Henryk Miśkiewicz - saksofon
Leszek Możdżer - fortepian
Marek Napiórkowski - gitary
Michał Tokaj - fortepian
Michał Barański - kontrabas
Paweł Dobrowolski - perkusja
Wodecki Jazz '70-Dialogi (2021)
Nafs At Peace (2021)
By Maciej Nowotny
W ostatniej dekadzie polski jazz rozwijał się wielokierunkowo: jazz tradycyjny dalej pozostawał silny, ale rozkwitała alternatywa, z martwych podniosły się i wspaniale rozwinęły folk i etno. Przypływ unosił - jak to się mówi w ekonomii - wszystkie łódki. No, prawie. Bo jazz taneczny, ale w tym popularnym, np. nu jazzowym czy acid jazzowym sensie, padł po prostu na pysk. A mieliśmy kiedyś sporo fajnych kapel w tym popularnym nurcie. Pamiętacie na przykład Contemporary Noise Quintet, Jazzpospolitą, oczywiście Skalpel czy Pink Freud (którego sława też ostatnio jakby zaczęła blednąć)? Można się było czepiać miliona rzeczy, ale faktem było, że te składy grały wpadającą w ucho, ale ambitną i cieszącą się olbrzymim wzięciem u publiczności muzykę. Uwaga! muzykę jazzową zawierającą aktualnie brzmiący element taneczny.
Niestety dzisiaj z tego niewiele zostało. Dominuje współczecha (którą lubię, ale ile można jej słuchać), jazz awangardowy, który cieszy serce i umysł, ale który nigdy nie zastąpi muzyki ambitnej, lecz bardziej przystępnej. Efekt? Polska publiczność wali drzwiami i oknami na zespoły w rodzaju GoGo Penguin, Portico Quartet, BadBadNotGood, JagaJazzist i wiele innych. Niech zatem z tych stron zabrzmi apel wielkim głosem kierowany do polskich muzyków z prośbą o więcej takiej muzyki. Chcemy jej i my znawcy (?) czy krytycy (??), bo jazz jest jak rzeka, która jest potężna i mocna, gdy zbiera dopływy z jak największej ilości źródeł. Póki co niestety, widać (a raczej słychać) regres, brak nadziei, stare zespoły się rozpadają albo tracą rozpęd, nowych powstaje niewiele. Aż tu nagle...
Bum!!! Kompletne zaskoczenie i to niesamowicie pozytywne i w jakiej skali!!! Zresztą ile krążków ma szansę zostać albumem miesiąca na Pitchforku i dostać recenzje, pozytywne, na przykład na angielskim Guardianie? No, a teraz my dokładamy nasz głos, a to już nie byle co... ;-) Bo po prostu muzyka jest świetna, niezwykle łatwo wpadająca w ucho taneczna, a przy tym niebanalna. Szkoda tylko, że niestety mowa jest nie o zespole polskim, lecz o... pakistańskim. Konkretnie: kwartecie o nazwie Jaubi. Grają oni muzykę, która korzeniami sięga słynnych indyjskich i pakistańskich rag, które znamy chociażby w transowych interpretacjach Nusrata Fateha Ali Khana i wielu innych. Jednak już sam wielki Nusrat, najbardziej chyba znany na Zachodzie mistrz qawwali, też nieraz flirtował z gwiazdami muzyki tanecznej. Charakterystyczna jest tu płyta na przykład płyta "Star Rise" składająca sie w całości z tanecznych remiksów jego kompozycji dokonanych przez czołowych DJ tamtych czasów, które przebojem zawojowały parkiety całego świata.
Dla Jaubi odpowiednikiem Michela Brooksa towarzyszącego Nusratowi na płytach nagrywanych dla zachodniej publiczności stali się Tenderlonius, Anglik grający na fletach i saksofonie oraz, uwaga!, Latarnik, pod tym pseudonimem kryje się polski klawiszowiec Marek Pędziwiatr. Razem z muzykami pakistańskiego kwartetu stworzyli wybuchową mieszankę muzyczną, w której tak odległe wydawałoby się języki jak pakistańska qawalla, taneczny trip hop i duchowy jazz w tradycji Coltranów (szczególnie Alice), Pharoaha Sandersa czy Yusefa Lateefa tworzą muzykę przyszłości, która świetnie będzie brzmieć tak w przydrożnej knajpie na Karakoram Highway, w londyńskich Dokach czy na warszawskich bulwarach. Ołsom!
Bardzo przepraszam, ale nie widzę sensu pisania typowej recenzji albumu tego trio. Wszyscy znają tworzących je muzyków: Marcina Wasilewskiego grajacego na fortepianie, Sławomira Kurkiewicza na kontrabasie i Michała Miśkiewicza na perkusji. W końcu grają oni razem już chyba 30 lat! Wszyscy się nauczyli nie tylko jak się nazywają, na jakich instrumentach grają, ba! nawet jak brzmią, ale też, że są genialni (tak twierdził przecież sam Tomasz Stańko, a to jest najlepsze z możliwych namaszczenie). Osiągnęli status w Polsce typowy dla naszego braku umiaru: totalnego, że aż śmiesznego uwielbienia, gdy krytycy, publiczność, słowem wszyscy czołgają się przed artystami i łkają z podziwu. Cokolwiek by nie grali byłoby cudownie (podobny nimb otacza w Polsce jeszcze chyba tylko Możdżera i Bałdycha, bo Wojtek Mazolewski jakby wypadł z łask).
Tymczasem obiektywnie patrząc (obiektywnie czyli z punktu widzenia rozkapryszonego recenzenta, który popełnia tę pseudo-recenzję) ostatnie albumy tego trio, chociaż ciągle brzmiały świetnie (i to także na żywo, co nie jest zbyt częste w tych czasach), choć ciągle sprzedające się rewelacyjnie i słuchane przez tysiące jak nie miliony na całym dosłownie świecie, choć będące jedynymi praktycznie płytami z muzyką polskich jazzowych artystów słuchanymi, ba, kochanymi w każdym zakatku globu, nie przynosiły jednak właściwie żadnego zaskoczenia. O zgrozo! Jakże ja mogłem wypowiedzieć taką herezję. Toż teraz jeszcze bardziej niż do tej pory będę enfant terrible małego piekiełka polskich recenzentów, a ja tylko piszę z serca i mówię to, co inni też mówią, ale szeptem, na offie, gdy mikrofony są wyłączone, gdy ćwiartka pękła, dym szumi w głowie...
Żartuję oczywiście, cały czas świetnie się tego słuchało, każda nutka tak pięknie, tak ślicznie, tak ładnie wybrzmiewała, ale czegoś brakowało. Czego? - zapytacie. Jest wspaniała wytwórnia, są zachwyceni krytycy, jest publiczność na całym świecie, tłumy na koncertach to czego jeszcze może brakować? Wolności! A czymże jest człowiek bez wolności? Każdy człowiek, nie tylko artysta. W ogóle człowieka, artysty, sztuki bez wolności nie ma. I na to czekałem. "En attendant" - tytuł płyty zbiegiem okoliczności (?) dokładnie znaczy to właśnie czyli "w oczekiwaniu" - zelektryzował mnie. Czy naprawdę czymś mnie zaskoczy? Czy znowu uśpi, ulula, ukołysa, ale niemal aż do snu, do zapomnienia, do znudzenia?
Na szczęście okazało się, że warto było czekać. Kluczowym elementem na płycie są trzy improwizacje zatytułowane "Motion Parts p. 1, 2, 3", które pokazują, że to trio ma jeszcze coś przed sobą poza odcinaniem kuponów od zasłużenie zgromadzonej przez 30 lat sławy. Nie tylko są to improwizacje, nie tylko z ducha free jazzowe, ale odświeżają one całkowicie język tego trio. Nie ma tu tych już nieco ogranych pasaży na fortepianie, tych nazbyt dobrze znanych schematów współbrzmień między instrumentami, pojawia się zaskoczenie, swoboda, świeżość, ciekawość co nastąpi za chwilę. Przy czym muzykom udało się jednocześnie dobrze wyważyć obecnośc tych elementów z dobrze znanymi z poprzednich krążków ładnymi melodiami, standardami czy rockowymi coverami.
A zatem jest coś nowego w grze tego trio: brawo! Ale... to dopiero początek. Pozostaję w oczekiwaniu na dalszą część tej ewolucji. I może o to chodziło? Taką mam przynajmniej nadzieję, bo aby zachować wolność - także tę artystyczną - trzeba o nią walczyć każdą kolejną płytą, każdym koncertem, każdego dnia. Nieprawdaż?
Swego
czasu poczytny magazyn Disc & Music Echo wydanie z 20 marca 1971
roku przyozdobił nagłówkiem krzyczącym: Good Heavens, Now Ian Anderson Wants
Us to Think! Dziennikarzom tego magazynu chodziło oczywiście o wydany
dosłownie kilkanaście godzin wcześniej genialny album Aqualung grupy
Jethro Tull. Slogan ten ponad pięćdziesiąt lat później kołatał mi się po
głowie, gdy z coraz większym zaciekawieniem przysłuchiwałem się płycie Uroboros
Pawła Szamburskiego. Mój Boże, tym razem Szamburski chce żebyśmy naprawdę
coś poczuli…
Napisać,
że Uroboros to solowa płyta Szamburskiego to tak naprawdę nic nie
napisać. Wszak to raczej samotny, zgoła egzystencjalny skok na głęboką wodę i
to zarówno z perspektywy muzycznej, jak i filozoficznej. Nasz eksportowy
klarnecista za duchowego przywódcę płyty obrał tajemniczego Uroborosa.
Symbolika tego zjadającego samego siebie węża wielokrotnie w dziejach kultury
była reinterpretowana, jednak dla Szamburskiego ten jakże niepokojący gad staje
się adekwatną ilustracją cyklu życiowego. Narodziny, Życie, Śmierć
– pozornie banalne tytuły poszczególnych kompozycji układają się jednak w
nieznośnie brutalny i bezwzględny schemat życia. Ot, tylko tyle i aż tyle…
Całą
płytę otwiera wbijające się w mózg tykanie zegara. Być może znany to motyw
wszystkim miłośnikom starego rocka, lecz jak stwierdziłby tytułem swojej płyty
pewien wesolutki zespół punkowy z Gdańska To nie jest k**** Pink Floyd.
Skończmy jednak z durnowatym kabotyństwem przeze mnie uprawianym, wszak
wsłuchując się przepotężne brzmienie klarnetu basowego z utworu Narodziny na
pewno przesadnie do śmiechu nam być nie powinno. Szamburski operuje
pojedynczymi plamami dźwiękowymi, tak odległymi od tradycyjnie pojmowanej
melodii, lecz współtworzącymi jednak pełen napięcia i wyczekiwania pejzaż. Ten
ilustracyjny klimat ulatnia się dopiero w finałowych partiach kompozycji.
Eksperymentalny pozorny chaos przełamuje stonowana, lecz niepokojąca fraza klarnetu,
przynosząca choć chwilę ukojenia. Najciekawsze jednak nadal przed nami… Codę
utworu stanowi prawdziwy popis wokalny Józefy Albiniak wykonującej tradycyjny
utwór Wokół dziecka. I to jest, proszę państwa, prawdziwa petarda.
Przyznać muszę, że już dawno nie słyszałem w czyimkolwiek głosie tak wiele
żaru, pasji i emocji, lecz również, mam wrażenie, z trudem skrywanego
niepokoju. Na tle przeciągłych dźwięków generowanych przez Szamburskiego całość
wybrzmiewa wręcz piorunująco. To właśnie powracający raz na jakiś czas na tej
płycie głęboko osadzony w polskiej tradycji wokal stanowi o nieprawdopodobnej
sile rażenia Uroborosa. W jednym tworze splata się nowoczesność i
tradycja, przeszłość i teraźniejszość, słowem, muzyka dalece wykraczająca poza
jakiekolwiek ramy czasowe. Ciut, ciut słabiej (co absolutnie nie znaczy, że
źle!) wypada moim zdaniem utwór Życie, który jest jedną długaśną improwizacją Szamburskiego. I choć zdecydowanie słucha się jej bez krztyny
nawet znużenia, to jednak na gruncie tak potężnych towarzyszek jak Narodziny
i Śmierć, to właśnie Życie okazuje się najmniej atrakcyjne… A
sama Śmierć nie taka straszna jakby się mogło komuś wydawać. Choć przepełniona
jest ona melancholią i, co w pełni zrozumiałe, tęsknotą, to sięgnęła już tak
dalece poza naszą ziemską rozpacz, że roztaczać zaczyna wokół nas pewne
niezrozumiałe piękno. I jeszcze te surowe głosy w końcowej części kompozycji,
które po raz kolejny wprawiają w osłupienie, tym razem, że oto już nastąpił
koniec…
Panie
Szamburski! Udało się Panu doskonale. Coś poczuliśmy. Nie do końca wiemy
co, lecz jesteśmy pewni, że oto chwytamy czegoś dalece wykraczającego poza
świat sztuki…
Important! We are looking for reviewers writing in Polish and/or English languages as well as translators.
Szanowni czytelnicy!
Przyszła chwila na to, aby rozszerzyć zespół naszych recenzentów. Z każdym rokiem rośnie liczba wydawanych albumów z udziałem polskich artystów. Nie ma niemalże dnia, abyśmy nie otrzymali informacji o nowej płycie, o nowym projekcie, festiwalu, koncercie! To bardzo cieszy, ale też szkoda, aby te inicjatywy nie zostały odnotowane i opisane. Tak widzimy swoją misję. Zatem jeśli ktoś z Was kocha muzykę, lubi się dzielić swoimi wrażeniami i "świerzbi" go pióro to zapraszamy do współpracy!
Ponieważ naszym skarbem jest niezależność, będziecie mieć całkowitą swobodę wyrażania swoich opinii. Z góry jednak uprzedzamy, że jedyną nagrodą za Wasz wysiłek będzie satysfakcja z docierania z Waszą opinią do tysięcy słuchaczy tak w Polsce jak i za granicą.
Chętne osoby prosimy o kontakt na adres: polish.jazz.blog@gmail.com
Dear Readers!
The time has come for our reviewers' team to expand. The number of new Polish jazz recordings is increasing every year and we need more reviewers to be able to record this renaissance. If you love the music, if you like to share your thoughts and to write we invite you to our team.
Our treasure is our independence so you can count on being able to express freely what you think about the music. On the other hand we cannot offer you any other reward than just being read by thousands of our readers in Poland and abroad.
If that sounds attractive to you please contact as at: polish.jazz.blog@gmail.com
Daniel Nosewicz
Jazz zawsze był związany i to mocno z muzyką klasyczną, w szczególności symfoniczną. Śledzenie ich różnych związków samo w sobie byłoby rzeczą fascynującą. Temat na pewno na książkę, a nie krótki tekst, ale tu wystarczy powiedzieć, że ta dwa elementy - jazz i muzyka klasyczna - mogą jak dwie chemiczne substancje wchodzić w różnego typu reakcje, przekształcać się nawzajem, tworząc coś nowego, udowadniając tym samym, że cały czas są żywe i potrafią się aktualizować. To nagranie spokojnie można zaliczyć do tej właśnie kategorii, przy czym jego charakterystyka jest taka, że jazz i muzyka klasyczna istnieją tu obok siebie, zachowując swoją odrębną tożsamość. Z jednej bowiem strony mamy Budapest Scoring Orchestra, a z drugiej kwintet jazzowy w składzie: Daniel Nosewicz grający na gitarze, Szymon Łukowski na saksofonie i flecie, Michał Cisielski na fortepianie, Konrad Żołnierek na kontrabasie, Sławek Koryzno na perskusji i - gościnnie - Jerzy Małek na trąbce.
Ale głównymi aktorami - poza muzykami grającymi bez wyjątku na fantastycznym poziomie - są kompozycje i orkiestracje Daniela Nosewicza. Ich poziom jest po prostu kosmiczny! Aż głupio jest pisać, że ta płyta jest jego debiutem. Ponieważ w tej trudnej sztuce aranżacji, uwzględniającej specyfikę brzmienia orkiestry symfonicznej i jazzowego kombo, Nosewicz reprezentuje poziom po prostu mistrzowski, nie do uwierzenia wręcz jak na tak młodego człowieka, w sumie nieznanego szerokiej publiczności, a nawet niektórym tzw. "znawcom" (jak np. piszącemu te słowa).
Ok, wszystko dobrze, ale jak brzmi sama muzyka? Najłatwiej mi określić ją jako ścieżkę dżwiękową do nieistniejącego filmu. Przy czym byłby to film nakręcony z iście hollywoodzkim rozmachem. Byłoby w nim wszystko: radość życia, odkrywania nowych lądów, ludzi, dzika zabawa, miłość, ale i nostalgia, smutek, wzruszenie, nawet patos. Byłby to film niesłychanie atrakcyjny wizualnie, ale mądry, humanistyczny, trzymający w napięciu, a jednocześnie taki który zastanawia, nie pozostawia obojętnym, sprawia że po wyjściu z kina wracamy do pewnych wątków, nie przestajemy stawiać sobie pytań. Słuchając tej muzyki nie trzeba wielkiej wyobraźni by to wszystko ujrzeć, muzyka jest tak komunikatywna i sugestywna, że obrazy same stają przed oczami.
A zatem na polskiej scenie mamy nowy wielki talent orkiestracyjny i aranżatorski. My słuchacze wiele możemy jeszcze dobrego od Nosewicza oczekiwać. Zdecydowanie tym albumem udało mu się zabłysnąć, co też być może było jego intencją, tak przynajmniej sugeruje jedno z możliwych odczytań tytułu tej płyty. Ale jest to debiut tej jakości, że samo ciśnie się na usta pytanie: co dalej? Co nas czeka po tym oszałamiającym pokazie kompozytorskiej i orkiestracyjnej biegłości? Co Nosewicz będzie chciał zakomunikować, powiedzieć nam od siebie, co bedzie czymś jego własnym i jednOcześnie będzie ważne dla nas? Życzę mu z całego serca, żeby tę własną ideę, przekaz znalazł, ale co to będzie to się dopiero okaże i doswiadczenie uczy, że jest to kto wie czy nie najtrudniejsza do odkrycia część rzeczywistości jaką jest bycie artystą. Powodzenia.