Sunday, October 24, 2021

Zostań naszym recenzentem / Be our reviewer


Important! We are looking for reviewers writing in Polish and/or English languages as well as translators.

Szanowni czytelnicy!

Przyszła chwila na to, aby rozszerzyć zespół naszych recenzentów. Z każdym rokiem rośnie liczba wydawanych albumów z udziałem polskich artystów. Nie ma niemalże dnia, abyśmy nie otrzymali informacji o nowej płycie, o nowym projekcie, festiwalu, koncercie! To bardzo cieszy, ale też szkoda, aby te inicjatywy nie zostały odnotowane i opisane. Tak widzimy swoją misję. Zatem jeśli ktoś z Was kocha muzykę, lubi się dzielić swoimi wrażeniami i "świerzbi" go pióro to zapraszamy do współpracy!

Ponieważ naszym skarbem jest niezależność, będziecie mieć całkowitą swobodę wyrażania swoich opinii. Z góry jednak uprzedzamy, że jedyną nagrodą za Wasz wysiłek będzie satysfakcja z docierania z Waszą opinią do tysięcy słuchaczy tak w Polsce jak i za granicą. 

Chętne osoby prosimy o kontakt na adres: polish.jazz.blog@gmail.com


Dear Readers!

The time has come for our reviewers' team to expand. The number of new Polish jazz recordings is increasing every year and we need more reviewers to be able to record this renaissance. If you love the music, if you like to share your thoughts and  to write we invite you to our team.

Our treasure is our independence so you can count on being able to express freely what you think about the music. On the other hand we cannot offer you any other reward than just being read by thousands of our readers in Poland and abroad.

If that sounds attractive to you please contact as at: polish.jazz.blog@gmail.com


Saturday, October 23, 2021

Łukasz Pawlik - Long-distance Connection (2021)

Łukasz Pawlik

Łukasz Pawlik – piano (1, 2, 5, 6), cello (6), keyboards, synthesizers, sample programming 
Randy Brecker – trumpet, fluegelhorn (4, 7)
Dawid Główczewski – alto & soprano saxophone (1, 2, 7, 8)
Szymon Kamykowski – tenor saxophone (3, 4)
Tom Kennedy – electric bass (1, 2, 6, 8)
Michał Kapczuk – electric bass (4, 7)
Cezary Konrad – drums (4, 8)
Gary Novak – drums (3, 5, 6, 7)
Phil South – percussion (1)
Mike Stern – electric guitar (1, 3, 7)
Dave Weckl – drums (1, 2)

Long-distance Connection (2021)

Tekst: Maciej Nowotny

Ta płyta dostała jakby drugie życie. Oryginalnie wydana w Polsce 2019 została doceniona, ale nic ponadto. Stało się tak, mimo że Łukasz Pawlik do nagrania zaprosił oprócz wyśmienitych polskich muzyków, także gwiazdy sceny światowej w osobach szczególnie Randy Breckera grającego na trąbce, Mike Sterna na gitarze elektrycznej czy Dave'a Weckla na perskusji. Oczywiście jest to stary trick muzyków z mniej znanych krajów, aby zaprosić gwiazdę - w tym przypadku to są rzeczywiście muzycy wybitni - i próbować na tym zbić jakiś promocyjny kapitał. Nie zawsze, a właściwie częściej niż rzadziej, to się kończy raczej smutno. Owszem nazwiska przyciągają uwagę, ale jak się słucha muzyki, to się okazuje, że nic nadzwyczajnego się nie wydarza. W przypadku tej płyty jest jednak na szczęście inaczej.

I co ciekawe nie jest to specjalnie zasługą wyżej wymienionych gwiazd. Owszem grają one na poziomie światowym, jakiego byśmy od nich oczekiwali, ale trzęsienia ziemi nie ma. Nie jest to też projekt, w który by wkładali jakoś nadzwyczajnie wiele uwagi czy serca. Mimo to ich obecność jest bardzo udana i ważna, a jest to zasługą głównie samego Łukasza Pawlika. Skomponował on bowiem cały materiał na płytę i tak to zaprojektował, że wspaniali muzycy zaproszeni do nagrania albumu - tak zagraniczni jak i polscy - mogli pokazać pełnię swoich możliwości. Powstała muzyka przemyślana, zagrana na wirtuozerskim poziome i bardzo spójna; komunikatywna, ale jednocześnie na tyle złożona, że kolejne odsłuchy odsłaniają kolejne coraz głębsze poziomu przekazu.

Dobrze się zatem stalo, że ten materiał dostał drugie życie. Bo wydało go w tym 2021 roku wydawnictwo Summit Records i płyta mogła dotrzeć do międzynarodowego słuchacza, w tym amerykańskiego. Jeden z nich - Jim Worsley z allabotjazz.com - dał w rezultacie płycie 5 gwiazdek i napisał entuzjastyczną recenzję, w której padają takie między innymi określenia jak: "arcydzieło" czy "epickie osiagnięcie". To utwierdza nas w przekonaniu, że polscy recenzenci nie pomylili się co do oceny tej płyty (chociaż raczej nie używali tak wzniosłych fraz), a muzyka tworzona przez polskich artystów jest często na światowym poziomie i zasługuje by dotrzeć do większej liczby słuchaczy. 

Zatem brawa dla Łukasza Pawlika i wspierających go w tym zbożnym dziele kolegów-muzyków, recenzentów, tak zagranicznych jak i polskich, bo dzisiaj nagrać wyśmienitą płytę to niestety często dopiero połowa sukcesu. Trzeba jeszcze dotrzeć do słuchaczy, a to w tej epoce nadmiaru wrażeń coraz trudniejsze. A jednak czasem się udaje. To zresztą jeszcze jeden wymiar tego "drugiego życia" tej muzyki. Pamiętamy przecież jak kilka lat temu, w roku 2014, edycja amerykańska krążka "Night In Calisia" ojca Łukasza, znanego polskiego jazzowego pianisty Włodimierza Pawlika, kompletnie z zaskoczenia dostała Nagrodę Grammy wprawiając w osłupienie polskich krytyków i słuchaczy. Na wypadek takiego rozwoju wydarzeń pozwalam sobie napisać ten tekst właśnie, a i Wy drodzy czytelnicy, szczególnie którzy kochacie fusion i jazz rock, też nie musicie wcale czekać na kolejne Grammy...

 

Saturday, October 16, 2021

The Intuition Orchestra - Summa Intuitiva (2021)

The Intuition Orchestra

Ryszard Wojciul – soprano & alto saxophones, clarinet, bass clarinet, EWI, voice

Bolesław Błaszczyk – piano, synthesizer, cello, electric cello, voice

Jacek Alka - percussion

Gościnnie: Olga Szwajgier (vocals, track: 2, 9), Maria Pomianowska (bilgoray suka, plock fiddle, voice), Justyna Rekść-Raubo (viola da gamba - soprano & bass), Wojciech Błażejczyk (guitar, electronics, objectophones), Krzysztof Knittel (electronics), Krzysztof Majchrzak (bass guitar, fretless bass, electronics), Krzysztof Szmańda (drums)

Summa Intuitiva (2021) 

Wydawca: AudioCave

Tekst: Maciej Nowotny

Ryszard Wojciul - znany warszawski promotor muzyczny, dziennikarz radiowy prowadzący mi.in. przez lata audycję w Radio Tok.fm, a także menedżer kultury związany niegdyś m.in. ze znaną polską wytwórnią ForTune, jest też muzykiem. Obecnie nie jest to jego źródło utrzymania, a raczej miłość całego życia, ale koncertuje bardzo rzadko i właściwie jest związany głównie jeśli nie wyłącznie z jednym zespołem - Intuition Orchestra, którą tworzy wraz Bolesławem Błaszczykiem (klawisze, wiolonczela) i Jackiem Alką (perkusja). Do tego projektu regularnie powraca i raz na jakiś czas wydaje nowy materiał, chociaż ten po sporej, bo aż 6-letniej przerwie.

Możecie Państwo wyrazić zdziwienie, że trzy osoby to trochę skromnie jak na zawarte w nazwie określenie "orkiestra"? Ale formuła zespołu zakładała (przynajmniej na albumach, które miałem okazję słuchać), że do tego podstawowego składu dopraszani są goście za każdym razem odświeżając w ten sposób doświadczenie spotkania. I tak na wydanym w 2012 świetnym "Frommie" pojawili się znakomita wokalistka Grażyna Auguścik i charyzmatyczny tubista Zdzisław Piernik, na "To The Inside" (2014) m.in. kreatywny gitarzysta Marcin Olak, a na "Case Of Surprise" (2015) m.in. energetyczny improwizator Dominik Strycharski. Najnowszy album nie stanowi tu wyjątku, chyba tylko pod tym względem, że gości jest jeszcze więcej i wszyscy bez wyjatku są wybitnymi twórcami, a nazwiska Marii Pomianowskiej, Olgi Szwajgier, Krzysztofów Majchrzaka i Szmańdy są świetnie znane, szczególnie w świecie polskiego jazzu.

Jak sugeruje tytuł i czego nie ukrywa lider, płyta jaką dostajemy do rąk stanowi podsumowanie 35-letniej pracy zespołu. Ja w tej podróży miałem okazję brać udział przez nieco ponad dekadę i należałem do osób wytrwale zwracających uwagę na ten projekt, bo w obrębie tzw. "trzeciej drogi" czyli projektów łączących jazz, muzykę improwizowaną i współczesną był moim zdaniem naprawdę wart uwagi. Dzisiaj to się wydaje truizmem, ale podkreślanie spontanicznego charakteru procesu tworzenia muzyki, otwartość na różne prądy i gatunki muzyczne, gotowość do eksperymentowania nie były czymś równie oczywistym dekadę czy dwie temu jak są dzisiaj. 

Trzeba jednak uczciwie napisać, że dzisiaj trudno określać muzykę Intuition Orchestra jako awangardową. Ciągle napominam siebie (i zachęcam do tego kolegów po piórze), aby nie szermować etykietką "awangardowy" wobec muzyki, która ma swoje korzenie w dokonaniach artystów nagrywających 50 lat temu. "Summa Intuitiva" nie jest awangardowa, ona jest tylko i aż zapisem kolejnego etapu podróży muzycznej i życiowej artystów, którzy mają miłość i pasję do muzyki i chcą się nią z nami, słuchaczami, dzielić. W takich momentach ta płyta jest najlepsza bardzo na plus wyróżniając się z wydawanych dziesiątkami, lecz dość sztampowych płyt jazzowych. 

Każdy utwór jest inny, każdy brzmi świeżo, na każdym artyści dają z siebie coś nowego, zaskakującego i muszę schylić przed nimi głowę, a szczególnie przed Ryszardem Wojciulem, bo mimo upłuwu lat w tej muzyce słychać młodzieńczą wręcz pasję, miłość, radość, a nawet ekstazę z grania i spotkania z innymi bratnimi duszami. Tak, ta płyta potrafi czarować, ale pod kilkoma warunkami. Potrzeba cierpliwości, by się dać muzyce otworzyć. Nie są to bowiem pioseneczki typu pitu pitu, ale granie z trzewi, z korzeni, z ducha. Trzeba znaleźć odpowiedni moment wewnętrznej ciszy, może nawet kilka razy podejść do tego materiału, dać sobie szansę na wsłuchanie się głębiej, szczerzej, z większym zaangażowaniem. Aby to się udało niezbędny jest też dobry sprzęt muzyczny. Ja zachwyciłem się tą muzyką dopiero słuchając jej na bardzo dobrych, analitycznych, audiofilskich słuchawkach. Na średniej klasy kolumnach czy słuchawkach ta muzyka miała zbyt wąską średnicę i nie mogłem przebić się do detali. A w tej muzyce nie diabeł, ale anioł, a może i sam Pan Bóg tkwi właśnie w detalach... Gratulacje dla artystów!

Tuesday, October 12, 2021

Artur Tuznik/Simon Olderskog Albertsen/Flavia Huarachi - The Space Above (2021)

Artur Tuznik/Simon Olderskog Albertsen/Flavia Huarachi

Artur Tuznik – piano, compositions 
Flavia Huarachi – flute
Simon Olderskog Albertsen – drums, percussion

The Space Above (2021)

Tekst: Maciej Nowotny

W jakich my dziwnych czasach żyjemy! W Nowej Gwinei albo Ekwadorze autobus wypadnie z drogi, a chwilę później dzięki mediom wie o tym cała planeta. Żyjemy w coraz ciaśniejszej globalnej wiosce, a z drugiej strony zalewani jesteśmy morzem, ba, oceanem informacji do niczego nam nieprzydatnych. A tych istotnych nieraz ciężko się doszukać! Ta sytuacja dotyczy także muzyki, bez której piszący te słowa nie może się obyć. Wszakże coraz trudniej śledzić mu pojawiające się nowości. Nie tylko dlatego, że jest ich dużo, ale dlatego, że media osłabły, coraz rzadziej pełnią fukcję selekcyjną i oceniającą, pomagając w wyborze. Coraz częściej same walczą o przetrwanie, a nagłówki służą im raczej do nabijanie clicków niż do tego, żeby informować o tym co najcenniejsze.

I w ten sposób zdarza się często, że wiadomości o dobrej muzyce do nas nie dochodzą, a te o chłamie - ale wsparte pieniędzmi - wciskają się nam choć ich nie chcemy. Taką właśnie "cichą" płytą, wydaną bez zgiełku, nie wspartą niczym, o której cicho sza, a szkoda, jest ten właśnie krążek. A jest w nim wszystko to, co najlepsze wziąć się da z tej naszej globalnej wioski czyli trójka młodych, utalentowanych artystów z różnych stron nie tylko Europy i nawet świata, którzy komunikują się dzięki muzyce, jakby byli z jednego kraju, z jednego miasta, z jednego domu. Na flecie gra pochodząca z Boliwii Flavia Huarachi, na perkusji Duńczyk Simon Olderskog Albertsen, a na fortepianie nasz Artur Tuźnik. Artura śledzimy na naszym blogu od ponad dekady i od początku wróżyliśmy mu interesującą karierę. Łatwo znajdziecie na blogu teksty opisujące kolejne projekty, w których brał udział, bez wyjątku inspirujące, a do tego odważne, poszukujące swojej drogi. Tak, Artur wraz z Tomkiem Licakiem, Tomaszem Dąbrowskim, Maciejem Kądzielą, Markiem Kądzielą i innymi stanowią śmietankę muzyków z tzw. "duńskiego zaciągu" (studiujących i absolwentów Akdaemi Muzycznej w tym kraju), którzy tyle w ostatniej dekadzie dobrego wnieśli do naszej muzyki improwizowanej i jazzu.

A wracając do tej płyty to jest ona mniej jazzowa, a bardziej klasyczna, a może nawet po prostu akustyczna. Taka etykietka jest dość popularna na zachodzie i ma wielu wielbicieli, ale u nas jakby mniej. U nas taka muzyka kojarzy się bardziej z Klasyką przez duże K, filharmonią i tak dalej, a mniej z czymś nowym, świeżym jak jazz. Ale na świecie jest inaczej i element rozrywkowy, żywy, nowatorski w obrębie tego języka jest bardzo żywotny i ma dużą klientelę wśród słuchaczy. Dla nich ta płyta może być prawdziwym odkryciem, a jej odsłuch dać dużo satysfakcji. Program zaczyna się od bachowskich "Wariacji Golbergowskich", tak na przetarcie, świetnie zagranych, a potem słuchamy 3-częściowej suity "The Spring", która czaruje delikatnością, wrażliwością, możemy się cieszyć dźwiękami poszczególnych instrumentów i czujemy się jakbyśmy spacerowali w pełnym odprężeniu na rozkwitającej wiosennymi kwiatami łące. Wszakże tytułowa suita "The Space Above" to już zupełnie inna para kaloszy. Dochodzi dw niej do głosu jazzowy pazur, ale taki spod znaku muzyki improwizowanej i artyści pokazują tu to co mają najlepszego: wybitne umiejętności muzyczne, kreatywność w obszarze melodii jak i rytmu, umiejętność słuchania się nawzajem, wreszcie stworzenia muzyki poruszającej emocje, duchowej.

Naprawdę ciekawy debiut trio, które od czysto muzycznej strony powinno mieć przed soba świetlaną przyszłość. Czy jednak uda im się wybić spośród ogólnego hałasu? Mam nadzieję, że ten tekst chociaż minimalnie w tym pomoże...


Sunday, October 10, 2021

Wywiad z Danielem Nosewiczem - część II


II część rozmowy jaką Alek Jastrzębski przeprowadził z Danielem Nosewiczem zaczyna się od pytania o najnowszy debiutancki krążek artysty. Warto oczywiście zapoznać się także z I częścią tej rozmowy, także opublikowanej na naszym blogu: 

8. Jakie znaczenie kryje się za tytułem „The Shining”? Ma jakiś związek z książką Kinga lub filmem Kubricka?

Film ani książka nie mają żadnego związku z płytą. Chodziło mi bardziej o to, by wyrazić sposób, w jaki finalnie powstały kompozycje. Starałem się całą muzykę zmieścić w głowie, zwizualizować ją i przenieść na papier, a nie usilnie siedzieć nad klawiaturą czy gryfem i czekać w nadziei: „a może coś wyjdzie?”. Ten sposób okazał się bardzo rozwojowy w kwestii instrumentacji czy też pojmowania formy. Myślę, że w przyszłości będę rozwijał w sobie tę umiejętność, jest ona niezwykle trudna.

9. Co w takim razie ze znaczeniami poszczególnych utworów? Szczególnie nurtuje mnie „Gulliver's Travels”.

Miałem taki jeden dzień, podczas którego siadłem na sofie i starałem sobie wyobrazić, z czym te kompozycje mi się kojarzą, co odzwierciedlają. Co do kilku miałem wątpliwości, ale miały one tytuły robocze. Ciekawe jest to, że nucąc temat z „Gulliver’s Travels”, w głowie pojawił mi się obraz bohatera powieści Swifta oraz jego przygody, te morskie także. Sama kompozycja jest nieco baśniowa, utrzymana w metrum trójdzielnym, a więc lekko „buja”. Uznałem, że to chyba dobry pomysł nazwać właśnie tak ten utwór. I tak też zostało. Weźmy np. „Kaleidoscope” - wystarczy posłuchać riffu otwierającego ten utwór, by stwierdzić, że jest on lekko przesunięty, a z początku wydaje się symetryczny. Mamy tu więc czystą analogię do tego urządzenia optycznego. Z kolei „Something’s Coming” to utwór, który przez cały przebieg rozwija się, dąży do jakiegoś punktu. Jakby coś miało nadejść. Mamy tu dwie kluczowe kulminacje, świetnie zresztą poprowadzone przez Michała Ciesielskiego i Szymona Łukowskiego, po których następuje rozładowanie napięcia.

10. Co było największym wyzwaniem podczas prac nad płytą? Oczywiście poza dostaniem się do Budapesztu w czasie pandemii.

Cały ten projekt był jednym wielkim wyzwaniem. Każdy etap spoczywał na moich barkach. Po raz pierwszy oprócz kompozycji, prowadzenia prób, dyrygowania - czyli tej strony czysto muzycznej - musiałem zmierzyć się także z logistyką, produkcją, organizacją, nadzorem nad miksem, okładką czy samym wydaniem płyty. Pracy było rzeczywiście mnóstwo, trzeba było zmieścić się jeszcze między różnymi zleceniami. Kilka osób pomogło i doradziło, co przyspieszyło nieco moje działania. Wiedziałem na co się piszę, ale w głowie miałem jeden cel w postaci tej płyty. Cieszę się, że udało się to wszystko złożyć w całość.

11. Coś Cię zaskoczyło? A może miałeś jakieś obawy?

Przygotowując się do tego projektu rozpisałem każdy etap i w miarę trzymałem się planu, zaburzonego nieco przez pandemię. Miałem zaplanowaną sesję z orkiestrą w Budapeszcie na kwiecień 2020, a więc na sam początek pandemii. Musiałem ją przebookować na lipiec. Po otwarciu granic udałem się na Węgry. Na miejscu pojawiła się obawa, a w zasadzie impuls. Przy wejściu do radia, ochroniarz na bramce „strzelał” termometrem w głowy i wtedy pomyślałem, że gdybym miał gorączkę lub stan podgorączkowy, to przecież nie wszedłbym do studia i nie zadyrygował orkiestrą. Byłby to duży kłopot. Na szczęście wszystko udało się bez problemów i cała sesja przebiegła bardzo dobrze. Orkiestra zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie - sposób w jaki pracują, jak grają. Wielkie doświadczenie. Sesja z kwintetem też należała do bardzo udanych. Patrząc już z perspektywy czasu, to miałem same pozytywne zaskoczenia.

12. W jednym z wywiadów wspomniałeś, że praca nad płytą poza satysfakcją, przyniosła też zmęczenie. Co męczyło Cię najbardziej?

Jak już wspomniałem - każdy etap był na mojej głowie. Siłą rzeczy musiał dostarczyć zmęczenia, ale nie frustracji! I to było bardzo ważne w całym procesie. Ani przez chwilę nie pomyślałem, że może coś jest nie tak, albo że coś mnie przerasta. Z wieloma rzeczami mierzyłem się po raz pierwszy, np. praca z orkiestrą w obcym języku, miksy korespondencyjne z Dave’em Darlington’em, współpraca z grafikiem. W każdym momencie czułem się komfortowo i pewnie. Dokładnie wiedziałem, w którą stronę zmierzam i jaki jest mój cel, ale też bez zbędnego ciśnienia. Pewne rzeczy same pięknie się toczyły i niespecjalnie wtrącałem się w ten bieg zdarzeń. Na pewno doba mogłaby być dłuższa.

13. Czy któryś z dziesięciu utworów mógłbyś nazwać ulubionym? Jeśli tak, to dlaczego akurat ten konkretny?

Chyba nie mam tego jedynego, ulubionego. Kompozycje są różne pod względem aparatu wykonawczego, ale już słyszałem głosy: „że wyszły spod jednego pióra” i to mnie bardzo cieszy. Praca nad własnym językiem jest niezwykle trudna i wymaga czasu, mogę śmiało rzec, że jest to praca czysto intelektualna. Myślę, że interesujące są dwa Kaprysy. W pierwszym użyłem trochę współczesnych technik kompozytorskich, klasterów. W zderzeniu z kwintetem, uzyskałem dość oryginalny efekt. Ciekawy jest też Nokturn na orkiestrę smyczkową i flugelhorn. Do jego wykonania zaprosiłem Jurka Małka, który idealnie wpasował się i poczuł klimat tej kompozycji.

14. Jakie są Twoje dalsze plany twórcze? Zamierzasz pogłębiać symbiozę orkiestry symfonicznej i kwintetu jazzowego czy może kuszą Cię jakieś inne wyzwania i nowe światy warte odkrycia?

Moje plany twórcze są często narzucane przez zlecających, co mnie oczywiście bardzo cieszy. Aranżacja też jest przecież aktem twórczym, w Polsce nieco niedocenianym. Każdy projekt, który przyjmuję, traktuję z taką samą dokładnością. Co ważne, musi być interesujący i wartościowy. Jeśli chodzi o autorską muzykę, mam kilka pomysłów na płyty. Jednym z nich jest płyta big-bandowa. Podczas studiów dużo pracowałem nad tym aparatem wykonawczym. Udało mi się nawet dostać do finałowej piątki konkursu kompozytorskiego w Kopenhadze, gdzie premierowo tamtejszy big-band wykonał moją kompozycję. Na tę chwilę nie jestem jednak w stanie powiedzieć, jaki kształt będzie miała kolejna płyta i co mi w duszy zagra.

Saturday, October 9, 2021

Wywiad z Danielem Nosewiczem - część I

Daniel Nosewicz nagrał niedawno swój debiutancki album "Shining". Sylwetkę tego utalentowanego muzyka przybliża nam w wywiadzie Alek Jastrzębski:

1. Twoja edukacja muzyczna zaczęła się od gitary klasycznej i fortepianu. Ostatecznie zostałeś jednak przy gitarze. Dlaczego?

Rodzice zaprowadzili mnie i brata na egzaminy wstępne do Szkoły Muzycznej I st. w Lidzbarku Warmińskim. Wybór instrumentu głównego był bardzo duży - od perkusji po flet, ale ostatecznie padło na fortepian. Wynikało to chyba z jakiejś mody na ten instrument. Dodatkowo mieliśmy w domu pianino, na którym już jako kilkuletnie dzieci graliśmy, a raczej wygłupialiśmy się. Ukończyłem I stopień na fortepianie, ale pod koniec edukacji zastanawiałem się, co dalej. We wrześniu zreflektowałem się, że dalej chcę uczyć się w szkole muzycznej, ale było już po egzaminach wstępnych i żadnych miejsc na gitarę. Dyrektor poszedł mi na rękę i bez egzaminów przyjął mnie na... klarnet w cyklu młodzieżowym. Pograłem na „kiju” półtora roku i w trakcie nauki zwolniło się miejsce na gitarze. Wskoczyłem więc do klasy gitary i tak już zostało. Granie na klarnecie, jak się później okazało, bardzo przydaje się w aranżowaniu i komponowaniu muzyki. W końcu to „dęciak”. Dobrze się stało, że choć trochę na tym instrumencie pograłem.

2. Chciałeś grać klasykę czy już wtedy w głowie dźwięczał Ci jazz? A może jeszcze inna muzyka?

W ogóle muzyka dźwięczy mi w głowie. Ta dobra. Muzyka klasyczna w pewnym stopniu jest ograniczona przez zapis. Można ją wykonywać i interpretować na wiele sposobów – są wybitni wykonawcy, którzy to czują i świetnie robią, ja jestem ulepiony z nieco innej gliny, stoję bliżej swobody i wolności w muzyce. Jako dziecko z wielką chęcią dodawałem różne składniki do akordów w utworach wielkich mistrzów - septymy, nony - albo grałem ze słuchu zasłyszane w radiu piosenki. To mi sprawiało najwięcej radości i już na początku edukacji wiedziałem, że nie będę specem od klasyki. Z pewnością jednak, gruntowne wykształcenie i osłuchanie się z muzyką klasyczną jest nie do przecenienia i z perspektywy czasu cieszę się, że przez te wszystkie szczeble edukacji przeszedłem. Pamiętam sytuacje w II st. szkoły muzycznej, gdzie zawsze na początku roku migałem się od grania suit Bacha i proponowałem mojemu nauczycielowi repertuar współczesny, w którym lepiej się czułem.

3. Kiedy poczułeś potrzebę komponowania/aranżowania? Coś Cię do tego zainspirowało?

Przyszło to w momencie, gdy zacząłem czerpać radość z grania i muzyki w ogóle, czyli pod koniec I st. szkoły muzycznej. Pierwsze kompozycje zapisane w nutach pojawiły się w II. stopniu. W drugiej klasie liceum organizowaliśmy spektakl w 150 rocznicę śmierci Adama Mickiewicza, podczas którego wykonaliśmy moje utwory na kwartet i orkiestrę smyczkową. W tym samym roku z grupą muzyków ze szkoły muzycznej w Olsztynie stworzyliśmy spektakl „Metro”, który był niejako repliką hitu teatru Buffo i tu aranżowałem na orkiestrę z sekcją rytmiczną. To była moja pierwsza, duża „robota” aranżacyjna. Miałem z tego wiele radości i chyba wtedy, jako siedemnastolatek, po raz pierwszy poczułem, że chcę także pisać aranżacje. W „Metrze” grałem w sekcji na gitarze, ale już wtedy wiedziałem, że przy kolejnych projektach powinienem stanąć za pulpitem dyrygenckim.

4. Czy chciałeś łączyć świat muzyki symfonicznej z jazzem zanim Leszek Kułakowski zapoznał Cię ze zjawiskiem trzeciego nurtu?

Myślę, że tak, choć było to nieświadome. To profesor uświadomił mnie w wielu kwestiach, głównie ideowych. Pokazał na przykładzie swoich partytur i innych, że tak można. Otworzył przede mną bramy, których przekroczenie okazało się bardzo fascynujące. Muzyka symfoniczna i jazzowa były obecne w moim życiu od zawsze, za sprawą rodziców, którzy słuchali dobrej muzyki. Można powiedzieć, że dzięki nim mam wyrobiony gust muzyczny. Chciałbym tu też wspomnieć o moim drugim nauczycielu - Macieju Grzywaczu, u którego kończyłem równolegle gitarę jazzową, a który jest także świetnym kompozytorem. Namówił mnie, by na dyplomie magisterskim z gitary zagrać tylko swoje kompozycje. To było bardzo cenne doświadczenie. Z wielu utworów do dziś jestem zadowolony.

5. Co zafascynowało Cię w trzecim nurcie? Opowiedz też o swoich mistrzach.

Świat trzeciego nurtu jest bardzo rozległy i dużo wymaga od kompozytora. Trzeba przede wszystkim panować nad formą, która w jakimś stopniu musi być zamknięta ze względu na zapisane partie orkiestrowe. I tu muzycy jazzowi muszą także dostosować się do nut i przebiegu całej kompozycji. Jest to ciekawe, bo uruchamia w nich inne pokłady energii, zmusza do większej samokontroli i w ogóle kontroli formy. Trzeci nurt wymaga także od kompozytora odpowiedniego warsztatu symfonicznego. Przystępując do kompozycji i orkiestracji tych utworów, czułem, że jest to właściwy moment, że jestem w dobrym punkcie, by zacząć pokazywać szerzej swoją muzykę. Samo opanowanie orkiestry symfonicznej zajmuje wiele lat. Mistrzów wskazał mi, wspomniany już Leszek Kułakowski - Marię Schneider, Boba Brookmeyera czy wreszcie Gunthera Schullera. Przy pierwszym zderzeniu z ich muzyką poczułem, że jest jeszcze wiele do odkrycia. To zawsze inspiruje.

6. Zdaje się, że od jakiegoś czasu aranżujesz głównie dla telewizji i najczęściej są to aranże pod wokal. Skąd więc potrzeba nagrania płyty instrumentalnej?

Aranżacje do programów telewizyjnych czy koncertów z orkiestrą są na pewno sporym wyzwaniem, bo mamy tu zderzenie kilku podmiotów: reżysera, który trzyma pieczę nad całością, wokalistę/kę, który/a musi dobrze czuć się w aranżacji i gdzieś z tyłu jestem jeszcze ja, który stara się przemycić swoje pomysły aranżacyjne, ciekawe harmonie, instrumentacje. I w takiej sytuacji, to linia wokalna oraz tekst są najważniejsze. Percepcja rozkłada się wtedy zupełnie inaczej, warstwa instrumentalna schodzi nieco na dalszy plan i nie może zagłuszać, ani przytłaczać wokalu, a go wspierać. O swojej muzyce często myślałem jako instrumentalnej. Akurat przy okazji tej płyty nie usłyszałem w głowie wokalu, ale nie wykluczam w przyszłości wykorzystania także śpiewu.

7. W notce biograficznej w zapowiedzi pewnego festiwalu z 2014 roku jest informacja, że udzielasz się jako sideman i muzyk sesyjny. W aktualnej notce na Twojej oficjalnej stronie tej informacji już nie ma i raczej sugeruje ona, że obecnie jesteś bardziej kompozytorem, aranżerem i dyrygentem niż gitarzystą. Jednak na debiutanckiej płycie zdecydowałeś się wystąpić również jako gitarzysta. Dlaczego?

To znak czasu (śmiech). Na przykład w 2013 roku wraz z kolegami (Tomasz Chyła, Konrad Żołnierek, Sławek Koryzno, Andrzej Józefów) zagraliśmy koncert „Tribute to Rage Against The Machine”, byliśmy jeszcze na studiach czy w końcówce toku nauczania. Był to zupełnie inny etap dla każdego z nas. Minęło siedem, osiem lat, teraz podążamy już własną ścieżką kariery i każdy z nas ma na siebie inny pomysł. Gitarę traktuję jako mój instrument główny, na którym ćwiczę cały czas. W przypadku tej płyty poczułem silną potrzebę uczestniczenia także jako instrumentalista. Uznałem to za coś naturalnego i niczym niewymuszonego. Czy jestem bardziej kompozytorem, aranżerem, dyrygentem niż gitarzystą? Po prostu jestem muzykiem. Pisanie aranżacji, prowadzenie orkiestry czy granie na gitarze, dostarcza trochę innych emocji. Wiem na pewno, że nie mógłbym być tylko gitarzystą.

Thursday, October 7, 2021

24. Festiwal Jazz Jantar / jesień 2021 / Gdańsk / Klub Żak

Jesienią tego roku, dokładnie w listopadzie minie 20 lat od pierwszej edycji Festiwalu Jazz Jantar zrealizowanej w nowej, pachnącej jeszcze farbą siedzibie Klubu Żak we Wrzeszczu. Na potrzeby Klubu adaptowano starą zajezdnię tramwajową.

I dwadzieścia lat później nie może być inaczej: 24. Festiwal Jazz Jantar wyraźnie powędruje w stronę norweskich weteranów tamtejszej sceny rozciągniętej od jazzu i po daleki horyzont eksperymentu. Do Sali Suwnicowej po raz piąty wkroczy norweski trębacz Nils Petter Molvær w towarzystwie wyśmienitych muzyków (Jo Berger Myhre, Juhani Silvola, Erland Dahlen). Zagrają muzykę z nowego albumu „Stitches”. Pojawi się również wyjątkowy duet Jan Bang i Eivind Aarset. Norweski free jazzowy kwartet Cortex z kolei zaprezentuje materiał ze swojej najnowszej płyty „Legal Tender”.

Jesienną odsłonę Festiwalu Jazz Jantar wypełni bardzo bogaty program nasycony rozmaitymi odcieniami scen jazzowych nie tylko z Norwegii, ale także z Holandii, Stanów Zjednoczonych, Niemiec i oczywiście z Polski. Nie zabraknie dobrze nam znanych kierunkowskazów (All That Jazz, Avant Days, Młoda Polska, wspomniana już Scena Norweska, Polska Scena Jazzowa), jak i zaskakujących premier.

Nowojorska scena jazzowa będzie miały mocną reprezentację w postaci tak znakomitych artystów jak Vijay Iyer Trio featuring Linda May Han Oh and Tyshawn Sorey, Mary Halvorson’s Code Girl czy Chris Pitsiokos.

W Żaku od dekady mamy okazję regularnie poznawać i na własnej skórze doświadczać kolejnych muzycznych inkarnacji Vijaya Iyera. Od recitalu solo, przez duety – z saksofonistą altowym, Rudreshem Mahanthappą, pianistą Craigiem Tabornem czy legendarnym trębaczem Wadadą Leo Smithem – w trio z Stephanem Crumpem i Marcusem Gilmorem czy z sekstetem, znanym z ECMowskiej płyty Far From Over.

„Koncepcja zespołu Iyera prezentowana na płycie Uneasy oparta jest na zbiorowej improwizacji. To dość oczywista formuła dla współczesnego fortepianowego tria. Wyróżnikiem zespołu, dzięki któremu powstał album jest jednak prawdziwa zbiorowość. Nie znajdziecie na tej płycie żadnych wyścigów w konkurencji kto zagra szybciej, głośniej albo ciekawiej. Nie znajdziecie też żadnej muzycznej awangardy. Nie przez przypadek nazwiska wszystkich członków zespołu na okładce są graficznie równie ważne. W odróżnieniu od poprzedniego zespołu Iyera ze Stephanem Crumpem na basie i Marcusem Gilmorem na bębnach, który był zbudowany według koncepcji fortepian plus sekcja, nowy odpowiedzialny za „Uneasy” jest triem z liderem, który daje nieco bardziej nośne nazwisko i kompozycje.” – pisze Rafał Garszczyński w jazzpress.pl.

Polskie rozdanie podczas jesiennego 24. Festiwalu Jazz Jantar będzie należeć do niezwykłego tria Shofar (Mikołaj Trzaska, Raphael Rogiński, Macio Moretti), Jerry & The Pelican System
i trio_io (Zofia Ilnicka, Łukasz Marciniak, Jakub Wosik), które zagra premierowy materiał. Pod szyldem Młodej Polski zagrają: Pietrzyk/Świątek/Waszkiewicz, JAH Trio i USO 9001. Ze swoim kwartetem w Święto Niepodległości wystąpi również wyśmienity trębacz Jerzy Małek, zaś w międzynarodowym składzie pojawi się Marek Pospieszalski z projektem XIXth/XXth c.

Przed polską publicznością zaprezentuje się wielce utalentowany niemiecki perkusista z polskimi korzeniami Max Andrzejewski w duecie z Johannesem Schleiermacherem jako Training i u boku wspomnianego Marka Pospieszalskiego.

Program dopełnia monachijski kolektyw Ark Noir wymykający się najbardziej typowym klasyfikacjom gatunkowym – łączący niemal klubową basową elektronikę z pędzącą improwizacją, doprawiając ambientową harmonią dźwięków oraz filmową aurą rodem z obrazów science-fiction.

Holenderska saksofonistka Tineke Postma przyjedzie z materiałem pochodzącym z ubiegłorocznego i bardzo dobrze ocenianego albumu „Freya” wydanego nakładem brytyjskiej wytwórni Edition Record. Dla niej i Ralpha Alessi, który zagra w jej kwartecie będzie to druga wizyta na Festiwalu. Ten koncert zamknie jesienną odsłonę 24. Festiwalu Jazz Jantar.

Festiwal Jazz Jantar jest realizowany ze środków Miasta Gdańska oraz dzięki dofinansowaniu ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu pochodzących z Funduszu Promocji Kultury w ramach programu „Muzyka”, realizowanego przez Instytut Muzyki i Tańca, a także przy wsparciu GIWK, Grupy Żywiec, Firmy Ziaja i Toyota Carter Gdańsk. Nasza strona: jazzjantar.pl, aktualności i relacje z koncertów pisane przez dziennikarzy muzycznych publikujemy na Facebook.com/JazzJantar. Także w naszych mediach społecznościowych publikujemy fotorelacje z koncertów, które dokumentuje ekipa fotografów z kolektywu Testigo Documentary.

Szczególowy program z datami: link.

źródło: materiały dostarczone

Tuesday, October 5, 2021

Koman Band - Continuation (2021)

Koman Band

Janusz Koman – ep
Wojciech Michalczyk – g (1–4, 7)
Bogdan Krajewski – g (5, 6, 8)
Andrzej Diering – tp
Władysław Dobrowolski – tp
Marian Maślanka – tp (1–4, 7)
Zbigniew Wójcik – tp (1–4, 7)
Tadeusz Janik – tp (5, 6, 8)
Bernard Kondracki – ts, viol (5, 6, 8)
Wojciech Tarczyński – cga, voc
Jerzy Śnigurowicz – bg
Maciej Czaj – dr (1–4, 7)
Marian Śnigurowicz – dr (5, 6, 8)
Mateusz Święcicki – synth (1)

Continuation (2021)

GAD Records

Tekst: Jędrzej Janicki

Pamiętam jak moja serdeczna koleżanka na faktycznie dość nudnawe pytanie „Jak tam w pracy?” zblazowanym głosem odpowiedziała „A jak niby ma być? Nic się nie dzieje, przecież pracuję w archiwum”. Gdyby jednak pracowała w archiwum Polskiego Radia, to jej praca okazałaby się niewątpliwie o wiele bardziej fascynująca. Wszak natknąć mogłaby się wtedy na taśmy, które posłużyły za podstawę dla wydania znakomitej kompilacji utworów zespołu Koman Band zatytułowanej Continuation.

Janusz Koman, jak nietrudno się domyślić niekwestionowany lider Koman Bandu, ze względu na swoją pracowitość i muzyczną wyobraźnię występował z całą polską śmietanką muzyczną lat siedemdziesiątych. By wspomnieć tylko niektóre z jego osiągnięć - współpracował z Czerwono-Czarnymi, prowadził Grupę Land, a także towarzyszył (nie tylko muzycznie) Krystynie Prońko. Jak czytamy jednak w książeczce dołączonej do płyty Continuation, jego prawdziwym oczkiem w głowie był autorski projekt nazwany właśnie Koman Band. Ambitne plany zespołu (nagranie płyty, trasy koncertowe) z przeróżnych przyczyn legły niestety w gruzach. Szczęśliwie jednak dzięki Continuation doświadczyć możemy prawdziwej potęgi brzmienia wykreowanego przez Janusza Komana i jego muzycznych towarzyszy.

Stylistyka Koman Bandu oscyluje wokół funku i soulu doprawionych spektakularnymi rozwiązaniami zaczerpniętymi wprost z muzyki fusion czy progrockowej. Za opus magnum zespołu uznać chyba należy rozbudowaną suitę Continuation, która bogactwem swoich struktur zawstydzić mogłaby samych gigantów z SBB. Koman Band, dzięki swojemu jazzowo-funkowemu rodowodowi unikał jednak pułapki, w którą zdarzało się wpadać zespołowi dowodzonemu przez Józefa Skrzeka. Chodzi mi o pewną pompatyczność, która choć sama w sobie wadą może nie jest, to jednak przeciągnięta po prostu męczy i nudzi. Koman te orkiestrowe, typowo „suitowe” rozwiązania doskonale kontruje chociażby stricte jazzowymi frazami saksofonu. No właśnie, nie róbmy z Koman Bandu tylko posągowych progrockowców! Zespół ten dysponował również nieprawdopodobnym wręcz potencjałem estradowo-radiowym – dzisiaj powiedzielibyśmy wprost: HITOWYM! W tym kontekście być może najmocniej prezentuje się utwór Dom złej dziewczyny. Smyki rodem z Blood, Sweat & Tears (a może bardziej nawet The Temptations?), dudniący groovem bas, a nad wszystkim górujący natchniony wokal Wojciech Tarczyńskiego powodują, że utwór ten po prostu zachwyca. Tarczyński nie śpiewa perfekcyjnie, lecz toruje głosem niczym taranem drogę całej kompozycji, cały czas ją napędza i ciśnie jak szalony do przodu. Tak pozytywnego wrażenia nie psują nawet teksty, które stanowią zdecydowanie najsłabszy punkt tych kompozycji. Choć są stylowe i nieco tajemnicze, to jednak rażą swoją pretensjonalnością – cóż to jednak za problem, przecież Koman Band to jednak przede wszystkim zespół instrumentalny.

Najlepsza nawet recenzja (tak, wiem, ta na pewno do takich nie należy) nie odda jednak sprawiedliwości pozytywnej brawurze i pasji, które wyczuwane są w niemal każdym dźwięku tworzonym przez Koman Band. Po czterdziestu latach nadal brzmią świeżo i porywająco – jakie to szczęście, że ta muzyka ocalała. Po prostu petarda!

Friday, October 1, 2021

Daniel Nosewicz - The Shining (2021)

Daniel Nosewicz

Daniel Nosewicz - kompozycje, orkiestracje, gitara
Szymon Łukowski - tenorowy, saksofon sopranowy, flet altowy
Michał Ciesielski - fortepian
Konrad Żołnierek - kontrabas
Sławek Koryzno - perkusja
Jerzy Małek - trąbka, flugelhorn
Budapest Scoring Orchestra
conductor: Daniel Nosewicz


The Shining (2021)


Tekst: Maciej Nowotny

Jazz zawsze był związany i to mocno z muzyką klasyczną, w szczególności symfoniczną. Śledzenie ich różnych związków samo w sobie byłoby rzeczą fascynującą. Temat na pewno na książkę, a nie krótki tekst, ale tu wystarczy powiedzieć, że ta dwa elementy - jazz i muzyka klasyczna - mogą jak dwie chemiczne substancje wchodzić w różnego typu reakcje, przekształcać się nawzajem, tworząc coś nowego, udowadniając tym samym, że cały czas są żywe i potrafią się aktualizować. To nagranie spokojnie można zaliczyć do tej właśnie kategorii, przy czym jego charakterystyka jest taka, że jazz i muzyka klasyczna istnieją tu obok siebie, zachowując swoją odrębną tożsamość. Z jednej bowiem strony mamy Budapest Scoring Orchestra, a z drugiej kwintet jazzowy w składzie: Daniel Nosewicz grający na gitarze, Szymon Łukowski na saksofonie i flecie, Michał Cisielski na fortepianie, Konrad Żołnierek na kontrabasie, Sławek Koryzno na perskusji i - gościnnie - Jerzy Małek na trąbce. 

Ale głównymi aktorami - poza muzykami grającymi bez wyjątku na fantastycznym poziomie - są kompozycje i orkiestracje Daniela Nosewicza. Ich poziom jest po prostu kosmiczny! Aż głupio jest pisać, że ta płyta jest jego debiutem. Ponieważ w tej trudnej sztuce aranżacji, uwzględniającej specyfikę brzmienia orkiestry symfonicznej i jazzowego kombo, Nosewicz reprezentuje poziom po prostu mistrzowski, nie do uwierzenia wręcz jak na tak młodego człowieka, w sumie nieznanego szerokiej publiczności, a nawet niektórym tzw. "znawcom" (jak np. piszącemu te słowa).

Ok, wszystko dobrze, ale jak brzmi sama muzyka? Najłatwiej mi określić ją jako ścieżkę dżwiękową do nieistniejącego filmu. Przy czym byłby to film nakręcony z iście hollywoodzkim rozmachem. Byłoby w nim wszystko: radość życia, odkrywania nowych lądów, ludzi, dzika zabawa, miłość, ale i nostalgia, smutek, wzruszenie, nawet patos. Byłby to film niesłychanie atrakcyjny wizualnie, ale mądry, humanistyczny, trzymający w napięciu, a jednocześnie taki który zastanawia, nie pozostawia obojętnym, sprawia że po wyjściu z kina wracamy do pewnych wątków, nie przestajemy stawiać sobie pytań. Słuchając tej muzyki nie trzeba wielkiej wyobraźni by to wszystko ujrzeć, muzyka jest tak komunikatywna i sugestywna, że obrazy same stają przed oczami.

A zatem na polskiej scenie mamy nowy wielki talent orkiestracyjny i aranżatorski. My słuchacze wiele możemy jeszcze dobrego od Nosewicza oczekiwać. Zdecydowanie tym albumem udało mu się zabłysnąć, co też być może było jego intencją, tak przynajmniej sugeruje jedno z możliwych odczytań tytułu tej płyty. Ale jest to debiut tej jakości, że samo ciśnie się na usta pytanie: co dalej? Co nas czeka po tym oszałamiającym pokazie kompozytorskiej i orkiestracyjnej biegłości? Co Nosewicz będzie chciał zakomunikować, powiedzieć nam od siebie, co bedzie czymś jego własnym i jednOcześnie będzie ważne dla nas? Życzę mu z całego serca, żeby tę własną ideę, przekaz znalazł, ale co to będzie to się dopiero okaże i doswiadczenie uczy, że jest to kto wie czy nie najtrudniejsza do odkrycia część rzeczywistości jaką jest bycie artystą. Powodzenia. 

Tuesday, September 28, 2021

Elena Mindru & Adam Bałdych - Hope (2021)

Elena Mindru & Adam Bałdych

Elena Mindru - voice, compositions and lyrics

Adam Bałdych - violin & renaissance violin, compositions

Tuomas J. Turunen - piano, compositions and lyrics

Oskari Siirtola - double bass

Ansii Tirkkonen - drums

Hope (2021)

Tekst: Maciej Nowotny

Nagrania tego dokonał ciekawy zestaw muzyków, to trzeba przyznać. Dla liderki, wokalistki urodzonej w Rumunii, ale rezydującej od lat w Finlandii, jest to już czwarty album. Zatem to nie debiutantka i należy oceniać ją jako dojrzałą artystkę. Na pewno zwraca uwagę fakt, że jest lauretką Montreux Jazz Voice Competition. Jeśli o mnie chodzi jest to pierwsze z nią zetknięcie. O wrażeniach napiszę niebawem. Szczególną uwagę oczywiście zwraca obecność na tej płycie naszego "eksportowego" skrzypka - Adama Bałdycha. Bałdych jest gwiazdą wytwórni ACT, a zatem dla Mindru to duże osiągnięcie, że udało się namówić go do współpracy, która nie jest epizodyczna, ale trwa już około 3 lat. Szczególnie miłym odkryciem na tym krążku są finlandzcy muzycy - Turunen grający na fortepianie, Siirtola na kontrabasie i Tirkkonen na perkusji - którzy potwierdzają dobrą markę skandynawskiego jazzu i to nie tylko tego pochodzącego z Norwegii, Szwecji czy Danii.

Sama Mindru ma naprawdę duży głos, o orginalnym brzmieniu, na pewno ma ogromne możliwości. Wsparcie Adama Bałdycha jest świetne, także Finowie robią dobrą robotę. Niestety  w moim subiektywnym odczuciu nie przełożyło się to na interesującą muzykę. Brakuje mi w niej jakiejś koncepcji. Bo przekaz o nadziei, o zbawianiu świata, zagrożonego wszechogarniająca katastrofą - może ważki i politycznie poprawny, ale niestety jest trywialny. Niestetety ta trywialność przełożyła się na muzykę, której brakuje autentyczności, spontaniczności, a przede wszystkim ciszy. Wokal Mindru jest wszechobecny, a ponieważ ma ona wielki głos to ma się wrażenie zgiełku, a nie harmonii. Bywają momenty na tej płycie, że chciałoby się, żeby wokalistka dała wybrzmieć instrumentalistom, jakby brakowało jej może nie pokory, ale umiejętności słuchania wspaniałych muzyków, którzy jej towarzyszą. Cała przyszłość jeszcze przed nią, ale czy będzie to ścieżka jazzowa, to się dopiero okaże. Na pewno ma głos predystynujący ją do wielkich rzeczy. Ale czy odnajdzie swoją drogę, która w jazzie oznacza zawsze mówienie czegoś bardzo osobistego, w unikalny, jedyny w swoim rodzaju sosób, tego jeszcze po tej płycie nie jestem w stanie przesądzić.

Saturday, September 25, 2021

Piotr Damasiewicz & Into The Roots - Watra (2021)

Piotr Damasiewicz & Into The Roots


Piotr Damasiewicz - trumpet, harmonium, percusssions, voice
Zbigniew Kozera - bass, guimbri, african harph
Paweł Szpura - drum, frame drum
Alicja Krzeszowiak - voice
Natalia Krzeszowiak - voice
Kamila Krzeszowiak - voice
Krzysztof Ryt - violin, five-string viola
Paweł Ryt - voice, second violin
Jan Ryt - bagpipe, tin whistle

Watra (2021)

Tekst: Maciej Nowotny

Mniej więcej dekadę temu Piotr Damasiewicz i zespół, który wtedy powołał czyli Power Of The Horns przebojem się wdarli na polską scenę jazzową wieszcząc nadejście nowej wspaniałej generacji. Pamiętam ich niezapomniane koncerty, które zresztą opisałem, w warszawskiej Szpulce czy w czasie katowickiego Jazzartu. Trudno słowami oddać jakie to robiło wrażenie. W Katowicach tak się zdarzyło, że słuchałem tego koncertu ze słynnym amerykańskim perkusistą Tyshawnem Soreyem. Spytałem go w trakcie występu co sądzi o tych muzykach? Odpowiedział krótko: "Great moth....rs!". Z perspektywy lat myślę sobie, że to co tak nas pociągało w grze Damasia i jego kompanów to nie była nawet tyle wirtuozeria (choć to bez wątpienia świetni instrumentaliści), ale autentyzm, entuzjazm, a nawet duchowość. Najnowsza płyta Piotra udowadnia, że pomimo upływu lat, te niespotykane cechy jego muzyki, jak i osoby, udało mu się nie tylko zachować, ale i rozwinąć, co jest doprawdy niezwykłym osiągnięciem.

Przestrzenią, która tym razem stała się dla niego muzycznym domem jest polski folklor. Pierwszym albumem będącym zapisem tej fascynacji były wydane w 2020 "Śpiwle". Bardzo mnie cieszy, że muzycy zdecydowali się kontynuować ten kierunek, trudno bowiem w polskim jazzie wskazać wiele równie udanych projektów z pogranicza improwizowanego jazzu, muzyki świata i naszego folkloru. Dość często takie próby zanadto jak dla mnie zalatują cepelią. Damasiewiczowi i jego zespołowi udała się taka sztuka jak niegdyś Namysłowskiemu w "Kuyaviak Goes Funky" - dopisali autentycznie brzmiący rozdział tak do muzyki jazzowej jak i polskiej ludowej, a to wszystko w niesamowicie atrakcyjnej, porywającej formie, która wciąga od pierwszej nuty, jest bardzo przystępna, wciągająca, transowa i nowoczesna.

Wielka w tym zasługa muzyków współpracujących z  grającym głównie na swojej koronnej trąbce liderem. Wspaniała pracę wykonali szczególnie kontrabasista Zbigniew Kozera i perkusista Paweł Szpura. Udała im się niezwykła sztuka harmonijnego i naturalnego połączenia afrykańskiego w swojej proweniencji rytmu z flow polskiej muzyki ludowej. Oczywiście równie istotny i wyjątkowy jest wkład muzyków folkowych w to nagranie tj. ojca i synów Rytów i zaproszonych do tego konkretnego nagrania sióstr Krzeszowiak. Polski jazz nie słyszał do tej pory czegoś takiego! Niewiele razy wcześniej element ludowy brzmiał tak prawdziwie, że słuchacz ma wrażenie , że muzyka nie jest nagrana na jazzowym koncercie czy ludowej potańcówce, ale raczej na jakimś obrzędzie inicjacji, w czasie jakiegoś rytuału, w przestrzeni, miejscu, czasie znajdującym się poza kontekstami, w których zwykle umieszczamy muzykę rozrywkową.

Co ważne dokładnie taki był zamysł artystów! Do tego nawiązuje też tytułowa "Watra" - cytat z książeczki dołączonej do CD - słowo "oznaczające duże ognisko z rozstawionym drewnianym trójnogiem, palonym w celu przywołania pamięci o przodkach, przy śpiewie i wspomnieniach dawnych czasów." Tak kiedyś podróżowali do swoich korzeni, i nie tylko muzycznych, Sun Ra, Don Cherry i wielu wielu innych. Doprawdy wielkie to osiągnięcie i w pełni zasłużone dla Damasiewicza znaleźć się w tak wyśmienitym towarzystwie!
 

Thursday, September 23, 2021

Skerebotte Fatta - Appaz (2021)

Skerebotte Fatta 

Jan Małkowski – saxophones
Dominik Mokrzewski – drums

Appaz (2021)







Tekst: Maciej Nowotny

Pamiętam pewnego razu zdecydowałem się spontanicznie podwieźć koleżanki z pracy. W odtwarzaczu CD w aucie (moim poprzednim aucie oczywiście) włożoną miałem płytę bodajże Alberta Aylera czy Anthony Braxtona i kiedy ruszyliśmy muzyka zaczęła się automatycznie odtwarzać. Po kilku minutach, bardzo krótko to trwało, uroczy jazgot moich koleżanek ustał, w ciszy wybrzmiewała jedynie muzyka, aż wreszcie po kolejnych kilku minutach jedna z nich wychodząc z absolutnego szoku zadała pytanie: "jak Ty możesz tego słuchać?". Oczywiście natychmiast zciszyłem i włączyłem Milesa czy Możdżera, ale prawdę mówiąc nie bez kozery byłoby odpowiedzieć poważnie na to pytanie. Dlaczego słucham free jazzu i mi się to podoba? Hmm. Bo free jazz odrzuca zastane schematy opierające się na myśleniu konceptualnym. Jest jak powrót do czystych pierwotnych emocji, jest odrzuceniem hipokryzji na rzecz niczym nie skrępowanego autentyzmu, nawet kosztem warsztatu, komunikatywności czy popularności. Ale tego nie było sensu mówić akurat tym koleżankom.

Zatem jesli ktoś ma wolnego ducha jest duże prawdopodobieństwo, że doceni free jazz. Nigdy nie będzie to muzyka dla mas. Bo wolność to potrzeba zawsze mniejszości. Wolność zakłada wybór, ciągłe kwestionowanie, znaki zapytania które rodzą znaki zapytania. Brr. Dla większości to zbyt dużo. Ale dla mniejszości to jest potrzebne jak tlen w powietrzu. Zatem doceńmy tych, którzy grają free jazz. Kokosów na tym nie zrobią. Ale dostarczają strawę dla naszych uszu, a może jeszcze bardziej dla ducha tych, dla których jazz to bardziej styl życia niż jeden z wielu gatunków muzycznych. 

Zatem dzisiaj moje podziękowania idą do dwóch muzyków tworzących duet Skerebotta  Fatta tj. saksofonisty Jana Małkowskiego i perkusisty Dominika Mokrzewskiego (nie zapominamy też o ludziach z wytwórni ForTune). Znam ich z Warsaw Improvisers Orchestra założonej przez Raya Dickety'ego. Robili oni - szczerze mówiąc - jak dla mnie o wiele więcej hałasu niż dobrej muzyki, ale nie brakowało im entuzjazmu. Oczywiście czy się komuś coś podoba to sprawa gustu. Ja w międzyczasie wyrosłem z fascynacji tzw. kinetycznym free. Mam wobec free jazzu wymagania równie wysokie jak wobec każdej muzyki. Jestem gotów na kompromis jeśli chodzi o formę, jesli chodzi o strukturę, ale nie jeśli chodzi o efekt artystyczny. Tak czy owak ważne, że wokół Dickety'ego powstało pewne środowisko artystyczne i że wartało czekać aż muzycy dojrzeją. Ta płyta ma właśnie taki walor dojrzałości. Nie tylko bucha emocjami, ale i pięknie brzmi. A dla free jazzowej płyty to jest naprawdę największy możliwy komplement.

A zatem mamy bardzo dużą, lecz miłą niespodziankę. Dwóch stosunkowo nieznanych muzyków nagrało free jazzową płytę, która powinna przykuć uwagę nie tylko fanatyków muzyki m.in. "Retep Bro", "Relya", "Not Xarb", "Dyoll" czy "Kinneb" (myślę że łatwo rozszyfrujecie te nazwiska będace też tytułami utworów na płycie). Powinna zasmakować tak smakoszom gatunku jak i tym, którzy dopiero chcą się z nim zapoznać. Obfituje nie tylko w emocje, ale i w przestrzeń, otwartość, oddech. Nie zawodzi pulsując energią i wiarą, że tak jak przed muzykami taki przed samym free jazzem (jak i jego wielbicielami) jeszcze wielka przyszłość.

Tuesday, September 21, 2021

Zmęczeni - Bez tego i owego (2021)

Zmęczeni 

Winicjusz Chróst – guitar
Henryk Miśkiewicz – saxophone, flute
Marek Stefankiewicz – keyboard, synthetizer
Arkadiusz Żak – bass guitar
Wojciech Malina Kowalewski – drums (1-9, 11)
Wojciech Morawski – drums(10)

Bez tego i owego (2021)


By Maciej Nowotny

Rzadko kiedy doświadczam takiego efektu jak przy odsłuchu tej płyty. Po prostu nogi mi się ugięły i jęknąłem z zachwytu. Wydawnictwo GAD Records po raz kolejny wynajduje dla nas nie perełeczkę, nie perłę nawet, ale perełczysko po prostu! Nagranie, które jest tak olśniewające, że śmiało stanąć może w szranki z najlepszymi nagraniami ery fusion jazzu w naszym kraju. Jak bardzo celnie podsumował w książeczce dołączonej do płyty Michał Wilczyński: "Zmęczeni to nieodkryty diament, który można postawić obok nagrań Laboratorium czy Extra Ball (...)"!

Ale kto to nagrał? Nigdy nie słyszałem o takim zespole! - możecie słusznie zapytać. Wszakże za nagraniem stoi grupa bardzo dobrze wszystkim znanych muzyków. Przede wszystkim lider, gitarzysta Winicjusz Chróst, którego pamiętamy (odszedł w zeszłym roku) jako gitarzystę Breakoutu, muzyka współpracującego z Big Bandem Polskiego Radia Andrzeja Trzaskowskiego i posiadacza legendarnego studia nagraniowego. A poza nim zespół tworzyli saksofonista Henryk Miśkiewicz, klawiszowiec Marek Stefankiewicz, gitarzysta basowy Arkadiusz Żak i perkusiści Wojciechowie Kowalewski i Morawski. Ci wspaniali muzycy, w apogeum swoich sił, grali po prostu nadzwyczajnie. Muzyka ma nie tylko groove, ale przede wszystkim wspaniałe melodie, które lider niczym rasowy magik wyciąga jedną po drugiej jak króliki z kapelusza.

Jaki jest klimat tej płyty? Jeśli pamiętacie kultowy film Sylwestra Chęcińskiego "Wielki Szu" z niezapomnianą muzyką Andrzeja Korzyńskiego to na tej płycie odnajdziecie dokładnie to samo brzmienie. I nie będzie to przypadek, bo muzyka do tego filmu została nagrana przez zespół w niemal dokładnie takim składzie jak odpowiedzialny za to nagranie. Dodatkowo muzyka z tej konkretnej płyty była w latach 80-tych wykorzystywana regularnie jako ilustracja dla felietonów Polskiej Kroniki Filmowej. Te felietony same w sobie nieraz bywały dziełami sztuki, a dzisiaj są bezcennym dokumentem epoki, w której upłynęła m.in. moja młodość. Podsumowując, Zmęczeni  i ich muzyka z tego nagrania, to doprawdy odkrycie roku 2021, przynajmniej dla mnie i pozostaje żałować, że zespół niemal natychmiast, bo w roku 1982 rozpadł się. Tego nie da się już zmienić, ale to co można ciągle zrobić, to dotrzeć do tej płyty, wsadzić ją do odtwarzacza CD, zamknąć oczy i udać się w podróż w czasie do złotych lat 80-tych polskiego fusion jazzu. Polecam gorąco!


Saturday, September 18, 2021

Adam Pieronczyk - I'll Colour Around It (2021)

Adam Pieronczyk

Adam Pierończyk - soprano and tenor saxophone
Jean-Paul Bourelly - guitar, vocals
Orlando le Fleming - double bass
J.B. Arnold - drums

I'll Colour Around It (2021)



By Maciej Nowotny

Adam Pierończyk należy do najbardziej znaczących postaci polskiego jazzu ostatnich kilku dekad. Stwierdzenie wydawałoby się oczywiste, przynajmniej dla każdego logicznego znawcy jazzu w Polsce jak i dla wszystkich co lepszych muzyków. Ale dla publiczności niekoniecznie. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że Adam nigdy nie szukał łatwej popularności, od lat podąża konsekwentnie swoją drogą, jedyne kompromisy jakie zawiera to te z samym sobą, bo jego celem zawsze było robienie muzyki przede wszystkim swojej, oryginalnej, płynącej z ducha, autentycznej. Jest to tym bardziej godne szacunku, że Adamowi de facto to się udało. Nie tylko ma własne brzmienie, rozpoznawalne od pierwszej nuty, ale dosłownie każda jego płyta przynosi coś nowego, jakieś odświeżenie, jakieś wyzwanie dla słuchacza, jest krokiem w jakimś konkretnym kierunku, co nieraz słuchacza wkurza, zaskakuje, stawia wobec dylematów, może nawet irytuje, ale nigdy nie pozostawia obojętnym.

Do nagrania tej płyty Adam zaprosił grupę naprawdę świetnych amerykańskich instrumentalistów. Myślę, że znawcy kojarzą najbardziej gitarzystę haitańskiego pochodzenia Jena-Paula Bourelly'ego, który grał nawet chwilę z Milesem Davisem czy akompaniował Cassandrze Wilson.  Ale tak on jak i pozostali muzycy - Orlando le Fleming grający na kontrabasie i J.B. Arnold na perkusji - to pierwszorzędni sidemani mający za sobą wiele udanych projektow i to niebanalnych nagranych ze znaczącymi muzykami. Co jeszcze ważniejsze ten poziom muzyków bardzo słychać na nagraniu. Jest to nadzwyczajnej jakości granie, jeśli ktoś ma uszy, doceni tu każdą nutę. Bardzo dużo pomagają kompozycje Pierończyka, niesztampowe, o otwartej strukturze, rozbrzmiewające ciszą, którą wszyscy muzycy wypełniają takoż improwizacją jak hipnotycznymi rytmami czy strzępami charyzmatycznych melodii, półmelodii czy ich wspomnień. 

Słucham tej płyty raz po raz i za każdym razem coraz bardziej wciąga mnie jej pomysł. Przypomina mi ona szkicownik, z rysunkami ledwie zaznaczonymi kreską, wymagającymi od odbiorcy zaangażowania, kreatywnego wysiłku, a przede wszystkim wyobraźni. Słuchając tej muzyki przypomniało mi się jak kiedyś zapytałem naszego wybitnego dyrygentna na jakim sprzęcie słucha muzyki. Ku mojemu zdziwieniu było to coś bardzo przeciętnego. Odpowiedział ze śmiechem, że w ogóle mu to nie przeszkadza: "przecież to czego brakuje mogę sobie wyobrazić". Muzyka na tym albumie jakby prowokuje słuchacza, aby wszedł na scenę, wziął nieistniejący instument i dołączył do muzyków. Poszczególne frazy jak iskra rozpalają wyobraźnię, ale nigdy nie są dosłowne, nie idą do końca, nie epatują, nie rażą efekciarstwem (wiecie jakiego pianistę mam na myśli...).

Podsumowując, Pierończyk wydał kolejny w tym roku wyjątkowo udany album po solowym, zjawiskowym "Oaxaca Constellation", który opisywaliśmy już na naszym blogu wcześniej. Niestety "I'll Colour Around It" w momencie jego opisywania nie był dostępny na tidalu czy w innych serwisach streamingowych, a to może ograniczyć jego recepcję. Szkoda by było, bo wśród dziesiątek jeśli nie setek płyt jakich słuchałem w tym roku, należy zdecydowanie do najbardziej ciekawych. Brawo!

Thursday, September 16, 2021

RGG - 20-lecie Mysterious Monuments

Formacja RGG uczci jubileusz 20-lecia działalności artystycznej wydaniem nowej płyty. Data oficjalnej premiery albumu "Mysterious Monuments On The Moon" to 24.09. Premiera koncertowa odbędzie się 18.09 podczas trzydniowej rezydencji grupy w klubie Jassmine.

Jubileusz 20 lat działalności artystycznej to poważna rzecz, zasługująca na szczególne celebrowanie, a już na pewno warta odnotowania w wyjątkowy sposób. Tym bardziej, że w przypadku formacji RGG jest co wspominać. To też taki moment, kiedy w naturalny sposób sięga się do początków istnienia, wydobywa z zakamarków pamięci co ważniejsze wyróżnienia i nagrody, ale także próbuje odnaleźć w pierwszych aktywnościach zalążek tego, czym zespół jest dzisiaj.


Wyjątkowe miejsce przy takich okazjach poświęca się zazwyczaj napęczniałemu przez lata dossier. Tym bardziej, gdy lista jest tak imponująca i zawiera nazwiska zarówno artystów z tego samego pokolenia, jak również wielkie gwiazdy tworzące historię muzyki. Niektóre z dokonań RGG, szczególnie albumy nagrane z Vernerim Pohjolą, Samuelem Blaserem, Trevorem Wattsem czy Evanem Parkerem, z pewnością zostaną zapisane złotymi literami w annałach polskiego jazzu, a legendarna, dwuletnia współpraca z ikoną polskiej sceny, Tomaszem Stańką, jeszcze długo będzie pretekstem do snucia rozważań jak bardzo żal, że zabrakło czasu, aby udokumentować ją na płycie, najlepiej w katalogu monachijskiej wytwórni ECM.

W przypadku RGG jest jednak zdecydowanie za wcześnie na czynienie tego rodzaju podsumowań. Tym bardziej w sytuacji, gdy w nasze ręce trafia najnowsze dzieło zatytułowane "Mysterious Monuments on the Moon". Oczywiście można będzie o tym wydawnictwie pisać z perspektywy tajemnic, jakie od dekad owiewają ziemskiego satelitę, i próby artystycznego ujęcia tego, co nieznane i trudne do uchwycenia. Można będzie próbować dopasowywać kolejne osiem Monumentów na płycie do tych, które tropią astronomowie i o których opowiadają najwymyślniejsze historie rzesze fascynatów. Można będzie powiązać księżycowe inspiracje RGG z ogłoszonym rokiem Stanisława Lema, a muzyczną podróż nad księżycowymi monumentami porównać do podróży na księżyc Ijona Tichego. Nic jednak nie zmieni faktu, że wszystko to, to nic więcej niż, w najlepszym przypadku, zwyczajne didaskalia, bez których muzyka na płycie może się doskonale obejść. W swojej surowości, nieoczywistej urodzie czy nieprzewidywalności, RGG wciąż opowiada bez słów być może najważniejszą historię, jaką mogą opowiedzieć twórcy - historię o procesie uzyskiwania muzycznej, a może i nie tylko muzycznej, wolności.


Łukasz Ojdana - przedstawiciel najmłodszej generacji pianistów europejskich. Artysta postrzegający kulturę brzmienia i osobowość twórcy jako nadrzędne elementy budulcowe wyrazistego muzycznego charakteru, w którym inspiracja wyraźnie dystansuje pojęcie naśladownictwa stylu mistrzów. Poszukiwania młodego pianisty rozpościerają się w szerokim zagadnieniu sztuki, dotykając obszarów literatury, filozofii, teatru i duchowości.

Maciej Garbowski - reprezentant polskiej myśli kompozytorskiej, w której wyraźne wpływy technik charakterystycznych dla języka Lutosławskiego czy Pendereckiego syntetyzują z muzyczną erudycją i kontrabasową wirtuozerią. Garbowski zasłuchany w muzyce XX wiecznych twórców eksploruje zagadnienie melodyki i harmoniki, wplatając w nią słowiański liryzm i autorski charakter przepełniony wrażliwością i subtelnością.

Krzysztof Gradziuk - esteta perkusyjnego brzmienia, kolorysta i kreator melodii, artysta bezkompromisowy i poszukujący nowych ścieżek rozwoju w zgodzie z własnym poczuciem artystycznego smaku. Abstrakcyjność perkusyjnej treści w zestawieniu z elastycznością i wirtuozerią potęgują wrażenie niekonwecjonalnej sztuki gry, określając artystę mianem jednego z najbardziej oryginalnych perkusistów współczesnej, europejskiej sceny muzycznej.

Źródło: materiały dostarczone

Wednesday, September 15, 2021

Piotr Schmidt Quartet - Saxesful vol. II (2021)

Piotr Schmidt Quartet

Piotr Schmidt - trumpet
Wojciech Niedziela - grand piano
Maciej Garbowski - double bass
Krzysztof Gradziuk - drums

featuring:
Jan Ptaszyn Wróblewski
Zbigniew Namysłowski
Henryk Miśkiewicz
Maciej Sikała
Adam Wendt
Grzech Piotrowski

Saxesful vol. II (2021)


By Maciej Nowotny

Ta płyta, podobnie jak jej część pierwsza, okaże się niewątpliwie sukcesem. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości i to co najmniej z trzech powodów. Po pierwsze, obiektywnie rzecz biorąc jest to muzyka zagrana świetnie. Piotrowi Schmidtowi udało się namówić do współpracy jedną z najlepszych sekcji rytmicznych w tym kraju - Macieja Garbowskiego na kontrabasie i Krzysztofa Gradziuka na perkusji - których znamy z jednego z najlepszych i najdłużej grających polskich trio - RGG. Do tego dochodzi Wojtek Niedziela na fortepianie, zero komentarza, nazwisko mówi samo za siebie. To po prostu musiało dobrze zabrzmieć i brzmi, i to jak!

Po drugie, ten genialny w swojej prostocie marketingowy pomysł, aby zebrać saksofonistów o znanych nazwiskach, w wielu przypadkach muzyków otoczonych legendą, zresztą oczywiście świetnych, którzy wiele, niekiedy bardzo wiele zrobili dla polskiego jazzu, w takim czy innym momencie jego historii. Co ważne wszyscy oni aspirują w jakiejś mierze do własnego, indywidualnego dźwięku na saksofonie, a to jak wiadomo zawsze jest w jazzie najwyższą nobilitacją. 

Zatem takiej płyty nikt w Polsce, rozkochanej w benefisach, nie skrytykuje, wręcz przeciwnie. Ponieważ ta płyta jest po prostu świetna w warstwie wykonawczej, to ochom i achom nie będzie końca, i będziemy musieli uważać, żeby z nimi nie przesadzić i zachować miarę w pochwałach (niektórzy nie zachowają): tymczasem płyta ta jest bardzo dobra, ale nic ponadto.

Tylko, że jazzowy obywatel M., nie za bardzo jest zainteresowany czymś "ponadto". I tu dochodzimy do po trzecie: program płyty stanowi garść standardów, świetnie słuchaczom znanych, które słuchali setki razy, zagranych na olśniewającym poziomie, ale bez żadnych zaskoczeń. Płytę testowałem na znajomych. Podoba się po prostu wszystkim!!! Błagano mnie, aby zostawił egzemplarz do posłuchania. A kiedy wracałem to szła ona u niektórych "na okrągło". A zatem sukces!

Sukces? Mimo wszystko tak, ale przynajmniej dla mnie, nie z tych powodów, które wymieniłem powyżej. Niektóre z nich nawet mnie drażnią co jasno jak sądzę widać ze sposobu w jaki o nich opowiadam. Jest to zatem sukces z zupełnie innego powodu. Z powodu Piotra Schmidta. Śledzę jego karierę od samego poczatku. Pierwsze kroki dla mnie osobiście nie były porywające. Krytykowałem go za kurczowe trzymanie się standardów, jazzu traktowanego jak nowa muzyka klasyczna, zastygłego w przepięknej, ale skończonej formie. Nie robił sobie wiele z tej krytki, lecz szedł własną drogą. Dzisiaj jego trąbka brzmi piękniej niż kiedykolwiek. To de facto on trzyma tę płytę, on dominuje i tam, gdzie ma na to przestrzeń okazuje się najbardziej interesującym instrumentalistą ze wszystkich. Do tego objawił się jako lider potrafiący zmontować bardzo silny zespół i sformułować ideę, która przyciągnie publiczność. To olbrzymie osiągnięcie!

Zatem gratulucje. Ze szczerego serca. Ale... ale jak wyda trzecią część Saxesful, to zapowiadam, że nawet jaby się na tej płycie pojawił sam John Coltrane, nic nie powstrzyma mnie przed zaśnięciem.




Tuesday, September 14, 2021

Koncert urodzinowy HENRYKA MIŚKIEWICZA

Koncert urodzinowy HENRYKA MIŚKIEWICZA

Warszawa OCH-TEATR
30 września 2021
godz. 18:30

Czy gigant może mieć na imię Henio? Bo tak mówią na niego przyjaciele, a przecież Henryk Miśkiewicz jest gigantem. Proponuję pozostać przy Henryku, tym bardziej, że artysta skończył właśnie 70 lat, czyli – jak na jazzmana – zaczyna wchodzić w wiek średni. Urodziny są dla mnie zawsze ważnym świętem, niezależnie od liczby lat – kokietuje jubilat. Natomiast 70-te wydają się wyjątkowe, bo w pewnym sensie są podsumowaniem dotychczasowej pracy, osiągnięć artystycznych i moich muzycznych przemyśleń.

Siedemdziesięciolecie artysty to okazja do ukazania panoramy jego twórczości, oczywiście z udziałem muzyków, którzy w różnym czasie pojawiali się na jego orbicie. Będą to Anna Maria Jopek, Andrzej Jagodziński, Robert Kubiszyn, Marek Napiórkowski, Adam Nowak, Janusz Strobel i Jan Ptaszyn Wróblewski, jak również pełny skład towarzyszący Henrykowi Miśkiewiczowi na znakomitej, najnowszej płycie Nasza Miłość (2021), firmowanej wespół z córką: Dorota Miśkiewicz, Piotr Orzechowski „Pianohooligan”, Sławomir Kurkiewicz i Michał Miśkiewicz. Wystąpi więc cały klan Miśkiewiczów - rodzinny fenomen, w którym talent łączy pokolenia. Koncert poprowadzi Marcin Kydryński.

Henryk Miśkiewicz to na polskiej scenie jazzowej (i nie tylko) postać wyjątkowa. Należy do wąskiego grona najwybitniejszych saksofonistów altowych, ale gra także na sopranie i na klarnecie. W latach 70. i 80. jego saksofon było słychać na co drugiej polskiej płycie, wchodził w skład zespołów Jazz Carriers oraz Sun Ship, był solistą Studia Jazzowego Polskiego Radia, do dziś jest liderem formacji Full Drive. Spośród polskich muzyków jazzowych łatwiej byłoby wymienić tych, z którymi nie grał. Koncertował na całym świecie między innymi z Ewą Bem, Andrzejem Jagodzińskim, Jarosławem Śmietaną, Wojciechem Karolakiem i Adzikiem Sendeckim. Grał z takimi gwiazdami, jak Pat Metheny, Joe Lovano czy David Murrray. Jest wielokrotnym zwycięzcą plebiscytu Jazz Top magazynu „Jazz Forum” w kategorii saksofonu altowego i klarnetu, a także zdobywcą trzech Fryderyków (m.in. w kategorii Jazzowy Artysta Roku oraz Jazzowy Muzyk Roku).

Jan Ptaszyn Wróblewski obliczył, że z nikim nie grał dłużej niż z Henrykiem Miśkiewiczem, bo aż 45 lat. Przyszedł taki kudłaty dwudziestoparolatek do studia i z miejsca zaskoczył tym, że nuty czytał lepiej, niż książki czy gazety – wspomina Ptaszyn. I podkreśla fenomenalne zdolności improwizacyjne saksofonisty. Bo Henryk Miśkiewicz wycina na alcie nieziemskie solówki. I to zawsze. Na licznych płytach firmowanych własnym nazwiskiem oraz na niezliczonych, na których jego gra wynosi do stratosfery muzykę innych artystów. Bez względu na gatunek, bo jubilat ma w dorobku i pop, i rock, i bluesa, a nawet poezję śpiewaną, chociaż w sercu pozostaje rasowym, nowoczesnym jazzmanem. Ale wiecie, co w tym wszystkim jest najlepsze? Że na Miśkiewicza mówią jeszcze Misio. Sto lat plus vat, Gigancie!

(Daniel Wyszogrodzki)

Bilety do nabycia w kasie Och-Teatru oraz online: www.och-teatr.pl, www.bilety24.pl, www.ewejsciowki.pl

Koncert dofinansowano ze środków Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu pochodzących z Funduszu Promocji Kultury w ramach programu „Muzyka” realizowanego przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca oraz z Funduszu Promocyjnego Związku Artystów Wykonawców STOART.

Źródło: materiały organizatora


Saturday, September 11, 2021

Dominik Kisiel - Stop (2021)

Dominik Kisiel

Dominik Kisiel -piano

Stop (2021)







By Jędrek Janicki

Z czasów fascynacji skokami narciarskimi pamiętam takie specyficzne określenie, że oto ten albo inny skoczek „złapał noszenie”. To dość tajemniczo brzmiące sformułowanie oznaczało ni mniej, ni więcej tylko podmuch przedniego wiatru, dzięki któremu delikwent z nartami na nogach polecieć mógł na absurdalne wręcz odległości. Tego typu „noszenie”, które w artystycznym świecie byłoby pewnie jakimś bliżej nieokreślonym źródłem natchnienia, bez wątpienia złapał również pianista Dominik Kisiel. Wszak niedawno uraczył nas on efemerycznie piękną płytą Delta Scuti nagraną wraz z wibrafonistą Dominkiem Bukowskiem oraz chyba jeszcze ciekawszym nagraniem Cassubia – Live at Sfinks 700, będącym wynikiem współpracy z saksofonistą Jakubem Klemensiewiczem. W międzyczasie Kisiel zdecydował się uczynić jeszcze jeden krok i to taki skrajnie odważny, bo za taki zawsze uznać trzeba płyty solo oparte na zaimprowizowanych kompozycjach. Suitą Stop, bo to o to nagranie właśnie chodzi, ten wyjątkowo utalentowany muzyk po raz kolejny hipnotyzuje…

Choć zarejestrowany w gdańskim studio nagraniowym Custom 34 materiał jest improwizacją, to stanowi on jednak zwieńczenie wieloletnich poszukiwań i przygotowań muzycznych. Tak, tak, po raz kolejny okazuje się, że improwizacja to nie tylko mityczna już „czutka”, lecz również ogrom wiedzy i doświadczenia, które pozwalają składać dźwięki w taki, a nie inny sposób. Kisiel tę trudną sztukę opanował, nie bójmy się wielkich słów, do perfekcji. Miesza w kotle stylistyk, brawurowo przechodząc od jazzowego do klasycznego frazowania, nie bojąc się również sięgania po wzorce progrockowe. Jest w tym wszystkim piekielnie intrygujący, a to być może dzięki temu, że doskonale wyczuwa on równowagę między techniczną wirtuozerią a potęgą pojedynczego dźwięku czy akordu. Co więcej, choć całość zdecydowanie wymaga skupienia i bywa wymagająca w odbiorze, to Kisiel jednak te skomplikowane struktury doprawić potrafi szczyptą prostej i niewymuszonej melodii, która powoduje, że tej płyty po prostu się słucha. Jakby tych zachwytów było mało, to ogromne wrażenie wywiera również brzmienie i sposób nagrania. Śmiało stwierdzić można, że klinicznie wręcz brzmiące partie Kisiela jeszcze pełniej i głębiej rozbrzmiewałyby w warunkach audiofilskich.

Stop Dominika Kisiela to płyta, która przepięknie odwdzięcza się za czas poświęcony na skrajnie uważne wsłuchanie się w nią. Ona po prostu żąda uwagi odbiorcy, czyniąc to jednak jakże wyrafinowanymi środkami i rozwiązaniami. Kisiel to niezwykły pianista, który w brawurowy sposób wkroczył do czołówki polskiej pianistyki jazzowej.

Thursday, September 9, 2021

Are You Spontaneous? 5. Spontaneous Music Festival 2021

Spontaneous representing a challenge because life seems to dictate that you are not supposed to be spontaneous … to be that honest”
John Stevens, współzałożyciel i główny twórca Spontaneous Music Ensemble

Czy jesteście spontaniczni? Czy jesteśmy spontaniczni? To pytanie, jakie zadają nam i sobie organizatorzy piątej edycji Festiwalu Muzyki Spontanicznej, jaki odbędzie się w poznańskim Dragon Social Club od 1 do 3 października 2021 roku. Na wyżej postawione pytanie będą szukali odpowiedzi także muzycy zaproszeni na Festiwal. Tych razem będzie ich piętnastu, przybędą z różnych zakątów Europy i Polski, wyposażeni w najprzeróżniejsze atrybuty - tysiące wad i setki tysięcy zalet. Jako ludzie, jak muzycy, jako współtowarzysze trzydniowej, improwizowanej podróży po bezdrożach muzyki szalonej, jedynej w swoim rodzaju, muzyki, która ze wszystkich sztuk świata być może ma najmniejszy problem z twierdzącą odpowiedzią na pytanie zadane w tytule tegorocznej edycji Festiwalu.

Poznańska impreza po raz kolejny nie proponuje nam znanych nazwisk, wciąż bowiem szuka powiewu młodości, posmaku nieokreśloności, odrobiny wspomnianego już szaleństwa, wszystkiego, co nowe i zaskakujące. W tym roku szczególnie stawia na społeczny charakter relacji na muzycznej scenie Dragona. Zatem nade wszystko składy ad hoc, czyli pierwsze spotkania muzyków i specjalne projekty festiwalowe, które mają dokładnie taki sam cel – budować nowe relacje międzyludzkie, szukać synergii wynikającej ze spotkania muzyków, który choć nie znają się zbyt dobrze, mają na tyle otwarte głowy i są na tyle kreatywni, iż efekt takiego spotkania może wyłącznie zachwycać.

Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, główni prowodyrzy kolejnego spontanicznego incydentu festiwalowego, w pierwszej kolejności zapraszają nas na dwa duże projekty muzyczne, przygotowane specjalnie na potrzeby tego wydarzenia. Pierwszy z nich poprowadzi (a może lepiej powiedzieć - zainspiruje do działania i sam weźmie w nim udział jako instrumentalista) portugalski wiolonczelista Guilherme Rodrigues. Ten pomysł będzie próbą przetransferowania berlińskiego projektu Red List Ensemble na ziemię poznańską. Wieloosobowy ansambl złożony będzie ze wszystkich muzyków, jacy obecni będą pierwszego dnia festiwalu i swoim koncertem tenże dzień zakończy. Dodajmy, iż portugalski wiolonczelista będzie obecny na scenie Dragona przez wszystkie dni festiwalowe.


Z kolei drugi dzień festiwalowy zwieńczy koncert specjalnego projektu poznańskiego pianisty Witolda Oleszaka. Muzyk na tę okoliczność przygotowuje notację graficzną, wedle przykazań której improwizować będą pozostali muzycy, a której szczegóły owiane są na razie tajemnicą. Tu również skład orkiestry zostanie skompilowany z muzyków, którzy tego dnia będą obecni na scenie Dragona. W tym wypadku być może będzie to skład nawet kilkunastoosobowy.

Ostatni dzień festiwalowy także będzie miał swoją dramaturgiczną kulminację. To jubileuszowy koncert formacji Superimpose, którą tworzą muzycy berlińscy – puzonista Matthias Muller i perkusista Christian Marien. Artyści świętują w tym roku 15-lecie działalności, a ich specjalny poznański koncert uświetnią swoją obecnością także Witold Oleszak i portugalski gitarzysta Marcelo Dos Reis.

To właśnie rzeczony Portugalczyk będzie kolejną atrakcją festiwalowej trzydniówki. Zagra każdego dnia, zarówno w składach ad hoc, wspomnianych wyżej orkiestrach, jak i wystąpi solo, prezentując swój nowy, dość awangardowy, jak na kanony muzyki spontanicznej (albowiem po części komponowany) projekt Glaciar. Dodajmy, iż to wydarzenie otworzy cały Festiwal.

W trakcie drugiego dnia festiwalu zagra francuskie trio TOC, które tworzą – Jeremy Ternoy (piano elektryczne), Ivann Cruz (gitara) i Peter Orins (perkusja). Francuzi kochają psychodelię, dobrego rocka, ale nade wszystko uwielbiają improwizować. Ich występ z pewnością będzie najgłośniejszym momentem imprezy.

Grono gości zagranicznych uzupełni, w trakcie ostatniego dnia festiwalu, meksykański perkusista i wibrafonista Emilio Gordoa. Jedno z najgorętszych nazwisk młodej europejskiej sceny improwizowanej, muzyk rezydujący na stałe w Berlinie, zaprezentuje się w dwóch składach ad hoc.

Zaprezentowany wyżej, jakże intrygujący zestaw muzyków zagranicznych uzupełnią na festiwalowych deskach Dragona muzycy polscy - reprezentanci i reprezentantki szeroko rozumianej sceny eksperymentalnej oraz improwizowanej, młoda fala muzyków awangardowych z bogatym już dorobkiem artystycznym oraz uznaniem na lokalnej i zagranicznej scenie. Obok wspominanego Witolda Oleszaka zagrają: Paulina Owczarek (saksofony), Anna Jędrzejewska (fortepian), Małgorzata Zagajewska (wokal), Wojtek Kurek (perkusja), Michał Giżycki (saksofon i klarnet basowy) oraz Paweł Doskocz (gitara). Muzycy zaprezentują się zarówno w składach ad hoc, jak i będą ważnymi uczestnikami dużych projektów orkiestrowych.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...