Muzycy:
Magda Kuraś – wokal
Maciej Świniarski – wokal
Tomasz Chyła – skrzypce, wokal
Ziemowit Klimek – kontrabas, wokal
Jakub Krzanowski – perkusja, wokal
Tytuł płyty: „Motanka”
Wydawca: Alpaka Records, premiera 29 sierpnia 2026
Nagranie: 14 kwietnia 2026, Michał Jan Ciesielski
Miks i mastering: Piotr Taraszkiewicz
Autor tekstu: Mariusz Olczyk [MO]
„Zataczam krąg, jak krąg zatacza wciąż życie
i rzucam czar, który minie o świcie”.
Tym bardziej że nie pierwszy raz trudno tę muzykę wsadzić do jednej szuflady. Przy „Plonach” jazz był jeszcze dość łatwy do wskazania, przy „Tryptyku Biłgorajskim” folk wyraźnie wysunął się na pierwszy plan. Dla zainteresowanych zostawiam na dole linki do obu wcześniejszych recenzji Polish Jazz Blog.
„Motanka” idzie krok dalej. Tu folk i jazz mieszają się już tak mocno, że granica między nimi właściwie przestaje mieć znaczenie.
Na „Motance” nie znajdziemy wielu rzeczy, których można odruchowo szukać na płycie jazzowej. Po kilkunastu sekundach otwierającego album „Wesela” wiadomo, że znacznie bliżej będziemy obrzędu, pieśni i wspólnego śpiewania niż jazzowego klubu.
Tylko że z folkiem też nie jest tak prosto.
Za mało tu folku w folku, jeśli oczekujemy melodii wyjętych wprost z któregoś tomu Kolberga, rekonstrukcji dawnych praktyk albo współczesnych aranżacji tradycyjnych pieśni. Za mało jazzu w jazzie, jeśli szukamy swingu, rozbudowanej harmonii i kolejki chętnych do solówek.
A jednak jedno i drugie przez cały czas jest obok siebie.
Skrawki
Mam na półce kilka motanek przywiezionych ze Lwowa. Zrobione z resztek materiału, piękne i dopracowane. I chyba dlatego tak dobrze pasują mi do tej płyty.
Tytułowa motanka nie jest tu tylko słowiańskim rekwizytem. Staje się obrazem więzi, które kiedyś coś znaczyły, ale trzeba je w końcu rozciąć. Oficjalny opis płyty mówi wprost o zostawianiu za sobą wspólnoty, która przestała działać, i o rozcinaniu wspólnych losów.
Muzyka robi coś podobnego. Bierze kawałki różnych języków muzycznych, ale nie próbuje ich wygładzić. Trochę pieśni, trochę rytuału, trochę improwizacji, trochę jazzu, trochę folku, trochę transu. Tyle że żaden z tych elementów nie występuje tu w czystej postaci.
I właśnie dlatego gatunkowe etykiety coraz mniej tu pomagają.
Brud
Kuraś już wcześniej mówiła, że w jazzowych opracowaniach muzyki ludowej brakowało jej „brudu, krzyku, autentyczności”. Interesowała ją muzyka ludowa, która nie przestrzega zbyt wielu zasad. I właśnie tutaj zaczyna się robić ciekawie.
„Motanka” dobrze pokazuje, co z tego myślenia wynikło.
To nie jest kolejna płyta, na której bierze się ludową melodię, dodaje kontrabas, trochę bardziej skomplikowany akord i mamy folk na jazzowo. Ludowość siedzi tu głębiej: w sposobie śpiewania, powtórzeniach, transie, rytuale i wspólnym głosie.
Zespół nie próbuje odtwarzać tradycji. Bierze z niej raczej to, co nadal działa: pieśń, obrzęd, pamięć zapisaną w głosie, rytm i wspólnotowość.
Do tego teksty są współczesne. Kuraś właściwie tworzy własny folklor – pieśni, które brzmią tak, jakby mogły mieć znacznie więcej lat niż ich autorka.
I najciekawsze jest właśnie to, że „Motanka” brzmi tradycyjnie, choć prawie niczego z tradycji nie kopiuje.
Gdzie jazz?
Jeśli Kuraś nie słyszy tutaj jazzu, można jej nawet przyznać częściowo rację. Jazz rzadko znajduje się na pierwszym planie. Ale jest. Poszukajmy.
Posłuchajmy Tomasza Chyły. W „Dolach” jego skrzypce zaczynają od krótkiej, niemal ludowej frazy. Potem coraz mocniej odrywają się od niej, odpowiadają wokalowi, przyspieszają, prowokują go do kolejnych zmian. W pewnym momencie ważniejsze od samego tematu staje się to, co muzycy robią ze sobą nawzajem. Reagują na siebie, przekształcają materiał i nie traktują formy jak czegoś zamkniętego. I tu właśnie słyszę jazz. Nie tyle jako gatunek, ile jako sposób budowania muzyki. To jazzowość wynikająca nie z materiału, lecz z relacji między muzykami.
Głosy
Najbardziej charakterystycznym instrumentem „Motanki” pozostaje jednak głos. Dokładniej głosy. Nie tylko Magdy Kuraś. Jest również Maciej Świniarski, śpiewają Chyła, Klimek i Krzanowski. Oficjalnie mamy więc kwintet instrumentalno-wokalny.
W „Dziewannie” głosy zaczynają się mnożyć tak długo, aż całość wpada w psychodeliczny trans. Powtarzana fraza najpierw działa jak zaklęcie, potem kolejne warstwy zaczynają się lekko rozjeżdżać, nakładać na siebie i tracić czytelność. Z czasem nie śledzimy już tekstu, tylko wpadamy w gęstą, wręcz obsesyjną masę głosów.
To jeszcze nie czyni „Dziewanny” jazzem. Ale sposób, w jaki prosty materiał zostaje poddany zmianie, zagęszczony i zaczyna żyć między muzykami, jest bardzo bliski jazzowemu myśleniu.
Trans
Powtórzeń jest na tej płycie dużo. I dobrze. „Motanka” nie spieszy się z puentą, tylko potrafi wejść w jedną frazę i zostać w niej tak długo, aż zaczyna znaczyć coś innego.
W „Dziewannie” słychać ten niemal halucynacyjny klimat. W „Solą” repetycja faluje jak nurt, który z czasem przestaje być tłem i zaczyna wciągać całą muzykę.
Jeśli ktoś nie lubi transu, pewnie uzna, że niektóre fragmenty trwają za długo. Ja mam odwrotnie. Właśnie wtedy ta muzyka działa najmocniej.
Piątka
Klimek i Krzanowski potrafią przez długi czas pozostawać w tle, utrzymywać puls i cierpliwie zwiększać napięcie utworu. Chyła raz gra frazę niemal ludową, za chwilę zaczyna przy niej majstrować. Świniarski potrafi być drugim głosem, narratorem, akompaniatorem albo częścią chóru. A Kuraś nie stoi przed zespołem wyłącznie jako wokalistka. Jej głos jest jednym z elementów wspólnej gry, czasem prowadzi, czasem odpowiada, czasem rozpada się na krzyk, rytm albo czyste brzmienie.
Tu najważniejsze nie są pojedyncze partie, tylko to, co dzieje się między muzykami. I chyba właśnie tutaj ta mało jazzowa płyta robi się najbardziej jazzowa.
Nie klękam
„Nie zlituję się, nie klękam” – śpiewa zespół we „Wrotyczu”. I trudno znaleźć na płycie fragment bardziej bezpośredni.
Skrzypce Chyły są ostre, perkusja Krzanowskiego uruchamia taneczny puls, głosy odpowiadają sobie zbiorowo. Folk jest tutaj bardzo blisko, ale znów nie jako rekonstrukcja konkretnej tradycji. To raczej energia.
Najlepszy pomysł przychodzi jednak na końcu. Instrumenty nagle milkną, cały tekst zostaje powtórzony a cappella i okazuje się, że „nie klękam” nie potrzebuje już skrzypiec, perkusji ani instrumentalnego wsparcia. I to jest dopiero jazz.
Pomiędzy
Być może więc Kuraś ma rację i jazzu na „Motance” jest niewiele.
Jeśli jazzem ma być swing, charakterystyczna harmonia i obowiązkowe improwizowane solo, rzeczywiście możemy długo szukać. Ale może szukamy nie tam, gdzie trzeba. Jeżeli jazzem jest także otwartość formy, reagowanie na partnerów, przekształcanie materiału i zgoda na to, że utwór może zmienić kierunek, wtedy robi się go całkiem sporo.
Z folkiem jest podobnie. Nie ma tu wiele rekonstrukcji, za to jest wspólny głos, powtórzenie, rytuał, trans i teksty zachowujące się jak współczesne pieśni ludowe.
Za mało jazzu w jazzie. Za mało folku w folku. A może właśnie tyle, ile trzeba?
Na początek polecam „Dziewannę”. „Wesele” ma dwadzieścia sekund, więc spokojnie zdążycie na nie później.
Ostrzegam: ten krąg wciąga.
Mariusz Olczyk [MO]
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz