Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2018. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2018. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 sierpnia 2023

Piotr Schmidt Quartet feat. Wojciech Niedziela — "Tribute To Tomasz Stańko" (2018)

Piotr Schmidt Quartet feat. Wojciech Niedziela 

Piotr Schmidt – trąbka
Wojciech Niedziela – fortepian
Maciej Garbowski – kontrabas
Krzysztof Gradziuk – perkusja

"Tribute To Tomasz Stańko" (2018)

Wytwórnia: SJRecords

Autor tekstu: Marcin Kaleta

Piotra Schmidta kojarzyłem z okresu Electric. W porządku, materiał dobry, niemniej urzeczenia nie było. Zatem zdystansowałem się wobec kolejnych jego projektów. Przynajmniej do momentu odsłuchania „Tribute to Tomasz Stańko” (2018).

Kwartet, który zarejestrował materiał, współtworzą: lider na trąbce, Wojciech Niedziela na fortepianie oraz sekcja rytmiczna RGG, czyli Maciej Garbowski na kontrabasie i Krzysztof Gradziuk na perkusji. Nagrania poczynili w szczególnym okresie: w czerwcu i październiku 2018 roku. Komu je zadedykowali, wskazuje oczywiście tytuł. Przypomnijmy: adresat zmarł w międzyczasie, dokładnie 29 lipca. „Bardzo przeżyłem jego śmierć” – wyzna Schmidt.

Na płycie znajdziemy dwanaście kompozycji, w większości zespołowych, a także jedną Krzysztofa Komedy („Rosemary's Baby”). To nie są ballady, tylko epitafia. Hołd, wyraz wdzięczności, podziękowanie, pożegnanie, ale i gwarancja pozostawania w kontakcie, na wieczność. Uczestniczymy w cudzie, który umożliwia wyłącznie sztuka: dzięki kolejnej orfickiej opowieści obcujemy z kimś, kto był umarły, a znów ożył.

W najintensywniejszych, najbardziej dramatycznych momentach muzyka emanuje rzewnością, tęsknotą, melancholią, nawet i zrozpaczeniem. Wybrzmiewa z niej wówczas jakieś niby-pytanie: takie zapytanie bez pytania, jakby zawieszone. Pytanie przedostateczne. Niedopytanie. Wniebogłos.

Natomiast w tych spokojniejszych trąbka snuje się między fortepianem, kontrabasem a perkusją, od niechcenia muskając klawisze, potrącając struny, zahaczając o bębny czy talerze. Wykonawcy wydają się nieobecni: jakby wszystko tutaj odbywało się samoistnie lub pod wpływem nieśmiertelnego tchnienia Mistrza. Nie mamy jednak do czynienia z ubezwłasnowolnieniem bądź obezwładnieniem inwencji, lecz z inspiracją. Zachodzi spotęgowanie kreatywności za sprawą owego ducha opiekuńczego, który czuwa, by artyści, oprócz własnego, uwzględnili doświadczenie przodków. Twórczo potraktowali tradycję.

Nie bez powodu Piotr Iwicki informuje: „Lider o jazzowej trąbce wie wszystko (a może i więcej), staje się więc naturalnym kontynuatorem dobrej polskiej szkoły jazzowej tego instrumentu”. Z kolei Dionizy Piątkowski utrzymuje: „Jest w tej muzyce jakiś niewiarygodny powiew jazzu, blask muzyki Stańki, ale nie jest to li tylko owe »tribute«, lecz wyrafinowana estetyka piękna nowoczesnego jazzu”. Stąd i ogromny spokój, niesamowita pewność i moc w każdym dźwięku, również pojedynczym, najskromniejszym. Nierzadko one właśnie dominują.

Przyznam rację fizykowi, prof. Maciejowi Lewensteinowi, także wielkiemu pasjonatowi rodzimego jazzu (jest m.in. autorem kompendium „Polish Jazz Recordings and Beyond”), który stwierdził: „ta płyta […] jest [...] arcydziełem”. I w moim przekonaniu należy do tych pozycji, które powinno się mieć we własnej płytotece obowiązkowo.

Teraz przypominam ją zaś w związku z 5. rocznicą śmierci Tomasza Stańki. Być może nadarzy się okazja, by i jego twórczość tu omówić.


wtorek, 4 lipca 2023

The Coherence Quartet — Sagaye (2018)

The Coherence Quartet —

Robert Jarmużek — fortepian
Łukasz Klu­czniak — saksofon altowy
Marcin Lamch — kontrabas
Grzegorz Masłowski — perkusja

 "Sagaye" (2018)

Wydawca: Challenge Records

Autor tekstu: Marcin Kaleta


Kilkanaście odsłuchań nie wystarczyło. Zdecydowałem się na następne, a potem kolejne. Wszystko po to, by zgłębić tajemnicę tej muzyki. Że była piękna, wątpliwości nie miałem, niemniej stale wydawała się jakaś odległa, niedosiężna. Zbyt doskonała, bym potrafił ją w pełni zrozumieć, odczuć i docenić. Owo przeświadczenie we mnie pozostało. Niedosyt.

Tylko najwybitniejsze dzieła stanowią takie wyzwanie. Obcujemy z nimi wielokrotnie, niby się rozeznaliśmy, tymczasem przy każdym kolejnym kontakcie odnosimy wrażenie, że coś ważnego nam jednak umknęło. Zatem jak najbardziej — "Sagaye" (2018) The Coherence Quartet jest pozycją wybitną, jedną z najwartościowszych, jakie zdarzyło mi się poznać w tzw. tradycyjnym jazzie. Zespół tworzą pianista Robert Jarmużek, saksofonista altowy Łukasz Klu­czniak, kontrabasista Marcin Lamch oraz perkusista Grzegorz Masłowski. Sześć własnych utworów zarejestrowali w Sagajach i odniesienie do owej miejscowości uwidacznia się tak w tytule, jak na okładce.

Adam Domagała w "Jazz Forum" pisał: "Płytę otwiera [...] jeden z najpiękniejszych tematów w dziejach polskiego jazzu. Nie przesadzam. Trudno się od tej melodii uwolnić. Nostalgiczny temat grany na saksofonie rozwija się bardzo powoli, w nieco sztywnym (jak na jazz) rytmie, podkreślanym przez miarowe uderzenia w głęboko brzmiący werbel. Pierwszą improwizację gra kontrabas, potem popis mądrej, powściągliwej wirtuozerii daje pianista; kiedy przychodzi czas na improwizację saksofonisty, tempo stopniowo przyśpiesza, a piosenka staje się coraz bardziej rozkołysana – ale też, dzięki perkusiście, gęsto i czule grającemu na talerzach, zyskuje niemal bajkową oprawę. Małe arcydzieło!".

Mnie pozostaje podsumować wywód. Po pierwsze, nie znajdziemy tu sugestywnych melodii ani tym bardziej spektakularnych rytmów. Cóż więc pozostaje i tak uwodzi? Koherencja. Słyszałem wiele zgranych formacji. Rzadko jednak ich atutem było tak absolutne współistnienie i zjednoczenie. Za przykład podam ulubione tytuły, gdzie zjawisko to występuje: "Kind of Blue" Milesa Davisa, "The Desmond Project" The John Basile Quartet, "I Don't Know This World Without Don Cherry" New York Jazz Collective, "Stargazer" Dave'a Douglasa, itd. Wszystkie wymienione i im podobne, jak i omawiany album The Coherence Quartet, wyróżnia właśnie niewiarygodna wewnętrzna spójność, przesądzająca o jakości materiału.

Po drugie, poczęte w kameralnych warunkach kompozycje cechuje nadzwyczajna intymność. Natomiast wysoka jakość nagrania powoduje, że każde współbrzmienie instrumentów, każde dopełnienie czy rozwinięcie wątku przez poszczególnych muzyków odbieramy w dwójnasób. W tę muzykę należy się wsłuchać, należy się nią zasłuchać, dopiero wówczas można ją w pełni zrozumieć, odczuć i docenić. Tak zacząłem tę prezentację. To nie jest płyta do niedbałego odtwarzania! I naprawdę przesłuchałem ją kilkadziesiąt razy i słuchać zamierzam nadal. [Po dwóch latach wraca do odtwarzacza i... wciąż czaruje.]

Po trzecie, częstokroć bywa, że na albumach znajdujemy jeden utwór wybitny, pozostałe zaś są jedynie jego cieniem. Co to oznacza w tym przypadku, skoro inicjująca materiał "Aga" jest tak znakomita, jak przekonuje Domagała? Otóż tylko i wyłącznie to, iż pięć kolejnych kompozycji jest równie znakomitych. Zwłaszcza "Chant 7", za którą odpowiadają saksofonista i kontrabasista i te właśnie instrumenty wiodą prym. Przypominam wszakże: to dzieło kwartetu, co słychać w każdym momencie.

Po czwarte, owszem, tempo jest nieśpieszne. Wszystko odbywa się spokojnie, w zrównoważony sposób, w ramach "melancholijnej estetyki modern-jazzu", jak to określił Dionizy Piątkowski. Nie oznacza to jednak, że brakuje tu intensywności. Przecież to, co się dzieje w "Jerzmanowej", nie bez powodu zostaje skwitowane gromkim okrzykiem wykonawców: "Yeah!". Oni wiedzą i czują, co udało się im osiągnąć — ideał koherencji. Zapamiętanie. Absolut. A jednocześnie tak pięknie, tak pięknie grają! Niesamowite!

Sprawa ostatnia. "Sagaye" wydała prestiżowa wytwórnia Challenge Records. Po przeoczonym debiucie zespołu pt. "Coherence" (2013, Multikulti Projekt) ta decyzja była uzasadniona, zważywszy na reprezentowany przez grupę poziom. Niemniej chyba nijak nie przełożyła się na popularność. Nie dość, że Discogs, jak ma w zwyczaju, klasyfikuje tę pozycję jako "holenderski jazz", to jeszcze nikt tego tam w ogóle nie (d)ocenił; poza mną, oczywiście. Tymczasem to właśnie powinna być muzyka dla każdego. Jeśli bowiem nie ona, to jaka?

Jaka?


poniedziałek, 8 maja 2023

Leszek Żądło - Miss B. (2018)

Leszek Żądło

Leszek Żądło – saksofony: sopranowy i tenorowy
Andrzej Cudzich – kontrabas
Janusz Stefański – perkusja

Miss B. (2018)

Wydawca: For Tune

Autor tekstu: Marcin Kaleta

"Ona po prostu kochała jazz."

***
Współczesny Orfeusz nie odbywa desperackich eskapad po zaświatach. Wie, że każda kończy się ostatecznym przejrzeniem. Objawia się natenczas grobowa głusza i bezlitosna nieobecność. Po tamtej stronie zatem nie znalazłby nikogo, „niczyich oczu ani ust” (Bolesław Leśmian). Zastałby wyłącznie ciemność, zaduch, zgniliznę, próchno i kurz, wilgoć i pleśń, z czego nie powstanie nikt, kto istniał wcześniej. I nawet już nie ubolewa „nad utratą ludzkich nadziei” (Czesław Miłosz).

Nie oznacza to jednak, iż wyzbył się miłości. Niezależnie, czy trwała zaledwie dni kilka, jak w filmie „Do zobaczenie, do jutra” (1960, reż. Janusz Morgenstern; z muzyką Krzysztofa Komedy), czy długie lata, jednakowo była, jest i pozostanie „największa” (św. Paweł). Opowiada o tym słowem, obrazem, śpiewem i/lub grą na instrumencie. Zawsze „sztuką – potrafił zdziałać cuda” (Karl Kerényi). Skoro śmierć uwieńczyła „dzieło spojrzenia”, czyni inne: „serca” (Rainer Maria Rilke), śmierci niepodległe. Czyli takie, które pozostaje wśród nas, a wraz z nim jego zakochani bohaterowie.

***

Wbrew pozorom, ikona polskiego kina, Barbara Kwiatkowska-Lass (1940-1995), nie miała życia usłanego różami. Pierwsze jej małżeństwo, z Romanem Polańskim, rozpadło się. Podobnie drugie, z Karlheinzem Böhmem. Dopiero związek z Leszkiem Żądło (ur. 1945) ją uszczęśliwił. Zamieszkali wspólnie w ówczesnej RFN (Niemcy Zachodnie). Wspomina Adam Baruch, krytyk muzyczny, który podobnie jak krakowski saksofonista w latach 60. opuścił ojczyznę z powodów politycznych:

„W latach 80. i pierwszej połowie 90. z moją rodziną (z żoną i córką) spędziliśmy wiele dni w tym niezwykłym domu pod Monachium, gdzie Leszek i Basia, wraz z gromadką pięknych psów, gościli nas zawsze z przyjaźnią, miłością, świetnym jedzeniem i znakomitym towarzystwem. Dzieliliśmy się naszą empatią, wrażliwością, zamiłowaniem do muzyki, filmów i oczywiście psów, spędzając czas na długich rozmowach, biesiadując przy winie do późna w nocy”.

Jednak mityczne czasy przepadły. Barbara osamotniła Leszka niczym Eurydyka swojego Orfeusza — z nagła. Opuściła na moment jego koncert, by wraz z koleżanką uczestniczyć w konkurencyjnym i tam doznała wylewu. Spoczywa w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, a jej nagrobek ozdabia pomnik Mariana Koniecznego.

Nazajutrz po pochówku, 6 kwietnia 1995 Leszek Żądło, za namową przyjaciół, wstąpił do nowohuckiego Studio Stebo, by wyznać jej to, co powtarza nadal: „Gdyby[ś] żyła, bylibyśmy na pewno w dalszym ciągu razem, dla mnie to był taki wieczny związek”. Towarzyszyli mu: Janusz Stefański (1946-2016) – wirtuoz perkusji, który współtworzył najwybitniejsze albumy w historii polskiego jazzu, oraz nowotarżanin Andrzej Cudzich (1960-2003) – uznawany za jednego z najwybitniejszych polskich kontrabasistów. „Incydentalne trio, ale legenda jazzu, nie tylko polskiego!”, jak stwierdza kierownictwo wytwórni For Tune, które pozyskało materiał i wydało w 2018 roku jako "miss b.", z podtytułem: "in memoriam Barbara Kwiatkowska-Lass". Dopiero i nareszcie! W innym kraju mogłoby to być wydarzenie na miarę ostatnich nagrań Coltrane'a. U nas wychynęło z zapomnienia, po czym (takie odnoszę wrażenie) znowu w zapomnienie popadło. A nie powinno.

Sześć kompozycji, cztery pierwsze Żądło, potem dwa standardy. Zaczyna się od „Song of a Nice Death” i słusznie prawi recenzent: „takiego poziomu autentycznych emocji nie znajdziecie Państwo w żadnym innym wykonaniu utworu o charakterze epitafium”. Potem tytułowa „Miss B.” – powstała jeszcze w 1977. Tak jak Komeda dedykował żonie wiekopomny „Crazy Girl”, tak również tutaj znajdziemy wyraz uwielbienia dla ukochanej partnerki. W kolejnych utworach mamy świadectwo mistrzowskiej improwizacji. Słychać, iż w grze lidera „najwięcej jest Sidneya Becheta i Coltrane’a”. Natomiast sekcja rytmiczna współtworzy to wybitne dzieło na równi z nim. Dla Niej. Dla Niego. Dla nich wszystkich, wespół. A teraz – także i dla nas.

Albowiem: „Uszła cało pieśń Orfeusza poufna, ezoteryczna, trwalsza niż róże śmiertelne” (Andrzej Pleśniewicz).

***

Natomiast większość bohaterów tej opowieści niestety już nie żyje.

 

sobota, 7 maja 2022

Odpoczno - Odpoczno (2018)

Odpoczno

Joanna Gancarczyk – voc., cello
Marcin Lorenc – violin
Marek Kądziela – guitar
Piotr Gwadera – drums (simple set)

Gościnnie: Paweł Cieślak - synth, voc ("Rapowy")

Odpoczno (2018)

AUDIO CAVE 2018

Tekst: Piotr B.

Uwertura:
Przenoszę Cię na moment Drogi Słuchaczu w głębokie i szare lata 80te, w których rytm dnia dzieciaka w wieku szkolnym wyznaczały dźwięki z Polskiego Radia. Dźwięki niezmienne, znane na pamięć. Gdy zbliżało się południe, wiedziałeś, że po wybrzmieniu jakiejś klasyki nieubłaganie nadciąga Komunikat IMGW O Dzisiejszym Stanie Wód Ważniejszych Rzek W Polsce. Że za chwile ktoś w niezmiennej, nieubłaganej kolejności beznamiętnym głosem wyrecytuje " ... w dolnej strefie stanów średnich i wynosił... na Sanie w Przemyślu ... na Bugu we Włodawie ... w ciągu ostatniej doby ubyło ... w Malczycach ...". Taka wdrukowana w mózg, hipnotyzująca mantra, przy której czytając, leżąc czy nawet bawiąc się w sąsiednim pokoju od razu byś wychwycił jakiekolwiek potknięcie, odstępstwo od ustalonego porządku nazw... Jak w transie. Potem? No jasne - "ostatni krótki sygnał oznacza godzinę dwunastą". A po chwili hejnał z Krakowa, cztery razy mniej lub bardziej udanie powtórzona solówka pana trębacza, przedzielona jakże pamiętnym odgłosem kroków. Jak w transie. A po hejnale? Oczywiście! Audycja "Z Malowanej Skrzyni", a w niej kujawiaki, mazury, trombity, obertasy, podkogutki! Szewcowiaki, Gościeszanki, Królowianie, Tośtoki, Obiboki... Nieprzebrany tożsamościowy skarbiec brzmień i emocji. Nasze dziarskie etno. Nasz malwą i bocianem malowany trans.

Allegro:
Jak dotarłem do Odpoczna? Posłuchajcie. Jak już pisałem onegdaj budowlańcy to społeczność wbrew pozorom niesłychanie audiofilsko wrażliwa, choć i zapalczywa zarazem. A w kwestii folkloru i jazzu to już w ogóle. Było tak. Kwiecień 2020, nocą jeszcze zamróz, ale w dzień skowronki na polach, słowiki po lasach koncertują, a słońce na naszej budowie już kałuże w błoto zamienia. W powietrzu i w gumiakach czuć było wiosnę. Tamtego dnia wysiadam ja z wywrotki i widzę, że wysoko na rusztowaniu dwóch pomocników głównego zbrojarza okłada się zawzięcie. Chłopy wielkie, pleczyste, pięści walą jak cepy, ino kurz z drelichów i tynk z worków się unosi. Do tego pomiędzy stękaniem bluzgi się konkretne ozywają, nie do zacytowania. Wbiegamy na górę, rozdzielamy te buldogi, te pyski okrwawione, zaślinione a zawzięte, a jeszcze ryczące ku sobie... jeden cały jeszcze w pianie, drugi bez górnej jedynki... Nic ino związać. Jako tako uspokojonych pytamy, o co poszło? Otóż "dyskutanci" mieli kompletnie różne zapatrywania co do obecności dwu- i trzygłosowego kontrapunktu oraz faktur opartych na pionach akordowych w "Siódmawce" Zbigniewa Namysłowskiego. Powiadam - idziemy do majstra, on rozstrzygnie! Majster powitał nas jak zwykle spojrzeniem wściekłego byka, jak zwykle kazał... no powiedzmy "oddalić się w pośpiechu", ale na końcu jeszcze ryknął za nami: "Nie przyłaźta mnie tu ze starociami! Lepi se Odpoczna posłuchajta!". Dwa dni później za pól litra pożyczyłem od Majstra płytę. I już nie oddałem. Bo oniemiałem. A lube wspomnienie "Z Malowanej Skrzyni" z nagła mię naszedłszy, rumień na jagodach i ciepło w sercu sprawiło.

Scherzo:
Zajrzało do malowanej skrzyni czworo muzykantów, a każdy z innej parafii, każdy już z dorobkiem niemałym. Upatrzyli sobie swoje rodzinne stony, tę krainę środkowopolską i poczęli ów skarbiec opoczyński zgłębiać, a przez pryzmat swojego ludowego, rockowego i jazzowego doświadczenia oglądać i interpretować. Oczywiście, że nie oni pierwsi. Przypomnijmy wielu pasjonatów do dzisiaj uparcie poszukujących i nagrywających rozmaitych muzycznych Nikiforów ukrytych gdzieś po kołach gospodyń wiejskich, domach kultury i świetlicach parafialnych. Od trzydziestu lat mamy prawdziwy renesans i zatrzęsienie etno muzyki, od tradycyjnego pasiastego folkloru do kombinacji zupełnie abstrakcyjnych. Również w obszarze jazzowym tradycja ludowa ma swoją długą historię, począwszy od pamiętnych Namysłowskich "Piątawek" i "Siódmawek"; a i obecnie konkurencja jest znamienita, choćby wspomnieć o projektach Piotra Damasiewicza czy Irka Wojtczaka. Nic to. Odpoczno udowadnia, że nadal warto do malowanej skrzyni zaglądać , warto ten nasz ludowy korzeń obrabiać, wykorzystywać jego olbrzymi potencjał, bo na prawdę można w oparciu o to stworzyć coś frapującego, nośnego, ciekawego.

Płyta urzeka lekkością, bezpretensjonalnością, a zarazem wirtuozerią, poczuciem humoru oraz - uwaga! - sprytem wykonawczym. Album zaskakuje już od pierwszych chwil swoim własnym JĘZYKIEM ARTYSTYCZNYM. Każdy fan jazzu doskonale wie, że The Ramones zaczynali swoje wiekopomne opusy od wyskandowanego "One! Two! Three! Four!". Z kolei jazzmani z Kraftwerk jedną ze swoich epokowych płyt rozpoczęli beznamiętnym, robotycznym "Ein, Zwei, Drei, Vier". A Odpocznianie? Album zaczyna się od "Raz dwa trzy, dwa dwa trzy" i dalej Drogi Słuchaczu radź sobie sam. A w zasadzie daj się po prostu ponieść temu niezwykłemu opoczyńskiemu groove, temu unikalnemu timingowi, temu niewiarygodnemu amalgamatowi, który powstał z zespolenia jazzowego triolowania z ludowym kwartolowaniem.

"Odpoczno" to fantastyczne smyczkowe melodie. Tak jak Brian Jones był strażnikiem rytm'n'bluesowego ogniska u RollingStonesów, tak Pan Lorenc i Pani Gancarczyk zdają się być filarem tradycyjnej strony zespołu. Myślę że nieprzypadkowo. Oboje wszak od lat w ludowym tworzywie dłubią, a nawet w jednym Kożuchu chodząc na przykład. Słucham tych PanaLorencowych czasem skocznych zaśpiewów, czasem lamentacji... i od razu widzę tych wszystkich magów skrzypkowego ludowego undergroundu... Jana Morawskiego, Stanisława Ksytę, Stanisława Palucha, Piotra Strzałkowskiego... pewnie z Nieba z radością obserwują, jak się Pan Lorenc uwija.
"Odpoczno" to głos Pani Gancarczyk. Głos mocny, polesko - źródlany, łęczycko - łąkowy, chwilami bałkańsko - dźwięczny, ale znamienny tym, że ma w sobie delikatny, jak muśnięcie wiatru, ledwie słyszalny "czerstwy" tembr. Nadaje mu to zdecydowania, mocy i dojrzałości. I przede wszystkim niebywałej autentyczności. Wspaniały głos!

"Odpoczno" to nie jest produkt powierzchowny, jak kilkuminutowa wizyta w sklepie Cepelii. To jest owoc mozolnego zagłębienia się w materię dźwiękową, w idiom opoczyńskiego oberasa. Posłuchajmy partii gitarowych. To jest efekt dogłębnego studiowania przez Pana Kądziele gry miejscowych skrzypków (Stanisław Wolski) i harmonistów (Julian Jarząb) i zespolenia jej, a właściwie zaimplementowania do obszaru improwizacji jazzowej. W efekcie słuchamy fantastycznych dźwięków granych na instrumencie, który nigdy nie funkcjonował w muzyce tradycyjnej!

Mam tutaj jedną ciekawą obserwację. Dziwię się, że profesjonaliści nie zwrócili na to uwagi. W kilku miejscach te "ludowe" partie gitarowe i improwizacje bardzo zbliżają się do tego, co wyczyniał w solówkach Roger McGuinn w The Byrds w 1966/67r. Wystarczy porównać Odpocznieńskiego "Kowboja w Kalinie" albo "Od Ksyty" z Byrdsowymi "Eight Miles High" albo "I See You". Moim zdaniem to nie jest przypadek. Po pierwsze, jak wiadomo, muzycy The Byrds tworzyli pod ogromnym wpływem Johna Coltrane'a. Po drugie, co prawda wiemy, że ojciec Coltrane'a okazjonalnie grywał na skrzypcach, ale o wiele ważniejsza jest informacja biografów, iż stryj Alice Blair, matki Coltrane'a, był emigrantem z ziem polskich. Nazywał się Abram Bleigerman i - co udokumentowano - prowadził szynk w Petrykozach. A zatem, melodyka ziemi opoczyńskiej stanowi integralny składnik DNA stylistyki Wielkiego Saksofonisty jak i Ojców amerykańskiej psychedelii! Po prostu, Coltrane odziedziczył opoczynskie nuty po kądzieli! Pardon - po Kądzieli.

"Odpoczno" to prawdziwy rollercoaster w obszarze rytmiki. Pan Gwadera w jednym z wywiadów oznajmił, że gra "wiejski rap". Panie! Czy Pan sobie ze mnie żartuje?! Przecież nawet głuchy wysłyszy, że to co Pan grasz, to jest brylantowe, rozsłingowane heavy-country z zakamuflowanym wątkiem źródłowym! Panie! Mając do dyspozycji skromny dżaz zamiast rozbudowanej perkusji, a to koloryzujesz Pan pięknie i budujesz tkankę ("Oj Prawda"), a to transujesz Pan zapamiętale, by za chwilę wybuchnąć synkopującym crescendem ("Dekarski"), a to zapodajesz Pan rześkie łupucupy ("Jedziemy") wypisz wymaluj wesele w Kunicach albo Jarocin '84! Jaki rap Panie??

"Odpoczno" to kolorowy, wielowątkowy patchwork, utkany z wielu smakowitych szczegółów dźwiękowych. Znajdziesz tu Słuchaczu klimaty zwiewne i magiczne, jak z dawnych produkcji OBUH Records ("Piejo Koguci"), znajdziesz i wściekłą nawałnicę gitarowych riffów ("Jedziemy"), przerwaną na chwilkę tylko po to, żebyś przez ułamek sekundy usłyszał... a to już sobie sprawdź sam, co :). Transowy "Jade Ja Se" udowodni Ci z jednej strony, że źródła krautrockowej motoryki leżą gdzieś w centralnej Polsce, a z drugiej strony pokaże, jak niedaleko jest z Końskich nad rzekę Jenisiej do Tuvy.... Wprawne ucho usłyszy też efekty stosowane przez jamajskich mistrzów dubu oraz smaczki z hip-hopowego światka. Aurę dźwiękową wzbogaca nieco dyskretnej elektroniki, tricków edycyjnych i efektów, zwłaszcza piękne pogłosy. Na deser jeszcze perełka - "Jedna Noga w Odrzywole": molowe zwrotki przeplatane durowymi mostkami - jak w prastarych pieśniach wielkopostnych albo "Te Deum Laudamus". Następnie w części drugiej utworu już tylko dury i barokowo "schodząca" progresja... i wspomnienie zapachu w drewnianym kościółku w Sołku...

"Odpoczno" to także teksty. To jest zupełnie osobny rozdział. Teksty czasem obrazowe, przepełnione życiową mądrością ludowych porzekadeł ("Oj Prawda"). Czasem po wiejsku impresyjne, rozedrgane. Bywają też liryki wielowątkowe, nieco mistyczne, z elementami gwary, zawierające bogatą symbolikę, a nawet - wpływ Salvadora Dali? - posmak wyraźnie koprofagiczny... z resztą , posłuchajmy fragmentu:
" A BUJAŁA SIĘ CIOTKA NA DRZWIACH OD WYCHODKA
ALE PRZYGLĄDAŁ SIĘ WUJA JAK SIĘ CIOTKA BUJA"

W Odpocznieńskich lirykach znajdziemy też prawdziwe kalambury, wybitnie wieloznaczeniowe. Przeanalizujmy choćby taką strofę:
"ALE ŻEBYŚCIE WIEDZIELI JAK PRAGNĘ NIEDZIELI"
Można to interpretować doprawdy na wiele sposobów. Być może jest deklaracja niechęci do prac polowych i obrządkowych w gospodarstwie? Pochwała lenistwa i garownictwa? Ale wejdźmy głębiej. A może podmiot liryczny utonął w przesadnej pobożności, dewocyjnie oczekując cotygodniowego rytuału? Ale wejdźmy jeszcze głębiej. Światek muzyczny nie jest taki duży, wszyscy wszystkich znają... Może to jest po prostu ukryte wyznanie? Wyznanie tkliwego a porządliwego afektu ku Panu Jackowi N., autorowi poczytnego dzieła "Histora Jazzu - 100 Wykładów"?? Tobie Słuchaczu osąd pozostawiam.

Rondeau:
Album trwa niecałe 37 minut. Krótko? Mój Boże - a czy "Love Supreme" Coltrane'a trwa dłużej? Do diabła - czy "Reign In Blood" Slayera trwa dłużej?! No właśnie. Tu się liczy precyzja i potęga wyprowadzonego ciosu. A "Odpoczno" to jest mentalny cios w splot słoneczny. Nie nudzi ani przez sekundę. Wsysa. Uzależnia. Nie bierze jeńców.
Mamy wiosnę 2022r. Zespół nieco zmienił skład. Panią Joannę zastąpiła Pani Joasia, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Odpoczno nadal żegluje na potężnej fali kreatywności i już niedługo możemy oczekiwać kolejnego ujawnienia ich geniuszu. A póki co, w oczekiwaniu na nowy materiał, sięgnij Drogi Słuchaczu po ten album. Zajrzyj do malowanej skrzyni. Posłuchaj tych skrzypcowych i basowych śpiwli, tego przaśnego a kolorowego dżazowego łojenia, tych rozedrganych gitarowych pajęczyn, tego śpiewu jak babie lato... Poczuj ten letni brzask, gdy za stodołę za potrzebą bieżysz, a przed oczami łąka mgłą zaległa a pierwszym słońca promieniem ozłocona. Weź zboża w gajdę, co by się nie głębosić. Posłysz ten karczmiany gwar, saremne śpiewy dziewek u rzeki i końskie rżenia. Pomnij te czerwcowe noce, te wielkie księżyce, gdy pośród psów chargotania koguty latają na rozgwieżdżonym Chagallowym niebie, gdy wszystko się mieni i krąży coraz szybciej coraz szybciej wiruje i szybciej i dyla oj da dana u ha!
 

środa, 11 listopada 2020

Nikola Kołodziejczyk feat. Tomasz Dąbrowski/Samuel Blaser/AUKSO - Suite For Trumpet, Trombone And String Orchestra (2018)

Kołodziejczyk feat. Dąbrowski/Blaser/AUKSO

Nikola Kołodziejczyk - conductor
Tomasz Dąbrowski - trumpet
Samuel Blaser - trombone
AUKSO Chamber Orchestra

Suite For Trumpet, Trombone And String Orchestra



NOWA BRAMA PRO MUSICA 2018

By Alek Jastrzębski

W morzu gatunków i stylów muzycznych od czasu do czasu udaje się napotkać płytę, zwinnie wymykającą się wszelkim konwencjom i próbom generalnej systematyzacji. I nawet kiedy po kilku pierwszych utworach rodzi się w naszej głowie pomysł na przypisanie wydawnictwa do jakiegoś konkretnego gatunku, to kolejne kompozycje bez ostrzeżenia porywają nas na zupełnie inne wody. Nie są to jednak wody ani wrogie, ani niebezpieczne. Za to pełne są harmoniczych skarbów i miłych niespodzianek.

Do takich płyt należy "Suite For Trumpet, Trombone And String Orchestra" Nikoli Kołodziejczyka, będąca godną następczynią "Chord Nation" i "Baroku Progresywnego". I tak jak dwie poprzednie płyty kompozytora, tak i opisywane wydawnictwo stanowi zupełnie odrębny muzyczny ekosystem. Nie ma tu miejsca na powtórki czy trzymanie się sprawdzonych, schematycznych rozwiązań. Kołodziejczyk jest niestrudzonym poszukiwaczem nowych muzycznych smaków. Łączy je odważnie, czasem wręcz brawurowo, zawsze jednak z wdziękiem i finezją. Daje tym samym muzyce wolność, ukazując jej nieskończony potencjał i możliwości, nierzadko pozostawiane za kurtyną gatunków i stylów.

Największe wrażenie wywarło na mnie jednak to, w jaki sposób kompozytor i pianista przekłada dynamikę i moc kwintetu jazzowego na orkiestrę smyczkową i dwóch solistów. Sprawia to, że w żadnym momencie nie możemy być pewni tego, co za chwilę usłyszymy. Ta niepewność jednak ani przez chwilę nie irytuje, a wręcz pociąga. Bez wątpienia ogromna w tym zasługa "chemii" i wzajemnego zaufania, jakie zrodziło się między orkiestrą AUKSO, solistami Tomaszem Dąbrowskim (trąbka) i Samuelem Blaserem (puzon) oraz dyrygentem i kompozytorem Nikolą Kołodziejczykiem. Wątpię, że bez tego możliwe byłyby dwie niezależne, improwizowane linie jazzowego walkingu, grane przez dwa kontrabasy jednocześnie, które możemy usłyszeć w utworze "Free Radicals", czy powierzenie orkiestrze roli, odgrywanej zwykle przez sekcję rytmiczną zespołu jazzowego - chociażby w "Reunion". To samo tyczy się przekazania odpowiedzialności za ruch harmoniczny w "Elegii o 20 VII" w ręce fantastycznej kontrabasistki Barbary Oruby, której muzyczne wybory determinują brzmienie całości.

W tym miejscu warto wspomnieć, że album jest zapisem koncertu z łódzkiego Klubu Wytwórnia, co sprawia, że do ciekawych pomysłów kompozytora i wzajemnego zrozumienia między wykonawcami dołącza magia sali koncertowej, pobudzająca wyobraźnię improwizatorów i ogólny feeling pozostałych muzyków. Może wynika to z tego, że jestem fanem płyt koncertowych i samych koncertów, ale odnoszę wrażenie, że utwór taki, jak choćby "Gestural Improvisation", będący kompozycją z gatunku "guided improvisation", tworzoną na żywo przez zespół na podstawie zdefiniowanych wcześniej gestów dyrygenta, nie wybrzmiałaby z taką samą mocą i uczuciem w hermetycznych warunkach studyjnych. 

"Suite For Trumpet, Trombone And String Orchestra" jest jak nieoczekiwana podróż, wyrywająca nas z marazmu codzienności - otrzeźwia, wyostrza zmysły, rozbudza wyobraźnię i niemożliwą do zaspokojenia chęć poznawania. Stanowi też subtelne przypomnienie o tym, że muzyka istnieje również (a może przede wszystkim?) poza granicami gatunków i że warto się poza te granice wybierać. Dlaczego? Wystarczy odtworzyć płytę - czeka tam na nas godzina i 13 minut kreatywnych odpowiedzi.

sobota, 31 października 2020

Janczarski & McCraven Quintet - Liberator (2018)

Janczarski & McCraven Quintet

Borys Janczarski - tenor saxophone
Rasul Siddik - trumpet, flutes, percussion, vocals
Joanna Gajda - piano
Adam Kowalewski - double bass
Stephen McCraven - drums

Liberator


FOR TUNE 0132

By Adam Baruch

This is the second album by the Polish/American quintet co-led by Polish saxophonist Borys Janczarski and American drummer Stephen McCraven, with Polish pianist Joanna Gajda, bassist Adam Kowalewski and American trumpeter Rasul Siddik. Together they perform seven tunes, five of which are originals (three by Gajda and one each by Janczarski and McCraven) and two standards, one each by Woody Shaw and Billy Eckstine. The music was recorded live at Warsaw's 12 on 14 Jazz Club and another venue and has a superb sound quality.

The music is a continuation of the direction established on the quintet's debut album, i.e. straightforward mainstream American Jazz, very well played and presenting solid composition, but hardly innovative or challenging. It seems that although the majority of the quintet members are Polish musicians, the spirit of the music is completely enthralled within the American traditionalism, which changed very little since the heyday of Bebop half a Century ago.

But innovation aside, this is still a perfectly enjoyable Jazz album, with highly professional playing, which is much more relaxed and less constrained that on the debut album, and full of joy and energy. Considering the fact that mainstream Jazz has a large following the world over, this album should be appealing to many Jazz lovers. It also proves that European musicians are able to play Jazz as well as any American musician, even within the mainstream idiom, and the "White Man Can't Jump" is a lot of bull.

It is good to see that the quintet gives more exposure to the compositions by Gajda, who is undoubtedly a very skillful and talented composer. Her piano solos are also amongst the most interesting moments on the album. Overall this is a nice mainstream effort, which should be very enjoyable to a wide range of mainstream Jazz audiences, which presents well woven tunes and heartfelt performance as well as superb sound quality.

niedziela, 28 czerwca 2020

Górczyński/Palmer/Wiracki - William's Things (2018)

Górczyński/Palmer/Wiracki 

Michał Górczyński - contrabass clarinet, looper
Tomasz Wiracki - piano
Sean Palmer - vocals

William's Things

MULTIKULTI MPO 002



By Jędrzej Janicki

William Blake jest artystą, który inspiruje kolejne pokolenia muzyków. Wśród nich przychodzi mi na myśl chociażby znakomity rockowy zespół Atomic Rooster, tak śmiało wplatający w swoje utwory partie progresywne i jazzrockowe. Okładkę ich ikonicznej płyty "Death Walks Behind You" zdobi dzieło "Nabuchodonozor" autorstwa właśnie mistrza Williama. Tym razem inspiracją stała się raczej poezja Blake’a, niż jego sztuka malarska…

Projekt "William’s Things" współtworzy trzech skrajnie oryginalnych artystów - Michał Górczyński grający na klarnecie kontrabasowym, pianista Tomasz Wiracki oraz wokalista Sean Palmer. Górczyński szerszej publiczności dał się poznać jako członek znakomitego trio Bastarda, natomiast dla mnie jego najwspanialszym osiągnięciem artystycznym pozostaje płyta "Cut The Air" z 2017 roku, nagrana ze znakomitym gambijskim korzystą Bubą Badjie Kuyatehem. Wiracki to wytrawny improwizator i eksperymentator tworzący muzykę filmową, daleko wykraczającą poza tradycyjne rozumienie ścieżki dźwiękowej. Skład dopełnia Sean Palmer związany nie tylko ze sceną muzyczną, lecz również filmową. Ten tygiel osobowościowy spaja jednak prawdziwa gwiazda albumu - William Blake. To właśnie wokół jego poezji zbudowane jest dziesięć przepięknych opowieści dźwiękowych.

Już otwierające płytę "Introduction" jasno wskazuje, że oto mamy do czynienia z dziełem nie lada kalibru. Na tle posępnego, hipnotyzującego wręcz podkładu tworzonego przez Górczyńskiego, tak bardzo łagodnie wydaje się brzmieć głos Palmera, który w bardzo delikatny sposób snuje smutne refleksje. Tym bardziej porywająco wypadają wplatane przez niego chrapliwe i szorstkie frazy w końcowej części utworu. "The Little Boy Lost" ma w sobie nawet coś z hitowego potencjału. Cała kompozycja przypomina trochę dokonania amerykańskiej formacji Morphine, będącego bodaj jedynym iście rockowym składem bez gitary elektrycznej. Rytmiczna kompozycja, której finałowy fragment tak pięknie wpada w rozdzierający lament. Bardzo ciekawie prezentuje się również utwór "The Tyger", jakby żywcem wyjęty z jakiegoś groteskowego filmu grozy. 

Wyjątkowo odświeżające okazuje się w wypadku tego tria tak ogromne skupienie na operowaniu słowem. W natłoku zespołów tworzących muzykę wyłącznie instrumentalną, wprowadzenie dodatkowej formy narracji, jaką jest "słowo śpiewane", daje naprawdę piorunujący efekt. Mimo ograniczonego instrumentarium "William’s Things" jest płytą bardzo różnorodną, przede wszystkim ze względu na wyjątkowy zmysł kompozycyjny i aranżacyjny jej twórców. Swobodnie balansuje na krawędzi muzyki jazzowej, poezji śpiewanej, a nawet ambientu czy space-rocka.

wtorek, 2 czerwca 2020

Gregorio/Mazur/Lopez - Wandering The Sounds (2018)

Gregorio/Mazur/Lopez

Guillermo Gregorio - clarinet
Rafał Mazur - acoustic bass guitar
Ramon Lopez - drums

Wandering The Sounds

FSR 2018/09




By Adam Baruch

This is an album by international Improvised Music trio comprising of Argentinean (resident in NY) clarinetist Guillermo Gregorio, Polish acoustic bass guitarist Rafał Mazur and Spanish (resident in France) drummer Ramon Lopez. The album presents nine improvised tracks recorded in studio, all co-credited to the three musicians.

The music is a wonderfully introvert trialogue between Master musicians, calm and relaxed and yet full of energy and expression. All three musicians perform with great respect towards each other, displaying virtuosity but eschewing unnecessary showing off of their individual abilities and creating a coherent trio statement. Although fully Improvised, the music is unusually (for the idiom) embraceable and accessible to a relatively wide range of listeners, not necessarily form the strict Avant-Garde circles, but also "straightforward" Jazz enthusiasts with a tolerance towards complex improvised explorations.

Gregorio is a superb clarinetist, with a simple, natural sound and fabulous technique, which makes his playing instantly lovable. His playing immediately brings a wave of heartache in view of the death of the legendary Israeli clarinetist Harold Rubin, who left us just a few days ago, and with whom I worked closely for decades producing many albums together.

Mazur is a unique phenomenon with hardly any competition, both because of his unusual instrument and the way he plays it. The sound and the pulsations he manages to create is a trademark of the Improvised Music idiom and his level of understanding and telepathic communication with his partners is nothing short of miraculous. He has already an impressive recorded legacy behind him, which of course is a must to follow by every Improvised Music connoisseur. Lopez is another trademark name on the Improvised Music scene and his playing here fully justifies the reputation he earned over the years. His ability to play the drums as delicately and yet with full power, as this trio's music demands is absolutely brilliant.

Overall this is a superb Improvising Music album which proves that this kind of music can be communicative, coherent and lasting, even to people from outside of the genre. I had a wonderful time listening to it and it is one of rather few albums of this kind I could listen to repeatedly. Wholeheartedly recommended!

poniedziałek, 11 maja 2020

Leszek Żądło - Miss B. (2018)

Leszek Żądło

Leszek Żądło - tenor & soprano saxophones
Andrzej Cudzich - double bass
Janusz Stefański - drums

Miss B.

FOR TUNE 0136



By Adam Baruch

This is an archival album by Polish (resident in Germany) Jazz saxophonist/composer/educator Leszek Żądło recorded in a trio format with bassist Andrzej Cudzich and drummer Janusz Stefański. The album presents six compositions, four of which are originals composed by Żądło and two are standards. The album was recorded the day after the funeral ceremony of Barbara Kwiatkowska-Lass (the Miss B. to whom this album is dedicated), Leszek´s wife. Sadly both Cudzich and Stefański are not longer with us as well.

Although this is supposed to be an album´s review, this music and the people behind it are way to close to me and my family to allow me to write about it in an objective way, and I'd rather state here a few personal comments/memories about it.

Leszek and I share many common crossroads in our life´s stories. We were both forced to leave Poland in the 1960s for political reasons. Leszek left first to Austria and later to Germany and I left to Israel. We both managed to build successful personal lives and careers in our new homelands, but we also kept in touch with our Polish friends and of course with the Polish Culture in general and Polish Jazz in particular. Both of us were banned from visiting Poland for many years and our Polish passports were confiscated and voided. We both organized concerts and events to support the Polish "Solidarity" movement in its struggle for political freedom in Poland and we both rejoiced when Poland finally managed to break the shackles of Socialist tyranny.

During all these years and to this very day, for five decades, we stayed in constant contact, supported each other in hours of need and sorrow and consoled each other when dark skies have hidden the sunshine. In the 1980s and first half of 1990s my family (my wife, my daughter and myself) have spent many days in the incredible house in the suburbs of Munich, where Leszek and Basia (as we called Barbara) and their lovely dogs greeted as always with friendship and love and great food and splendid company. We shared our love of people, music, movies and of course dogs, spending hours on end talking and eating and drinking wine till the small hours of the night.

Basia was the sweetest, gentlest person one can imagine. She was completely devoid of the ego mannerisms often associated with film stars, a wonderful devoted mother and a true friend. The news about her serious illness and finally about her tragic and unexpected death were a horrific blow to Leszek and of course to all the people who knew and loved her, our family amongst them. We all remember her most fondly and she will always be a part of our lives.

In 2016 Leszek and I received on the same stage our respective Polish Jazz "Oscars", he for his lifetime achievements as a musician and I for my achievements in Jazz Journalism. A few months later I invited Leszek to be the Resident Artist of the Singer Jazz Festival, of which I am the Artistic Director. During this residency Leszek, supported by a dream team of top Polish Jazz musicians, performed the lost musical composed by the Godfather of Polish Jazz, Krzysztof Komeda, called "Wygnanie Z Raju" ("Exile From Eden"), which we immediately re-christened jokingly as "Wygnanie Z Kraju" ("Exile From Our Country") referring to our common past. 

As to the album I am supposed to write about: Well Leszek never played an unnecessary note in his life and the traumatic circumstances surrounding this recording only emphasize his sublime power of expression, with the music serving as the only way to both escape and express his grief. Everything else is already within the music itself. For me Leszek will always be the greatest Polish saxophone player of all times.

środa, 12 lutego 2020

Annie Chen Octet – Secret Treetop (2018)

Annie Chen Octet

Annie Chen - vocals
Rafał Sarnecki - guitar
Tomoko Omura - violin
David Smith - trumpet, flugelhorn
Alex LoRe - alto saxophone, flute
Glenn Zaleski - piano
Mathew Muntz - bass
Jerad Lippi - drums



Secret Treetop

PRIVATE EDITION 9787799319759

By Adam Baruch

This is the second album by Chinese (resident in US) Jazz vocalist/songwriter Annie Chen recorded with her octet, which includes Polish (resident in US) guitarist Rafał Sarnecki, who was in charge of the arrangements, except in one case. The album presents nine tracks, seven of which are original compositions by Chen featuring her lyrics (in English), except for one tune which features wordless vocalese, and two are arrangements of folk songs with lyrics in Chinese.

The music is quite complex, richly orchestrated and excellently performed by the octet. Surprisingly it shows relatively little influence of Far Eastern motifs, even in the folklore based tunes, and the Chinese vocals are the only real connection with Chen's roots.

Chen offers an original approach to vocals, mixing effectively lyrics and vocalese, and as a result turns her voice into one of the instruments of the octet. Her approach to vocals, and in fact the entire aesthetics of the album are unexpectedly non-American, much closer to what one might expect from European Jazz, which is probably due mostly to Sarnecki's approach to the arrangements and Chen's open-mindedness.

Overall this is an excellent album, full of unusual, highly intelligent music, superb vocals and instrumental performances by all the members of the octet, and most importantly a breath of fresh air in the dull mainstream vocal Jazz produced usually in the US. This gem is definitely worth investigating!

sobota, 2 listopada 2019

ZK Collaboration - Double Universe (2018)

ZK Collaboration

Maciej Kądziela - tenor saxophone
Mateusz Gawęda - piano
Damian Kostka - double bass
Adam Zagórski - drums

Double Universe

FPJ 2018



By Adam Baruch

This is the debut album by Polish Jazz quartet called ZK Collaboration, co-led by drummer Adam Zagórski and saxophonist Maciej Kądziela, which also includes pianist Mateusz Gawęda and bassist Damian Kostka. The album presents ten original compositions, five of which were composed by Zagórski (three of them are combined into a triptych), four were composed by Kądziela and one was composed by Gawęda.

The music is modern melody based Jazz and offers excellent compositions and first class performances by the quartet members. A modest use of electronic effects is employed to spice the acoustic sound of the quartet, but does not dramatically alter the overall mainstream Jazz orientation of the music as a whole. But the music does offer a unique and characteristic sound, with the busy drums and the strong bass pulsations being often up front rather than behind the soloists, which creates a somewhat heavy and eerie effect.

This music is quite different from the "usual" young Polish Jazz efforts, since it completely lacks any of the typical Polish melancholy and romanticism, which most Polish Jazz musicians employ almost involuntarily. Here the music tends more towards harsh, almost industrial motifs, which are often challenging and provocative. This creates an element of tension and unrest, which of course keeps the listener on edge as long as the music is playing.

All four members of the quartet are well seasoned musicians, which of course is evident throughout the entire album. Gawęda tends to focus the listener's attention on himself, whenever given a chance, as his brilliant piano parts are indeed extraordinary and neck-breaking even when he is not soloing. He is balanced by the well structured and full bodied saxophone parts by Kądziela. Zagórski makes sure that the listener is aware of the fact that the drummer is the boss here, but all in all he drives the music safely and securely towards its goal, shoulder to shoulder with Kostka, who makes sure nobody misses a beat.

Overall this is an excellent debut effort, which offers highly original music and sound, different from most of what the Polish Jazz scene has to offer, excellent musicianship and first class compositions. Definitely worth being discovered and highly recommended!

niedziela, 13 października 2019

Agnieszka Maciaszczyk - In Search Of (2018)

Agnieszka Maciaszczyk

Agnieszka Maciaszczyk - vocals
Michał Ciesielski - piano
Szymon Łukowski - tenor saxophone, clarinet, bass clarinet
Michał Bąk - double bass
Przemysław Jarosz - drums

In Search Of



PRIVATE EDITION

By Adam Baruch

This is the debut album by young Polish Jazz vocalist Agnieszka Maciaszczyk recorded with a quartet comprising of pianist Michał Ciesielski, saxophonist Szymon Łukowski, bassist Michał Bąk and drummer Przemysław Jarosz - all four prominent upcoming representatives of the young Polish Jazz scene. The album presents seven original compositions, all co-credited to Maciaszczyk and Ciesielski, although in a short online conversation I conducted with her Maciaszczyk credited the entire crew for arranging and co-creating the music, except the one song, which she composed and wrote the English lyrics for and one other track which was entirely composed by Ciesielski. All the six compositions, other than the song, feature wordless vocalese by Maciaszczyk. The music was recorded at the excellent Monochrom Studio and engineered by Ignacy Gruszecki, with usual as always superb sound quality.

The music and the entire artistic concept of this album is quite unusual and unique, since as already stated, the focus here is on wordless vocalese rather than on songs, which use lyrics (with one exception). As I have already stated repeatedly, most young Polish Jazz vocalist make the tragic mistake of insisting to sing in English, which in most cases ends up in a fiasco. I also often say that it would have been better if they used wordless vocalese instead. I have no idea if Maciaszczyk ever read any of my record reviews and took my advice or arrived at this conclusion on her own, but the result is exactly what I had in mind and now I can use this album as an example.

The vocalist uses her voice like an instrument and becomes an integral part of the resulting quintet, something great Jazz vocalist, including the sublime Polish vocalist Urszula Dudziak, pioneered already five decades ago. I was a bit surprised that Maciaszczyk decided to use only acoustic vocals and chose not to use electronic enhancements, but that is of course entirely her own decision and a future option. The courage to choose the path less travelled by is of course admirable.

The four instrumentalists all perform superbly here, as expected. Ciesielski builds up most of the melodic and harmonic layer, accompanying the vocalist amicably and with great sensitivity. Lukowski is less dominant but adds some hair-rising parts, especially those played on the bass clarinet. The rhythm section is also absolutely first class, handling the often devilishly tricky odd rhythmic patterns and quirky tempi changes with flair and elegance. The ensemble performance is absolutely second to none.

Overall this is a stunning debut, full of intelligent music and superb performances by these excellent musicians. The music might be a tad difficult at first hearing, but open minded listeners are sure to fall in love with this music at some point, as it offers a new perspective on vocal Jazz in contemporary young European Jazz, an event that happens only very rarely. Wholeheartedly recommended to all serious vocal Jazz connoisseurs and thanks to the talented minds behind this music! Chapeau bas!

sobota, 7 września 2019

Marcin Masecki & Jerzy Rogiewicz – Ragtime (2018)

Marcin Masecki & Jerzy Rogiewicz

Marcin Masecki - upright piano
Jerzy Rogiewicz - drums

Ragtime

BMC 256




By Adam Baruch

This is the debut album by Polish duo comprising of pianist/composer Marcin Masecki and drummer Jerzy Rogiewicz (both are members of the Jazz Band Młynarski – Masecki). The album presents nine pieces, five of which are original compositions by Masecki, two pieces were composed by Polish popular music composers active between the two World Wars and another two pieces were composed by American composers active at the same period, all four with strong Jewish ties.

As with everything Masecki touches, the obvious becomes anything but obvious and the reference to the Ragtime music is more symbolic and imaginary than what might be expected. The original compositions and the interpretations of the four "standards" are therefore first and foremost Masecki's creations, both on the compositional and the performance platforms.

In the liner notes of the album Masecki states that hearing Ragtime when he was nine years old was what "got him into music originally". That is hardly surprising considering the fact that Ragtime, although considered the root of Jazz, was a composed music, and served as a bridge between European Classical Music and American syncopation, which reflects Masecki's musical duality and floating between genres.

If anybody is after a typical Ragtime music and expects to hear the popular classic Ragtime hits, this album is definitely not something they should consider listening to. If, however, someone is searching for unconventional and highly challenging new music, which takes hints from the stylistic characteristics of Ragtime and brings them a Century forward in time, with the extremely personal treatment that Masecki delivers, this album is a treasure chest of discovery and hidden marvels.

For the many Masecki's fans, this is of course something they will happily sunk their teeth into, without much ado. For others, less familiar with his word (if that is at all possible) this is a window of opportunity to discover a true original talent, who symbolizes individuality and complete disregard of convention with a smile on his face.

niedziela, 11 sierpnia 2019

Polonka - Poemat Konfesyjny (2018)

Polonka

Michał Górczyński - contrabass clarinet
Piotr Zabrodzki - clavichord, positive organ
Jan Emil Młynarski - drums

Poemat Konfesyjny

BRLP06


By Jędrzej Janicki

Jakże nierozsądnie głosił włoski poeta Filipo Tommaso Marinetti i jego koledzy futuryści, gdy wspólnie i w porozumieniu nawoływali do brutalnego zniszczenia tradycji. W swym rewolucyjnym szale nie zauważali pewnej bardzo ciekawej prawidłowości – wszak tradycja to nie tylko zamierzchła przeszłość, lecz również trampolina inspiracji do stworzenia dzieł świeżych i skrajnie oryginalnych. Spojrzenie w przeszłość może być zatem bardzo odważnym krokiem w... przyszłość. Tworzący formację Polonka zdają się to doskonale rozumieć, a ich zatopienie się w muzykę dawną i odległą od naszego kręgu kulturowego stało się pretekstem do nagrania zachwycającej płyty zatytułowanej "Poemat Konfesyjny".

Polonka nie od zawsze była Polonką. Początkowo zespół (w takim samym składzie jak obecnie) nazywał się Pole. Właśnie jeszcze jako Pole trio wydało debiutancki album "Radom". Po taktycznej zmianie nazwy i wydawcy (obecnie nastawione na awangardę Bôłt Records) oraz kilku długaśnych latach milczenia nareszcie doczekaliśmy się "Poematu Konfesyjnego". Stworzyli go niezwykli muzycy, którzy zdołali już sobie wyrobić markę wytrawnych poszukiwaczy nieoczywistych improwizowanych dźwięków. Tymi orędownikami niekoniecznie jazzowej awangardy są perkusista Jan Emil Młynarski, klarnecista Michał Górczyński oraz grający na potrzeby "Poematu" na klawikordzie oraz pozytywie organowym Piotr Zabrodzki. 

Otwierająca płytę kompozycja "Pogadanka" znów nieco przywodzi na myśl futurystów i ich bruityzm z szerokim zastosowaniem "generatorów hałasu" imitujących warkot, charczenie i świst maszyn. W "Wirze" słychać agresywną strukturę niczym z berlińskich klubów techno, na tle której ogromne wrażenie wywołują klarnetowe jęki Górczyńskiego. Z drugiej strony najbardziej skoczny i taneczny na płycie Kantyk przypomina troszeczkę "Watermelon Man" z ponadczasowego albumu "Head Hunters" Herbie'ego Hancocka. Kończący wydawnictwo "Drobnicowiec" swoim posępnym charakterem śmiało mógłby stać się ozdobą niejednej ścieżki dźwiękowej filmu grozy absolutnie najwyższej jakości.

Można opisywać bogate inspiracje Polonki, kulturowy mariaż pod znakiem muzyki jazzowej czy sięganie po dawne struktury utworów – prawdziwa siła tego niezwykłego tria tkwi jednak w czymś zupełnie innym. Jakkolwiek wyświechtane miałoby być to sformułowanie, to Polonka naprawdę brzmi jak jeden muzyczny organizm. Panowie się doskonale rozumieją, a każdy dźwięk "Poematu Konfesyjnego" brzmi jak świadectwo nieograniczonej wręcz pasji i zaangażowania muzyków. Polonka to niespotykana machina, która dziką wręcz siłę przekazu opiera na łączeniu stylów i przeróżnych nurtów muzyki ludowej. Jak się okazuje tradycja nie zawsze musi być nudna i zbutwiała, lecz przy odpowiedniej dozie wyobraźni i przekształcenia może okazać się kopalnią oryginalnych i świeżych inspiracji.

niedziela, 4 sierpnia 2019

Wojtek Kurek & Anna Jędrzejewska - Copy Of Pianodrum (2018)

Wojtek Kurek & Anna Jędrzejewska

Anna Jędrzejewska - piano
Wojtek Kurek - drums

Copy Of Pianodrum

PLAŻA ZACHODNIA 2018




By Andrzej Nowak

Oto i kolejna w naszym zestawie istotnie swobodna improwizacja, silnie zakorzeniona we free jazzie i czerpiąca pełnymi garściami z historii gatunku, acz przy tym ożywcza, świeża, niebanalna i doskonale przyswajalna nawet dla mniej obytych. Wojtek Kurek - zwinny, aktywny perkusista i perkusjonalista, stopa, która wybija rytm w świat, kocia przebiegłość. Obok pianistka Anna Jędrzejewska, która mieści się w każdym niemal idiomie współczesnej pianistyki. Wyczulona na niuanse minimalistyki, obyta na salonach pełnych kameralnych incydentów, ale także pełnokrwista, free jazzowa torpeda, której obawiać się mógłby nawet Alex von Schlippenbach, i to w kwiecie wieku. Pomiędzy zaś muzykami dobra komunikacja, wyczulenie na narracyjne drobiazgi i fura radości ze wspólnego grania.

Jeśli w pierwszym fragmencie szukamy korelacji między jazzem a kameralistyką, to w drugim płoniemy już prawdziwym ogniem free. W trzecim dokładamy duży stelaż preparacji, w których bogactwo Kurka kontrapunktowane jest skromnością Jędrzejewskiej. W czwartym muzycy realizują się w krótkich, nerwowych frazach, gonią za skrawkami szczęścia i często je odnajdują. Fajerwerki i kocie pląsy na płocie. Emocje w fazie silnego wzrostu, a z twarzy recenzenta nie znika uśmiech zadowolenia. W piątym muzycy ślą moc pozdrowień dla wspomnianego już wcześniej niemieckiego pianisty, ogień buzuje, werbel wrze, a klawiatura piana skacze pod sam sufit. 

Wreszcie rozbudowany, niemal epicki finał. Fortepianowe preparacje z samego dna pudła rezonansowego, echo po nieboskłon i cisza jako ważny element dramaturgiczny. Obok szmery i małe dźwięki perkusji, która aż boi się odezwać. Prawdziwe królestwo mikrobiologii dźwięków. Anna czyni honory gospodarza domu, Wojtek skromnie łyżeczkuje. Narracja nadyma się i wygasa, pulsuje i stawia stemple jakości w każdym zakamarku sceny. Na ostatniej prostej zmysły kipią, a dźwięki tańczą aż do nagłej śmierci całej płyty.

Tekst pierwotnie opublikowany na blogu Trybuna Muzyki Spontanicznej.


sobota, 13 lipca 2019

Lucas Pino's No Net Nonet – That's A Computer (2018)

Lucas Pino's No Net Nonet

Lucas Pino - tenor saxophone, bass clarinet
Alex LoRe - alto saxophone 
Andrew Gutauskas - baritone saxophone 
Mat Jodrell - trumpet
Nick Finzer - trombone 
Glenn Zaleski - piano 
Rafał Sarnecki - guitar


Desmond White - bass 
Jimmy Macbride - drums

That's A Computer

OUSIDE IN MUSIC 1814

By Adam Baruch

This is an album by American Jazz saxophonist/composer Lucas Pino recorded with his No Net Nonet ensemble, which includes the Polish (resident in NY) guitarist/composer Rafał Sarnecki. Chilean vocalist Camila Meza guests on two tunes. The album presents six original compositions, four by Pino and one each by Sarnecki and saxophonist Alex Lore and an additional short piece of unknown origin.

The nonet sounds almost like a small Big Band, mainly due to the intricate arrangements and extensive use of unisono phrasing, which is wonderfully executed throughout the album. Combined with the superb compositions, this album is a beautiful example of American Jazz brought up to date and aesthetically inspired, which sadly happens all too rarely lately. The music is just perfect, untouchable as a form of expression and needs absolutely nothing in addition to what it already offers, which is an événement exceptionnel indeed.

This music is simply too good to be described in words, sort of like attempting to dance architecture. Being fed new music constantly, I rarely get excited about an album, but this is a proverbial "something else". Elegant, sophisticated, lyrical, exciting… this music has an uplifting quality about it that literally "puts a spell on me".

If blind tested I would have probably gambled that this is a European ensemble, as the overall musical approach sounds similar to what the Vienna Art Orchestra and other European ensembles were doing (and still do), especially on those two tracks featuring Camila's vocals, which are simply sublime. But the entire album just kicks ass big time and is definitely one of the most exciting pieces of music that arrived on my desk lately. I surely have to explore Pino and his music and wholeheartedly advice all true music connoisseurs to do the same ASAP!

niedziela, 30 czerwca 2019

Brzoska/Marciniak/Markiewicz - Brodzenie (2018)

Brzoska/Marciniak/Markiewicz

Wojciech Brzoska - voice
Łukasz Marciniak - guitars
Marcin Markiewicz - trumpet

Brodzenie

Fundacja Kaisera Söze 2018




By Jędrzej Janicki

"Czynność polegająca na powolnym przesuwaniu się poprzez zalegające błoto"- prawdopodobnie taką definicję znaleźć można w przypadkowym słowniku języka polskiego pod hasłem "brodzenie". Świat polskiej muzyki improwizowanej temu terminowi nadaje jednak o wiele donioślejsze znaczenie. "Brodzenie" bowiem to także tytuł płyty tria Brzoska/Marciniak/Markiewicz. Płyty śmiało poszerzającej kontekst stylistycznych granic i schematów.

Centralną postacią tego muzycznego przedsięwzięcia wydaje się być poeta Wojciech Brzoska. Popularny nie tylko w Polsce, dał się poznać słuchaczom głównie jako współtwórca duetu Brzoska i Gawroński. To właśnie wokół jego wierszy (na płycie samodzielnie przez siebie wyrecytowanych) zbudowana jest cała muzyczna koncepcja albumu. Odpowiedzialni za nią są z kolei Łukasz Marciniak i Marcin Markiewicz. Marciniak, gitarzysta i miłośnik muzyki improwizowanej, upust swoim fascynacjom dawał przede wszystkim w świetnym projekcie Makemake. Markiewicza za to zawsze bardziej ciągnęło w stronę zespołów reggae, w których udzielał się jako trębacz. Połączenie sił tych indywidualności dało prawdziwie odświeżający efekt.

Całą płytę otwiera znakomity transowy "basquiat". Przestrzeń tworzy gitarowy riff (w dalekich echach przypominający bluesowe zagrywki legendarnego Roberta Johnsona), na tle którego wyraźnie odcinają się soczyste dźwięki trąbki, rodowodem sięgające Dzikiego Zachodu i Chucka Mangione. Niepokojąca deklamacja Brzoski dodaje nastroju grozy, jakby żywcem wyjętego z najlepszych książek Cormaca McCarthy’ego. Świetnie wypadają również bardziej balladowe "mosty", których pozornie senna narracja przybiera formę na wskroś hipnotyzującą. Każdego miłośnika gitary slide uwiodą dźwięki tworzone przez Marciniaka w tej kompozycji. Ale trio Brzoska / Marciniak / Markiewicz to również pole doświadczalne, jeżeli chodzi o dźwiękowy eklektyzm. Świadczy o tym chociażby "drun drun", które sposobem budowania nastroju nieustannie przypomina mi "Horse Lattitudes" zespołu The Doors. 

Na "Brodzeniu" muzykom udało się wypracować charakterystyczny styl, opierający się nie tylko na samej strukturze kompozycji, lecz również (a może przede wszystkim) na wytworzeniu specyficznego nastroju, dryfującego gdzieś między grozą, sielanką a surrealizmem. Wyjątkową, nieco nawet perwersyjną, przyjemność ze słuchania tego albumu przyrównuję tutaj chociażby do odczuć towarzyszących poznawaniu płyt Błażeja Króla. Podsumowując, "Brodzenie" to płyta niezwykle atrakcyjna, którą śmiało można traktować jako wyjątkowo udany mariaż muzyki współczesnej z poezją.

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Doors Not Shut – Luty (2018)

Doors Not Shut

Wacław Zimpel - alto clarinet
Krzysztof Dys - piano
Ksawery Wójciński - double bass
Andrzej Święs - double bass
Krzysztof Szmańda - drums
Philip South - percussion

Luty



AUDIO CAVE 2018/013

By Adam Baruch

This is the debut album by the sextet Doors Not Shut, which comprises of five veteran Polish Jazz musicians: clarinetist Wacław Zimpel, pianist Krzysztof Dys, bassists Andrzej Święs and Ksawery Wójciński and drummer Krzysztof Szmańda. They are joined by Australian percussionist Philip South. The album presents ten original compositions by the sextet members, mostly co-composed by several of the musicians.

The concept of the sextet is pretty loosely conceived, since only Szmańda and South play on all the ten tracks, Swies plays on nine tracks, Dys plays on just three tracks and finally Zimpel and Wójciński play on five tracks. As a result the entire sextet does not play together on any of the tracks.

The music is an interesting amalgam of Ambient Music and Free Jazz, with strong World Music influences, especially on the rhythmic plane. The overall sound and approach are quite minimalist and the music mostly flows slowly, rarely displaying any strictly melodic contents. The bass pulsations (either electric or acoustic) and the ethnic/polyrhythmic drumming are the constant elements of the music, with the piano and clarinet being the only melodic anchors.

The entire concept definitely works well, displaying a lot of originality and fascination with rhythm, being quite unique in that area. The drummers get most of the exposure, followed by the bassists, with Dys and Zimpel adding spice and color to the proceedings, but not dominating the concept. The three quartet tracks with Dys are closest to Jazz, while the five tracks with Zimpel are Ambient Improvised Music which listeners familiar with other recordings by Zimpel should find quite recognizable. The remaining two tracks featuring only drums and percussion (with some vocal and spoken word ornamentation) are perhaps the roots of the music.

Overall this is a bold and highly innovative concept album, which offers originality and excellent musicianship, as well as intellectual challenge, which is often missing from less ambitious Jazz oriented recordings. This album is recommended for the more adventurous and open-minded listeners, who are ready to embrace new concepts. Although Zimpel plays only on half of the tracks, this album presents some of this most moving work, which is an absolute must to his followers. Highly recommended!

czwartek, 13 czerwca 2019

Jan Ptaszyn Wróblewski Sextet - Komeda. Moja Słodka Europejska Ojczyzna (2018)

Jan Ptaszyn Wróblewski Sextet 

Jan Ptaszyn Wróblewski – tenor saxophone
Henryk Miśkiewicz – alto saxophone
Robert Majewski – trumpet (CD1)
Łukasz Poprawski – soprano saxophone (CD2)
Wojciech Niedziela – piano
Sławomir Kurkiewicz – bass
Marcin Jahr - drums

Komeda. Moja Słodka Europejska Ojczyzna

PN 0190295700348 

By Krzysztof Komorek

Szczerze mówiąc, w pierwszym momencie mocno zdziwiła mnie zapowiedź wydania tego albumu. Podobnie jak wielu innych obserwatorów krajowej sceny jazzowej, nieco cierpiałem z racji nadmiaru komedowskich projektów (zwłaszcza tych średnio udanych) oraz wpychania za wszelką cenę dziedzictwa wybitnego kompozytora do kolejnych albumów. Zdumienie potęgowała osoba lidera, bowiem Jan Ptaszyn Wróblewski zawsze zdawał mi się osobą dokonującą przemyślanych wyborów artystycznych. Stąd może decyzja, by projektowi przyjrzeć się jednak uważniej. Decyzja ze wszech miar słuszna, bo sprawa nie okazała się wcale tak oczywista, jak wskazywałoby na to pierwsze wrażenie. I to z kilku równoprawnych powodów. 

Pierwszy z nich to nagrany materiał. Uznawany przez samego Komedę (jak wieść głosi) za najważniejsze dzieło życia, powstały w roku 1967 i wydany w Niemczech zbiór "Meine Süsse Europäische Heimat - Dichtung Und Jazz Aus Polen” – łączy polską poezję (wiersze m.in. Szymborskiej, Miłosza, Herberta, Ważyka czy Przerwy-Tetmajera przełożone na niemiecki przez Karla Dedeciusa) z polską muzyką. Nigdy jednak nie doszło do zarejestrowania czysto instrumentalnej wersji dzieła. Chociaż kilka muzycznych fragmentów płyty pojawiło się potem w zmienionej niekiedy formie na innych albumach Komedy – "Temat dla jednego, a wariacje dla drugiego świata" jest pierwowzorem "Nighttime Daytime Requiem", dobrze znane są "Litania" i "Po katastrofie".

Po drugie, płyta firmowa przez Ptaszyna Wróblewskiego nie jest owocem pochopnej decyzji. Pierwotnie całość przygotowywano do widowiska z udziałem Andrzeja Seweryna, recytującego wiersze. Spektakl zamykał w 2013 roku Letnią Akademię Jazzu organizowaną przez łódzki klub Wytwórnia. Jeszcze w trakcie prac zdecydowano się na opracowanie i nagranie wersji instrumentalnej. Doszło do tego dzień po koncercie, w tej samej sali, ale już bez udziału publiczności. Trzy lata później ową instrumentalną całość przedstawiono na Polish Jazz Fetsival w Tomaszowie Mazowieckim, a koncert ów także został nagrany. Materiał, jak widać, przeleżał nieco na półkach. Koniec końców w momencie finalizowania decyzji wydawniczych Jan Ptaszyn Wróblewski stanął przed koniecznością wyboru wersji, która miała się ukazać. Na szczęście dla nas, słuchaczy, decyzji tej nie udało mu się podjąć i do rąk publiczności trafił album dwupłytowy.

Program obu płyt jest wprawdzie dokładnie taki sam - różnicę stanowi jedynie zapowiedź lidera rozpoczynająca koncertową wersję – ale jak wspomniałem, możliwość posłuchania obu rejestracji jest niezwykle cenna. Przede wszystkim ze względu na odmienne składy, które wystąpiły przy każdej z okazji. W studyjnym nagraniu w sali Wytwórni w sekcji dętej zagrali Ptaszyn, Henryk Miśkiewicz oraz trębacz Robert Majewski. Podczas koncertu tego ostatniego zastąpił saksofonista Łukasz Poprawski, tworząc w ten sposób unikalne w odczytaniu Komedy saksofonowe trio tenoru, altu i sopranu. Obydwu części słucha się znakomicie. Każda z wersji przynosi solidną porcję znakomitej, nowoczesnej muzyki. Trudno nie pochwalić instrumentalistów – obok wspomnianych dęciaków, wyróżnia się jeszcze Wojciech Niedziela. Choć po prawdzie będzie to jedynie wskazanie pierwszych pośród równych w całym ansamblu.

Nad samą muzyką nie będę się tutaj więcej rozwodził. O twórczości Komedy pisano równie często, jak ją nagrywano. Ponadto dołączona do wydawnictwa książeczka zawiera między innymi obszerną analizę "Mojej słodkiej europejskiej ojczyzny" pióra Bogdana Chmury, do której odsyłam zainteresowanych. Warto wspomnieć, że opracowania kompozycji dokonał Ptaszyn na podstawie wydanych w Niemczech nagrań, wspomagając się jedynie oryginalnymi partyturami Komedy. Sam mogę jedynie "podbić" wyrażane zewsząd komplementy i zachwyty. Od pierwszego przesłuchania nie miałem wątpliwości, że to jedna z najważniejszych płyt roku 2018. Co potwierdziłem umieszczeniem albumu w moim Top 10 ubiegłych dwunastu miesięcy. Decyzję i dziś uważam ze wszech miar słuszną.

Zobacz też: