Mroczny, zamglony wieczór. A jednak, pojawia się przebłysk światła i ciekawości, które prowadzą cię w głąb. Projekt, który jest współpracą Błota z rumuńskim Ion D, tworzy właśnie taką atmosferę. Atmosfera to płyta pełna nieparzystych rytmów, ambientowych dźwięków, elementów z techno i electro-house'u i basowych groove'ów.
Moje pierwsze zetknięcie się z nowymi muzycznymi pomysłami Pauliny Przybysz miało miejsce chyba podczas zeszłorocznej Bielskiej Zadymki Jazzowej.
Już wtedy zaintrygował mnie sam koncept podejścia do standardów jazzowych na nowo. Zwykle podchodzę do takich projektów dość sceptycznie, bo umówmy się, ile da się wycisnąć z takich numerów, czy uda się je przetworzyć w nowy i odkrywczy sposób.
Przybysz spróbowała. I moim zdaniem jest to bardzo udana próba.
Pierwszym komponentem, który przyczynił się do wyjątkowości tego albumu, jest barwa głosu samej wokalistki. Nie jest to cukierkowy, przewidywalny wokal, jak się to czasem słyszy podczas wykonywania standardów jazzowych. Jest za to trochę zadziornie, jednak przy zachowaniu melodyki oryginały. Bądź co bądź, Przybysz wywodzi się z nurtu soulowego i R&B, więc już choćby dlatego można było się spodziewać świeżego podejścia do interpretacji klasyki jazzowej.
Kolejny komponent to instrumentaliści, których Przybysz zaprosiła do współtworzenia tego krążka. To muzycy z, jak bym ich określiła, nowej fali polskiego jazzu, odważnie łamiący muzyczne konwenanse, chętnie łączący gatunki, a przy tym znani ze swoich eksperymentów z brzmieniem. Wydaje się, że jest to dokładnie to, czego poszukiwała wokalistka.
Pędziwiatr i Węgier, grający na co dzień w EABS i Błoto, czasem przeszczepiają hip-hopową i funkową estetykę tych zespołów na grunt standardów prezentowanych na tym albumie, a czasem grają jak klasyczni muzycy jazzowi.
Podobnie Tymon Kosma. Z perspektywy zespołu Kosmos, w którym jest aktywny, to optyka bardziej hip-hopowa. Natomiast w kwintecie Michała Afryki obraca się zdecydowanie w kręgach bardziej związanych z klasycznym jazzem. Podobnie i na tym krążku, Kosma świetnie się czuje w każdym z tych obszarów muzycznych.
Perkusistka Wiktoria Jakubowska to wręcz niemal artystka mainstreamowa, grająca między innymi na trasach koncertowych Roguckiego.
Krzysztof Baranowski to muzyk współpracujący z Pauliną Przybysz już od jakiegoś czasu, świetnie rozumiejący i wpasowujący się w jej estetykę.
I taki to właśnie zespół wziął na warsztat takie klasyki jak na przykład ‚Salt Peanuts’ Dizzy’ego Gillespie czy ‚God Bless the Child’, balladę śpiewaną przez Billie Holiday.
Jak one brzmią? Przede wszystkim - bardzo różnorodnie. Czasem słychać hip-hopowy czy też rapowy sznyt, czasem jest to w stylu romantycznej ballady, a czasem rozpoznajemy znany i przyjemny dla ucha swing.
I tak dostajemy zupełnie nowatorskie podejście do znanych i wydawałoby się ogranych klasyków jazzowych.
Nadal rozpoznajemy w nich tą bezpieczną i rozpoznawalną melodykę i rytm, to nie jest jakaś szalona i daleko idąca improwizacja. Użyłabym nawet określenia, że te utwory są melodyjne i przystępne.
Jednocześnie jednak dużo się w nich dzieje, dużo nowych i różnorodnych aranżacji, które zaskakują, ale i ciekawią.
Jak to dobrze, że Przybysz postanowiła nagrać tę płytę. Pokazała w ten sposób, że standardy jazzowe się nie starzeją, że mogą cały czas inspirować i w słuchaniu ich nie ma nic staromodnego. W końcu, że można ich słuchać na różne sposoby i czerpać z nich coraz to inne rzeczy, a możliwości ich interpretacji są nieskończone.
Olaf Węgier - Tenor Saxophone, Bass Clarinet, Percussion; Jakub Kurek - Trumpet, Sequential Take 5; Paweł “Wuja HZG” Stachowiak - Bass guitar; Marcin Rak - Drums, Drum Machine; Marek “Latarnik” Pędziwiatr - Nord Stage 3, Moog Voyager, Upright Piano;
„Right a decade ago New Yorkers "Mostly Other People Do the Killing" made a lot of noise releasing their "Blue" album - a note-for-note reiteration of Miles Davis' "Kind of Blue". One of the well-known abroad Polish bands, Electro-Acoustic Beat Sessions (EABS) started their career five years ago deconstructing the renowned music of the best Polish artists like Krzysztof Komeda and international jazz greats from the past as well. Today on "Reflections of Purple Sun" they play the early Tomasz Stanko album "Purple Sun" in full.
Quite often (partially in Polish media) Stanko's "Purple Sun" is qualified as avant-garde jazz work. For my ears, this album, released in 1973, is heavily influenced by early Miles Davis jazz-rock/fusion ("Silent Way" and "Bitches Brew") but sounds less American (or less groovy). Recorded in Germany (and with a German bassist on board), "Purple Sun" incorporates a lot of kraut-rock aesthetics and repetitive mechanistic rhythms instead.
EABS take on Stanko's material is very much in the spirit of today. "Reflections of Purple Sun" is a very rhythmic album, just the rhythms are different. Renowned by their love of hip-hop and electronics, EABS transforms Miles' classic fusion to quite tuneful dance-able electronic music, with some free improvisations and a noticeable touch of Polish tradition - slightly melancholic and emotionally colored.
Probably there is no sense in comparing Stanko's original work with EABS' new release. First, "Purple Sun" was quite a rare album and was mostly known and popular among Stanko's hot followers. Second and more importantly - a few new generations of music listeners have already grown up during that half of a century, separating these two releases, so for many and many younger jazz fans EABS album sounds just like new music.
There are no guests here on "Reflections of Purple Sun" as on some band's more current albums. As usual, band members demonstrate a high level of interplay with great keys and sax soloing, imaginative electronic loops, and in general produce music of the highest level. What else do we need from our jazz?
Naczelny Nowotny zagadnął mnie ostatnio, niby przypadkiem, a tak naprawdę z wyraźnie dyscyplinującym zacięciem, iż wyjątkowo zimny mamy kwiecień. Wyjątkowo zimny to kojarzy mi się maj – tak, najpewniej za sprawą Kory. Wychynąłem jednak niezrażony tymi słowami na rowerowy przejazd, a tu wiosna wszem i wobec. I wtem doznałem natchnienia! Mój Przełożony w ten wyrafinowany sposób upominał się o recenzję płyty Minus 30°C duetu Zima Stulecia.
By więcej tajemnic (na szczęście nie tych alkowy) naszego Zakładu Pracy przypadkiem nie zdradzić, „przyjrzyjmy się uchem” temu wyjątkowo intrygującemu nagraniu. Współtworzą je pianista Marek Pędziwiatr oraz perkusista Marcin Rak – obu panów dobrze znamy z zespołów EABS czy Błoto. Odrzućmy jednak kompletnie bezsensowne w świecie muzyki wspieranie się autorytetem nagrań minionych i skupmy się w pełni na płycie Minus 30°C. Zostawmy na uboczu również zimowy koncept towarzyszący nagraniu i nieco łzawe okoliczności powstania płyty, o których możecie przeczytać sobie na obwolucie samej płyty. Najważniejsza przecież jest muzyka, a ta broni się doskonale, nawet przed takimi dyletantami pióra jak autorzy bloga Polish Jazz (ze specjalnymi pozdrowieniami być może wiecie dla kogo).
Muzycy tworzą wysmakowany mariaż brzmień nienachalnego jazzu, „ejtisowej” elektroniki i delikatnie kwasowej psychodelii. Najmocniejszym punktem płyty jest umiejętność zachowania proporcji – żaden ze wspomnianych elementów nie jest groteskowo wyeksponowany. Te nieco bardziej klubowo-rave’owe utwory (jak chociażby Zamieć) unikają tandety prostactwa wielu tanecznych beatów (niektórych to pewnie zdziwi, ale dobry beat to nie taka prosta sprawa). Te natomiast nieco spokojniejsze i bardziej melancholijne (przykładowo kompozycja Nadeszła zima) absolutnie nie są przeciągnięte i nie rażą tępymi dłużyznami. Całe nagranie w bardzo ciekawy sposób zagospodarowuje również uwagę odbiorcy. Jest ona cały czas napięta i zachować musimy iście rewolucyjną czujność by nie pogubić się w pozornie tylko prostych strukturach tworzonych przez Zimę Stulecia. Z drugiej jednak strony panowie pozostawiają nam chwilę oddechu i wytchnienia, tak byśmy niepotrzebnie muzyki ich nie musieli obrabiać intelektualnie – wszak w muzyce klubowej, która niewątpliwie stanowi ważną składową inspiracji duetu, sam organiczny i intuicyjny odbiór dźwięków jest być może najważniejszy.
Jedna z moich koleżanek, gdy tylko uchylałem okno w samochodzie, zwykła mawiać: „powiało chłodem emocjonalnym”. Z płyty Minus 30°C, mimo takiego a nie innego anturażu płyty, żadnym chłodem nie wieje. Jest to muzyka wywołująca emocje, które niekoniecznie przybierają jednak formę bulgoczącego wulkanu (czy gejzeru, w zależności co lubicie jak bulgocze), lecz są nieco powściągnięte i stonowane. Pomimo tego jednak, odsłuch tej płyty przyniósł mi, o paradoksie!, dziką satysfakcję. Utwory te mają w sobie również moim zdaniem potencjał piosenkowy i być może takich rozwiązań oczekiwałbym na drugiej płycie duetu. To, czego ja oczekuję, nie ma jednak większego znaczenia. Filozoficznie mówiąc, pewnie nic go nie ma, lecz by nie popaść w ogólną apatię, posłuchajmy Zimy Stulecia. Jako fan wszelkiego „nie-jazzu”, muszę to powiedzieć – jak na razie, to jedna z najciekawszych płyt 2023 roku!
The Vox Humana Chamber Choir - Vocals on 'Seek Refuge'
Nafs At Peace (2021)
By Maciej Nowotny
W ostatniej dekadzie polski jazz rozwijał się wielokierunkowo: jazz tradycyjny dalej pozostawał silny, ale rozkwitała alternatywa, z martwych podniosły się i wspaniale rozwinęły folk i etno. Przypływ unosił - jak to się mówi w ekonomii - wszystkie łódki. No, prawie. Bo jazz taneczny, ale w tym popularnym, np. nu jazzowym czy acid jazzowym sensie, padł po prostu na pysk. A mieliśmy kiedyś sporo fajnych kapel w tym popularnym nurcie. Pamiętacie na przykład Contemporary Noise Quintet, Jazzpospolitą, oczywiście Skalpel czy Pink Freud (którego sława też ostatnio jakby zaczęła blednąć)? Można się było czepiać miliona rzeczy, ale faktem było, że te składy grały wpadającą w ucho, ale ambitną i cieszącą się olbrzymim wzięciem u publiczności muzykę. Uwaga! muzykę jazzową zawierającą aktualnie brzmiący element taneczny.
Niestety dzisiaj z tego niewiele zostało. Dominuje współczecha (którą lubię, ale ile można jej słuchać), jazz awangardowy, który cieszy serce i umysł, ale który nigdy nie zastąpi muzyki ambitnej, lecz bardziej przystępnej. Efekt? Polska publiczność wali drzwiami i oknami na zespoły w rodzaju GoGo Penguin, Portico Quartet, BadBadNotGood, JagaJazzist i wiele innych. Niech zatem z tych stron zabrzmi apel wielkim głosem kierowany do polskich muzyków z prośbą o więcej takiej muzyki. Chcemy jej i my znawcy (?) czy krytycy (??), bo jazz jest jak rzeka, która jest potężna i mocna, gdy zbiera dopływy z jak największej ilości źródeł. Póki co niestety, widać (a raczej słychać) regres, brak nadziei, stare zespoły się rozpadają albo tracą rozpęd, nowych powstaje niewiele. Aż tu nagle...
Bum!!! Kompletne zaskoczenie i to niesamowicie pozytywne i w jakiej skali!!! Zresztą ile krążków ma szansę zostać albumem miesiąca na Pitchforku i dostać recenzje, pozytywne, na przykład na angielskim Guardianie? No, a teraz my dokładamy nasz głos, a to już nie byle co... ;-) Bo po prostu muzyka jest świetna, niezwykle łatwo wpadająca w ucho taneczna, a przy tym niebanalna. Szkoda tylko, że niestety mowa jest nie o zespole polskim, lecz o... pakistańskim. Konkretnie: kwartecie o nazwie Jaubi. Grają oni muzykę, która korzeniami sięga słynnych indyjskich i pakistańskich rag, które znamy chociażby w transowych interpretacjach Nusrata Fateha Ali Khana i wielu innych. Jednak już sam wielki Nusrat, najbardziej chyba znany na Zachodzie mistrz qawwali, też nieraz flirtował z gwiazdami muzyki tanecznej. Charakterystyczna jest tu płyta na przykład płyta "Star Rise" składająca sie w całości z tanecznych remiksów jego kompozycji dokonanych przez czołowych DJ tamtych czasów, które przebojem zawojowały parkiety całego świata.
Dla Jaubi odpowiednikiem Michela Brooksa towarzyszącego Nusratowi na płytach nagrywanych dla zachodniej publiczności stali się Tenderlonius, Anglik grający na fletach i saksofonie oraz, uwaga!, Latarnik, pod tym pseudonimem kryje się polski klawiszowiec Marek Pędziwiatr. Razem z muzykami pakistańskiego kwartetu stworzyli wybuchową mieszankę muzyczną, w której tak odległe wydawałoby się języki jak pakistańska qawalla, taneczny trip hop i duchowy jazz w tradycji Coltranów (szczególnie Alice), Pharoaha Sandersa czy Yusefa Lateefa tworzą muzykę przyszłości, która świetnie będzie brzmieć tak w przydrożnej knajpie na Karakoram Highway, w londyńskich Dokach czy na warszawskich bulwarach. Ołsom!
Marek Pędziwiatr - piano, synth Olaf Wegier - tenor, soprano & baritone saxophones, Akai Ewi, synth, percussion
Paweł Stachowiak - bass guitar Marcin Rak - drums
Kwasy i Zasady
ASTIGMATIC AR016CD
By Jędrzej Janicki
Gapi się na nas dwóch facetów. Jeden, o wściekłych oczach i z wywalonym językiem, pokazuje nam gest powszechnie uznany za gwałtowne ponaglenie skłaniające do spiesznego oddalenia się. Drugi, zdystansowany i dystyngowany, po profesorsku grozi palcem. Ten pierwszy może mieć na imię Kwas, a ten drugi Zasada. I właśnie w taki sposób ("Kwasy i Zasady") swój trzeci album zatytułował zespół Błoto. Ta intrygująca okładka stworzona przez Przemysława Jankowiaka (znanego jako 1988 ze znakomitego duetu Syny) wskazywałaby, że w muzyce wrocławskiego kwartetu coraz większą rolę odrywają elementy hip-hopowe. Tych rzeczywiście trochę się pojawia, lecz to jednak nie one świadczą o sile nowej płyty.
Wspomniane hip-hopowe konteksty to przede wszystkim ubarwione elektroniką beaty i loopy, które śmiało posłużyć mogłyby za podkład dla jakiejś typowo rapowanej nawijki. Wydaje się, że tworzenie tego typu przestrzeni dźwiękowej stało się znakiem rozpoznawczym Błota, który delikatnie pobrzmiewał już na debiutanckiej krążku "Erozje", a wyraźnie zauważalny stał się na "Kwiatostanie". Struktury te wciągają, są bardzo przyjemne w odbiorze, lecz same w sobie nie są jeszcze jakoś przesadnie wartościowe. Ich doskonałym uzupełnieniem, które powoduje, że "Kwasy i Zasady" to jeden z mocnych kandydatów do tytułu płyty roku 2021 w Polsce, jest sposób frazowania saksofonisty Olafa Węgiera. Gra on oszczędnie, potrafi zostawić pole do wybrzmienia dla wyrazistego beatu, jednak jego repetytywne zagrywki naprawdę mają moc hipnotyzowania i to właśnie one nadają utworom tego niepowtarzalnego charakteru.
Tak się składa, że mniej więcej w tym czasie, co "Kwasy i Zasady", na rynku pojawił się również album "Black To The Future" dowodzonego przez Shabakę Hutchingsa zespołu Sons Of Kemet. I choć rodzaj "transowości" tych dwóch wydawniuctw jest nieco inny - dla Błota to raczej intelektualne rejony techno, a w przypadku Sons Of Kemet psychodeliczna potańcówa na koniec świata - to styl gry Węgiera i Hutchingsa zaskakująco wiele łączy. Oprócz wspomnianego wykorzystania i eksplorowania stale powracającego motywu, obaj panowie grają intensywnie i drapieżnie, nie tracąc jednak kontroli nad dźwiękiem i nigdy nie pozwalając sobie na utratę panowania nad precyzyjnie przemyślanym muzycznym planem. Jedynym drobniuteńkim mankamentem płyty Błota może być to, że niektóre z utworów (chociażby finałowy "Umiar") tak wyraźnie inspirowane są wczesnymi dokonaniami duetu Skalpel, że pewnymi krótkimi fragmentami staje się to nawet nieco zbyt oczywiste.
Tak czy inaczej, "Kwasy i Zasady" to płyta co najmniej bardzo dobra. Wydaje się, że Błoto już prawie do perfekcji dopracowało swoją muzyczną stylistykę - tak bardzo crossoverową i tak bardzo spójną jednocześnie. Co być może najważniejsze jednak, ich muzyka cały czas zachowuje świeżość i naprawdę ogromną siłę oddziaływania.
Marek Pędziwiatr - piano, fender rhodes, synth Olaf Węgier - saxophones Jakub Kurek - trumpet Paweł Stachowiak - bass, moog Marcin Rak - drums, percussion, beat machine Spisek Jednego - percussion, sound effects
The Polish Jazz ensemble EABS
continues to produce young and bouncy contemporary Jazz, based on the tradition
but at the same time sparkling with contemporary Pop culture and universally
good taste, which naturally makes them extremely likeable to the young
listeners. Following their interpretations of Polish Jazz classics they now
move to the international scene taking up on the music of Sun Ra as the basis
of their new album. Keyboardist Marek Pędziwiatr, bassist Paweł Stachowiak,
drummer Marcin Rak, saxophonist Olaf Węgier, trumpeter Jakub Kurek and
percussionist/sound effects man Spisek Jednego (a.k.a. Piotr Skorupski)
dissect seven original compositions by Sun Ra, the Jazz cosmonaut, created
between 1957 and 1979 and give them a kick towards the dancing floor.
The interpretations are pretty
bold and one might wonder if the composer himself would have recognized his own
compositions in most cases, but as far as I am concerned this music is way more
acceptable to me than the original compositions, which of course speaks volumes
as to my personal appreciation of Ra's music, which I find exceptionally
boring. With the twist added by EABS, it finally does make sense and the lads
certainly seem to have a lot of fun with it, which is fine with me.
As strange as it might sound,
to me this is probably the best studio work by EABS so far, since they finally
crystallized their formulas and managed to achieve the ideal mix of melodic
riffs, extended soloing, sense of humor and fun, all combined together to
perfection. As a result listening to this album is unadulterated fun from start
to finish, creating a sort of idiosyncratic sub genre of Jazz, which is purified
wonderful weirdness. I mean where else would one come across Free Form soloing,
polyrhythmic banging and constantly shifting tempi, rapping and sound effects
all making such wonderful sense together? Zappaesque madness at it's best…
And yes, these guys can play… I
mean really play, all of them… just listen. Everybody gets his opportunity to show off, and it is all worth waiting for. In short EABS are way more cosmic than the inspiration for this album, believe you me. Well done Gentlemen, regardless what other smartasses might say! Love your stuff!
BłotoMarek Pędziwiatr - piano, synth Olaf Węgier - tenor, alto & soprano saxophones, percussion Paweł Stachowiak - bass, moog Marcin Rak - drums, percussion, electronics
Kwiatostan
ASTIGMATIC AR014LP
By Jędrzej Janicki
Niektórzy wychodzą sobie raz na jakiś czas na łączkę i w zupełnie naiwny sposób dostrzegają tam jakieś przyjemne kwiatki i krzaczki. Widoki te absolutnie nie skłaniają mnie jednak do jakiejkolwiek refleksji, nie stanowią dla mnie też przesadnego źródła inspiracji. Zgoła odmiennie przedstawia się sytuacja w tym temacie u panów z zespołu Błoto. Ci, skoro tylko wychyną na zielone, od razu słyszą muzykę. Nic więc dziwnego, że swoją najnowszą płytę zatytułowali "Kwiatostan".
Płytę współtworzy jedenaście kompozycji - tytuły wszystkich to nazwy mniej lub bardziej popularnych roślin (z tego, co się orientuję, raczej tych bardziej typowych). Kwartet po raz kolejny podkreśla tym swoje przywiązanie do kwestii związanych ze sferą przyrody, wszak ich debiutancki album zatytułowany został "Erozje". Wspomniane anegdotki, choć raczej sympatyczne, stanowią wyłącznie didaskalia do znakomitej muzyki, która na "Kwiatostanie" się znalazła.
Błoto rozwija język stworzony przez siebie na poprzedniej płycie, dodając do niego jednak pewne świeże elementy. Ważną inspiracją zespołu pozostają hip-hopowe beaty przefiltrowane przez artystyczną świadomość nowoczesnych muzyków jazzowych. Niektóre fragmenty przypominają mi dokonania takich projektów jak Alliance Ethnik (zwłaszcza z płyty "Simple Et Funky") czy Nightmares On Wax. W przeciwieństwie jednak do tych inspiracji, muzyka Błota pozbawiona jest typowego dla hip-hopu sztucznego "wychillowania", które na dłuższą metę potrafi być naprawdę nużące. Tutaj beaty też płyną, lecz nieco bardziej chropowato, są podostrzone i nieco kanciaste, a przez to tak wyjątkowo intrygujące.
Choć "Kwiatostan" nie ma w sobie klimatu staroci, to utwór "Rzepień" nieco przypomina tu muzykę Lalo Schifrina do filmu "Bullitt". Świetnie prezentuje się kompozycja "Mlecz" łącząca w sobie urok dj-skich setów z apokaliptyczną wizją świata zespołu The Comet Is Coming. Ponure "Kaczeńce" przełamane zostają pędzącą partią perkusji, której groove doskonale dopełnia również utrzymany w stylistyce lat osiemdziesiątych kawałek "Jaśmin". Po co jednak komu ta wyliczanka poszczególnych utworów, skoro każdy z nich stanowi wartość samą w sobie skrzącą się świeżością i kreatywnością.
Nazwisk poszczególnych muzyków nie wspominam nie przez brak elegancji, lecz ze względu na to, że na płycie "Kwiatostan" mamy do czynienia nie z efektownymi indywidualnościami, lecz z fantastycznie funkcjonującym zespołem. Błoto jest jak skomplikowany organizm, dla którego zaistnienia niezbędne są wszystkie poszczególne elementy. To znakomity album, doskonale uchwytujący ducha naszych muzycznych czasów, lecz pozbawiony jakiejkolwiek zbędnej efektowności czy wymuszonej oryginalności.
"Jazz is the music of the oppressed black working class in capitalist America". This is the slogan that enabled Polish Jazz musicians to play and flourish behind the iron curtain, when the above definition was softened following Stalin´s death (1953) from its original form, which also included "the product of the degeneration presented as" in the place of the asterisk above. Expression of solidarity by the Polish working class with the "black working class in capitalist America" was allowed by playing Jazz. Of course Polish Jazz musicians - including our hero saxophonist/violinist Michał Urbaniak - were never a part of the working class, but that was the beauty of the whole thing. Polish intelligentsia and the artistic bohemian class in particular, which included filmmakers, Jazz musicians, actors, poets and other undesirable riffraff, were absolute Masters in fooling the system and its censorship apparatus into believing in their legitimacy as representatives of the working class and their conformity with the official Socialist Party policies.
Urbaniak and a few of Polish Jazz pioneers visited the US in 1962 and he fell head over heels in love with the "original" American Jazz. From that moment on his primary life´s desire was to move to NY and become part of the local scene, which he consistently pursued and eventually achieved in 1973, together with his wife at the time, vocalist Urszula Dudziak. His NY residency was crowned by a recording contract with Columbia and release of several brilliant and groundbreaking albums and a brief stint with the legendary Miles Davis. His talent and intensive work schedule earned him many friends among the American (and not only) musicians, which explains how he managed to get on this album a string of stars like drummer Lenny White, bassist Marcus Miller, guitarist David Gilmour, rapper Walter West and others.
Eventually Urbaniak, like many other Polish Jazz musicians who tried their luck in the US, returned to Poland, which in the meantime managed to free itself from the shackles of the Socialist regime, and resumed his activity on the local scene, retaining of course his NY ties. His keen senses and sharp ears enabled him to select some of the best Polish Jazz musicians, mostly members of the young generation, and invite them to take part in this project, like pianist Michał Tokaj, keyboardists Jan Smoczyński, Michał Wróblewski, Marek Pędziwiatr and others.
Formally this album is a tribute to the city of Warsaw, commemorating the 75th Anniversary of the tragic Warsaw Uprising against the Nazi German occupation and the album was issued by the Warsaw Uprising Museum. To be honest I completely fail to see any connection and for me this is not a tribute to Warsaw but a tribute to NY and contemporary American music scene. It offers a mixture of Rap, Hip-Hop, Groove, Blues and a bit of Jazz, with a distinct Afro-American feel, which to people familiar with Urbaniak´s current activity is hardly surprising. Most of the music is attributed to Urbaniak, but there are also two classic Jazz standards dressed up to fit with the rest of the album. And yes, it offers a lot of superb playing on the way.
The album proves that Urbaniak wishes to stay relevant and up to date with contemporary trends, which is certainly more than other musicians of his group age are doing. It has a strong Jazz tinge, but certainly is not meant as a Jazz album per se; and why not? Urbaniak does not have to justify his musical choices to anybody, and his extensive legacy proves that he paid his dues and can do whatever he wants to do. The "critics", who dismissed this album outright, fail to see the point here – it is up to the musician to play what see thinks is right and it is up to the listener to decide if he wishes to listen/buy the album. Urbaniak is simply well beyond scrutiny by self proclaimed "critics" - he has been around for long enough to ignore this bullshit.
It was a pleasure to meet Michał again a couple of month ago at the after party of the Singer Festival, where he gave me an autographed copy of this album. Nigel Kennedy, the star of the final concert and an accomplished musician by all standards, looked at Michal with love and admiration deserved by an older Master… certainly good enough for me. Even if this music is not exactly my glass of vodka, if this is what he wants to play, who am I to tell him otherwise? Respect!
Marek Pędziwiatr - piano, fender rhodes, minimoog, korg, roland Olaf Węgier - tenor saxophone Tenderlonious - flute, saxophone Jakub Kurek - trumpet Vojto Monteur - electric guitar Paweł Stachowiak - bass guitar Marcin Rak - drums Spisek Jednego - percussion
A couple of years ago (in 2017)
a young Polish Jazz ensemble from Wrocław, called EABS, released their debut
album "Repetitions (Letters To Krzysztof Komeda)" which created quite
a stir in the local jazz swamp. Subsequently the ensemble released a couple of
LPs with material still connected to Krzysztof Komeda's music, which together with
the debut they call the "Komeda Triptych". The original septet lineup:
keyboardist Marek Pędziwiatr, drummer Marcin Rak, guitarist Vojto Monteur,
bassist Paweł Stachowiak, trumpeter Jakub Kurek, saxophonist Olaf Węgier and
percussionist also in charge of sound fx Spisek Jednego (a.k.a. Piotr
Skorupski) was expanded to an octet with the inclusion of British flautist/saxophonist Tenderlonious (a.k.a. Ed Cawthorne), which released their genuine
second album. It presents original compositions by the band members, two by
Pędziwiatr, one each by Stachowiak and Monteur and three collective
compositions; altogether seven tracks lasting just under forty four minutes.
More about the music later…
Similarly to the debut, the
Limited Edition of this album includes an extensive essay by Sebastian Jóźwiak,
the executive producer of the album, who is an organic member of the ensemble,
their spokesman and sort of spiritual guru. The almost 300 pages long massive essay
(in bilingual Polish/English version) printed in a book form is in fact an
integral part of the release and presents the intellectual / historic / philosophical aspects of the subject matter, complimenting the musical content
of the album, which as the title suggests tries to explore the "Slavic
Spirit" in a multi-plane analysis attempt. More about the book later…
My reaction to the debut album was somewhat reserved but
overall encouraging. I clearly stated my subjective pros and cons but I
obviously misjudged the hysterical/hyperbolical/fanatical hype that was
created around that album at the time of its release by what can be
collectively called the Polish Jazz media and beyond. I refused, as always, to
follow the crowd and pay allegiance to vox populi that claimed the album was a
Godsend and a monumental event on the Polish Jazz scene, which I found overtly
exaggerated. The predicted wave of internet hate that followed was a small
price to pay for my intellectual liberty. Considering the average level of
professionalism in contemporary Polish Jazz musical journalism and criticism,
which is sadly inversely proportional to the level of the music itself, and the
omnipresent herd mentality which dominates it, I have always proudly maintained
an independent point of view, helped by the geographical distance and total lack
of dependence on the social/economic/political and even religious
constrains acting upon people living in Poland. Therefore I admit that I was
quite surprised to find a copy of the album in my daily heap of albums arriving
in the mail - which I interpret as a sign of trust in every case when someone
asks for my opinion.
Whenever I write a review of an
album recorded by Polish musicians and/or composed by Polish composers there
is a high probability that the phrases "Polish lyricism" or
"Polish melancholy" might appear within the text, which is only
natural since Polish Music generally across all genres, but especially so within
the Polish Jazz idiom, offers a spirituality which is probably indescribable in
words (see "Dancing about Architecture"), but is very easily recognizable
while listening to it. With this album EABS go on a journey of discovery of
this particular musical Polishness, which they expand into musical Slavic
Spirituality. Although Poles and the various ethnic Polish minorities are of
course part of the Slavic peoples, they are in fact a minority within the Slavic
global identity and therefore perhaps this generalization is slightly overstretched.
Nevertheless the idea is to define the Slavic Spirituality musically, by the
music on this album, as well as by the text which examines its other aspects.
The music is diametrically
different from what the ensemble offered on their debut. It does not include
any vocal parts, no Hip Hop, almost no electronics except for some limited sound
effects, in short it makes an almost complete about-face towards mainstream melodic
Jazz, which features extended soloing by the keyboards, the saxophones and the trumpet.
The three short collective improvisations serve as introductions to the
extended main compositions that follow. The four main compositions are developed
slowly towards a final climax featuring group improvisation. The melodic themes
are undoubtedly lyrical and melancholic, well structured and admittedly beautiful.
That said the question arises
if this music is an epitome, a classic/archetypical example of Polish Jazz,
which defines its Slavic Spirituality? In all fairness I feel that such a lofty
ambition would be beyond the true scope of this music. I'd even say that any
attempt to define an entire Cultural aesthetics by one piece of music,
regardless how ingenious it might be, is a priori futile.
The text accompanying the album
is however much closer to the goal it sets before the reader. It is by no means
a scholarly, academic research, impeccably organized and proposing a deterministic
outcome. It is a complete opposite; a collection of personal (or rather
collective) reflections on the subject of ethnic spirituality, historic
processes, religious believes and myths, Paganism and Christianity and many
others. The development of contemporary Polish music and its connection to the
Slavic Spirituality is approached via an examination of the key personalities that
shaped its fate, most extensively Czesław Niemen (a deeply spiritual person) in
the chapter entitled "Inspirations". The opening track and each of
the four main compositions on the album has a chapter dedicated to it, which
explains in depth the Slavic believes, cults and deities connected to the names
of the tracks.
Although reading the entire
text is challenging, it is also intellectually rewarding and highly
educational, full of facts and ideas which probably never occurred to most
people before coming across it. The chapter dealing with the Slavic aspects of
Polish music is a must read to all connoisseurs, especially the younger ones
who did not experience that music during their lifetime. The most important
aspect of the text is that is does not try to indoctrinate or impose any views
or ideologies on the reader. It presents an impressive collection of facts and
views, but leaves the interpretation of the above to the reader himself.
If anybody got finally here, it
is time to summarize; this is a very ambitious project, which combines
excellent music with well written text related to the subject the music and the
text are dedicated to. The music is enjoyable and accessible, superbly
performed and offering a rewarding listening experience, which many listeners
might enjoy repeatedly. Probably fewer people will have the stamina required to
read the entire test attentively, although it is most highly recommended. Overall a splendid piece of
dedicated work, which hopefully this time will be appreciated for what it is
but not unnecessarily overhyped, which can only case grief and damage in the
long term. Well done Gentlemen!
This is the debut album by
Polish quartet Błoto, which is a classic "Son of Godzilla" type of offshoot
of the popular EABS ensemble, comprising of keyboardist Marek Pędziwiatr
(a.k.a. Latarnik), saxophonist Olaf Węgier (a.k.a. Książę Saxonii), bassist
Paweł Stachowiak (a.k.a. Wuja HZG) and drummer Marcin Rak (a.k.a. Cancer G).
The quartet and its music are a result of an incidental gathering of these
musicians in a studio, during a short break in the EABS tour, which resulted in
a spontaneous recording session undertaken without any preparation whatsoever. The
well oiled EABS PR machine as well as the contemporary sound and attitude
managed to create a stir on the local market and even the COVID-19 pandemic did
not manage to halt the viral reaction. The album presents ten tracks, which
were cut from the ninety minutes of music that was recorded, lasting just above
forty minutes.
The music is indeed fresh,
vibrant and a great fun to listen to, but it is not that much different from
the improvised passages played during EABS live performances, which of course
is not very surprising. Hypnotic groove, synthesizer soundscapes, dynamic
rhythms and almost Free Jazz solos on top are a well oiled formula that EABS
perfected over time and this session basically offers nihil novi sub sole.
The album's title and the PR
material allude to a parallelism between this album and the iconic recording
"Korozje" by Polish Jazz legends Andrzej Kurylewicz and Tomasz
Stańko. Personally I find nothing in common between these two albums and the
unnecessary references to the Polish Jazz history are more damaging than
useful. EABS are not like any of the Polish Jazz past icons, and they don't
need to be. They are an excellent ensemble living in a different era and playing
music that has five decades of additional musical influences to absorb, which
they indeed do all the time.
Overall this album offers many
great moments and an ambience that brings young generation of listeners closer
to Jazz, which by itself is a great success. It is first and foremost oriented
towards the wide circle of the EABS fans base, but being less visceral that the
EABS albums, it also appeals to new listeners, which again is a good thing.
These guys are excellent musicians and they still have a lot of youthful
enthusiasm and creativity, so let's enjoy them as long as that lasts. Is it
Jazz?... Frankly, my dears, I don't give a damn!
Marek Pędziwiatr - piano, synth, percussion
Olaf Węgier - tenor saxophone, percussion
Paweł Stachowiak - bass, percussion
Marcin Rak - drums
Erozje
ASTIGMATIC AR013CD
By Piotr Wojdat
Gdy pierwszy raz dane mi było posłuchać debiutanckiej płyty zespołu Błoto, nie miałem świadomości, z kim tak naprawdę mam do czynienia. Oczywiście, nazwa od razu przykuła moją uwagę, ale postanowiłem w pierwszej kolejności oddać się muzyce zawartej na albumie "Erozje" bez zagłębiania się w temat. Dopiero potem zacząłem szukać informacji na temat tego projektu i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że Błoto wywodzi się z jednego z najchętniej chwalonych przez recenzentów zespołów jazzowych ostatnich lat. Mam w tym przypadku na myśli wrocławską grupę EABS.
Moje zdziwienie wzięło się stąd, że "Erozje" od początku przypadły mi do gustu, a w przypadku EABS, które teoretycznie powinienem lubić za szerokie inspiracje i hołdy dla Krzysztofa Komedy czy Sun Ra, bywało z tym różnie. I tak np. nie ukrywam, że nie podzielałem zachwytów nad "Slavic Spirits" - pierwszą stricte autorską płytą wrocławian. To niezły album, ale według mnie jednak z wyczuwalnym przerostem formy nad treścią. Z wydawnictwem zatytułowanym "Erozje" sprawy mają się już jednak zupełnie inaczej - jest mniej formy, a zdecydowanie dużo więcej treści.
W kontekście Błota wszystko wydarzyło się w sposób nieoczekiwany. Był rok 2018, lato. EABS intensywnie koncertowali po Polsce. Tak się jednak złożyło, że między występami przytrafił im się dzień wolny. Część składu EABS być może z nudów, a być może z potrzeby chwili, powołała wtedy do życia właśnie zespół Błoto. W jego skład ostatecznie weszli Marek Pędziwiatr (klawisze, syntezatory), Paweł Stachowiak (bas), Marcin Rak (perkusja) oraz Olaf Węgier (saksofon tenorowy). Pierwsze koncerty zagrali już w 2019 roku, a materiał na płytę zarejestrowali w Maska Studio w Gdańsku.
Artyści w wywiadach lubią powoływać się na inspiracje muzyką hip hopową. Marek Pędziwiatr tak wypowiada się na ten temat dla "Dziennika Gazeta Prawna": "To kultura i muzyka, na której się wychowywaliśmy i która zawiera się w naszych działaniach. Nie jest to hip hop w czystej postaci, ale hiphopowy sposób myślenia. W muzyce hip hop, szczególnie tej starszej, w warstwie instrumentalnej jest mnóstwo elementów muzyki amerykańskiej i etnicznej. Przez jej uważne słuchanie poznałem wszystkie gatunki muzyczne i kiedy cokolwiek tworzę, zawsze patrzę na to przez pryzmat hip hopu". Z pewnością "Erozje" w warstwie rytmicznej te inspiracje zdradzają, ale według mnie w tej muzyce jest jednak znacznie więcej nowoczesnego myślenia o jazzie.
Te krótkie, ale bardzo treściwe i oryginalnie brzmiące formy, przypominają mi świetna płytę sprzed ośmiu lat. Mam na myśli "Organic Lo-Fi" Sobury. Tam też za podstawę motoryczną posłużyły perkusyjne groove’y. Na "Erozjach" te organiczne bity wyznaczają kierunek, w którym podąża cały zespół. Utwory przechodzą płynnie jeden w drugi i brzmią, jakby z sesji zespołu jazzowego fragmenty powycinał i złożył w całość Madlib czy Flying Lotus.
W zeszłym roku dużym zainteresowaniem cieszyła się płyta "Termomix" autorstwa trójmiejskiej grupy Algorhythm. Nie wiem, czy "Erozje" będą dziełem na miarę tego znakomitego albumu. Najpierw musi opaść kurz, żebyśmy spokojnie spojrzeli na to z odpowiednim dystansem. Z pewnością jednak mamy do czynienia z muzyką nietuzinkową, a zarazem taką, która powinna przypaść do gustu szerszemu gronu słuchaczy.
Marek Pędziwiatr - piano, fender rhodes, minimoog, korg, roland
Olaf Węgier - tenor saxophone
Tenderlonious - flute, soprano saxophone
Jakub Kurek - trumpet
Vojto Monteur - electric guitar
Paweł Stachowiak - bass guitar
Marcin Rak - drums
Spisek Jednego - percussion
Slavic Spirits
AR009CD
By Krzysztof Komorek
EABS-i nie zostawiają nikogo obojętnym. Trzeba im to oddać. Od pierwszej płyty stali się przyczynkiem zażartych dyskusji w jazzowym światku. Dyskusji spolaryzowanych niczym te o polityce (acz będących na o niebo wyższym poziomie). Muszę przyznać, że debiutanckie "Repetitions" budziło we mnie mieszane uczucia. Świetnie sprawdzało się koncertowo, szczególnie w klubowych warunkach. W domowych przesłuchaniach – głównie za sprawą wokalu – budziło niekiedy odczucia negatywne. Wiedziałem, że na najnowszym albumie wokal zniknął, więc po "Slavic Spirits" sięgnąłem bez większego przymusu i z dużymi nadziejami.
Pierwsze przesłuchania nastroiły mnie bardzo pozytywnie. Płyta jest wprawdzie dość krótka i pozostawia odbiorcę z lekkim uczuciem niedosytu, jednak z drugiej strony zaletą owej zwartości jest przydanie albumowi walorów spójnej, ciekawej i nie przegadanej opowieści. Ów winylowy format nie powinien przy tym stanowić zaskoczenia, bowiem EABS wspierają renesans czarnego krążka. Muzycy postawili tym razem na autorski repertuar: kompozycje kolektywne oraz utwory napisane przez Marka Pędziwiatra, Vojto Monteura i Pawła Stachowiaka. Jak przyznaje zespół, niektóre z utworów wyewoluowały z improwizacji grywanych na koncertach z komedowskim repertuarem.
Siódemka płynnie przechodzących jedno w drugie nagrań, składa się na trwającą niespełna trzy kwadranse suitę. Z każdym utworem poznajemy kolejne etapy swoistego rytuału, bowiem "Slavic Spirits" ma być odbiciem inspiracji obyczajowością i wierzeniami Słowian. Cała ta podróż jest, jak już wspomniałem, bardzo jednolita, zarówno stylistycznie, jak i w warstwie nastroju. Jest tajemniczo, czasem lekko zatrważająco, niekiedy melancholijnie. Nie ma jednak mowy o drastycznych przeskokach emocjonalnych i to robi właśnie największe wrażenie na tej płycie. Nie brakuje przy tym melodyjnej atrakcyjności. Wiele osób – trzeba przyznać zasłużenie – zachwycił "Leszy", który zapowiadał opublikowanie całości. Dla mnie numerem jeden jest niesamowita "Ślęża", poprzedzona mrocznym wstępem "Ślęża (Mgła)".
Rozszerzona wersja wydawnictwa obok samego albumu zawiera również książkę (niemal 300 stron polskiego i angielskiego tekstu trudno nazwać inaczej) obszernie wyjaśniającą genezę powstania muzycznego dzieła. W niej możemy znaleźć odwołania znacznie szersze, niż wynikające z prostego przesłania wyrażonego tytułem albumu. Poszukiwania słowiańskiej duchowości w tekście Sebastiana Jóźwiaka zataczają szerokie kręgi, zahaczając o Chopina, Norwida, Niemena i klasykę polskiego jazzu. Chylę czoła przed zamysłem i mozołem przygotowania tak obszernego tekstu i zdecydowanie zalecam lekturę. Oczywiście najlepiej przy dźwiękach "Slavic Spirits".