Wednesday, June 29, 2022

Wandering the Sound Quintet - What is...? (2021)

Wandering the Sound Quintet

Satoko Fujii – piano
Guillermo Gregorio – clarinet
Natsuki Tamura – trumpet
Rafal Mazur – acoustic bass guitar
Ramon Lopez – drums

What is...? (2021)

Wydawca: NotTwo

Tekst: Mateusz Chorążewicz

Album What Is...? to dzieło zespołu Wandering the Sound Quintet w składzie Guillermo Gregorio (klarnet), Ramón López (perkusja), Rafał Mazur (akustyczna gitara basowa), Satoko Fujii (fortepian) oraz Natsuki Tamura (trąbka, głos). Nagrań dokonano w 2019 roku podczas Krakowskiej Jesieni Jazzowej w klubie Alchemia.

To co od razu przyciągnęło moje ucho to ponadprzeciętna jakość audio jak na nagranie live z koncertu. Rzadko się zdarza, aby albumy realizowane w takich warunkach osiągały tak wysoki poziom pod tym kątem. Wszystkie instrumenty są bardzo dobrze słyszalne, całość jest świetnie zbalansowana. Na uznanie zasługuje tu Rafał Drewniany, który odpowiadał za nagranie materiału oraz mix i mastering.

Zespół z całą pewnością wyróżnia się na tle innych projektów tego typu. W głównej mierze jest to zasługa obecności klarnetu oraz akustycznej gitary basowej. Brzmienie tych dwóch instrumentów sprawia, że muzyka brzmi niezwykle świeżo. Słyszane tu współbrzmienia są raczej rzadko spotykane. Na uwagę zasługuje na pewno świetna współpraca muzyków. Wyraźnie słychać, że dobrze się rozumieją w trakcie tworzenia dzieła, wszyscy doskonale wiedzą dokąd zmierzają.

Muzyka jest od początku do końca improwizowana na bazie poematu mistrza Zen z XV wieku, Ikkyu Sojuna. Zespół (czy w zasadzie Rafał Mazur) określił tę formę twórczą jako komprowizację, czyli kompozycję dla improwizatorów. Muzyk ten znany jest ze stałego eksperymentowania w dziedzinie improwizacji. Dźwięki obecne w naszym codziennym życiu są stałym elementem twórczości Rafała Mazura, który zwraca uwagę na to, aby nie różnicować dźwięków w muzyce. Zamiast tego, na dzieło muzyczne powinniśmy patrzeć jako na całość i za tą całością podążać.

Idąc tym tropem, nazwa zespołu dobrze oddaje charakter całego albumu. Słuchając, odnosi się wrażenie wędrówki, ciągłej eksploracji muzycznej. Podskórnie odczuwa się obecność w tym wszystkim jakiejś większej myśli przewodniej, za którą wszyscy muzycy podążają.

Teoretycznie można powiedzieć, że muzyka improwizowana to niczym nieograniczona wolność. Jest to oczywiście prawda, jednak pomimo tego, wiele projektów tworzonych w tym nurcie jest do siebie podobna brzmieniowo i koncepcyjnie. Z pełną odpowiedzialnością mogę jednak powiedzieć, że album What Is...? jest pozycją obowiązkową dla każdego, kto poszukuje w muzyce improwizowanej powiewu świeżości i wyjścia z pewnych ram. Nie da się tu nudzić nawet przez sekundę.


Saturday, June 25, 2022

Polski Piach - Północ (2022)

Polski Piach

Patryk Zakrocki - gitary
Piotr Mełech - klarnet basowy
Piotr Domagalski - basetla.

Północ (2022)

Tekst: Jędrek Janicki



Krzysztof Cugowski w tyleż legendarnym, co tak naprawdę tandetnym tekście utworu "Jest taki samotny dom" brawurowo wyśpiewywał, że „po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój”. Do tej błyskotliwej obserwacji dodać jeszcze można, że po południu przychodzi północ. Wie o tym doskonale zespół Polski Piach, dla którego wydana niedawno płyta Północ jest następczynią debiutanckiego nagrania Południe.

Polski Piach to twór na polskiej scenie muzycznej doprawdy zdumiewający. Muzycy w pełen wyobraźni sposób łączą przeróżne światy muzyczne w jedną jakże spójną całość. Dominantą ich muzyki moim zdaniem było jednak zawsze nawiązanie do bluesowej tradycji – zarówna tej z delty rzeki Missisipi, jak i tej z piasków Sahary. Z jednej strony R. L. Burnside, a z drugiej Ali Farka Touré czy legendarny już zespół Tinariwen. W ten hipnotyczny i transowy puls korzennego bluesa muzycy wplatają rozwiązania jazzowe, folkowe czy nawiązujące do tradycji muzyki etno. Wszystkie te etykiety nie maja jednak większego znaczenia, wszak istotny jest tylko ten bluesowy vibe, który nieraz oznacza głębokie pogodzenie się ze światem, a nieraz wyraża rozdzierający ból i rozpacz, które pozornie dalece wykraczają poza doświadczenia znane człowiekowi…

Trzon zespołu stanowi gitarzysta Patryk Zakrocki rozkochany w specyficznym brzmieniu typowo bluesowych strojeń i typowo bluesowych gitar (ach ten parlor od Framusa z płyty Południe). Gitarowe dźwięki znajdują swoje dopełnienie w pomysłowym wykorzystaniu klarnetu basowego, na którym gra zaprawiony i „zatwardziały” awangardzista co się zowie, czyli Piotr Mełech. Jakby nieoczywistych instrumentów było mało, to na płycie Północ wybrzmiewa również basetla, z której dźwięki wydobywa Piotr Domagalski, znany chociażby ze współpracy z Marcinem Maseckim.

Choć płyta Północ podąża podobną ścieżką, co Południe, to jednak same kompozycje są o wiele mroczniejsze i bardziej niejednoznaczne. Cóż, wakacyjny luz i spokój polskich wydm prawdopodobnie zastąpiło jesienne błoto i tzw. bebeluga (czymkolwiek miałaby ona być). Choć nadal tu i ówdzie pobrzmiewa tak charakterystycznie tuareskie frazowanie (chociażby w utworze Gwiazda), to jednak większość utworów niesie w sobie pewną nową bluesową jakość. Chodzi o elegancką powagę, która intryguje, hipnotyzuje i niejednokrotnie przyprawia o bliżej niesprecyzowany dreszcz. Ten zaskakujący jak na tego typu stylistykę rys bardzo wyraźnie słychać w chyba najlepszej kompozycji z płyty, czyli w balladzie Kochankowie. Sama melodia, choć oszczędnie, lapidarnie wręcz zagrana, niesie w sobie potężną dawkę melancholii, tak bliską tej, która obecna jest chociażby w klasycznych już kompozycjach Jerzego Petersburskiego.

Jest jeszcze jedna rzecz, która powoduje, że Polski Piach to zespół wyjątkowy, który mimo swojej skromnej popularności zasługuje jednak na wymienianie go jednym tchem wśród liderów polskiej sceny (około)jazzowej. Oni mają swój styl, składający się z bardzo wielu przeróżnych i zaskakujących inspiracji, których w najdrobniejszym nawet fragmencie nie imitują czy kopiują. I choć dobrej muzyki w Polsce naprawdę niemało (zwłaszcza jeżeli chodzi o poziom instrumentalny), to czegoś tak świeżego i skrajnie wyrazistego dawno nie słyszałem. Słuchajcie bluesa, w nim naprawdę tkwi o wiele więcej, niż niektórym mogłoby się wydawać…


Wednesday, June 22, 2022

Krzysztof Herdzin - Jazz z MACV (2021)

Krzysztof Herdzin

Krzysztof Herdzin - fortepian

Orkiestra instrumentów dawnych Musicae Antiquae Collegium Varsoviense

Wydawca: Warszawska Opera Kameralna

Jazz z MACV (2021)

Tekst: Maciej Nowotny

Tzw. Trzeci Nurt czyli flirt jazzu z muzyką klasyczną stanowi silny wyróżniający element polskiej odmiany muzyki jazzowej w stosunku do innych krajów. Patrząc z tej perspektywy Krzysztof Herdzin jest jednym z najważniejszych eksponentów tego - mówiąc brzydko - podgatunku. Zatem kiedy dotarła w moje ręce jego płyta "Jazz z MACV"  nagrana ze znakomitą orkiestrą Musicae Antiquae Collegium Varsovienese było to coś czego mogłem oczekiwać od tego artysty. Dopiero kiedy spojrzałem na repertuar to po prostu mnie... zatkało. Po pierwsze decyzję Herdzina, by się zmierzyć z tak legendarnym repertuarem jak XVII koncert fortepianowy Mozarta (G-dur KV 453) nie można inaczej określić jak... czystym szaleństwem. Nawet taki średnio osłuchany meloman jak ja, słuchał tego w ponad setce różnych wykonań, a niektóre z nich jak wykonania Murraya Perahii, Mitsuko Uchidy, Alfreda Brendela czy Maurizio Polliniego po prostu znam na pamięć, nawet nie muszę wkładać płyty do odtwarzacza.

Także druga część repertuaru na płycie czyli "Chopiniana con delizia" stanowiąca rodzaj swobodnych wariacji na tematy napisane przez tego słynnego kompozytora wydawała mi się bardzo ryzykowną biorąc pod uwagę przesycenie słuchaczy Chopinem na jazzowo, w ostatnich latach nadmiernie i bez szczególnej kreatywności eksploatowanym. Tak - pomyślałem sobie - Herdzin chce popełnić zawodowe "sepuku przez wakantankę", to będzie - mówiąc słowami Greka Zorby - "piękna katastrofa".

I tak się dokładnie zaczęło! Otwierające koncert Mozarta Allegro zupełnie nie przypadło mi do gustu, chociaż znając styl Herdzina powinno być mu najbliższe w klimacie. Wszakże w moim odczuciu było zagrane zbyt radośnie, pośpiesznie, optymistycznie. Tę część utworu porównałbym do słońca, ukazuje ona świat w jego promieniach, ale nie powinniśmy zapominać, że im większe słońce tym głębsze okazują się cienie. Tego cienia w tym wykonaniu mi zabrakło. Zbyt to było powierzchowne. Już chciałem płytę odłożyć na półkę, ale ciekaw byłem jak zawsze uśmiechnięty Krzysztof zagra następne Andante. I nagle szok! Jak pięknie oddał nostalgię, smutek, a jednocześnie wdzięk muzyki w tej części koncertu. Jednak najlepiej w moich uszach zabrzmiało Allegretto. Poziom światowy orkiestry jak i solisty - brawo! Lekko, tanecznie, muzyka przypominała wiosenny wietrzyk brykający nad ukwieconymi łąkami, co tym bardziej miłe było memu sercu, że usianymi też kwiatami jazzowych improwizacji. To i ówdzie, nienachalnie, w sam raz.

Tych ostatnich jeszcze więcej było w Chopinianach i brzmiały jeszcze lepiej. Tym razem Herdzin w ogóle nie trzymał się klasycznych ram, lecz bardziej improwizował na chopinowskie formy. Bardzo to było swobodne, indywidualne, a co ciekawe świetnie się w tym odnajdowała orkiestra, przecież przyzwyczajona do nieco odmiennego na co dzień traktowania muzycznej materii. Ale właśnie uzupełnianie się orkiestry i solisty największą może satysfakcję sprawiło mi w odsłuchu tego materiału: orkiestra była jak wzbierająca, głęboka, oceaniczna fala, olbrzymia, piękna, mieniąca się podwodnymi skarbami, a solista fikał na niej jak surfer czy delfin, radosny, umiejący wykorzystać potęgę żywiołu, cieszący się każdą chwilą, gdy pozostaje ona do jego dyspozycji. Podsumowując, ciekawy punkt w dyskografii Herdzina nawet jeśli płytę kupić zapewne niełatwo, a koncerty pewno już się odbyły i trwają tylko w pamięci wdzięcznych - jak piszący te słowa - słuchaczy.

Monday, June 20, 2022

Leszek Kułakowski - Witkacy, Narkotyki (2022)

Leszek Kułakowski

Konrad Żołnierek - kontrabas, gitara basowa
Sebastian Frankiewicz - perkusja
Marcin Wądołowski - giatara
Leszek Kułakowski - kompozycja, instrumenty klawiszowe
Jerzy Karnicki - narrator
Tomasz Dąbrowski - trąbka
Jorgos Skolias - wokal

Witkacy, Narkotyki (2022)


Wydawca: Soliton

Tekst: Dominik Konieczny

Z narkotykami sprawa jest prosta: zdepenalizować! Towar przesłany mi przez Naczelnego jest w pełni legit, ma np. logo Jazzpressu i Województa Pomorskiego. Powstał w ramach XXVII Komeda Jazz Festival’u w Słupsku. Leszek Kułakowski złożył bardzo mocny skład, z którym przyrządził (z braku lepszych słów) spektakl muzyczny do esejów Witkacego o narkotykach. Do takich projektów podchodzę z dużą rezerwą - często się zdarza, że są mocno przegadane, a muzyka jest tylko tłem i całość, co tu dużo mówić, nie kopie. Są wyjątki, jak na przykład rewelacyjny Kornet Olemana. Takim wyjątkiem są też Narkotyki.

Z narkotykami sprawa jest prosta: towar musi być uczciwy i kropka (i kreska, a potem możemy wchodzić w dowolne inne figury płaskie jak i wielowymiarowe). Wróćmy do kropki - ten towar zdecydowanie jest uczciwy. Po pierwsze, ma kto grać, wokalizować i mówić/recytować. Po drugie, cały materiał jest spójny: kompozycje z tekstami, kompozycje między sobą, zespół z kompozycjami. Bierzemy Narkotyki i jest trochę noir, ale głównie jest psychodelicznie - muzycznie lądujemy gdzieś na początku lat 70’, w czasach elektrycznej rewolucji w jazzie, ale efekt podbity jest demonicznymi wokalizami Jorgosa Skoliasa i rewelacyjnie mówionymi przez Jerzego Kanickiego tekstami.

Głową całej tej operacji jest Leszek Kułakowski, lider oraz autor wszystkich komopozycji. Jego narzędziem, co jest dość nietypowe, są klawisze elektryczne. Razem z Tomaszem Dąbrowskim na trąbce, są głównymi substancjami aktywnymi, główne wątki i dialogi idą pomiędzy nimi lub nimi i tekstem. Ale NAWET najlepsze substancje aktywnne nie zadziałają bez dobrej bazy - sekcja, składająca się z Marcina Wądołowskiego na gitarze, Konrada Żołnierka na basie i Sebastiana Frankiewicza na perkusji jest wyśmienita, ba! momentami zachwyca.

Na liście mamy sześć substancji, od powszechnych jak nikotyna czy alkohol, dostępnych na receptę (morfina), nieustająco nielegalnych (kokaina) i tych, które raczej wyszły z użycia (peyotl i eter). Muzyka próbuje oddać klimat emocjonalny głównych efektów działania tych środków, więc przy nikotynie mamy lekki chill, a przy alkoholu szybko przechodzimy do ostrej jazdy zakończonej urwaniem się filmu.

W tym zestawieniu, największym faworytem Witkacego był niewątpliwie Peyotl i z Peyotl’u zespół uplótł 17 minutową suitę, w której oprócz wskazówek czysto technicznych, Witkacy głosem Kanickiego zabiera nas na swojego grubo psychodelicznego tripa. Wraz z rozwojem sytuacji pulsuje tu wszystko, zmieniają się tempa i rytmy, rwą się i łamią, a sekcja, która mnie tak zachwyciła świetnie to wszystko oddaje i spina.

Przy kokainie i morfinie, mamy zdecydowanie więcej haju, ale też więcej przychodzącego po nim cierpienia. A z Eterem sięgamy absolutu - absolut okazuje się niestety oszustwem, ale tak sugestywnym, szczególnie w interpretacji Skoliosa, że w ten absolut byłbym skłonny uwierzyć.

Z narkotykami sprawa jest prosta - zdemitologizować!

Uważam, że teksty Witkacego o narkotykach zestarzały się dużo bardziej niż jego obrazy, malowane pod wpływem narkotyków. Dyskurs nt narkotyków i uzależnień, szczególnie w krajach “cywilizacji śmierci”, mocno nam się przesunął w kierunku demitologizacji, poznania zasad działania i skutków, uznania wszelkich uzależnień za choroby. Witkacy bardzo głośno mówi narkotykom “nie”, mówi że to wcielone zło i w ogóle otchłań, ale zaraz dodaje całą masę wyjątków, że to jego drastyczne “nie” jest jak reklamy piw bezalkoholowych w latach 90’ (no buja).

Z “Narkotykami”, albumem Leszka Kułakowskiego sprawa jest najprostsza: sięgać! U dilerów cyfrowych jak i analogowych, słuchać, cieszyć się (bardziej dźwiękami, tekstami trochę przez palce), oddać się emocjom! Muzyka jest dobrym pluszowy dragiem - uzależnia, a jakże, ale jak już się trzeba od czegoś uzależnić, to to będzie zdecydowanie moim wyborem.


Tuesday, June 14, 2022

Paulina Owczarek / Aleksander Wnuk - Komentarz eufemistyczny (2021)

Paulina Owczarek / Aleksander Wnuk

Paulina Owczarek – saksofon barytonowy
Aleksander Wnuk – obiekty perkusyjne, przetwarzanie

Komentarz eufemistyczny (2021)

Wydawca: Antenna Non Grata

Tekst: Mateusz Chorążewicz

Album „Komentarz eufemistyczny” w wykonaniu Pauliny Owczarek (saksofon barytonowy) oraz Aleksandra Wnuka (instrumenty perkusyjne) to jedno z najcięższych muzycznych doświadczeń, które mnie dotknęło w 2022 roku. Nie żartuję!

Odpalam płytę, słucham i myślę sobie, że coś tu jest nie tak, ciężko mi się tego słucha. Dodać przy tym należy, że nie stronię od muzyki improwizowanej, a taki właśnie jest ten album. Zatapiając się w tym gatunku muzycznym trzeba uważać na artystów-grafomanów, dla których jest to ciepły zakątek, w którym teoretycznie nie trzeba wiele umieć, by próbować przekonać słuchacza, że ma do czynienia z wielką sztuką podczas, gdy w rzeczywistości wartość artystyczna jest niska.

Tak jednak nie było w tym przypadku. Po chwili odsłuchu wiedziałem już, że muzycy wiedzą co robią i nie próbują oszukiwać słuchacza. Problem leżał gdzie indziej.

Po krótkim przeszukaniu internetu okazało się, że zarejestrowana na płycie muzyka to według samych artystów próba „zobrazowania toksycznych, miejskich przestrzeni, ich klaustrofobicznej duchoty”.

I tu mnie olśniło – dokładnie! To właśnie dlatego album od pierwszych dźwięków mnie odpychał! Nie dlatego, że muzyka jest zła. Nie dlatego, że artyści próbują mnie oszukać. Zadziałał na mnie ten okropny miejski klimat, którego tak bardzo nie znoszę (i z powodu którego przeprowadzam się na wieś), a który muzycy tak dobrze odzwierciedlili w swoich nagraniach.

Mamy tu do czynienia z bardzo dużą ilości sonorystyki (nawet jak na muzykę improwizowaną). Głównie za sprawą saksofonu barytonowego, którego klasyczne, znane nam brzmienie praktycznie tu nie występuje. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że mniej tu chodzi o trudne alternatywne techniki gry na tym instrumencie (choćby jak u Colina Stetsona), a bardziej o poszukiwanie łatwiejszych do wydobycia brzmień saksofonu (szumy, uderzenia językiem, cmoknięcia itp.).

Muzyka jest na tyle indywidualna, że nie ma co dużo o niej pisać pod kątem jakości samej w sobie. Na pewno nie jest to album dla każdego, ale artyści uczestniczący w tym projekcie dobrze się rozumieją pod kątem muzycznym, z pewnością wiedzą co chcieli osiągnąć i wygląda na to, że im się to udało. Brzmienia poszczególnych utworów są dość zróżnicowane – słyszymy tu fragmenty brzmiące ciemno z przeważającymi niskimi częstotliwościami, mamy również fragmenty jaskrawe.

Na co warto zwrócić uwagę, to fakt, że jest to nagranie live z Klubu Alchemia z dnia 15.07.2021. Jakościowo udało się je zrealizować niemal perfekcyjnie. Odpowiedzialny za to Rafał Drewniany ponownie zrobił świetną robotę. Nie jest to pierwsza recenzowana przeze mnie płyta, w której za nagranie, mix oraz mastering odpowiada DTS Studio.

Jeśli zastanawiasz się, czy warto po tę płytę sięgnąć, to musisz wiedzieć, że po jej odsłuchu musiałem przez godzinę siedzieć w kompletnej ciszy. Czułem się zmęczony jakbym wrócił do domu z centrum Warszawy. Czy będę wracał do tej płyty? Jeśli zatęsknię na mojej wiosce do miejskiego szumu, to możliwe, że tak.


Saturday, June 11, 2022

Wojciech Jachna Squad - Earth (2022)

Wojciech Jachna Squad

Wojciech Jachna - trąbka, skrzydłówka
Marek Malinowski - gitara elektryczna
Jacek Cichocki - fortepian, Vermona, Moog, Crumar
Paweł Urowski - kontrabas
Mateusz Krawczyk - perkusja, perkusjonalia

Earth (2022)

Wydawca: AUDIO CAVE 2022

Tekst: Piotr B.

Druga płyta flagowego w moim mniemaniu okrętu pośród potężnej armady projektów i dokonań Pana Jachny, zwanego w Polskim Radiu "Naszym Znakomitym Trębaczem". Album obrazujący niepokoje Artystów co do przyszłości naszej Matki Ziemi. Pora działać. Żeby nie marnować tuszu w klawiaturze i nieco oszczędzić nasze naturalne zasoby, w dalszej części pozwolę sobie nazywać Naszego Znakomitego Trębacza skrótowo: NZT.

A zatem analizujemy "Earth", którą dzieli dwa lata od poprzedniczki: "Elements". Od razu zaznaczam, ani mi się śni pisać, że "Earth" jest płytą lepszą czy też dojrzalszą od debiutu. Natomiast oświadczam - ta płyta jest INNA i w moim przekonaniu, choć niekoniecznie zgodnie z zamiarem NZT i Jego Kompanów - JAŚNIEJSZA. Rozwińmy to.

Postaci NZT nie ma potrzeby przybliżać, warto natomiast wspomnieć, że "liderowanie" NZT jest iście Davisowskie, Ja bym je raczej nazwał impresariatem. NZT daje pograć kolegom a przede wszystkim pokomponować. Krążą nawet plotki, że koledzy NZT aktywnie - o zgrozo! - partycypowali w trakcie miksowania materiału! Jaki mamy efekt? Różnorodną, wielobarwną, a zarazem niezwykle zbalansowaną i STYLOWĄ płytę pięciu lubiących się facetów. No to cóż? Herbata, ciacho, CD do kieszeni odtwarzacza i jedziemy.

"Antonietta" - małe arcydzieło Pana Malinowskiego, pięknie osadzone w klasycznej formie: temat - wariacje - temat, ale wzbogacone ciekawym zawieszeniem tempa, kiedy po zespołowym początku następuje zawieszenie akcji oraz impresyjne przebudzenie gitary. Następnie od 02min 30sek słuchamy, co Pan Malinowski chce nam opowiedzieć swoimi sześcioma strunami, najpierw tylko z rozkołysaną sekcją, później zdawkowo podkreślany przez Pana Cichockiego, na końcu w dialogu z NZT oraz zostawiając pole liderowi. Moje prywatne najpiękniejsze kilka minut polskiego grania tej wiosny! A wszystko bazujące na miłej dla ucha, finezyjnej, bardzo naturalnej progresji akordów. Aż korci, żeby się przyłączyć i "popikać" sobie na czymś ze Squadem. Jeśli ktoś z Szanownych Zaglądających ma ochotę, służę uprzejmie, spisane ze słuchu: Gmoll, Hmoll, Ddur, Fdur, Bdur, Adur... oczywiście, wszystkie akordy jakieś tam septymowe zmniejszone, zwiększone, powykręcane... no w końcu to jest dżez!

Po tak wspaniałym, rozmarzonym początku znienacka zostajemy poczęstowani smutna przypowieścią o ludzkiej głupocie i chciwości - "The Last White Rhino". Wyraźny rockowy puls, niepokojące dźwięki syntezatorów, pełna złości gitara i motoryczny, rozpychający się w miksie kontrabas autora tego utworu, Pana Urowskiego. Dwie ciekawostki. Modulowane (DCO/VCF?) brzmienie syntezatora powoduje, że irracjonalnie cofam się do nowofalowej końcówki lat 70tych by miło wspomnieć, co wyczyniał Dave Formula w Magazine. Zaś energiczne uderzenia Pana Urowskiego (z resztą nie tylko w tym utworze) powodują, iż zastanawiam się, czy kontrabasista nie miał rockowej "przeszłości". Albo czy za młodu nie chciał grać w Rage Against The Machine :)

Nadchodzi pora na improwizowaną opowieść zespołową. "The Forest" - na początku spokój i ład oraz trąbka NZT jak świergot ptactwa. Ale z wolna klimat zaczyna się zmieniać, pojawiają się dźwięki coraz bardziej niepokojące, pojawia się podskórny puls. To w lesie pojawiają się ludzie. Z siekierami. I to słychać. Dynamika narasta, perkusja i kontrabas tworzą już jednostajnie pracującą maszynę. Niczym w tartaku. Epilogiem tego dramatu jest łkanie gitary i krzyk trąbki - jak wrzask ptaków pozbawionych gniazd. Tak to słyszę. Bardzo sugestywne.

I ponownie zmiana nastroju. "Sigmunt Freud's Last Nightmare" zaczyna się faktycznie koszmarnie. Koszmarną, katarynkową barwą wyczarowaną przez Pana Cichockiego. Pamiętam podobny dźwięk bodajże w "Checkers" z poprzedniej płyty. Też mnie wtedy drażnił. W końcówce "Sigmunta" katarynkowy koszmar znów powraca. Na szczęście pomiędzy tymi momentami mamy kilka minut ciekawej, dynamicznej muzyki, znamiennej różnorodną rytmiką, zmianami dramaturgii, swobodnymi improwizacjami osadzonymi na groovie sekcji. Chwilami atmosfera utworu zaczyna mi się kojarzyć z "The Talking Drum" Crimsonów. Podsumowując - garnek miodu zaprawiony katarynkowym dziegciem.

Dla odpoczynku po Zygmuntowych Koszmarach NZT i koledzy serwują nam... wielkie rozczarowanie. Jestem rozczarowany faktem, że zwiewny, eteryczny, choć pięknie perkusyjnie unerwiony "Earth" jest tak krótki. Na początku było mi bardzo przykro, że NZT "zmarnował" szansę na pełnokrwisty drum'n'basowy improambient. Później dodatkowo dowiedziałem się, że na koncertach Squad gra "Earth" w długiej, jak mi doniesiono "pełnej" wersji! I teraz jestem na NZT po prostu zły! Jak wiadomo, flagowy okręt w Jachnowej armadzie nie często wypływa na koncertowe wody. U nas w Pomiechówku nie byli już ho, ho...w zasadzie nigdy u nas nie byli. Czyli "Earth" w pełnej krasie mogę sobie tylko wyobrazić...

I cóż dalej? Dalej mamy muzykę do czarno białego filmu ze szkoły polskiej. Intymnego dramatu psychologicznego opisującego atrofię uczuć, rozpad związku i pełnego niedopowiedzeń. Trąbka NZT, szerokoskalowe pasaże fortepianu i swingujace miotełki Pana Krawczyka zabierają nas w lata 60te. Na ekranie Ona wsiada do autobusu Jelcz "ogórek", a On w czarnych rogowych okularach paląc papierosa patrzy za nią, stopniowo zakrywany przez napisy końcowe... O tym, że piękny Jachnowy "All Around" powstał w trzeciej dekadzie XXIw. przypomina jednak orzeźwiająca Malinowska gitara.

Fantastycznym, zwieńczeniem albumu jest kojący "Steps To The West" Pana Cichockiego. Kolejny niespieszny, hipnotyzujący, zadymiono-knajpiany obrazek gdzieś hen, z Amerykańskiego Południa. Bagienno-bluesowa gitara, swobodna, nieco magiczna trąbka, fortepian jak krople porannego deszczu wiszące na pajęczynie. Wszystko nieco rozmazane, odrealnione. A na początku utworu świetna, wyrachowana pułapka zastawiona na słuchacza: Najpierw 4 takty rozbiegu, później 4 takty gitary monologujacej jak zaspany kowboj... i nagle wszystko zwalnia, a trąbka i gitara grają uwodzicielskie melodie.... ale nie przez kolejne 4, tylko przez 3 takty. Trąbka pięknie wybrzmiewa, a w tle wszystko wraca do pierwotnego rytmu. Ta delikatna operacja na chwilkę dezorientuje słuchacza, przyzwyczajonego do równych podziałów, Proste, wytrawne zagranie profesjonalistów - a jaki wspaniały efekt, jak w pijackim tańcu. Na końcu utwór rozrzedza się, rozpływa.. jak myśli ukojone burbonem...

Płyta ma piękne, selektywne brzmienie. Tak jak napisałem, moim zdaniem "jaśniejsze" niż poprzedniczka. Na tę "jaśniejszą" aurę wpływa też większy odsetek akordów durowych ( choćby "Steps To The West" ) oraz nieobecność utworów wybitnie szorstko-niepokojących, takich jak "Porcupine" na debiucie. Występują pewne podobieństwa w konstrukcji utworów np. "Antonietta" versus "Elements" i absolutnie mi to nie przeszkadza. Trochę elektroniki, ale z umiarem. Mnóstwo wysublimowanych, wysmakowanych motywów, zagrywek i melodii. Wspaniały, wciągający, naturalny puls "Antonietty" oraz utworów zamykających album. Krótko - piękna, stylowa, wytrawna, wyrafinowana muzyka. Drogi Słuchaczu - istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że po wybrzmieniu ostatnich dźwięków "Steps To The West" zapragniesz od razu ponownie wcisnąć "PLAY ALL". Zaś sobie życzę, żebym jednak w końcu miał okazję usłyszeć "Earth" na żywo!


Thursday, June 9, 2022

Reykjanes - Water Wanderings (2022)

Reykjanes

Hania Stoszek - fortepian
Jan Gałosz - gitara

Gościnnie: Jerzy Mączyński - saksofon

Water Wanderings (2022)

Wydawca: Piano and Cofee

Tekst: Maciej Nowotny

Reykyanes to półwysep gdzieś, hen, na dalekiej Islandii. Smagany wiatrami jest sceną, na której odbywa się wieczny pojedynek wody, wiatru, skał i ognia z pobliskich wulkanów. Łatwo sobie wyobrazić, na którejś z tych wysokich skał człowieka, stojącego samotnie wobec potęgi i ogromu walczących żywiołów. Ale w jakiś magiczny sposób te zmagania natury potrafią zamiast lęku i przerażenia budzić zachwyt, a nawet sprawiać, że naturalnie, sama z siebie, płynąć zaczyna muzyka, wartka jak strumień, jak woda zimna i dzięki temu przenikająca do głębi.

Taki jest ten album, wspomnienie przywiane przez chłodny wiatr z Północy, z dalekiej Islandii, minimalistyczny, medytacyjny, introwertyczny. Jeszcze jeden dowód na to jak silne są związki polskiej sceny, polskich muzyków, ze skandynawskim kręgiem cywilizacyjnym, a szczególnie z kwitnącą tam kulturą muzyczną. Świat dźwięków powołują do istnienia (wybaczcie patos, ale muzyka na tym krążku też go nie unika, jest on częścią konwencji) pianistka Hania Stoszek i gitarzysta Jan Gałos. W nagraniu poza wymienionym wyżej duetem uczestniczył także znany z jazzowej sceny saksofonista Jerzy Mączyński. Pianino jak i gitara brzmią niekonwencjonalnie, dużo tu dźwiękowych płaszczyzn i wibrujących sonorystycznych eksperymentów. Okazjonalnie dialogom tych instrumentów towarzyszą wokalizy. Tradycyjnie pojmowane rytm i melodia, chociaż obecne, nie pełnią kluczowej roli. Dominują nastroje, emocje, aluzje.

Uwagę przykuwa także wysmakowana oprawa wizualna projektu, za którą odpowiedzialna jest Ola Bylica. Kontrastuje ona z poziomem realizacji nagrania, który - uczciwie mówiąc - mógłby być wyższy. Szczególnie w tym rodzaju muzyki jakość dźwięku, jego przestrzenność ma ogromne znaczenie. Doceniając koncepcję, autentyczność tej muzyki, jej emocjonalność, nie mogłem cieszyć się wszystkimi walorami tej muzyki w jakości oferowanej w soundcloudzie. Naprawdę muzyka warta grzechu i inwestycji paru groszy na nagranie w dobrym studiu, profesjonalną realizację i wydanie w formacie CD.


Monday, June 6, 2022

Otwieramy nową rekrutację!!! - 3000 postów na Polish Jazz Blog


Nie do wiary! Ten tekst, który właśnie czytacie jest tekstem numer - uwaga! - 3000 na naszym blogu. Wszystko zaczęło się tuż przed Bożym Narodzeniem 2009 roku. Piszący te słowa - Maciej Nowotny - postanowił sobie zrobić prezent na Mikołaja i kupił w Empiku w Domach Centrum w Warszawie kilka jazzowych płyt. Były to krążki Tomasza Stańki, Mieczysława Kosza, Macieja Tubisa, Jerzego Małka i wspaniałe RGG. Płyty były tak dobre, że pomyślał sobie dlaczego by ich nie opisać. I tak to się wszystko zaczęło. Wkrótce dołączyli Adam Baruch i Tomek Łuczak, a następnie kolejne osoby, tak z kraju jak i zza granicy. Powstawały teksty tak po angielsku jak i po polsku. Szerokim strumieniem zaczeły płynąć do nas płyty od artystów, pięły sie w górę liczby odwiedzin na blogu (dzisiaj zbliżają się do 2,500,000!), a pewnego razu nawet odezwało się do nas BBC Radio i mialiśmy okazję uczestniczyć w prezentacji polskiej muzyki na scenie międzynarodowej.

Tak, mieliśmy mnóstwo szczęścia, bo założenie bloga zbiegło się z renesansem polskiego jazzu i szerzej muzyki improwizowanej. Przyszły generacje, których talent i praca pozwoliły dorównać osiągnięciem takich legend jak Stańko, Trzaskowski, Kurylewicz, Komeda i inni. Zresztą dawni mistrzowie wcale nie złożyli broni, cały czas pojawiała się nowa ciekawa muzyka, my staraliśmy i staramy by znalazła w tekstach odpowiednią dla siebie oprawę. Za to wszystko podziękowania należą się wszystkim autorom publikującym w ciągu tej ponad dekady na naszych łamach. 

I jak co roku otwieramy nową rekutację! Jeśli kochasz muzykę i chcesz się podzielić tym co o niej myślisz, dołączyć do naszego zespołu, to zapraszamy. Napisz do nas, podeślij próbki swoich tekstów, spróbuj, a my pomożemy. Kontakt na: polish.jazz.blog@gmail.com

Lista autorów publikujących na naszym blogu (bold orange - aktywni teraz):

B. Piotr
Baruch Adam
Blasejezak Dirk
Chorążewicz Mateusz
Gijssels Stef
Janicki Jędrzej
Jastrzębski Alek
Komorek Krzysztof
Konieczny Dominik
Krawiec Maciej
Łuczak Tomasz
Magierowski Mateusz
Nowak Andrzej
Nowicki Bartosz
Nowotny Maciej
Pudło Michał
Ratajczak Robert
Sołkiewicz Jacek  
Stępnik Szymon
Wojdat Piotr
Ziemba Paweł

Saturday, June 4, 2022

O.N.E. – Entoloma (2022)

O.N.E.

Monika Muc – saksofon
Paulina Atmańska – fortepian
Kamila Drabek – kontrabas
Patrycja Wybrańczyk – perkusja

Entoloma (2022)

Wydawca: Audiocave.pl

Tekst: Mateusz Chorążewicz

Dzwonkówka szarofioletowa – gatunek grzybów z rodziny dzwonkówkowatych. Po raz pierwszy takson ten zdiagnozowali w 1854 r. M.J. Berkeley i Ch.E. Broome nadając mu nazwę Agaricus bloxamii. Obecną, uznaną przez Index Fungorum nazwę nadał mu w 1887 r. P.A. Saccardo, przenosząc go do rodzaju Entoloma [Źródło].

Co to ma wspólnego z jazzem?

„Entoloma” to drugi album kwartetu O.N.E. (wcześniej zespół funkcjonował pod nazwą O.N.E. Quintet). Nazwa płyty nawiązuje oczywiście do grzybów z rodziny dzwonkówkowatych. Choć muzycznie nie widzę tego odzwierciedlenia, to jest to nawiązanie do pasji Patrycji Wybrańczyk (perkusja). Jak mówi sama autorka pomysłu na tytuł albumu, „słowo „entoloma” brzmi bardzo melodyjnie, tajemniczo i dźwięcznie, co zgrabnie wpasowuje się klimat nowej płyty. Warto uciec od dosłowności i wsłuchać się w melodię tego słowa.”

W stosunku do debiutanckiego albumu sprzed dwóch lat, nie usłyszymy tu Dominiki Rusinowskiej na skrzypcach. Pozostałe członkinie to Pola Atamańska (fortepian), Monia Muc (saksofon altowy), Kamila Drabek (kontrabas) oraz wcześniej już wspomniana Patrycja Wybrańczyk (perkusja).

Za kompozycje odpowiadają wszystkie cztery artystki. To co się rzuca w ucho, to fakt, że wyraźnie słychać różnice w podejściu do kwestii kompozycyjnych. Osobiście stałem się wielkim fanem utworów skomponowanych przez Polę Atamańską. Słychać w nich dużo Aarona Parksa. Jej utwory często opierają się na charakterystycznych ostinatach i obudowywaniu ich akordami. Charakteryzują się dużą lirycznością i pięknie wybrzmiewającymi harmoniami. Widzę tu jednak małe niebezpieczeństwo, ponieważ w utworach tych Pola Atamańska stosuje te same zabiegi (np. przyspieszenie w środku utworu). Nie jest to na szczęście coś, co odbiera przyjemność z odsłuchu albumu.

Nie usłyszymy tu wybitnych indywidualnych popisów. Artystki postawiły na współbrzmienie, dobre wspólne zrozumienie, a nie na wyścigi kto zagra lepsze solo. Z mojego punktu widzenia to bardzo dobrze, ponieważ świadczy o muzycznej dojrzałości.

Na uwagę zasługuje fakt, że jest to bardzo zróżnicowana płyta. Słychać, że za kompozycje odpowiadają różne osoby, ale jednocześnie całość jest mimo tego spójna. Znajdziemy tu momenty bardzo liryczne, fragmenty pełne dysonansów, części ad libitum czy niezwykle energetyczne. Właściwie nieustannie odbijamy się od klimatów zbliżonych do Aarona Parksa, by po chwili znaleźć się w brzmieniu nieco bliższym zespołowi The Bad Plus.

Choć pierwsza płyta została dobrze przyjęta, osobiście nie byłem nią zachwycony. Miała ona swój charakter i była w miarę solidna, ale czegoś jej brakowało. Po odsłuchu drugiego albumu mogę stwierdzić, że debiutowi brakowało doświadczenia, wspólnego ogrania na koncertach. W ciągu dwóch ostatnich lat zespół zrobił bardzo duży postęp w tym zakresie. „Entoloma” jest dużo lepiej ukształtowanym i dojrzałym dziełem. Choć premiera albumu miała miejsce niedawno, ja z zaciekawieniem czekam na kolejny.


Wednesday, June 1, 2022

Szymon Mika - Attempts (2021)

Szymon Mika

Szymon Mika - gitara

Attempts (2021)








Zdanie odrębne: Maciej Nowotny

Ostatnie kilka lat to eksplozja talentu Szymona Miki, jego dyskografia obejmuje już kilkanaście płyt, przy czym bardzo często są to projekty niebanalne, nietuzinkowe czy nawet odkrywcze. Niemal wszystkie opisaliśmy na naszym blogu i możecie się z nimi zapoznać kilkając na ten link. Ale chociaż przez te ostatnie kilka lat nauczyłem się cenić Szymona, spodziewać się się po nim świetnej gry, artystycznego wkładu na najwyższym poziomie, to dopiero ostatnia jego płyta sprawiła, że naprawdę zdobył nie tylko mój umysł, ale... i serce. "Attemps" to zaledwie szkice, nieraz zwodniczo proste, często dziecięco szczere, całkowicie bezpretensjonalne. Przypominają trochę impresjonistyczne obrazy, gdzie brak wyraźnej kreski, kształty są rozmyte, jakby niewyraźne, ale dzięki temu oddają jak rzeczywiście pracuje ludzkie oko/czytaj ucho. To Pizarro, Manet, Cezanne i inni pierwsi zaczęli malować krajobrazy z natury. Ten album jakby przyjmuje tę samą metodę. Obserwujemy muzykę w trakcie tworzenia. Utwory przypominają ćwiczebne wprawki, ale chociaż myśli, które za nimi stoją są ulotne, emocje są prawdziwe i bardzo, bardzo intensywne. Obcowanie z tą muzyką przypomina stan medytacji, nie sposób się od niej oderwać, odświeża, wprawia w trans, nie nudzi się, wręcz przeciwnie, nie chce mi się z nią rozstawać mimo, że płyta dawno dokręciła się do końca. Jedna z najbliższych mi płyt wydanych w tym roku.

Tekst recenzji: Szymon Stępnik

Szymon Mika jest obecnie jednym z najbardziej znanych polskich gitarzystów jazzowych. Już zaledwie w wieku 24 lat zdobył pierwszą nagrodę na Międzynarodowym Jazzowym Konkursie Gitarowym im. Jarka Śmietany (2015). W latach 2017-2018 z kolei brał udział w szwajcarskim projekcie Focusyear, gdzie występował u boku choćby Dave’a Hollanda oraz Avishaia Cohena. Na naszym rodzimym podwórku zasłynął raczej z kolaboracji z innymi artystami, aniżeli ze swoich solowych projektów. Ma na koncie uroczą, ocierającą się o geniusz, nagraną płytę wspólnie z Yumi Ito płytę “Ekual” oraz ciekawą, choć nie bez mankamentów “Unseen” z Maxem Muchą i Ziv Ravitzem. Wraz z krążkiem “Attempts” Szymon pojawia się wyjątkowo sam, bez innych artystów. Towarzyszy mu jedynie sama gitara. Z jakim skutkiem? Cóż…

Jan Ptaszyn Wróblewski zwykł mawiać, że zarówno koncerty, jak i nagrania jazzowe, gdzie występuje tylko jeden instrumentalista, należą do najcięższych. Nie chodzi bynajmniej o to, że przy jednym instrumencie łatwiej o pomyłkę, ale dlatego, że bardzo trudno utrzymać stałą uwagę słuchacza. Muzyk musi dwoić się i troić, aby przebić przez naturalnie pojawiającą się w pewnym momencie monotonię. Czasem robi to zachwycając wybitnymi zdolnościami technicznymi (jak choćby robi to Leszek Możdżer), a niekiedy wykorzystując ku temu niesamowitą wyobraźnię i kreatywność (tu należy wspomnieć Chicka Coreę ze swoją preparacją fortepianu) Niektórzy z kolei kładą nacisk na poczucie humoru z którego słynął legendarny Erroll Garner. Niestety, na albumie “Attempts” zabrakło któregokolwiek z powyższych aspektów, przez co jest on po prostu… nudny.

Uwielbiam grę Szymona Miki. To wrażliwy gitarzysta, grający w sposób intrygująco minimalistyczny, idealnie akcentujący i podbijający umiejętności artystów, z którymi występuje. Doskonale wie, że gra na gitarze nie polega na trzaskaniu szybkich solówek, gdzie w ciągu sekundy usłyszeć można kilkanaście różnych dźwięków. Delikatnie wędruje po skali, wracając czasem z powrotem do pierwotnej nuty będącej tematem utworu. Fajnie słucha się go w kontekście albumów, gdzie nie jest liderem. Kiedy jednak pojawia się sam ze swoją gitarą, magia gry pryska i zostaje utracona we wszechobecnie panującej nudzie. Rozumiem, że Szymon świadomie nie epatuje popisami technicznymi, co jednak w połączeniu z prostymi rytmami i mocno podobnymi do siebie harmonicznie partyturami, zlewa się niestety w nieprzyjemną masę.

Nie chcąc, by tak jednoznacznie negatywnie ocenić recenzowany krążek, wypada wspomnieć o instrumencie tutaj dominującym. Na moje ucho nie jest to gitara akustyczna, ale nie jest to też gitara klasyczna i szczerze… nie mam pojęcia na czym gra artysta. Niewątpliwie największym plusem płyty jest jej brzmienie, jakże unikalnie i niecodzienne. Dawno nikt nie sprawił, bym przez trzy kwadranse trwania muzyki myślał tylko o nim.

Bardzo fajne momentami są też niektóre utwory. Najbardziej wpada w ucho chyba “Playing the game”, który swoją chwytliwością przypomina niemal muzykę z jakiegoś hiszpańskiego filmu. Przyznam, że słuchałem go w samochodzie z kobietą u boku, patrząc w deszczu na odjeżdżające pociągi. Wspomniane nagranie podrywało nas i budziło z letargu, cudownie umilając czas. Słuchając go w domu, na nieco lepszym sprzęcie, usłyszałem, jak w tle sam gitarzysta nucił sobie i powtarzał melodię. Panie Szymonie, czy nie można było tak częściej? Ta jedna pozycja, pełna pasji, namiętności oraz pomysłu to jednak za mało, aby uznać ten longplay za dobry.

Boli też nieco prosta, jak na jazz, rytmika. Ścieżki momentami zdają się być zbyt proste, zbyt mało szalone i w ten sposób - usypiające. Owszem, jestem świadom, że to celowy zabieg Szymona Miki, który zresztą tak bardzo doceniam w jego innych dokonaniach, aczkolwiek tutaj po prostu się nie sprawdził. Niekiedy aż korci, aby dany utwór powędrował w jakiś inny rejon, zgłębił emocję, którą wydaje dana nuta i przerwał nieco te proste rytmy i melodie.

Reasumując, “Attempts” jest płytą raczej słabą. Jeżeli kochacie Szymona Mikę właśnie za minimalizm i prostotę, którą osobiście lubię określać ładnie “nieśmiałością w dźwiękach” - znajdziecie je tutaj w 100%. Niestety, to co sprawdza się w kontekście grania z zespołem lub innymi artystami, w solowym albumie nudzi i nie sprawdza się. Uważam, że gitarzysta ten w istocie jest wybitny i ma przed sobą jeszcze najlepsze lata, aczkolwiek krążek “Attempts” (jak sama nazwa wskazuje - “podejścia, próby”) to tylko nieudany eksperyment.


Tuesday, May 31, 2022

Koncert Pink Freud | Wrocław

Siedem albumów wydanych od 1998 roku. Ponad 20 lat na scenie z niegasnącą energią i gotowością do eksperymentowania. Zespół Pink Freud, założony przez Wojtka Mazolewskiego, zagra we Wrocławiu już 5 czerwca o godzinie 20:00! Ich twórczość jest wyrazem wolności – to muzyka ekspresyjna, balansująca między klasyczną improwizacją, jazzem, elektroniką a punk-rockiem. Posłuchanie tego wyjątkowego brzmienia w świetle podwórkowych neonów przy Ruskiej 46 będzie niepowtarzalną okazją.

Bilety:

I pula 79 PLN WYPRZEDANE

II pula 89 PLN

going https://goingapp.pl/.../pink-freud-koncert.../czerwiec-2022

eventim https://www.eventim.pl/.../pink-freud-w-recepcji-3147585/

110 PLN w dniu koncertu

(npdst. mat. dostarczonych)

Monday, May 30, 2022

Ksawery Wójciński - Tower of Pressure (2022)

Ksawery Wójciński

Ksawery Wójciński - double bass, voice, artwork
Maurycy Wójciński - trumpet, recording

Tower of Pressure (2022)

Wydawnictwo: Antenna Non Grata

Tekst: Maciej Nowotny


Konińskie wydawnictwo Antenna Non Grata i Galeria CKiS Wieża Ciśnień w Koninie stały się dla takich jak ja "freaków" muzyki improwizowanej ważnymi punktami na mapie muzycznej Polski. Bardzo chciałbym tam pojechać i posłuchać takiej muzyki jaka jest zapisana na tym krążku. Muzyki jakby nie z tego świata, autentycznej, duchowej, osobistej, poruszającej się na pograniczu dzieła artystycznego i religijnego wyznania. Tylko takiego bez bóstwa, obiektu kultu, bez zhierarchizowanego kapłaństwa. A za to z leżącym u podstaw doświadczenia religijnego i - moim zdaniem muzycznego, szczególnie w jej odmianie improwizowanej - uczuciem zdzwienia. "Dziwne" ma wspólny źródłosłów ze słowem "divus" co po łacinie oznacza boski. Muzyka zatem jest dziwna właśnie w tym sensie. Ciarki od niej chodzą po plecach, trzeba przestać robić nic nie znaczące rzeczy, zatrzymać się, odmyśleć, skupić, żyć tą muzyką. Choćby przez chwilę, przez parę minut czy godzinę. Dla zwolenników talentu czołowego polskiego kontrabasisty i improwizatora pozycja nie do przeoczenia.

Saturday, May 28, 2022

Polish Jazz Solo w audycji Macieja Nowotnego "Muzyka, która leczy" w RadioJAZZ.FM

Maciej Nowotny zaprasza do posłuchania podcastu swojej audycji "Muzyka, która leczy" w RadioJAZZ.FM. Audycja jest grana NA ŻYWO w każdy piętek 19.00-20.00. W tym wydaniu grane były albumy solo takich wyśmienitych polskich muzyków jazzowych jak: Dominik Wania, Adam Pierończyk, Paweł Szamburski, Marcin Oleś, Wojciech Jachna, Piotr Orzechowski, Sebastian Zawadzki, Mateusz Pospieszalski, Tomasz Dąbrowski, Kuba Płużek i Grzegorz Tarwid. 

Friday, May 27, 2022

Duszan B - Viosnka (2021)

Duszan B

Jan Niedziela - bass
Krystian Kniaziowski - guitar
Łukasz Mikołajczyk - drums (z wyjątkiem Oko Licznosci)
Paweł Gawryłowicz - trumpet (Przemyt Idei, Nocny Pociag Z Mięsem, Ostatnia Stacja)

featuring:
Aleksandra Zawłocka - voc (Wiosna)
Tomasz Przetacznik - sax (Zaśnij)
Redink - modular synth. (Oko Liczności)

Viosnka (2021)

Tekst: Piotr B.

Co dalej? - pytam - co dalej? I jak na razie tylko echo mi odpowiada: "Co dalej - pytam - co dalej?"

Ale od początku i po krótce. Szanowni Zaglądający Duszanów już znają dzięki brawurowej recenzji Szefa. W końcu to jeden z naszych Debiutów Roku! Chciałbym tylko co nieco uzupełnić. Pierwsze trzy utworowe demo Duszanów obrazuje nie tylko ich corowo-noisowy korzeń, ale także oczytanie i gruntowną znajomość trylogii K. i A. Szklarskich pt "Złoto Gór Czarnych". Dalej: pełnowymiarowe "ujawnienie" Duszanów pt. "Plantageneti" - tutaj mogę jedynie podpisać się pod wszystkim, co napisał Szef (...a spróbowałbym się nie zgodzić :) ). Następnie w grudniu 2020 oszałomieni słuchacze zostali poczęstowani materiałem pt. "Improwizacje Zaduszne", który dla mnie jest świadectwem pięknego rozwoju Duszańskiej stylistyki. Ozdobą tej bardzo emocjonalnej sesji jest "Nieobecny Rozmówca", w którym najpierw przysłuchujemy się improwizującym duetom, po kolei, każdy z każdym, po czym w rozwinięciu wszyscy muzycy spotykają się i zabierają nas na wspólna przejażdżkę bezdrożami harmonii.

Nastaje wiosna a w zasadzie VIOSNKA 2021 - i zmiany, których dokumentacją a w zasadzie pamiątką jest materiał "Viosnka". Ze składu ubywają Pan Mikołajczyk i Pan Gawryłowicz, za to gościnnie na sesjach pojawia się kilku artystów. Jednym obliczem albumu są trzy improwizacje nagrane jeszcze w pełnym czteroosobowym składzie w styczniu. W porównaniu z "Plantegeneti" słyszę wyraźnie wzrost znaczenia gitary i zmianę jej ubarwienia. Poprzednio bateria efektów stosowana przez Pana Kniaziowskiego mogła przypominać rozpylone shoegazy i godisastronautalia (z czym myślę że Pan Kniaziowski się zgadza) albo to, co robił Dif Juz dla 4AD 36 lat temu, na Epce "Huremics" (z czym myślę, że Pan Kniaziowski się zgodzi, kiedy posłucha). W tej chwili gitara brzmi surowiej, a ja się cofam gdzieś do okolic 1969r.
 
Przy pierwszym odsłuchu duże wrażenie zrobił na mnie prawie 14 minutowy "Przemyt Idei", rozpoczynający się niczym niesłychany crossover Hendrixa z regałowym basem. A jak się rozwija? Hawkwind? Albo.. a co tam - Monster Magnet? Mocny psychodeliczny, stounerski trip.

Do tego dwie psychodeliczne impresje: "Nocny Pociąg Z Mięsem" i "Ostatnia stacja". Wyobraźmy sobie, że klasyczne trio Hendrixa naspidowało się mocniej niż normalnie i zaczyna improwizować coś od zera. Albo nie. Wyobraźmy sobie, że Grateful Dead próbuje na nowo odegrać swój "Feedback". Albo jeszcze lepiej. Wyobraźmy sobie, że Quicksilver Messenger Service jakoś nie może skończyć grać swojego "Calvary". Cokolwiek i ktokolwiek by to nie był - koniecznie sobie wyobraźmy, że dołączył do nich gość z trąbką. I gra oszczędnie, bez szaleństw, bez wirtuozerskich popisów, ale niesłychanie celnie, zdawkowymi frazami świetnie budując klimat, czasem - jak w "Przemycie Idei" fantastycznie podkreślając kulminacyjne momenty. Generalnie cała czwórka muzyków gra pomysłowo i słucha się nawzajem. Moim zdaniem ten skład mógłby się zabrać w trasę powiedzmy z Lonker See i Śliną. I byłby w tym acidowym gronie najbardziej jazzowym składem. Ale - tak jak wspomniałem - to już jest historia

... i zostało trzech. Już bez trąbki Pana Gawryłowicza Duszani nagrywają singla "Wiosna / Zaśnij". Dwa utwory połączone ze sobą. Na swojej stronie facebookowej muzycy oznajmiają, że mając tak szerokie zainteresowania jakie mają oraz lubiąc pop, chcą zapodać ładne piosenki. Te dwa kawałki mają swoją wartość i swoje zalety, niemniej mnie osobiście taki Duszanowy pop nie przekonał do końca. Fakturę dźwiękową bardzo miło urozmaiciły wokalizy Pani Zawłockiej oraz rozszalały sax Pana Przetacznika. To fakt. Ale odnoszę wrażenie, że już takie dźwięki słyszałem dwa tysiące razy w przeszłości. Do tego liryki w "Zaśnij" - bardzo oryginalne - niestety jestem już starym dziadem i mój kanon estetyczny stetryczał haniebnie. Nie odczuwam zapotrzebowania na ten klimat. Już nie. To jest moje prywatne zdanie i zachęcam wszystkich do odsłuchu - bo ten utwór na pewno nie pozostawia nikogo obojętnym. Jeśli już jesteśmy przy wycieczkach w rejony nieco lżejsze. Nietrudno w sieci odnaleźć solowe wypieki Pana Kniaziowskiego. Bardzo ciekawe i wielowymiarowe!

... i zostało dwóch. Bez bębnów Pana Mikołajczyka, za to z udziałem modularnego maga Redinka Thomasa Duszani tworzą "Oko Liczności" - ku pamięci zmarłego Tomasza Chołoniewskiego, znaczącej postaci sceny impro z Krakowa. Utwór zdecydowanie elegijny, dość uporządkowany kompozycyjnie, rozwija się powoli, nabiera ciężaru, by po kulminacji pozostawić mnie słyszącego ostatnie uderzenia serca, jakby dźwięk karetki...Tłuste, analogowe blurpy, tłoinki, cutoffy i resonance Redinka nadają zupełnie nowego kolorytu. Atmosferę podkreśla też ten narastający, modulowany dźwięk Redinkowego generatora. To może być nowy kierunek poszukiwań dla Duszanów! Co więcej, w sieci można odnaleźć także wersje koncertową, jeszcze ciekawszą, już z udziałem nowego Duszana - bardzo doświadczonego perkusisty Jakuba Rutkowskiego. Bardzo mi się spodobało takie granie. Wielce obiecujące.

Czekam z ciekawością na kolejne kroki Duszanów. W którą stronę podążą? Czy w stronę "Wiosny"? Czy w stronę "Oka"? A może w ogóle totalnie mnie zaskoczą? Panowie! Co dalej? - pytam - co dalej?

Tuesday, May 24, 2022

Adam Skorczewski Quintet - Stream Of Consciousness (2021)

Adam Skorczewski Quintet

Adam Skorczewski - trumpet, composer
Jakub Klemensiewicz – tenor saxophone
Dominik Kisiel – piano, synthesizer
Bartosz Borzeszkowski – doublebass
Hussam Abdul-Samad – drum

Stream Of Consciousness (2021)

Tekst: Mateusz Chorążewicz

Album „Stream Of Consciousness” w wykonaniu Adam Skorczewski Quintet to fonograficzny debiut lidera zespołu. Nagrań dokonano w warunkach koncertowych w sopockim Teatrze Boto dnia 04.04.2019 roku. Na całość składają się trzy kompozycje.

Muzycy właściwie już od pierwszych dźwięków wyraźnie zarysowują sferę swoich inspiracji. Wyraźnie słyszymy tu skandynawską wyobraźnię pomieszaną z polską szkołą free jazzu w wykonaniu Krzysztofa Komedy czy Tomasza Stańki. Mówiąc o tym ostatnim, nie sposób w pewnych aspektach nie skojarzyć ze sobą brzmienia trąbki Adama Skorczewskiego właśnie z brzmieniem kolosa polskiej trąbki.

Kompozycje posiadają niewiele zapisanych struktur. W olbrzymiej większości mamy tu do czynienia z otwartym muzycznym dialogiem, bardzo zróżnicowanym pod kątem energetycznym. Poza wcześniej wspomnianymi źródłami inspiracji, znajdziemy tu także klimaty przywodzące na myśl zespoły Johna Coltrane’a z lat 60-tych czy zabiegi kompozycyjne podobne do tych zarejestrowanych na płytach Piotra Damasiewcza.

W samej jakości brzmienia słychać, że nagranie wykonane zostało w warunkach koncertowych. Niekiedy udaje się zminimalizować ten niekorzystny efekt, tu jednak tak nie jest. Jak zwykle ma to miejsce w takich przypadkach, ucierpiało głównie brzmienie perkusji. Na uwagę zasługuje również brzmienie pianina, które znajduje się w Teatrze Boto. Słychać wyraźnie, że nie jest to fortepian, co niektórych może zakłuć w ucho, ale prawdę mówiąc, ma to też swój niepowtarzalny urok.

Właściwie u każdego uczestniczącego muzyka słychać pewne elementy charakterystyczne dla ich własnego brzmienia. Jakub Klemensiewicz na saksofonie dość często stosuje nietypowe techniki gry na tym instrumencie. Słychać w jego brzmieniu również Wayne’a Shortera ze swoich najlepszych lat. Z kolei Dominik Kisiel dobrze jest już znany na polskiej jazzowej scenie ze swojej olbrzymiej wszechstronności i charakterystycznego sposobu prowadzenia akompaniamentu w solówkach.

Muzycy uczestniczący w projekcie dobrze się rozumieją. Uzupełniający kwintet Bartosz Borzeszkowski na kontrabasie i Hussam Abdul-Samad na perkusji bardzo sprawnie trzymają groove, a jednocześnie uczestniczą w całości nie ograniczając się tylko do tego jednego swojego zadania. W tego typu muzyce, gdy zapisanych struktur jest niewiele, niezwykle ciężko jest uzyskać efekt spójnej całości. Wzajemne zrozumienie muzyków jest tu kluczowe.

„Stream Of Consciousness” to bardzo solidny debiut z jasno zakreśloną sferą inspiracji właściwie od pierwszych dźwięków. Z pewnym zaskoczeniem przyjąłem jak to wszystko się tutaj ze sobą spójnie miksuje. Fani jazzu, którzy są dobrze osłuchani z tymi klimatami, z całą pewnością będą usatysfakcjonowani.


Saturday, May 21, 2022

Paweł Palcowski Quintet - Influences (2022)

Paweł Palcowski Quintet

Paweł Palcowski - trąbka, flugelhorn
Jarosław Bothur - saksofon tenorowy
Kajetan Borowski - fortepian, wurlitzer
Maciej Kitajewski - kontrabas, gitara basowa
Arek Skolik - perkusja

Influences (2022)

Wydawca: SJ Records 060

Tekst: Szymon Stępnik

Współczesny jazz kojarzony jest przede wszystkim z awangardą oraz próbą redefiniowania powszechnie znanych rozwiązań. Chęć robienia czegoś oryginalnego, przesłania często feeling powstałej muzyki, gdzie forma wielokrotnie przewyższa treść. Paweł Palcowski jest trębaczem oraz byłym wykładowcą Wydziału Jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach. Album “Influences” jest drugą autorską płytą tego artysty, której kompozycje stanowią zresztą przedmiot rozprawy doktorskiej pod tytułem “Różnorodne oblicza jazzu akustycznego w kontekście muzyki XXI wieku”. I taka jest właśnie ta płyta - hołdem oddanym przeszłości, gdzie świat nie zna innej muzyki poza bebopem i hardbopem.

Przyznam szczerze, że sam fakt, iż przypadła mi do omówienia płyta będąca przedmiotem dzieła naukowego, jest dla mnie doświadczeniem nieco krępującym. Nie czuję się bowiem kompetentnym, aby stawać się recenzentem pracy doktorskiej, znanego i cenionego zresztą pracownika naukowego. Dość wspomnieć, że sam Wynton Marsalis był pod wrażeniem umiejętności Pawła Palcowskiego. Nic zresztą dziwnego - obaj muzycy zdają się mieć podobny styl oraz romantyczne uwielbienie do jazzowej klasyki, którą reinterpretują na nowo, mocno jednak trzymając się korzeni.

Bo właśnie taka płyta jest - totalnie celebrująca tradycję, niewiele jednak dodając nowoczesności. Sama nazwa jednak zdaje się sugerować trop interpretacyjny - artysta opowiada o tym, co na niego wpłynęło. Kompozycje są przewidywalne, schematyczne. Brakuje w nich szaleństwa oraz próby przełamania archetypów, którymi album wprost epatuje. Paradoksalnie utwór tytułowy “Influences” dzięki swojemu nieco funkowemu rytmowi, zdaje się być bardziej osadzony we współczesności, choć jest to wyjątek od reguły. Cały krążek brzmi trochę jakby był jakimś zaginionym (choć fantastycznym) albumem The Jazz Messengers sprzed lat, nagranym jeden do jednego przez współczesnych muzyków.

Ze względu na swoje braki w wykształceniu muzycznym, nie jestem w stanie rozpoznać wszystkich niuansów i nawiązań, które lider chciał przekazać swoim słuchaczom. Odnieść można wrażenie, że każdy dźwięk jest nieprzypadkowy, a frazy nawiązują do jakichś konkretnych nurtów jazzowych. Wielka szkoda, że w fizycznym wydaniu nie ma opisów przedmiotowych utworów, ich analizy lub stojącego za nimi procesu twórczego, co mogłyby nieco rozszerzyć wiedzę słuchaczy o pomysłach autora.

Kompozycje są wolne, a także nieco smooth jazzowe w swoim odbiorze ze względu na przystępność oraz niesamowitą klarowność kompozycji. Słucha się ich z niezwykłą przyjemnością. Na pierwszy rzut oka ich prostota zdawać się może nieco zaskakująca, aczkolwiek po kilkukrotnym przesłuchaniu, docenić można wręcz perfekcyjne rozwiązania harmonijne w konwersujących ze sobą trąbce i saksofonie. Szczególnie słyszymy to w utworze “Infuences” oraz “Jointly”, gdzie jeden instrument zdaje się komentować poczynania drugiego. Brzmi to naprawdę bardzo efektownie.

“Influences” nie jest płytą indywidualnych popisów muzycznych. Momentami, co prawda, zachwyca trąbką samego Pawła Palcowskiego, w której usłyszeć można echa wczesnego Milesa Davisa z ery Kind of Blue i jazzu modalnego. W każdym razie, to nie genialnymi solówkami ta płyta stoi, lecz strukturami kompozycyjnymi, które odwołują się do przeszłości. Jedyne co mogę jej zarzucić, to brak jakiejś głębszej polemiki z klasyką. Szkoda, że muzyk o tak wybitnej wiedzy nie pokusił się tutaj o nieco więcej komentarza w próbie redefiniowania i współczesnego podejścia do korzeni jazzu. Ta płyta jest jedynie (lub aż) laurką wystawioną bebopowi oraz hardbopowi. Z drugiej strony, nawet najbardziej znamienici jazzmani czasem idą również i tą stroną, jak choćby wspomniany Wynton Marsalis. Nie ma oczywiście w takim podejściu nic złego - takie płyty również są przecież potrzebne.

Wypada również wspomnieć o sekcji rytmicznej, która znakomicie “czuje swing”. Swoboda gry Kajetana Borowskiego (bo fortepian tu głównie za rytm odpowiada) i Arka Skolika wręcz onieśmiela swoim perfekcjonizmem. Brakuje bowiem zbędnego popisywania się, a przejścia wraz z akcentami rozłożone są bardzo naturalnie. Owszem, to znów zasługa samych kompozycji, ale ich kunszt byłby wręcz niedoceniany, gdyby nie Ci znamienici instrumentaliści. Szkoda tylko, że odpowiedzialny za bas Maciej Kitajewski jest lekko schowany z tyłu…

I oto właśnie krążek “Influences” w całej okazałości. Hołd złożony przeszłości, praca naukowa, która analizuje i znakomicie oddaje ducha minionych lat. Jej klarowność w przekazie pozwala zrozumieć charakterystyczne elementy niektórych podgatunków jazzowych nawet takim laikom, których wiedza teoretyczna nie należy do największych. Owszem, brak tu jakiejś polemiki lub komentarza od samego lidera Pawła Palcowskiego. Tak jednak była koncepcja tego nagrania, więc trudno stawiać w tym miejscu jakieś zarzuty. Sam z pewnością będę jeszcze wracał do tych kompozycji. Kompozycji, które w sposób bezpretensjonalny, uczciwy i znakomicie wykonany przeniosą słuchacza do innej epoki….

Thursday, May 19, 2022

Indeks - Jacek Bednarek (2021)

Jacek Bednarek

Jacek Bednarek - kompozycje oraz wszystkie instrumenty

Indeks - (2021, nagrana najprawdopodobniej w 1977 roku)

Wydawca: GAD Records

Tekst: Szymon Stępnik


Uważam, że bardzo trudno mówić o muzyce filmowej. Stoję na stanowisku, że istnieje jedynie w pewnym filmowym kontekście, a docenić ją można jedynie znając i mając na uwadze dzieło, dla którego została skomponowana. Owszem, istnieją kompozytorzy, których soundtracki bronią się same z siebie, jak choćby genialny Ennio Morricone, czy John Williams, ale nawet wśród nich zdarzały się nieco słabsze dokonania. Nie ma oczywiście w tym nic złego - to nie dźwięki grają w filmie pierwsze skrzypce, a jedynie ilustrują jego akcję, podkreślając panujące w nim emocje. Jeżeli jest inaczej, kompozytor popełnia błąd, ponieważ muzyka przestaje spełniać swoją funkcję. Dlatego też ścieżkę dźwiękową do filmu “Indeks” autorstwa Jacka Bednarka nie sposób oceniać bez znajomości samego filmu, dla którego została skomponowana.

“Indeks” jest pracą dyplomową Janusza Kijowskiego i odpowiedzialnego za zdjęcia Krzysztofa Wyszyńskiego. Józef Moneta (grany przez znakomitego Krzysztofa Zaleskiego) jest jednym z najlepszych studentów pewnego kierunku humanistycznego na roku. Ze względu na pewne sprzeczki oraz nieporozumienia z dziekanem na uczelni, główny bohater rzuca studia i zatrudnia się jako pracownik fizyczny, szukając jednocześnie swojego miejsca w życiu. “Indeks” to bardzo realny obraz polskiej inteligencji tamtych lat, mocno zagubionej, szukającej swojego miejsca w życiu. Co ciekawe, pomimo tego, że akcja dzieje się w latach słusznie minionych, poruszane w nim tematy są aktualne do dziś i wielu znajdzie w wydarzeniach z historii życia Józefa Monety coś ze swojego życia. Film jest nieco chaotyczny, operując przede wszystkim na zbiorze dość luźno powiązanych obrazów z życia protagonisty. Taki chaos jest też obecny w muzyce Jacka Bednarka.

Pomimo mało skomplikowanej struktury, utwory bywają mocno nieprzewidywalne w doborze harmonii i dźwięku. Z drugiej strony, wiele jest jednak uproszczeń, pewnych umownych schematów, które są powtarzane i niewiele rozwijane. Gdyby był to zwyczajny album, zapewne można byłoby uznać to za jego wadę. Jako ścieżka dźwiękowa do filmu - sprawdza się zaś znakomicie. Dzięki takiej przystępności pięknie koresponduje z pokazywanymi na ekranie wydarzeniami. Nie jest to bowiem trudna do grania muzyka, gdzie rytmy są jednostajne, choć może trochę zbyt mało wyrafinowane, szczególnie w przypadku sekcji perkusyjnej.

Album wyróżnia się prostotą, ale w żadnym wypadku prostackością. Każdy utwór jest inny i ma swoje miejsce w szeregu. Istnieje jednakże pewna cecha wspólna, która wyróżnia to nagranie spośród innych soundtracków - dialog klawesynu z kontrabasem. Sam Jacek Bednarek był przecież kontrabasistą, co zresztą mocno słychać. O ile większość instrumentów gra tutaj wspomniane proste, mało wyrafinowane kompozycje, to właśnie w sferze basu słychać o wiele więcej improwizacji, szaleństwa oraz zaskoczenia. Czasami można wręcz odnieść wrażenie, że pozostałe instrumenty jedynie robią tło dla różnych popisów artysty.

Na wszystkich instrumentach grał właśnie jej kompozytor. Słychać, że jest to swoisty one-man-show. Niestety, klarownym jest, że takiej biegłości nie posiada w stosunku do innych akcesoriów. Być może jego użycie kontrabasu jest na tyle świetne, że po prostu tak mocno kontrastuje z innymi dźwiękami z tej płyty.

Choć czołówka nie zapada jakoś mocno w pamięć i przypomina bardziej wstęp do typowego serialu telewizyjnego, dalsze utwory zdecydowanie wybijają się ponad przeciętność. Szczególne wrażenie zrobił na mnie Węgloblok, gdzie bas tworzy jednocześnie rytm i melodię. Gdzieniegdzie odzywa się też mocno preparowany dźwięk fortepianu, dziwne pociągnięcia smyczkiem po strunie, co tworzy przerażające wrażenie (ma to pewnie coś wspólnego z wydarzeniami przedstawionymi w filmie, gdzie na węglobloku zmarł młody chłopak).

Podsumowując, “Indeks” jest ścieżką dźwiękową do filmu ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nie broni się dobrze jako samodzielny album, ale sprawdza jako tło wydarzeń przedstawionych w obrazie Janusza Kijowskiego. Słuchając albumu bez znajomości dzieła dla którego został stworzony, można dojść do wnioski, że jest to muzyka przeciętna i pozbawiona inspiracji. Po seansie, utwory Jacka Bednarka zyskują nowe oblicze, sprawiając o wiele więcej przyjemności w słuchaniu. To znakomita płyta, aczkolwiek należy ją poznawać wtórnie - po zaliczeniu pierwszego seansu filmowego.

Tuesday, May 17, 2022

Winicjusz Chróst - Promienie dźwięku (2021)

Winicjusz Chróst

Promienie dźwięku (2021)

Wydawca: GAD Records

Tekst: Mateusz Chorążewicz



Winicjusz Chróst to jeden z najważniejszych polskich muzyków lat 70-tych i 80-tych XX wieku, który za życia nie doczekał się swojej autorskiej, solowej płyty. Album "Promienie dźwięku", który swoją premierę miał w listopadzie 2021 to w istocie antologia nagrań artysty.

Na całość składa się dwanaście zremasterowanych utworów z archiwum Polskiego Radia z okresu lat 1983 – 1987. Poza Winicjuszem Chróstem na gitarze i syntezatorze usłyszymy tu także takich artystów jak Adam Lewandowski (perkusja), Jerzy Bartz (perkusjonalia), Zbigniew Wegehaupt (kontrabas), Janusz Skowron (fortepian), Joanna Morska (wokal), Ewa Bem (wokal), Izabela Zając (wokal), Czesław Bartkowski (perkusja), czy Janusz Smyk (saksofon tenorowy). Od takiego składu należy oczekiwać samych najlepszych rzeczy i taki też materiał otrzymujemy.

Wszystkie kompozycje zachowane są w stylistyce fusion, która w tamtym okresie właściwie królowała na szeroko rozumianej polskiej scenie jazzowej. Wiele brzmień, zastosowanych harmonii, czy form kompozycyjnych od razu przywodzi na myśl takie zespoły jak choćby Weather Report. Muzyka jest silnie inspirowana amerykańską szkołą fusion i jako taką należy ją traktować.

Co zwróciło moją szczególną uwagę to fakt, że całość brzmi w sposób bardzo spójny, pomimo sporego rozstrzału czasowego nagrań. Nie mówię już nawet o charakterze muzyki, ale również o różnorodności środowiska nagraniowego. Osoby odpowiedzialne za przygotowanie zremasterowanych wersji wykonały tu kawał naprawdę dobrej roboty.

Dnia 28.03.2022 przypada druga rocznica śmierci Winicjusza Chrósta. Uważam, że album Promienie dźwięku to wspaniały hołd dla całej kariery muzyka, który nie doczekał swojej solowej płyty. Oczywiście muzyka sama w sobie nie jest w żaden sposób przełomowa. Nie wywróci ona do góry nogami naszego postrzegania muzyki fusion czy nawet dotychczasowej wiedzy o twórczości Winicjusza Chrósta, ale przez nie o to w tym przypadku chodzi. Dzięki tej płycie otrzymujemy świetnej jakości materiał muzyczny niejako dokumentujący dokonania artysty i utrwalający pamięć o nim.

Specjalne podziękowania należą się córce Winicjusza, Aleksandrze Chróst, która trzyma pieczę nad twórczością ojca i dzięki której album taki jak ten ujrzał światło dzienne.



Saturday, May 14, 2022

Oleś Brothers & Strycharski - Koptycus (2022)

Oleś Brothers & Strycharski 

Bartłomiej Oleś – perkusja, instrumenty perkusyjne
Marcin Oleś – kontrabas
Dominik Strycharski – flety, elektronika

Koptycus

Wydawnictwo: Audiocave

Tekst: Jędrek Janicki

Co łączy braci Oleś i Dominika Strycharskiego z legendami sceny stonerowo-metalowej? Pytanie z gatunku efekciarskich, lecz okazuje się, że odpowiedź na nie może być interesująca! Charyzmatyczny basista i wokalista Al Cisneros na początku lat dziewięćdziesiątych założył zespół, którego twórczość w moim prywatnym rankingu ustępuje tylko dorobkowi Milesa (niech mu będzie). Chodzi oczywiście o mityczny już prawie doomowy zespół Sleep. Nawalanie w przesterowany bas koledze Cisnerosowi jednak trochę się znudziło i wraz ze swoim kolegą Chrisem Hakiusem (ten to znowu perkusista Sleep) założyli efemeryczny zespół Om, który bogato sięga po tradycję muzyki mistyczno-filozoficzno-religijnej z przeróżnych zakątków świata. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest, że twórczość wspomnianych Sleep, Om oraz dźwięki zawarte na płycie Koptycus nagranej przez trio Oleś/Oleś/Strycharski są sobie tak bardzo bliskie…

Płyta Koptycus to tak naprawdę wspólny projekt czterech osób. Za warstwę muzyczną odpowiadają dobrze znani miłośnikom polskiej muzyki jazzowej Marcin Oleś (kontrabas), Bartłomiej Oleś (perkusja) oraz Dominik Strycharski (flet, elektronika). Pomysłodawcą całego przedsięwzięcia jest jednak Miron Zajfert – siła napędowa festiwalu Muzyka Wiary Muzyka Pokoju. To właśnie Zajfert zaproponował muzykom by swoim czujnym artystycznym uchem przyjrzeli się (może bardziej – przysłuchali) muzyce Koptów. Koptowie to jedna z najstarszych grup etniczno-religijnych, zamieszkująca tereny obecnego Egiptu, Etiopii oraz Erytrei. Szczególnie intrygująca jest muzyka, którą tworzą ci wyznawcy chrześcijaństwa – ogniskują się w niej wpływy przedchrześcijańskie, greckie, czy żydowskie.

Płytę tę rozpatrywać można więc tak naprawdę z co najmniej dwóch perspektyw. Jedna to ta kulturoznawcza, która pokazuje jak ciekawie w uwspółcześnionym anturażu wybrzmieć może muzyka bliżej nieznana w naszym kręgu cywilizacyjnym. Fascynujące zdanie, jak ulał pasujące do folderowego bełkotu jakiegoś niezbyt wysublimowanego biura turystycznego. Drugi poziom to warstwa estetyczna. I tutaj zaczynają się, proszę państwa, dziać rzeczy wielkie i zdumiewające. Okazuje się nagle, że ta pełna skupienia i zadumy muzyka, służąca pierwotnie pewnej religijnej refleksji, jest po prostu hipnotyzująca. Co więcej, by ją poczuć nie potrzeba kompletnie żadnego kontekstu! Niesie ona w sobie jakiś tak pierwotny i naturalny vibe, że wsłuchanie się w te dźwięki jest swego rodzaju zespoleniem z jakąś cząstką nas, która rzecz jasna nie musi przybierać wcale religijnej formy. To muzyka kojąca, lecz nie w taki prostacki i głupawy sposób, że oto mamy przyjemną melodyjkę i pogodny tekst, które pozwalają nam się uśmiechnąć przez chwilkę i potupać nogą do taktu. Zapomnijcie, to zupełnie nie to. Koptycus sięga do tego nerwu świata, w którym spokój miesza się z niepokojem, a radość ze smutkiem czy nawet cierpieniem. Trio, niczym wytrwali jońscy filozofowie przyrody, poszukuje jakiejś praprzyczyny, czy może prareguły rządzącej całym naszym uniwersum i w muzyczny sposób próbuje ją przedstawić. Powiecie, że to próba z góry skazana na niepowodzenie – być może tak, lecz sam proces poszukiwania może się okazać sensem tego wszystkiego…

Możliwe również, że tego mitycznego wręcz sensu nigdzie nie znajdziemy. To też nie jest powód do większych zmartwień, wszak wtedy Koptycusa słuchać możemy w zupełnie inny sposób. Zatopienie się w tych dźwiękach pozwoli nam na kompletne odcięcie się od bodźców otaczającej nas rzeczywistości. To pewny sposób na osiągnięcie stanu pełnej gotowości i czujności umysłu, którego nie zaprzątają medialne pierdoły czy inne tego typu wymysły. Jednym słowem, jak zgrabnie ujął to zespół Niechęć na swojej ostatniej płycie – unsubscribe. Tak czy inaczej, niezależnie jaką wartość mistyczną (a może zupełnie ją pominiecie) przypiszecie płycie Koptycus, to jestem pewien, że otworzy ona przed wami świat, którego w muzyce mogliście nie znać. No chyba, że pasjami wcześniej słuchaliście Sleep czy Om – tu właśnie fani jazzu z metalowcami uścisną sobie dłonie (dobrze, że już „po pandemii”, przynajmniej tyle wolno)…


Friday, May 13, 2022

IX edycja warsztatów MUZYCZNE MOSTKI w Skarżysku-Kamiennej



Zapraszamy na IX edycję warsztatów MUZYCZNE MOSTKI, która odbędzie się w dniach 18-23 lipca 2022r. w Wiejskim Domu Kultury w Mostkach oraz Miejskim Centrum Kultury w Skarżysku-Kamiennej.

Warsztaty w tym roku jeszcze dłuższe!

Przez 6 dni pracy, będzie uczyć wspaniała kadra pedagogiczna:

Wokal- Patrycja Zarychta, dr Sandra Jakubowiak

Instrumenty klawiszowe/produkcja muzyczne - Grzegorz Rdzak

Perkusja - Gniewomir Tomczyk

Gitara basowa - Piotr Żaczek

Akompaniament - Kamil Barański


NOWOŚĆ!
Podczas warsztatów będzie można dowiedzieć się "Jak pracować w studio" oraz "Jak stworzyć domowe studio".

Koncert finałowy ponownie odbędzie się w MCK w Skarżysku-Kamiennej w dniu 23 lipca 2022r. o godz. 20.00.

Szczegóły warsztatów:

https://www.facebook.com/events/1113772349423911

KOSZT: 700* zł (przy zapisie do 30.04.2022), 750 zł (przy zapisie od 1.05.2022)

*cena obowiązuje uczestników poprzednich edycji

Zapisy prosimy kierować przez formularz na stronie: www.muzycznemostki.weebly.com

lub poprzez maila: muzycznemostki@gmail.com
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...