biłgorajski" zdołał przyciągnąć moją uwagę. Może nie przez nowatorstwo, ale przez szczerość i emocjonalne zaangażowanie, z jakim Magda Kuraś przedstawia swoją muzyczną wizję. To uczciwa i piękna celebracja jej muzycznych korzeni, która zasługuje na wysłuchanie.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...