Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowak Andrzej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowak Andrzej. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 czerwca 2021

Impro Session #5 - improwizowany dzień z Bocian Records !!!

 By Andrzej Nowak

Trzy nowe albumy spod Bocianich skrzydeł to jak zwykle nagrania różnorodne, intrygujące, stawiające pytania i dające uroczo niejednoznaczne odpowiedzi. Kwartet w składzie międzynarodowym (choć po prawdzie krajowym), trio, które jest post-elektronicznym rozwinięciem pewnego duetu, wreszcie dwa septety grające wspólny koncert pod światłym przywództwem jednego kompozytora, choć owa wspólnota nie dotyczy ani miejsca akcji, ani tym bardziej jej czasu. Dwie pierwsze płyty nie mają tytułów własnych, ta trzecia ma, ale nie jest on zrozumiały w żadnym języku świata. Ot, cały Bocian! Przewrotne ptaszysko!


Casting Lots - Casting Lots (2021)

Gosia Zagajewska - voice
Ray Dickaty - tenor saxophone
John Cornell - cello
Piotr Dąbrowski - percussion

BOCIAN 2021

Improwizujący kwartet, który łączy saksofon, wiolonczelę i instrumenty perkusyjne z głosem kobiecym nie wydaje się być zjawiskiem szczególnie nowatorskim w ponad półwiecznej historii gatunku, ale wiele wskazuje na to, iż pod nazwą Casting Lots (Ray Dickaty, John Cornell, Piotr Dąbrowski i Gosia Zagajewska) kryje się naprawdę fascynująca przygoda muzyczna. 

Elementów, które konstytuują jakość tego przedsięwzięcia artystycznego, jest wiele. Muzycy zdają się mieć spory dystans do generowanych dźwięków i swojej pozycji artystycznej w kwartecie. Nie eskalują napięcia, gdy nie jest to konieczne, dużą wagę przywiązują do niuansów brzmieniowych i dramaturgicznych. W dalece uroczy sposób dzielą się na okazjonalne duety i tria, rzadko zaś używają całego kwartetu, który de facto eksploduje siłą free jazzowego combo dopiero w końcowych momentach płyty. Na osiem improwizacji, zawartych na krążku, składają się zarówno szczęśliwe miniatury, jak i pełne niepokoju dłuższe formy narracji. Wreszcie ważnym składnikiem tej wielokolorowej mikstury jest wokalistka, która - mimo młodego wieku - zdaje się, że zwiedziła już cały świat.

W drugiej ekspozycji jej głos smakuje dalekim wschodem, niosąc nam wszakże bardzo bliskie emocje. W kolejnym wokalistka prawie krzyczy, nawołując pobratymców do walki zgodnie z północnym zewem natury. Z kolei w części szóstej śpiewa jakby mimochodem, buduje narrację zatrwożonym, post-średniowiecznym tembrem na tle skruszonego baroku wiolonczeli. Zagajewska pełna jest temparamentu, stosuje wszelkie dozwolone środki, by wzbudzić nasze emocje. Gada, recytuje, sylabizuje, wpada w kompulsywne mantry, z których wybudza się z ptasim szczebiotem. Gdy trzeba rysować frazy na wdechu i powstrzymywać się od działań, jest równie wyrazista. Każdy z jej partnerów równie doskonale panuje zarówno nad rzemiosłem dźwiękowym, jak i sposobem kreowania dramaturgii. Często wolą przemilczeć jakiś niuans, niż wydać z siebie zbędny dźwięk. 

Pośród miniatur zachwyca szczególnie część czwarta. Przypomina pokutną modlitwę zapomnianego przyczółka boskości. Barokowe cello, szelest perkusjonaliów i głos dobywający się z nieznanej przestrzeni. Wśród nerwowych długasów warto zwrócić uwagę na część piątą, budowaną mozolnie z małych elementów. Zaczyna saksofon i perkusja, potem w ich tok myślenia wślizguje się wiolonczela, a na samym końcu głos, który kobiecą lirycznością fantastycznie temperuje męskie ciągoty do stawiania murów i zasieków. Cokolwiek by jednak nie powiedzieć, duże brawa za każdy odcinek tej płyty.


Jacaszek/Podpora/Kohyt - Jacaszek/Podpora/Kohyt (2021)

Michał Jacaszek - field recordings, electronics
Katarzyna Podpora - piano, objects, zithers, gramophone, voice
Max Kohyt - piano, double bass, tape, percussion

BOCIAN 2021

Rok temu Katarzyna Podpora i Max Kohyt nagrali bystry, multiinstrumentalny album, który koncentrował się na preparowaniu dźwięków różnych instrumentów i przedmiotów (fortepian, instrumenty perkusyjne i strunowe, obiekty różnej maści i elektroakustycznej proweniencji), w duchu całkiem kolektywnej improwizacji. Dziś powracają pod rękę z Jacaszkiem, krajowym magiem subtelnej elektroniki i niebanalnego field-recordingu. 

Pierwsza z dwóch kilkunastominutowych opowieści, zawartych na czarnym krążku, rodzi się w mgławicy dźwięków elektroakustycznych, elementów field recordings, mikro elektroniki i efektów wytężonej pracy instrumentów akustycznych. Mikrobiologia zdarzeń fonicznych, echo i ucho wielogatunkowych historii, molekularna pajęczyna dźwiękowych koincydencji. Dużo drobiazgów, nano sampli, ale także chmury ambientu.

Znacznie ciekawiej zdaje się dziać na drugiej stronie winyla. Drobne plamy fonii plecione z elektronicznych usterek, z której wyłaniają się pierwsze żywe dźwięki, najpewniej płynące wprost z pudła preparowanego fortepianu. Całość lepi się w zmysłowy post-ambient inkrustowany akustycznymi drobiazgami. Filigranowe minimal impro, które z biegiem minut kojarzyć się zaczyna ze swobodną improwizacją, jakże konkretną instrumentalnie, uprawianą w warunkach niemal domowych na przełomie lat 60. i 70. na ziemiach podległych Królowej Matce (choćby formacja People Band). Pulsująca opowieść, niepozbawiona akcentów syntetycznych, tli się niczym gasnąca świeca, która wieńczy swój żywot w poświacie nadchodzącego poranka. 


Anthony Pateras - Pseudacusis (2021)

Live Septet:

Lucio Capece - saxophone, bass clarinet
Krzysztof Guńka - saxophones
Anthony Pateras - piano
Deborah Walker - cello
Lizzy Welsh - violin
Mike Majkowski - double bass
Riccardo La Foresta - percussion

Tape Septet:

Scott McConnachie - saxophones
Aviva Endean - clarinets
Judith Hamann - cello
Anthony Pateras - electronics
Erkki Veltheim - violin
Jonathan Heilbron - double bass
Maria Moles - percussion

BOCIAN 2021

Czas na intrygujący spektakl muzyki współczesnej, cokolwiek rozumiemy pod tym tajemniczym szyldem. Będzie zatem koncept wymagający szczegółowego opisu, będzie coś na kształt prawykonania, i to na zacnym festiwalu, wreszcie moc bardziej niż udanych dźwięków. Będzie oczywiście twórca, kompozytor Anthony Pateras, będzie dzieło pod nazwą "Pseudacusis", a także aparat wykonawczy, i to podwójny.

Chronologia wydarzeń jest następująca - najpierw w Australii, w miejscu zwanym niezwykle frapująco (Gold Tony Love’s Audio Hell, Castlemaine), zagrał pewien septet (Tape Septet). Jakiś czas później, dokładnie 27 września 2019 roku, na 17. edycji Festiwalu Sacrum Profanum w Krakowie, wystąpił kolejny septet (Live Septet). Wedle wszelkich znaków na niebie, ziemi i w piekle, muzycy w Krakowie grali na żywo do nagrań pierwszego septetu, którego australijski strumień dźwięków słyszeli z taśmy. W opisie całego procesu nie padło słowo dyrygent, a jedynie kompozycja, zatem można przypuszczać, iż septet na żywo improwizował (według jakiegoś scenariusza?) do nagrań septetu z taśmy. Zwał, jak zwał - siedem części trwa na nośniku CD dokładnie 49 minut i 17 sekund. Poniżej relacja recenzenta, na poły zachwyconego słuchanymi dźwiękami, na poły istotnie skonfundowanego poznawczo.

Początek koncertu zdaje się być wyjątkowo delikatny, jakby artyści chcieli obiecać nam kameralną podróż po bezdrożach elektroakustyki. Przyszłość wszakże pokaże, iż nie jest to trop właściwy. Minimalizm, repetycja, bystry suspens, nieoczywiste frazy i pełna gotowość podwójnego aparatu wykonawczego, by zaskakiwać, to atrybuty tej części koncertu. Narracja sprawia wrażenie bardzo płynnej, przypomina rozhuśtaną mgławicę dźwięków, na ogół niedających się przypisać ani do akustycznych instrumentów, ani do ich post-elektronicznej postaci. Z każdą sekundą dość spokojnej opowieści rośnie wrażenie, iż dźwięk z taśmy stara się dominować na frazami, granymi przez żywe instrumenty. Pierwsza część urywa się bardzo gwałtownie i po chwili ciszy zostajemy wtłoczeni na dłużej w jeden strumień dźwiękowy, który jedynie od czasu do czasu przerywany będzie nanosekundami ciszy.

W trakcie trzeciej części instrumenty strunowe, te żywe i pewnie także te z taśmy, zaczynają intrygująco lepić post-ambientowy strumień dźwięków. Flow gęstnieje, zaczyna się zmysłowo syntetyzować i po czasie przeformatowywać w zwalisty dron. Na początku kolejnej części elektronika bierze sprawy w swoje zapocone dłonie i daje do wiwatu. Masywna, zwalista syntetyka drąży skałę. Szczęśliwe kolejna partycja kompozycji daje jakby nowe życie akustycznym dźwiękom. Mimo przewagi mocy nad fonicznymi subtelnościami, bez trudu przedostajemy się do części szóstej koncertu.

Tu koncepcja Paterasa stawia na intensywność - basowe plamy, wyjątkowo wzdęte saksofony i klarnety, pobłyskujące perkusjonalia, wreszcie mnogość akustycznych fraz, która zostaje natychmiast dekonstruowana strumieniem elektroniki. Monumentalność narracyjna godna pochwały, acz znacząco determinująca możliwości poznawcze odbiorcy. Oto konglomerat żywej akustyki zmiksowanej z nagraną akustyką, podlany gęstym sosem chwilami wręcz plądrofonicznej elektroniki. Im dalej brniemy w tę dźwiękową otchłań, tym bardziej mamy wrażenie, że arsenał dostępnych środków jest tu tak duży, iż mag kompozytor, mag nieistniejący dyrygent nie może zapanować na emocjami swojej nadkreacji. Wielka orkiestra pod batutą brnie aż do samego końca, a recenzent notuje w swym wygniecionym kajeciku, iż najbardziej podobał mu się pierwszy kwadrans koncertu w Krakowie.

wtorek, 20 kwietnia 2021

Webster/Oleszak/Doskocz/Lisle - Karate (2020)

Webster/Oleszak/Doskocz/Lisle

Colin Webster - alto saxophone
Witold Oleszak - Hammond organ
Paweł Doskocz - electric guitar
Andrew Lisle - drums

Karate

RAW TONK 2020



By Andrzej Nowak

Zapraszamy do Poznania na pierwszy koncert drugiego dnia 3. edycji Spontaneous Music Festival, która odbyła się jesienią 2019 roku. Na scenie klubu Dragon kwartet stworzony na potrzeby tego akurat miejsca i czasu, a zatem definitywnie ad hoc, o uroczej nazwie własnej Karate: Colin Webster (saksofon altowy), Witold Oleszak (organy Hammonda), Paweł Doskocz (gitara elektryczna) oraz Andrew Lisle (perkusja). Koncert składa się z dwóch części, głównej i rozbudowanego encore, trwających łącznie 35 minut i 22 sekundy.

Pierwsze dźwięki dostarcza perkusja, tuż obok szumi gitarowy amplifikator, subtelnie prycha saksofon. Dynamika rodzi się po dwóch minutach, głównie z woli gitary i bystrych talerzy. Po chwili pierwszy dźwięk wydają organy, pozornie pasywne, ale siejące grozę. Grające na przeciwległych flankach gitara i właśnie organy mkną po szczęście stopione w jeden strumień post-fusion-rocka, niesione dynamiką perkusji. Saksofon na chwilę milknie, a gdy wraca, całość opowieści po raz pierwszy łapie oddech spokoju, jakkolwiek na niedługą chwilą. Gitara i organy znów znajdują wspólny, tym razem nieco oniryczny, punkt widzenia i zaczynają mącić pozorny ład improwizacji. Saksofon i perkusja wgryzają się w to z mistrzowską precyzją. Cały kwartet definitywnie pracuje tu na świetnej komunikacji wewnętrznej. 

Wraz z wybiciem 11 minuty muzycy dość zdecydowanie wchodzą w obszar zbliżony do ciszy. Zaczyna się na gra na małe pola bez udziału gitary. Dobrze iskrzy na linii saksofon-organy. Gitara powraca z małym kwasem pomiędzy strunami i z miejsca sieje błyskotliwy zamęt. Kolejna eksplozja emocji dzieje się na wyjątkowo delikatnym podkładzie perkusyjnym. Krok ku wytłumieniu czyni tym razem Hammond, zwinnie gasząc płomień niedawnej erupcji i wypuszczając na łowy duet saksofonu i perkusji, który przez pewien czas pozostawać będzie w mglistym stadium dramaturgicznego bezruchu. Finałowa kipiel seta zasadniczego skrzy się lotem wznoszącym altu, a gaśnie niemal perfekcyjnie, na raz, wprost w objęciach burzliwych oklasków.

Dogrywka, która potrwa ponad 10 minut, w swej początkowej fazie stawia na subtelność i zaniechanie. Drobne intro perkusji z tamburynem, mała gitara, Hammond, który snuje strugę cienia i alt oddychający na stronie. Najczarniejszy z klawiszy buduje nastrój, reszta czyni swobodne zdobienia, kreśląc uroczy post-free-fusion flow. W wyniku splotu tajemniczych intryg (Oleszak, nie bez udziału Lisle’a) improwizacja zaczyna jednak nabierać mocy i dynamiki, wszak nikomu nie zależy tu na rychłym zakończeniu. Ostatni interwał tego smakowitego koncertu, znów tworzony nad wyraz kolektywnie, wrze i pędzi na złamanie karku, po czym zostaje równie efektownie zakończony. I tym razem muzycy mogą liczyć na nieskromne oklaski.

piątek, 9 kwietnia 2021

Impro Session #3 - Abyss, Wojtek Kurek i Wolne Pokoje


Abyss - Water Thrown Into Space (2020)

Maja Laura Jaryczewska - piano, synth
Szymon Zalewski - bass
Artur Paszkowski - drums

PRIVATE EDITION 2020

By Andrzej Nowak

"Woda w kosmosie" to album stworzony przez muzyków, którzy niechybnie po raz pierwszy zagościli w odtwarzaczach redakcji. Całość to efekt improwizowanych sesji, jakie artyści przeprowadzili w czasach jeszcze przez pandemią (jesienią 2019), jak i w lockdownowych warunkach roku kolejnego, które - jak pokazuje szereg przykładów - potrafią wpływać niezwykle silnie na kreatywność muzyków, zwłaszcza w obszarze improwizacji.

Abyss to przykład twórczości, która z jednej strony istotnie łechta podniebienie konesera bystrej muzyki z powabem swobodnej kreacji, z drugiej wciąż stawia pytania i sieje wątpliwości natury czysto artystycznej. To bowiem zwinne połącznie muzyki "post-fusion" (świetny bas, zwinna perkusja) z niebanalną, nienachalną i naprawdę ciekawą warstwą syntetycznych dźwięków budowanych przez syntezator, na które w ramach deseru (a może wątku naczelnego?) nakładany jest - jakby na etapie post-produkcji - strumień czystej, kameralnej pianistyki, na ogół szczędzącej nam poważniejszych porcji improwizacji. Efekt chwilami bywa intrygujący, w innych momentach sytuacja dramaturgiczna aż prosi się o to, by coś w niej zmienić. Na przykład, choćby jedynie przesunąć akcenty - syntezatorowe wojny światów na pierwszy plan, piano w backgroundzie. Ale dość tych recenzenckich egzegez - wskażmy najciekawsze wodne przygody trójki młodych, polskich muzyków.

Niemal każdy z utworów zaczyna się udaną basową introdukcją, istotnie współtworzoną przez elektroakustyczne zdobienia, płynące ze strony syntezatora (choćby trzecia, czwarta i siódma część). Niezłą czujnością dramaturgiczną, prawie w każdym przypadku, wykazuje się drummer. Wchodzi zawsze w punkt, zdobi narrację plastrami ciekawych dźwięków, a jak trzeba - intensyfikuje akcję. Abyss definitywnie lepiej radzi sobie w dynamicznych pasażach (jak w części piątej), niż w około jazzowych meta spowolnieniach (które na ogół narzuca piano często wchodzące do gry po pewnym czasie). Zdecydowanie najciekawszym utworem na płycie jest część ostatnia i wcale nie szkodzi jej fakt, iż jest najkrótsza. Zaczyna ją echo post-techno, które płynie do nas z nieznanych lądów. W ten kontekst pięknie wślizguje się bas, a zaraz potem perkusja, która łamie rytm, rwie frazy, sieje zdrowy ferment. Syntetyka dokłada tu warstwę zjawisk quasi plądrofonicznych. Muzycy śmiało brną do przodu, jakby starali się wskazywać drogę na przyszłość. Opowieść gaśnie po dwóch minutach, nim fortepian zdoła wydać z siebie jakikolwiek dźwięk. 


Wojtek Kurek - Buoyancy (2021)

Wojtek Kurek - drums, percussion, max MSP patch

PAWLACZ PERSKI PPT 51

Umiejętność stylowego łączenia dźwięków akustycznych i syntetycznych w procesie improwizacji nie jest cechą, którą muzycy wysysają z mlekiem matki. Ba, nawet pobieżna analiza przypadków wskazuje, iż zdolność ta występuje w przyrodzie niezwykle rzadko. 

Warszawski perkusista Wojtek Kurek nie tylko dostarcza nam fantastycznych nagrań w duetach i triach, świetnie potrafi wkomponowywać się w zdradliwe składy ad hoc, podsuwane mu przez organizatorów spontanicznych festiwalach dziwnej muzyki, ale nagrywa także solowe płyty, którymi zadaje kłam teorii, iż nie da się udanie łączyć żywego i martwego dźwięku w procesie improwizacji. Dodatkowo, na płycie "Buoyancy" pokazuje także, iż jest zręcznym konstruktorem specjalnych urządzeń generujących elektroakustyczne frazy. Na rzeczonym bowiem nagraniu wyczarowuje dźwięki przy pomocy zestawu perkusyjnego wspartego autorskimi efektami stworzonymi w środowisku MAX/MSP, które przetwarzają materiał akustyczny w czasie rzeczywistym.

Partnerem Wojtka w utworze otwarcia zdaje się być metronom, który regularnym stuk-puk daje życie akustycznej improwizacji. Tło rodzi się tu systematycznie z każdym jego uderzeniem, jakby z kropli wody, z dygoczącej wilgoci dekonstruowanych fraz. Na tym tle budowany jest drumming, który niesie za sobą smugę pogłosu. W kolejnym epizodzie hydrauliczne konotacje znów dają znać o sobie. Słyszymy perkusję, która brzmi jak zanurzony w wodzie kontrabas. Lepka ciecz wokół niego kreuje urokliwy ambient. Z kolei w części czwartej muzyk umieszcza na werblu przedmioty i daje im nowe życie, tuż po śmierci ich akustycznego wymiaru. Rezonans, szum, oddychające ciało muzyka, a na finał dark ambient budowany dźwiękami talerzy i miseczek. Zaraz potem, w wyjątkowo krótkim interludium, perkusjonalne świecidełka płyną wilgotnym strumieniem repetycji. Wreszcie kluczowa, dziewięciominutowa epopeja - perkusyjny trans, który rodzi się w strugach szorstkiego ambientu, w tajemniczych okolicznościach elektroakustyki. Z morza falującej syntetyki wyłania się rytualne bębnienie, taniec, który zdaje się nie mieć końca. W finale słyszymy dzwon pokutny, który wybija ostatnią godzinę, zanurza nas w mroku, nie dając nadziei na wybudzenie. 


Wolne Pokoje - Obiekty Rozmyte (2020)

Robert Demidziuk - tenor saxophone, guitar, bass, xylophone, synth, field recording, korg wavedrum, acoustic laptop, voice, drums

PLAŻA ZACHODNIA 2020

Za dźwięki w formie bliżej niezidentyfikowanych "Obiektów Rozmytych", pomieszczone we wciąż Wolnych Pokojach nieustannie wolnego Miasta Gdańsk, odpowiada jeden człowiek - Robert Demidziuk. Krótka, siedmioczęściowa opowieść zdaje się być dość precyzyjnie zaplanowana, raz za razem skutecznie zdobiona jednak zabiegami aranżacyjnymi, noszącymi znamiona improwizacji. 

"Obiekty" to morze syntetyki, posiadającej silny drive i strumienie akustyki, które chwilami płyną głównym nurtem, ale częściej chowają się w mgławicach post-syntetycznego ambientu, zdobiącego narracyjny background. To cienie electro, kreowane połamanymi strukturami rytmicznymi, które dobrze zderzają się z dźwiękami sfuzzowanego basu i post-metalowym drummingiem. Raz za razem pojawia się tu zmutowany dźwięk saksofonu, który kreśli pół drony, rysuje pętle i intersująco zdobi ów niekiedy plądrofoniczny drums'n'bass. 

W drugiej części nagrania co rusz natrafiamy na dubowe obłoki ciekawych dźwięków, które definitywnie dodają całości uroku. Bywa, że opowieść Roberta brzmi jak stary, dobry Bill Laswell, tu napotykający na gitarowe szaleństwa swojego wieloletniego kompana Bucketheada. Skojarzenie na pozór wydaje się dość karkołomne, gdyż de facto nie słyszymy w nagraniu ani charakterystycznego dołu basu, ani świergoczącej silnym prądem gitary, ale klimat nagrania ewidentnie ma wiele wspólnego z soundem nowojorskiego Downtown lat 90. ubiegłego stulecia i jego improwizującego post-electro-jazz-rocka. Nagranie wydaje się być punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Kierunek ciekawy - osobiście urozmaiciłbym wszakże arsenał dostępnych środków wyrazu. 

wtorek, 16 marca 2021

Nina de Heney & Sławek Janicki - Bass To Bass (2020)

Nina de Heney & Sławek Janicki

Nina de Heney - double bass
Sławek Janicki - double bass

Bass To Bass

MÓZG FOUNDATION/BOCIAN 2020




By Andrzej Nowak

Definitywnie zasłużyliśmy na garść swobodnej improwizacji na instrumenty w pełni akustyczne. Dwa kontrabasy? Dlaczego nie? Nina de Heney i Sławek Janicki spotkali się niemal dokładnie roku temu w Bydgoszczy, w Klubie Mózg. Na płytę "Bass To Bass" trafiły dwie improwizacje - jedna długa, druga krótka, łącznie 34 minuty z sekundami.

Początek nagrania z oklaskami (choć nie wiemy, czy na prawach otwartego koncertu) zastaje muzyków ze smyczkami na gryfach ich kontrabasów. Grzmią na siebie, pomrukują, szukają brudnego baroku, czyniąc prawdziwie niedźwiedzie zaloty miłosne. Drżą, dygoczą, jakby delikatnie skrępowani masą swoich instrumentów. Albo jadą do góry, albo ślizgają się w dół, a tempo narracji rodzi im się pod palcami. Tuż po wejściu w stan pierwszego galopu dystyngowanie zwalniają, po czym sięgają po pierwsze preparacje (lewa flanka) i akcenty perkusyjne (prawa flanka). Po niedługiej chwili dynamika jest im dana na powrót. 

Tuż przed upływem 11 minuty tempo tej post-barokowej przebieżki zdaje się być nad wyraz imponujące. Po kolejnych kilku pętlach wkraczają w fazę szurania i akustycznego skwierczenia, dobrze się przy tym imitując. Gdy znów smyki idą w tango, nastrój robi się prawdziwie łobuzerski, a błoto emocji spływa z gryfów niezwykle efektownie. Po 19 minucie artyści szukają już zdecydowanie ciszy i post-akustycznego ambientu. Garść preparacji, kilka uderzeń po strunach. Ostatnia prosta tego seta kreowana jest przez delikatny rytm, jaki podaje prawy kontrabas. Udane slow motion z nerwem i intrygą.

Drugi, krótki set (a może dłuższe encore), to zabawa w arco i pizzicato. Spokój, dystans, odpowiedzialność za dźwięk. Pomysły rodzą się jednak jeden po drugim, dzięki czemu doświadczamy całej masy naprawdę uroczych zdarzeń fonicznych. Kontrabasy zawodzą, repetują, skrzeczą i plumkają. Po wybiciu 4 minuty czas na intensywne, gęste, jakże suche w brzmieniu szorowanie strun, aż do poziomu acoustic noise. Wreszcie faza schodzenia w dół, szukania dna narracji i ciszy, jaka nastąpi po wybrzmieniu ostatniego dźwięku. Brawo!

Tekst pierwotnie opublikowany na blogu Trybuna Muzyki Spontanicznej.

poniedziałek, 22 lutego 2021

Stasiuk / Trzaska / Rogiński / Szpura - Grochów Głosem (2020)

Stasiuk / Trzaska / Rogiński / Szpura

Andrzej Stasiuk - voice
Mikołaj Trzaska - saxophones, clarinet, bass clarinet
Raphael Rogiński - guitar
Paweł Szpura - drums

Grochów Głosem



KILOGRAM 040

By Andrzej Nowak

"Grochów Głosem" to nie pierwsze już spotkanie Trzaski z szorstką, męską, w wielu momentach genialną prozą Andrzeja Stasiuka (ze zbioru opowiadań "Grochów" i jego felietonów prasowych), tym razem jednak obudowaną bardzo poważnym aparatem muzycznym. Stasiuk recytuje leniwym, chwilami niechlujnym, niestroniącym od kantów, ale jakże aktorskim głosem, a trzech zasłuchanych (niezasłuchanych) muzyków buduje… no właśnie, wcale nie tło. Buduje swobodną, luźną, ale całkowicie samodzielną narrację muzyczną. Niemal dwie godziny z opisywanym albumem jest zatem nie tylko niebywałą przygodą literacką, ale także świetnym, muzycznym przeżyciem. Być może każdy z tych elementów (tekst i muzyka) świetnie radziłby sobie osobno, ale to właśnie połączenie obu strumieni dźwięków powoduje, iż efekt pracy czwórki artystów godny jest wielokrotnego z nim obcowania. Aż dziwne, że na upublicznienie tej sesji literacko-muzycznej czekać musieliśmy osiem długich lat.

To, co szczególnie wartościowe na płycie, to utwory najdłuższe. Z jednej strony pozwalają fantastycznie wybrzmieć tekstowym potokom świadomości (oczywiście osadzonych w realiach świata tak, jak tylko to jest możliwe), z drugiej strony stwarzają mnóstwo wolnej przestrzeni dla muzyków, którzy biegli w improwizacji, dają wspaniały upust swoim temperamentom. Z oczywistych względów poniżej skupimy się głównie na muzycznych aspektach nagrania.

"W nocy patrzyłem w okno" buduje slajsowa, płynąca szerokim korytem gitara. Saksofon z zabrudzonym brzmieniem pojawia się jako drugi, a swing perkusyjnych szczoteczek jako ostatni. Czarny blues zdaje się rosnąć razem z tekstem Stasiuka. W części środkowej jest czas na prawdziwie free jazzową eksplozję saksofonu, a w części końcowej na przeszywające trzewia frazy klarnetu basowego, żyjące wraz z tekstem, który zdaje się być równie intensywny, jak sama muzyka. W warstwie literackiej najciekawszy wydaje się być tekst "Jaka to męka". Ponad 17-minutowa, chyba kluczowa. część "Grochowa Głosem" jest bystrze komentowana przez muzykę. Ta snuje się leniwie, stawia na mikro improwizacje akustycznej gitary i rzewnego, na poły semicko brzmiącego klarnetu. 

I jeszcze kilka perełek z tej słowno-muzycznej epopei. "Co dzieje się z czasem, który minął", to prawdziwy, drogowy blues. "Tyle razy jechałem w stronę tego miasta" to z kolei zmysłowa ekspozycja klarnetu basowego. "Zimowy chłód w listopadzie" jest lekką, niemal frywolną narracją dźwiękową, która podpina się pod tekst o obozie koncentracyjnym. "Słyszał, ale nie słuchał" to prosta piosenka z akcją równie leniwą, jak wymuszona pamięć o zmarłych. "Ziąb na Manhattanie" z kolei to kolejna tekstowa petarda, którą zdobi jedynie improwizująca perkusja. "Staliśmy w martwym wnętrzu" opowiada (nie tylko) o piekarni. Tekstowi towarzyszą drobne, urywane fonie, niczym field recordings skradzione z realnej rzeczywistości. Wreszcie "Mamy tutaj domy z drewna" - chyba najbardziej przejmujący tekst Stasiuka, zdobiony narracją, która najpierw stawia na gitarowy chill-out, a potem snuje się temperamentnym, post-rockowym strumieniem, który narasta wraz z dramaturgią słowa. 

niedziela, 14 lutego 2021

Details In The Air - Totaal (2019)

Details In The Air

Ken Vandermark - Bb clarinet & tenor saxophone
Mikołaj Trzaska - alto & baritone saxophones, bass clarinet
Michał Górczyński - Bb clarinet, bass clarinet, contrabass clarinet

Totaal



KILOGRAM 037

By Andrzej Nowak

To intrygujące, dęte trio znamy już z bardzo udanej, debiutanckiej płyty "Open Containers". Ich drugie podejście zdaje się osiągać już "totaalnie" wysoki poziom. W przeciwieństwie do debiutu album bardziej uporządkowany dramaturgicznie, świetnie brzmiący i pokazujący jeszcze lepiej skomunikowanych wzajemnie muzyków. Dodatkowo mamy wrażenie, iż trio, które swą przygodę osadzało dotychczas bardziej w tradycji free jazzu, teraz coraz chętniej zapuszcza się w rejony swobodnej kameralistyki. Niewątpliwe duża w tym zasługa obytego w tego rodzaju świecie muzycznym Michała Górczyńskiego. Wskażmy najbardziej udane fragmenty "totaalnej" improwizacji (bez wątpienia w pewnym stopniu predefiniowanej).

Już samo otwarcie płyty daje szansę tezie recenzenta o rosnącym posmaku kameralistyki w improwizacjach Details In The Air. Łagodnie frazy, klarnety, saksofon i dużo powietrza pomiędzy dźwiękami. Opowieść przypomina spacer po coraz gęstszym lesie. Emocje zdają się rosnąć z każdą sekundą, a masywne klarnety pięknie śpiewają w bardzo wysokich rejestrach. Druga opowieść pełna jest egzystencjalnej trwogi, metafizycznego wręcz smutku - zbudowana z samych klarnetowych fraz, które świetnie się uzupełniają, a sami artyści wciąż potrafią nas czymś zaskakiwać. Równie zmysłowe jest samo zakończenie, które konstruują dronowe ekspozycje wszystkich instrumentów. 

Piąta improwizacja tkana jest niemal z samych drobiazgów. Na poły rytmiczne szumy, mikro frazy pijanych dysz saksofonu i masywna baza klarnetu kontrabasowego - świetnie skomunikowana opowieść, po czasie pełna dynamicznych szczegółów. Szósta część kipi free jazzem, to informacja ważna dla tych, którzy na tej płycie szukają nade wszystko ognia. Wreszcie sam "totaalny" finał, który znów zdaje się startować z samego dna ciszy. Dźwięki, które rodzą się w bólach, tworząc mgławice szeleszczących fonii, szumów i głębokich oddechów, z których po kilku narracyjnych pętlach zaczynają wykluwać się zadziorne i całkiem dynamiczne frazy. 

sobota, 16 stycznia 2021

Polish Free-Jazz TOP TEN 2020 by Andrzej Nowak

Andrzej Nowak TOP TEN Polish Free-Jazz 2020:

1. Kaluza/Majewski/Mazur/Trilla - The Night Of The Swift
2. Wojtek Traczyk - Runo
3. Rdza - Panoptikum 
4. Mitchell/Mazzoll/Janicki/Janicki - For Sure 
5. Webster/Oleszak/Doskocz/Lisle - Karate
6. Czajka & Puchacz - Bivališča
7. Rafał Mazur - The Great Tone Has No Sound (BOX)
8. Nina De Heney & Sławek Janicki - Bass To Bass 
9. Anna Gadt/Marcin Olak - Gombrowicz 
10. Stasiuk/Trzaska/Rogiński/Szpura - Grochów Głosem

wtorek, 5 stycznia 2021

Mikołaj Trzaska - Nie Promised Land (2020)

Mikołaj Trzaska

Mikołaj Trzaska - alto & baritone saxophones, bass clarinet, voice, field recording, percussion

Nie Promised Land

SIT-565




By Andrzej Nowak

Zapraszamy na spotkanie z Mikołajem Trzaską, muzykiem, który nie wymaga specjalnych rekomendacji ani introdukcji na jakichkolwiek łamach, które choć trochę interesują się muzyką kreatywną, nawet bez zagłębiania się w niuanse gatunkowe czy stylistyczne. Wydawnictwo "Nie Promised Land" to absolutnie bezpretensjonalna, zwiewna, uroczo skonstruowana, solowa ekspozycja na kilka instrumentów dętych, małe perkusjonalia i mgławice ambientowej elektroniki, która snuje się w tle i mąci spokój narratora. Tak, narratora, albowiem Trzaska w dwóch utworach recytuje swoje proste, ale bardzo zgrabne, delikatnie metafizyczne teksty o… przyrodzie i próbach jej zrozumienia, czasami nie do końca skutecznych.

Pierwsza opowieść to dwa dęte wątki, skromny drumming i huczące knieje ambientu, siejącego niepokój i czerstwe emocje. W drugiej i trzeciej opowieści pojawia się tekst, który płynie wraz z muzyką, czasami wbrew muzyce. One man orchestra, która ma dużo do powiedzenia, dużo do zagrania, ale nie czuje wobec siebie i otoczenia jakiejkolwiek presji. Intrygujące słowa tej jakże specyficznej etno-psychotyki jednocześnie bawią, inspirują i nade wszystko pytają o ciąg dalszy, którego nie ma i nie będzie. 

Gdy tekst milknie, powstaje dodatkowa przestrzeń, która zdaje się wzbudzać więcej emocji w tubach dętych przedmiotów codziennego użytku muzyka. Na koniec pojawia się także kilka akcentów elektroakustycznych, kolejny zalążek tego, co mogłoby się na tej płycie dokonać, ale na razie, w ciągu tych dziesięciu minut z okładem, jeszcze się nie dokonało. Będziemy wyjątkowo cierpliwie czekać na tak zwany dalszy ciąg. 

sobota, 21 listopada 2020

Sławek Janicki - Favorite Duets (2019)

Sławek Janicki

Sławek Janicki - double bass
David Moss - vocal, percussion (1)
Nicola Hein - guitar (2)
Mark Feldman - violin (3)
Peter Brötzmann - tenor saxophone, tarogato (4)
Kazuhisa Uchihashi - guitar (5)
Jerzy Mazzoll - bass clarinet (6)
Sainkho Namtchylak - vocal (7)


Favorite Duets

MÓZG FOUNDATION 2019

By Andrzej Nowak

Sławek Janicki, kontrabasista, z pewnością jeden z dwóch najbardziej charakterystycznych dla "Muzyki z Mózgu" artystów, na krążku o wszystko mówiącym tytule "Favorite Duets", prezentuje siedem improwizacji (jedna studyjna, sześć koncertowych), poczynionych w latach 2017-2019 z muzykami, których szczególnie ceni i lubi. Po kolei będą to: David Moss, Nicola Hein, Mark Feldman, Peter Brötzmann, Kazuhisa Uchihashi, Jerzy Mazzoll i Sainkho Namtchylak. Odsłuch całości zajmie nam 44 minuty i 9 sekund.

Zaczynamy od duetu z Davidem Mossem, który używa głosu i perkusjonaliów. Masywne pizzicato kontrabasisty i równie wyraziste wyczyny wokalisty, który początkowo wydaje dźwięki scatem lub techniką, która zdaje się być do niego bardzo zbliżona. Na granicy melorecytacji, z całym bagażem historii improwizowanych dźwięków wprost ze strun głosowych Phila Mintona. W dalszej części utworu dostajemy także garść preparacji na strunach kontrabasu i ekspresyjnych instrumentach perkusyjnych. Drugi duet z gitarą elektryczną - od startu smyczka, który kaleczy struny, do tego post-elektroniczny pomruk gitary, szukającej sprzężeń i przepięć energetycznych. Posmak zbuntowanego industrialu, wszystko czynione na dużej dynamice. Kontrabas brzmi, jakby łyknął dużą porcję prądu.

Czas na spotkania z legendami! Trzecia historia, najdłuższa, to duet Janickiego z amerykańskim skrzypkiem Markiem Feldmanem. Ten drugi od początku rusza w frywolny, jakże swobodny taniec po gryfie. Melodyjne podrygi, w których zwoje wplata się także lekkie, kontrabasowe pizzicato. Wszystko wszakże znów dzieje się w tempie godnym najlepszych sprinterów. Przed upływem trzeciej minuty do gry wchodzi dobrze naoliwiony smyczek i zaczyna się jazda zasadnicza. Muzycy nie unikają imitacji, skrzypek często sięga po semickie frazy. Kontrabas łapie moc, skrzypce nie gubią taneczności, a całość improwizacji nabiera post-barokowego przepychu. 

Dwie sekundy przerwy, a na scenie pojawia się sam Peter Brötzmann. Ma w ustach saksofon, który po ułamku sekundy brzmi jednak jak… tarogato! Kontrabas podaje adekwatną dynamikę, a dęciak zaczyna słać śpiewne, krzykliwe podmuchy gorącego powietrza, rzeklibyśmy Peter like Peter. Muzycy zdają się być jednak dalecy od rozwiązań, jakich moglibyśmy się spodziewać - bystro tłumią emocje, szukają chwilowego uspokojenia. Smyczek definitywnie łagodzi obyczaje, a nam nie pozostaje nic innego, jak uznać ten fragment improwizacji za jeden z bardziej spokojnych i wyważonych w wykonaniu Niemca, nawet w ujęciu dalece historycznym.

Powracamy do duetu z gitarą pełną prądu, wzmacniaczy i przetworników dźwięku. Masywne pizzicato, które szybko znajduje wsparcie w ołowianym smyczku i gitara, która zdolna jest uczynić tu wszystko. Pulsuje, drży i szeleści. Śle delikatne flażolety i pokrzykuje niczym dęciak. Uchihashi po paru minutach brzmi już jak mała orkiestra i wydaje jednocześnie kilka pasm fonii bardzo różnej proweniencji. Posmak post-industrialu, ambientu, zwinnej psychodelii, a wszystko na tle kontrabasu traktowanego smyczkiem, który sieje artystyczne spustoszenie. 

Tuż potem, u boku Janickiego staje kolejny bohater epoki "Muzyki z Mózgu", Jerzy Mazzoll. Wieczni przyjaciele plotą ciekawą meta balladę, wzbogacaną od czasu do czasu bystrymi okrzykami bardzo swobodnej, acz kontrolowanej improwizacji. Wreszcie finał płyty z głosem kobiecym, jedynym w swoim rodzaju. Piękna klamra spinająca świetnie skonstruowany dramaturgicznie zestaw duetów. Sainkho zdaje się być lekka jak puch, acz groźna jak tygrysica. Sławek i jego smyczek - zdystansowani, pewni siebie, melodyczni i punktualni. Zmysłowa rozmowa kobiecego głosu z męskim tembrem kontrabasu - o życiu i innych istotnych zjawiskach wszechświata.

Tekst pierwotnie opublikowany na blogu Trybuna Muzyki Spontanicznej.

piątek, 30 października 2020

Chant/Dymny/Trilla - Ban-Opticon (2019)

Chant/Dymny/Trilla

Tom Chant - saxophones
Michał Dymny - electric guitar
Vasco Trilla - drums

Ban-Opticon

DISCORDIAN 109




By Andrzej Nowak

Druga płyta z cyklu realizacji koncertowych Nocturna Discordia, jakie Discordian Records organizuje w każdą środę, począwszy od 2014 roku, w klubie Soda Acústic, w sercu dzielnicy Gracia w Barcelonie. 7 marca 2018 roku, na drobnym podwyższeniu klubowym melduje się trójka improwizatorów: Tom Chant - saksofon tenorowy i sopranowy, Michał Dymny - gitara elektryczna i Vasco Trilla - perkusja. Zarejestrowany materiał dźwiękowy podzielono na płycie na trzy części, opatrzono tytułami i pozwolono, by trwał 45 minut i 38 sekund. Muzyka dostępna w formie elektronicznej, na stronie bandcampowej Discordian Records.

Początek. W koncert wchodzimy dynamicznie, jakbyśmy wskakiwali w krzyżowy ogień pytań, na które nie ma prostych odpowiedzi. Szereg zmieniających się sytuacji scenicznych - sonoryzujący saksofon tenorowy, impulsywny drumming, basowe przebiegi gitary elektrycznej, potem drobne imitacje tenoru i gitary, niczym komentarz dla rezonującego zestawu perkusyjnego, wreszcie stopa, która bije czeluść bębna basowego niczym serce w trakcie konwulsyjnego ataku. Na wybrzmieniu muzycy tulą się do siebie, ślą pozdrowienia i wyrazy sympatii, a na finał, już bez saksofonu, Dymny i Trilla kroją piękną ekspozycję. Tom powraca dosłownie na ostatni dźwięk.

Rozwinięcie. Pulsujący gryf gitary, suche oddechy saksofonu - cudny, filigranowy duet w oczekiwaniu na perkusję, która podąża z oddali. Trilla ledwie dotyka werbla, podczas gdy na obu flankach prawdziwe tańce i swawole. Koncepcja ma swój rytm, muzycy - jakby w poszukiwaniu pretekstu dramaturgicznego do rozpoczęcia galopu - nakręcają się wzajemnie. W 7 minucie następuje wyhamowanie - szczypta oniryzmu i plastry psychodelii rodzą się pod palcami Dymnego. Dynamika nagrania zdaje się być głęboko ukryta, albowiem narracja toczy się niemal wyłącznie w górnym paśmie, bez basowego backgroundu. Niemniej Dymny, nawet gdy wpada w mroczną sonorystykę, nie gubi po drodze podskórnego rytmu, który zaszyty ma chyba w osobistym DNA. Kolejnym krokiem winna być drobna eskalacja napięcia, która ma ostatecznie miejsce, ale znów nie jest typowa, albowiem Trilla konsekwentnie unika drummingu. W 13 minucie znów wzajemnie wytłumienie - tutaj czynione w obliczu świetnej komunikacji. Wreszcie Trilla włącza werbel, tomy, talarze i stopę - oto i 16 minuta, a narracja grupy osiąga pełny wymiar free jazzowego power tria.

Zakończenie. Saksofon Chanta kwili jak sroczka, Trilla i Dymny ślą drony. Klimat zdaje się być lekko post-psychodeliczny, a na gryfie gitary nawet post-industrialny. Szczególne cuda dzieją się na gryfie, w międzyczasie Trilla włącza swoje małe robaczki, a Chant preparuje tubę podejrzanymi przedmiotami. 9 minuta to moment, w którym muzycy być może wykonują pierwszy krok w kierunku finalizacji koncertu. Dymny eksponuje zwinność swoich palców, Trilla kipi dźwiękami niczym paw na wybiegu, Chant dmie z dużą desperacją. Dynamizacja narracji wydaje się jednak dość pozorna - muzykom raczej bliżej do ciszy. Dialog na flankach, ledwie szeleszczący werbel. Krok ku eskalacji zostaje jednak postawiony, ale z dużą rozwagą, bez brawury. Trilla zdaje się zagęszczać ścieg drummingu, a wszyscy muzycy dopingować do ognistego finału. Piękna kipiel na ostatniej prostej, choć inna niż w drugiej części, bardziej rockowa, z błyskawicami.

Tekst pierwotnie opublikowany na blogu Trybuna Muzyki Spontanicznej.

wtorek, 20 października 2020

Malediwy - Dolce Tsunami (2020)

Malediwy

Marek Pospieszalski - saxophone
Qba Janicki - drums, percussion

Dolce Tsunami

CNC 003





By Andrzej Nowak

Perkusista Qba Janicki i saksofonista Marek Pospieszalski powracają pod pięknym, egzotycznym szyldem Malediwy. Po koncertowej rejestracji "Afroaleatoryzm", pełnej błyskającego ogniem piekielnym free jazzu, zapraszają nas w tajemniczą, naszpikowaną akustycznymi niespodziankami, podróż studyjną o równie ekscentrycznej nazwie "Dolce Tsunami". Muzycy wyposażeni w instrumenty akustyczne i całą armię urządzeń piezoelektrycznych i amplifikujących, proponują nam dźwięki, które na pierwszy rzut oka i ucha można by zaliczyć do kategorii improwizowanych, elektroakustycznych preparacji. Kierunek ów niechybnie przynosi skojarzenia recenzenta z solową płytą Janickiego "Intuitive Mathematics", która pod względem estetycznym zdaje się być usadowiona bliżej nowego albumu Malediwów, niż sam debiut rzeczonego duetu. 

Taka, a nie inna decyzja artystyczna sprawia, iż płyta jest zdominowana przez rytm. To on zdaje się być przyczyną, jak i celem każdej decyzji dramaturgicznej. Wszystko dzieje się tu wokół niego, także wszelkie dęte pasaże, niezależnie od stopnia dekonstrukcji żywego dźwięku saksofonu, trzymają konwencję, tańczą według rytmicznych wskazówek i podpowiedzi, czy też wbrew nim, ale zawsze w stanie pełnej inspiracji. Muzycy proponują na niedługiej płycie (około 42 minuty) aż jedenaście różnych pomysłów na bystrą improwizację, zatem na ogół śpiewają krótko, na temat i nie mają jakichkolwiek problemów ze stylowym domknięciem każdego z wątków. 

Album startuje intrygującą strukturą dynamiczną, czymś na kształt post-synkopy. Po tym mocnym początku artyści bardziej skupiają się na preparowaniu dźwięków - ich instrumenty drżą i szeleszczą, a amplifikatory pracują rytmicznie. Posmak elektroakustyki nie będzie już opuszczał muzyków do samego końca. W kolejnych kilku utworach akceptują oni dyktat rytmu, często stosując repetycję, a całość chwilami nabiera na poły rockowej ekspresji. Samo dobro zaczyna się od siódmej części. Tu procesowi dekonstrukcji poddana zostaje ściśle idea rytmu. Narracja pętli się, skwierczy amplifikacjami, rzęzi i pulsuje, niczym zepsuty agregat prądotwórczy. Dobre czasy Mouse On Mars mogą tu być nieco prowokacyjnym tropem recenzenta. 

Ósma i dziewiąta część pogłębiają proces syntetycznej dewastacji akustycznych dźwięków. Wszystko grzmi głuchym, post-elektronicznym rezonansem, nabiera dubowego posmaku, a echo wydaje się kreować sytuację dramaturgiczną na równi z instrumentami. W kolejnej części powraca, znany z pierwszej płyty, duch free jazzu, czyniąc tę część morzem ekspresji i zdrowych emocji. W ostatnich dwóch częściach warto zwrócić uwagę na całkowicie pozbawiony rytmu wstęp utworu przedostatniego, a także na posmak etno w kompozycji finałowej, gdy instrumentom i amplifikatorom przychodzi z odsieczą głos męski.

sobota, 26 września 2020

Degenerative 4. Spontaneous Music Festival 2020 !!!

W czasach wszechogarniającej zarazy organizacja kilkudniowego festiwalu, nawet w obszarze jakże niszowej muzyki swobodnie improwizowanej, graniczy z zaawansowanym stadium szaleństwa. Dragon Social Club i Trybuna Muzyki Spontanicznej nie złożyły jednak broni i - przy zachowaniu nadzwyczajnego reżimu sanitarnego - podjęły się przeprowadzenia kolejnej edycji Spontaneous Music Festiwal. Na scenie poznańskiego klubu Dragon, od 9 do 11 października, pojawią się muzycy z Barcelony, Londynu, Amsterdamu, Wrocławia, Warszawy, Zielonej Góry i Poznania! Zapraszamy serdecznie! 

Czwarta edycja międzynarodowego Festiwalu Muzyki Spontanicznej odbędzie się tym razem pod hasłem Degenerative, które odnosi się rzecz jasna do istoty części muzyki, jaka będzie zaprezentowana na scenie festiwalowej, ale także pokrętnie stara się oddać naszą bezradność wobec rzeczywistości czasów zarazy.

Główną postacią imprezy będzie wenezuelski saksofonista, improwizator i kompozytor - El Pricto. Muzyk od wielu lat rezydujący w Barcelonie, jest najważniejszą postacią tamtejszej, jakże interesującej, sceny muzyki kreatywnej - zarówno improwizowanej, jak i notyfikowanej muzyki współczesnej. Jest także szefem wydawnictwa płytowego Discordian Records.

El Pricto zaprezentuje na scenie Dragona dwa całkowicie autorskie projekty. Pierwszym z nich będzie improwizowana interpretacja muzyki klasycznej pod hasłem Degenerative Music. Artysta przekładał będzie klasyczne partytury, m.in. Fryderyka Chopina i Karola Szymanowskiego, na język improwizacji i dyrygował rozbudowaną personalnie Orkiestrą Festiwalową, którą utworzą muzycy zagraniczni i polscy zaproszeni na Festiwal. W innym przedsięwzięciu El Pricto zaprezentuje - specjalnie napisaną na potrzeby poznańskiego wydarzenia - kompozycję dla improwizującego kwintetu gitar elektrycznych, także złożonego z muzyków zagranicznych i polskich. Ponadto Wenezuelczyka usłyszymy w improwizujących składach - w trio Hung Mung i duecie General Ludd. Pojawi się także w jednym z utworzonych na potrzeby festiwalu składów "ad hoc", tradycyjnie konfigurowanych przez organizatorów z muzyków, którzy nigdy wcześniej nie grali za sobą.

Drugim niezwykle ważnym wydarzeniem festiwalu będzie urodzinowy koncert polskiego pianisty Witolda Oleszaka. Artysta, który latem skończył 50 lat, zaprosił na specjalny koncert dwóch wybitnych, legendarnych muzyków brytyjskich - Johna Edwardsa i Marka Sandersa

Poza wyżej wymienionymi muzykami, w trakcie trzech dni festiwalowych - w przeróżnych układach personalnych - wystąpią: brytyjski saksofonista Colin Webster, holenderski gitarzysta Jasper Stadhouders, kolejni goście z Barcelony - perkusista Vasco Trilla oraz gitarzysta Diego Caicedo oraz jak zwykle rozbudowana załoga polskich muzyków: gitarzyści Hubert Kostkiewicz, Michał Sember i Paweł Doskocz, saksofoniści Piotr Łyszkiewicz i Michał Giżycki, skrzypek Ostap Mańko, perkusiści - Wojtek Kurek i Michał Joniec oraz last, but not least - trębaczka Weronika Kulesza-Gryszczuk

piątek, 28 sierpnia 2020

Zoubek/Cruz/Witkowski - Radium (2019)

Zoubek/Cruz/Witkowski

Philip Zoubek - prepared piano, synth
Ivann Cruz - guitar, electronics
Marcin Witkowski - drums, electronics

Radium

CIRCUM DISC LX015


By Andrzej Nowak

Jesteśmy we francuskim Lille, na koncercie pewnego tria, jest rok 2017. Philip Zoubek gra na fortepianie preparowanym i syntezatorze analogowym, Ivann Cruz na gitarze elektrycznej i elektronice oraz Marcin Witkowski na perkusji preparowanej i elektronice. Dziewięć improwizacji (na ogół bardzo swobodnych), 54 minuty i 56 sekund.

"Radium", bo tak zwie się foniczna dokumentacja owego koncertu, to prawdziwie elektroakustyczna przygoda, kreowana wyobraźnią trzech bystrych improwizatorów, w trakcie której nie brakuje zwinnych preparacji, masywnych pasm elektroniki i mnóstwa niebanalnych rozwiązań dramaturgicznych. Jedynym dylematem odbiorcy zdaje się tu być odwieczna wojna żywych i syntetycznych dźwięków. Gdy dominują te pierwsze, jakość nagrania osiąga stany wysokie lub jeszcze wyższe. Kiedy dominują te drugie i biorą na swoje barki całe jarzmo świata, wszystkie jego problemy i chcą je rozwiązać masywnymi pasażami niemal harsh-noise, to recenzent zgłasza votum separatum.

Skupmy się wszakże na niewątpliwych atutach płyty. Już samo otwarcie obiecuje naprawdę wiele - metaliczny rezonans strun gitary, młoteczki czarnych klawiszy fortepianu, skupiony, aktywny drumming na wytłumionym werblu i tomach. Matowa narracja z elektronicznym backgroundem, który wzmaga jakość akustycznych ekspozycji - mamy wrażenie, że na scenie jest mała orkiestra, nie zaś trójka muzyków. W drugim utworze napotykamy na ciekawą koegzystencję syntetycznego ambientu, świetlistej gitary i akustycznych preparacji. 

Kolejny fragment jest niezwykle perkusjonalny, a to zasługa wszystkich uczestników spektaklu, także znów świetnie preparującego pianisty. W czwartej części narracja nabiera niemal industrialnej mocy, posmaku dark ambient i po raz pierwszy szuka hałaśliwych akcentów. Piąta improwizacja tonuje jednak emocje, schodzi na samo dno i stawia na elektroakustyczne preparacje. Nie brakuje akcji typu call & responce, a całość pięknie wygasza akustyka gitary i piana. 

Równie zmysłowy zdaje się być odcinek numer siedem - garść całkowicie zasłużonego chilloutu, dubowa gramatura gitary, perkusjonalne błyskotki. A wszystko to po odcinku numer sześć, niemal 13-minutowym ataku harsh elektroniki. Podczas gdy ósma improwizacja znów brnie w syntetyczny hałas, finałowa, dziewiąta koi wszystkie zszargane nerwy - piano szuka ciszy na dnie pudła rezonansowego, szczoteczki perkusyjne szeleszczą, a szklista gitara nuci meta-melodyjne frazy.

Tekst pierwotnie opublikowany na blogu Trybuna Muzyki Spontanicznej.

piątek, 14 sierpnia 2020

Arszyn/Kołacki - 13 (2020)

Arszyn/Kołacki

Krzysztof Topolski - drums, cymbals, sticks, brushes, claves, cowbells, floor, voice, synth
Rafał Kołacki - gong, rattles, bells, congas, horn, objects, wooden block

13



PRIVATE EDITION

By Andrzej Nowak

Przenosimy się do łódzkiej Fabryki Sztuki, jest wrzesień ubiegłego roku. Zgodnie z tytułem płyty czeka nas odsłuch trzynastu utworów (kompozycji/improwizacji) na miliony przedmiotów, z których tylko niektóre zaliczyć możemy do bardzo szeroko rozumianej kategorii instrumentów perkusyjnych. W roli podmiotów wykonawczych - Rafał Kołacki i Arszyn (Krzysztof Topolski), w roli przedmiotów wykonawczych - gong, grzechotki, dzwonki, konga, rożek, obiekty, drewniany blok (ten pierwszy) oraz perkusja, talerze, patyki, młotki, szczotki, klucze, krowie dzwonki, bęben, głos, syntezator (ten drugi).

Na spektakl opętanych rytmem muzyków przeznaczyć winniśmy sporo ponad godzinę zegarową i być może z punktu widzenia jego walorów artystycznych stanowi to jedyną jego wadę. Trzynaście dramaturgicznych pomysłów na ogół bardzo ciekawie się rozwija, po prawdzie jednak, muzycy nie zawsze znajdują odpowiedni moment, by dany wątek sfinalizować. Dyktat rytmu, owa mantra nieskończoności narracji nadmiernie determinują poczynania artystów. Rzućmy zatem okiem na zawartość i wskażmy szczególnie udane momenty "Trzynastki".

W pierwszym odcinku dominantą zdają się być iberyjskie kastaniety, choć w zestawie przedmiotów wykorzystanych w nagraniu ich nie znajdujemy. W drugim napotykamy na feerię talerzy, które zawłaszczają przestrzeń Fabryki, a w trzecim muzycy czynią ważny krok w kierunku rozwiązań bardziej typowych dla perkusji i instrumentów perkusyjnych. Czwarta część to kolejny etap rosnącej dominacji rytmu, wspomaganej głosami, które dość szybko topią się w formule powtórzeń. W piątej części pojawia się dźwięk dęty, a wszystko wokół zdaje się skwierczeć nieinwazyjną elektroniką. Na tle tego, co dotychczas, ciekawie sytuuje się szósta opowieść - czujemy oddech głuchego kosmosu, słyszymy skromny drumming po krawędziach werbla, a całość nabiera wręcz ezoterycznego posmaku.

Siódmy odcinek stawia na puls jednostajnego rytmu i rozbłyskujące talerze, ósmy zdaje się estetycznie zahaczać o afrykańską polirytmię, a element swobodnej improwizacji staje się na moment udziałem muzyków. Kolejny etap to atak congas, które nie biorą jeńców. W dziesiątej - drobny stopping i kalejdoskop niemal wyłącznie udanych zdarzeń fonicznych - kołatki, błyskotki, coś dmie, coś szeleści małą elektroniką. Dużo emocji, tyleż kreacji i najwyższa ocena recenzenta. W jedenastej i dwunastej części coś mechanicznie szeleści, ale poświata elektroakustyki nie sprzyja łatwym skojarzeniom. Tempo rośnie, talerze hałasują. Wreszcie finał, który tłumi emocje, stawia na rezonans akustycznych przedmiotów, podlewanych cienką strużką syntetyki. Cisza po ostatnim dźwięku pozostawia recenzenta w rozkroku - mnóstwo intrygujących dźwięków nie zawsze spina się w równie wartościową całość.


sobota, 1 sierpnia 2020

Podpora/Kohyt - Nights Are Numbered (2020)

Podpora/Kohyt

Katarzyna Podpora - prepared piano, accordion, violin, moog theremin, objects
Max Kohyt - piano, double bass, bass clairnet, ukulele, electronics

Nights Are Numbered

BOCIAN 2020


By Andrzej Nowak

Warszawski Bocian dostarcza ostatnimi czasy nowości płytowe dość regularnie i nic w tym zakresie nie zmieniła rzeczywistość pandemiczna. Kolejną przygodę z improwizacją, na ogół dość swobodną, ponownie w wersji krajowej, proponują nam: Katarzyna Podpora - piano preparacje, akordeon, skrzypce, moog theremin, obiekty oraz Max Kohyt - fortepian, kontrabas, klarnet basowy, ukulele, elektronika. 

Muzycy określają swoje dwa utwory (łącznie mniej niż 37 minut) mianem kompozycji, choć zdaje się, że składają się one głównie z wątków… improwizowanych. Jakkolwiek ilość dźwięków, jakie produkują w tzw. jednostce czasu, sugeruje, iż nagranie nie powstało w czasie rzeczywistym, albowiem bardzo często słyszymy dźwięki trzech, a nawet czterech instrumentów, tudzież wątków dramaturgicznych snutych w tym samym momencie. Jeśli zaś nagranie jednak powstało na żywo, jedynym wytłumaczeniem naszego dysonansu poznawczego może być fakt, iż każdy z muzyków posiada więcej niż dwie kończyny górne lub nad wyraz sprawne kończyny dolne, zdolne grać na instrumentach. Efekt wszakże jest dalece frapujący, a swoboda kreacji i budowania dramaturgicznego napięcia zdecydowanie stanowią atut zarówno duetu, jak i każdego instrumentalisty z osobna.

Pierwsza opowieść toczy się wokół fortepianowych preparacji. Muzycy zaczynają w estetyce bardzo minimalistycznej, z czasem przebywa jednak dźwięków, rośnie ilość użytych instrumentów i spiętrzeń dramaturgicznych. Wyważone "chamber", które lubi tajemniczość i suspens, zaczyna w toku budowania opowieści pokazywać pazurki i szukać zaczepki. Filigranowa fauna swobodnej improwizacji nabiera masy, choć muzycy, tak teraz, jak w trakcie całego nagrania, bardziej lubią dźwiękowe niuanse i szczegóły od ekspresyjnych salw emocji. Feeria słonych i matowych fonii podawanych wszakże z rozwagą, nie bez dobrych korelacji z dźwiękami, które wybrzmiały chwilę wcześniej. 

Druga strona winyla odstawia nieco masywne fortepiany i bardziej koncentruje się na budowaniu aury elektroakustycznej. Znów wszystko czynione jest tu ze smakiem, pewną kobiecą wrażliwością, z daleko od epatowania dźwiękami prostej syntetyki. Pojawią się brzmienia strunowe, do gry na moment wchodzi akordeon, nie brakuje dźwięków post-perkusjonalnych, a także akcentów akustycznej plądrofonii. W końcowej części nagrania swoje trzy grosze dokłada kontrabas wyposażony w nadpobudliwy smyczek. Ostatnia zaś prosta należy już wyłącznie do mooga, który buduje końcowe resume.

czwartek, 9 lipca 2020

Rychlicki/Kostkiewicz - Zapis (2020)

Rychlicki/Kostkiewicz

Łukasz Rychlicki - guitar
Hubert Kostkiewicz - guitar

Zapis

MAVO-C6/AF004





By Andrzej Nowak

Rockowi gitarzyści, szczególnie ci z otwartymi głowami i czystymi uszami, w improwizowanej sytuacji scenicznej potrafią sobie naprawdę dobrze radzić. Przed nami kolejny dowód rzeczowy w sprawie. I o ile Łukasz Rychlicki (Kristen, Lotto) ma już spory bagaż doświadczeń z grą z głowy, o tyle Hubert Kostkiewicz (The Kurws) uchodzić może w tej materii za aspiranta. Spotkali się razem już dość dawno (2017), ale zapis dźwięków, jakie onegdaj wydali ze swoich rozgrzanych wioseł, trafia do nas dopiero teraz, na kasecie magnetofonowej. 

Muzycy wprowadzają nas w klimat występu bardzo łagodną ścieżką. Smukły, płynny rock z akcentami post-bluesowego gaworzenia przy świecach, w oczekiwaniu na schłodzenie się ostatniej butelki wódki. Lewa gitara opowiada historię, prawa szuka otwartej przestrzeni z nutą psychodelii. Muzycy zdają się trzymać zbliżonej stylistyki, tak w pieśni otwarcia, jak i w kolejnych epizodach. W drugim sprawdzają wytrzymałość plastikowych kostek gitarowych w zetknięciu z ołowianymi strunami, ślą nam garść post-rockowych riffów, a na prawej flance dostrzegamy próby mącenia ustanej wody brudną nogą ku chwale rockabilly. Na finał zaś dobry moment podwójnej repetycji z mgławym post-gitarowym ambientem w tle. 

W trzeciej historii kłania nam się Jim Jarmusch i jego kadry z rozgrzanej słońcem, nieistniejącej prerii. Ballada z akcentami psychobilly, dużo dobrych powtórzeń. Czwarta improwizacja to czas na skupienie i szukanie na gryfach innych, bardziej tajemniczych dźwięków. Słyszymy echa wczesnego Sonic Youth - lewa strona rzęzi i jęczy, prawa stroszy pióra. Wreszcie ostatnia, najdłuższa opowieść. Zaczynają ją post-rockowe impresje, trochę ostrych fraz, rosnąca dynamika i emocje będące efektem bystrych interakcji. Narracja zaczyna płynąć bardzo swobodnie, a posmak Velvet Underground sączy się z obu wioseł z równie intensywną wonią. Na sam finał muzycy czynią pętlę dramaturgiczną i powracają do estetyki post-bluesa z początkowej fazy płyty. Garść kwasu z obu stron w ramach ostatniego dźwięku.

czwartek, 25 czerwca 2020

Wojtek Traczyk - Runo (2020)

Wojtek Traczyk

Wojtek Traczyk - prepared bass

Runo

PPT 50






By Andrzej Nowak

Jakże miło jest rozpocząć recenzję od zdania, które konsumuje wszystko, co chcielibyśmy powiedzieć o omawianym wydawnictwie. Solowa płyta kontrabasisty Wojtka Traczyka jest po prostu doskonała! Z jednej strony swobodnie improwizowana, a jednak utrzymywana w pełnym dramaturgicznym rynsztunku, z drugiej - silnie eksplorująca tzw. techniki rozszerzone, gdzie listowanie sposobów wydobywania akustycznych dźwięków z prostego instrumentu strunowego zdaje się nie mieć końca, do tego brzmiąca chwilami niezwykle przystępnie i niepozbawiona specyficznej melodyki. Rzućmy okiem, co kryje się w pięciu improwizacjach, trwających łącznie niewiele ponad pół godziny.

Traczyk zaczyna od trzęsienia ziemi, a potem jest jeszcze lepiej. Masakruje smyczkiem (pałeczkami perkusyjnymi?) struny kontrabasu. Każde uderzenie ma swój czas, by wybrzmieć szerokim strumieniem zniekształconych fonii. Harsh double bass i smyk, który wyje niczym pozbawiony dysz saksofon. Muzyk zdaje się mieć więcej niż jedną parę rąk. W kolejnej części smyk ryje bruzdę w podłodze, a narracja stawia repetycję na piedestale najważniejszych metod tej improwizacji. Struny krwawią, włosie smyczka płonie suchym ogniem. Trzecia część przenosi instrument do małego zakładu mechanicznego. Struny burczą, pomiędzy nimi zdają się tańczyć tajemnicze przedmioty. Szarpanie strun ma moc młota pneumatycznego. Wszystko drży i nabiera post-perkusjonalnej poświaty. Surowe, brzęczące matowością frazy powtarzane z dojmującą systematycznością.

Czwarta historia sięga po post-barokowe atrybuty. Gdy wszystkie działania artysty doprowadzą do zbudowania narracji (mamy wrażenie, że w działaniu są już dwa smyczki), kontrabas zacznie śpiewać, krzyczeć i skomleć. To będzie ryk rozpaczy, nie rozsierdzenia. Trzecia symfonia Góreckiego grana tuż po nieudanym przeszczepie mózgu. Tren żałobny wbija się w uszy i sprawia, iż to być może najbardziej przerażający zestaw dźwiękowy, jaki wydał świat od momentu proklamacji pandemii. Piąta improwizacja wydaje się kontynuować ów post-barokowy przepych, pełen dźwięków dekonstruowanych milionem technik. Smyczek (smyczki?) piłują struny, które przyjmują ciężar gatunkowy ciekłego ołowiu. Na sam finał muzyk proponuje post-drummerską nawałnicę, po czym odnajduje ciszę, która pachnie niczym napalm o poranku, i to wcale nie w Wietnamie.


sobota, 6 czerwca 2020

Paweł Doskocz/Vasco Trilla - Hajstra (2019)

Paweł Doskocz/Vasco Trilla

Paweł Doskocz - guitar
Vasco Trilla - drums

Hajstra

ANG CD06/2019





By Andrzej Nowak

Paweł Doskocz na gitarze elektrycznej i Vasco Trilla na perkusji (głównie instrumentach perkusyjnych) w nagraniu z poznańskiego Dragona, poczynionym wszakże bez udziału publiczności, w maju 2018 roku. Cztery improwizacje, 40 minut i jedna sekunda.

Głuchy ambient uśpionej gitary, szelest małych, plastikowych przedmiotów, które być może kiedyś służyły do zabawy, drżenie talerzy, bynajmniej nie kuchennych - oto bystry strumień fonii gitarzysty gotowego na wszystko i mistrza "no drumming percussion". Narracja budowana jest mozolnie, pęcznieje wszak systematycznie, czemu sprzyja wzajemny rezonans przedmiotów, jakie pozostają we władaniu artystów. W okolicach 7-8 minuty gitara zdaje się nabierać post-rockowej poświaty, posmaku noise, struny ostrzą swoje kanty, a armia metalowych wibratorów przypuszcza zmasowany atak. Na finał pierwszej improwizacji, żmudnie i kolektywnie budowana ściana dźwięku staje się udziałem wszystkich i nie znosząc sprzeciwu, uruchamia kolejne pokłady wyobraźni recenzenta. 

Bez utraty choćby nanosekundy, przechodzimy do ekspozycji numer dwa - gongi, małe talerze i struny gitary zanurzone w wewnętrznym meta śpiewie. Perkusja rezonuje, gitara drży, całość narracji nabiera chybotliwej pewności siebie. Urywane frazy, egzystencjalne dialogi - czupurność myśli, sakralność czynów. W 5 minucie stopa perkusji bije w masywny bęben basowy, a gitara ogląda zdjęcia z bardzo starych koncertów Sonic Youth. Flow opowieści nadyma się, warstwy fonii kleją się do siebie jak plastry miodu - gitarowe post-techno z pętlą rocka uwieszoną na szyi. Szorstka uroda chwili, metafizyczny krzyk spoza dostępnej nam świadomości, egzorcyzmy hałasu, orgia talerzy - zdaje się, że masywny noise znów jest tu celem samym w sobie. Muzycy bez trudu osiągają zamierzony efekt, po czym zmysłowo gaszą płomień drżącymi robaczkami i filtrującym wzrokiem gitary.

Trzecia improwizacja, która jest naszym udziałem znów bez trwonienia czasu na puste sekundy, wyrasta z ciszy rezonujących talerzy i głębokiego ambientu gitary. Moment plądrofonicznej zadumy i preparowania każdego dźwięku, jaki przyjdzie do głowy muzykom. Posmak industrialu i zgoda na każde rozwiązanie, w tym także na szybkie przejście do... czwartej improwizacji. Spokojna historia, tkana przez filigranową gitarę i talerze, które boją się zadrżeć. Powolny marsz w nieznanym kierunku, narracja budowana w ciszy niepokoju, pełna repetytywnych grepsów gitary i brzasku matowych bębnów. Perkusista znów zaczyna bić rytm z dna absolutnego, a ambient gitary nabiera harshu pomiędzy struny. Krok za krokiem, bez nadmiernego pośpiechu, "Hajstra" dokonuje swojego żywota - piłowanie strun, które grzmi jak burza, która powraca po raz tysięczny tamtej wiosny i przeciąganie taśmy magnetofonowej po krawędziach talerzy, czynione w obawie przed pustką finałowej ciszy.

Tekst pierwotnie opublikowany na blogu Trybuna Muzyki Spontanicznej.

sobota, 23 maja 2020

Impro Session #1 - improwizowany dzień z Bocian Records !!!


By Andrzej Nowak

Warszawski Bocian lubi mieszać gatunki, łączyć improwizację z kompozycją, unika dróg na skróty, z ptasią gracją omija dramaturgiczne mielizny i estetyczne płycizny. Dziś omówimy trzy płyty wydane przez Bociana w roku bieżącym i minionym. Spotkamy na nich czterech muzyków, którzy na miejsce artystycznego zdarzenia dotarli z różnych miejsc, mając w buławie dotychczasowej sławy całkiem odmienne doświadczenia muzyczne. Trzy czarne, nieprzegadane krążki (zdaje się, że ów wydawca nie znosi zbyt długich płyt), które niezależnie od swoich niepodważalnych zalet i prawdopodobnie zupełnie niedostrzegalnych wad, udowadniają ważną tezę dotyczącą szeroko rozumianej muzyki improwizowanej - odwieczna rywalizacja elektroniki i dźwięków akustycznych może śmiało przybierać barwy artystycznej przyjaźni, często przeradzającej się w prawdziwe "marsze równości" składnika syntetycznego i żywego.


Przeździecki/Karałow - Pedestal's Complement (2020)

Jerzy Przeździecki - buchla music easel, eurorack system
Andrzej Karałow - piano, guitar, effects

BOCIAN 2020

Zaczynamy od niedługiej relacji z festiwalu ambientowego w Gorlicach (2019). Na scenie Andrzej Karałow (grand piano, gitara i efekty) i Jerzy Przeździecki (wszystkie pozostałe dźwięki, zapewne w całości syntetyczne). Ich spotkanie zwie się "Pedestal’s Complement" (LP 2020), podzielone zostało na dwie części i trwa 26 minut. 

Koncert rozpoczyna dźwięk, który brzmi jak elektroakustyczny metronom. Towarzyszy mu delikatne, ostrożne piano z odrobiną preparacji. Szczypta post-elektroniki w służbie post-akustyki. Narracja buduje się mozolnie, ale dość swobodnie, bez minimalistycznych naleciałości. W ramach ozdobników puste, brzęczące półakordy gitary, brzmiące niczym replika fortepianu, a także spora ilość dźwięków, dla których trudno wskazać źródło pochodzenia. Piano potrafi pokazać free jazzowy pazur, elektronika, choć chwilami bardzo aktywna, daleka zdaje się być od inwazyjności. Obie sfery dźwięków dobrze na siebie reagują i w przyjaźni realizują, wspomniany w preambule tekstu, marsz równości. Pierwsza strona płyty zdaje się być szczególnie udana po dziesiątej minucie, gdy opowieść ogarnia pewien rodzaj nostalgii i elektroakustycznej zadumy, która realizuje się bez popadania w banał nadmiernej repetycji.

Druga strona winyla kontynuuje ów nieco spowolniony bieg zdarzeń, nabiera posmaku zdrowego, dobrego chill-outu. Muzycy od czasu do czasu czynią gesty, które wskazują na poszukiwanie dramaturgicznej zaczepki, a każda z tych prób liczyć może na bystrą interakcję. Po czasie opowieść nabiera odrobiny rozmachu, ale artystom wciąż nigdzie się nie śpieszy. Kultywują klimat meta ambientu, w który pod sam koniec występu tchną jeszcze dodatkową porcję melodyki, co uczyni zarówno finał, jak i cały koncert dalece przyjemnym doznaniem słuchowym.


Przeździecki/Mazzoll - melodnie (2019)

Jerzy Przeździecki - tuned distortion feedback
Jerzy Mazzoll - bass clarinet

BOCIAN 2019

Odpowiedzialny za świat syntetycznych nieskończoności, Jerzy Przeździecki, zostaje z nami, a dołącza do niego pomnikowa postać krajowej, improwizowanej awangardy - Jerzy Mazzoll. Ich wspólne nagranie zwie się "melodnie" (LP 2019), składa się z sześciu improwizowanych epizodów, których odsłuch nie zajmie nam więcej niż 27 minut. Wedle skąpego opisu na okładce płyty, Mazzoll będzie grał na klarnecie basowym bez ustnika (po prawdzie, nie wiemy, czy dzieje się tak w każdym utworze), zaś jego partner użyje tuned distortion feedback.

Płytę otwierają masywne dźwięki elektroniki, z których wyłania się brzmienie klarnetu na dużym pogłosie. Być może ów dźwięk akustyczny jest poddawany obróbce metodą live processing, być może jednak to, co słyszymy, powstaje w zupełnie inny sposób. Nie jest to dla nas szczególnie ważne, albowiem od pierwszego do ostatniego dźwięku kolejny bociani, jakże kooperatywny marsz syntetyki i akustyki (w tym wypadku, to ostatnie pojęcie wydaje się nieco mało precyzyjne), dostarcza nam niemal wyłącznie pozytywnych emocji. Co ciekawe, w tym tyglu zniekształconych i dramaturgicznie powykręcanych dźwięków, pojawia się nuta folkowego, tudzież orientalnego zaśpiewu, a nawet głos, który próbuje nam coś przekazać na poły werbalnie. Znów nie wiemy, czyja to sprawka, ale - powtórzmy - ponownie nam się podoba. Dobrym przykładem na owe intrygujące naleciałości stylistyczne niech będą dwie pierwsze kompozycje.

W trzecim utworze napotykamy na ciekawy dysonans. Z jednej strony dociera do nas dron post-electro, z drugiej - budowany na dużym pogłosie dron klarnetu, który brzmi tu niczym wypalone ogniem pustynnym didgeridoo. Czwarta opowieść budowana jest przede wszystkim na improwizacji instrumentu dętego. Mazzoll plecie tu zwinną, dosadną i śpiewną opowieść. Z kolei w piątej improwizacji królem polowania jest syntetyka, która harcuje, dudni i grzmi mechaniką szelestu i sprzężenia. Mamy nieodparte wrażenie, że w tym tyglu emocji palce macza także elektronicznie zdekonstruowany klarnet. Na finał tej bardzo krótkiej płyty garść świszczącej post-elektroniką klarnetowej zadumy. Długie, smakowite pasaże w poświacie wyjątkowo mglistego poranka, które ucięte zostają sprawnym ruchem post-produkcyjnej brzytwy. 


Qba Janicki - Intuitive Mathematics (2019)

Qba Janicki - percussion instruments, soundboard

BOCIAN 2019

Czas na trzeci już dziś marsz syntetyczno-akustycznej równości, a w roli żywego instrumentu tym razem perkusja. Na płycie "Intuitive Mathematics" (LP 2020) nie spotykamy jednak duetu, albowiem za wszystkie dźwięki odpowiadał będzie jeden artysta - Qba Janicki. Obok zestawu perkusyjnego, muzyk korzystał będzie z amplifikacji i własnoręcznie wykonanego narzędzia pracy, tzw. deski dźwięków. Dwie strony czarnego winyla, 33 i pół minuty.

Otwarcie płyty obiecuje wiele i bez trudu, w dalszej jej części, obietnice owe spełnia. Świergot małej elektroakustyki - narracja budowana precyzyjnie krok po kroku, perkusja i drobna elektronika na granicy żywego dźwięku. Całość podszyta preparacjami, czasami nawet na granicy przesteru. Rytm, dynamika, emocje perkusji i elektronicznych zdobień. Po fazie syntetycznej eskalacji, która ma miejsce w połowie utworu, bystry powrót do żywego, ale bardziej filigranowego drummingu. Po paru kolejnych minutach narracja gęstnieje, urozmaica swoje brzmienie i zaczyna poszukiwać ciekawych repetycji, by na koniec znów odnaleźć powód do wzmożenia dynamiki.

Drugą stronę otwiera czerstwa, gęsta i repetytywna elektronika. Jakby muzyk w tej samej chwili generował kilka wątków. Żywe pasma pojawiają się od czasu do czasu w tej opowieści, potrafią wszakże bez słowa przenieść się w syntetyczny wymiar. W połowie szóstej minuty aurę nagrania na krótki moment spowija chmura ambientu, która gasi dynamikę ekspozycji. Narracja przypomina w pewnym stopniu post-jazzowe dekonstrukcje Jana Jelinka sprzed dwóch dekad, realizowane wszakże na żywo. Przybywa elektroakustycznych preparacji, udanych powtórzeń, pogłosu post-elektroniki, czyniąc przy okazji ów fragment płyty najbardziej frapującym. Nim muzyk dobrnie do końca swojej historii, po czternastej minucie zaserwuje nam jeszcze plaster harsh & industrial, po czym ze śpiewem na ustach rozpocznie proces zawijania do portu, napotykając po drodze na kilka intrygujących sprzężeń mocy. 

Zobacz też: