Translate

środa, 9 września 2026

Sokołowski / Stasiewicz / Leszoski - „Manna”

Sokołowski / Stasiewicz / Leszoski

Kuba Sokołowski – inner piano, objects
Paweł Stasiewicz – inner piano, objects, voice
Paweł Leszoski – programming

Tytuł płyty: „Manna”

Wydawca: Antenna Non Grata (2025)

Autor tekstu: Mateusz Chorążewicz


Są płyty, przy których notatki robią się krótkie same z siebie. Nie dlatego, że nie ma o czym pisać, ale dlatego, że muzyka jest na tyle indywidualna i osobista, że wymyka się słowom i wszelkim klasyfikacjom. „Manna” trójki Kuby Sokołowskiego, Pawła Stasiewicza i Pawła Leszoskiego jest właśnie takim przypadkiem. Im dłużej próbuję ją opisać, tym wyraźniej czuję, że każda etykieta, którą chciałbym na nią nakleić, trochę tę muzykę zubaża.

Już sam sposób wydobywania dźwięku jest tu daleki od jazzowej rutyny. Muzycy nie grają na instrumentach w tradycyjnym sensie, lecz pracują raczej z samą materią brzmienia, a do tego dochodzi jeszcze warstwa programowania. Efekt od pierwszych sekund oddala się od tego, co zwykliśmy nazywać jazzem. Zresztą idę o zakład, że gdyby zapytać samych muzyków, czy grają jazz, to by się obrazili. Nie posądzajmy ich zatem o tworzenie w ramach tego gatunku.

Dostajemy tu drone music spod znaku minimalizmu, zbudowaną z sonorystycznych przestrzeni dźwiękowych. Fakturę muzycy rozwijają spokojnie i cierpliwie, bez nagłych zwrotów akcji. Dźwięki nawarstwiają się i przenikają jeden przez drugi, ale nic tu nie pędzi i nic nie eksploduje. Jeśli szukasz kulminacji, momentu, w którym coś wreszcie się przełamie, to raczej się nie doczekasz.

Trzeba to powiedzieć uczciwie: emocjonalnie ta płyta jest raczej płaska. Napięcie, o ile w ogóle się pojawia, utrzymuje się na jednym poziomie i tam pozostaje przez cały czas trwania albumu. Nie jest to zarzut sam w sobie, bo taki najwyraźniej był zamysł, ale słuchacz powinien mieć tego świadomość, zanim naciśnie play.

O solistyce jazzowej nie ma co wspominać, bo jej tu po prostu nie uświadczymy. Nie znajdziemy podziału na temat i improwizację ani na partie zapisane w nutach i te tworzone na bieżąco, bo w świecie „Manny” takie kategorie nie istnieją. Podobnie zresztą jak harmonia, melodia czy rytmika w klasycznym rozumieniu tych pojęć. Muzycy poruszają się w zupełnie innym porządku i albo przyjmiesz jego reguły, albo odbijesz się od tej płyty już w pierwszych minutach.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Odbiór tego rodzaju muzyki jest czysto subiektywny i indywidualny - albo to kupujesz, albo nie kupujesz, a żaden argument z zewnątrz i tak niewiele w tej kwestii zmieni. Faktem pozostaje, że całość jest dość płaska i lekko monotonna. Komuś taki powolny, jednostajny sposób obcowania z dźwiękiem będzie w pełni odpowiadał i nie mam najmniejszego zamiaru odbierać mu tej przyjemności. Ja natomiast, po kilku podejściach, nie znajduję w sobie specjalnej potrzeby, by wracać do tej płyty raz jeszcze. Odsłuchałem, odnotowałem, odłożyłem na półkę.

Nie znaczy to bynajmniej, że „Manna” do niczego się nie nadaje. Wręcz przeciwnie, widzę dla niej całkiem konkretne zastosowanie. Ten rodzaj niepokojącej faktury świetnie sprawdziłby się jako podkład do gry z gatunku horroru psychologicznego albo do surrealistycznego filmu. Wszędzie tam, gdzie muzyka ma budować atmosferę i sączyć się gdzieś pod obrazem, podsycając poczucie nieokreślonego niepokoju, ten materiał odnalazłby się znakomicie. Odarty z wizualnego kontekstu broni się już wyraźnie trudniej. „Manna” to propozycja dla wąskiego grona odbiorców gustujących w dronie i minimalizmie, którym płaskość i jednostajność nie tylko nie przeszkadzają, ale bywają wręcz poszukiwaną wartością. Jeśli do tego grona należysz, sięgaj śmiało i oceń samodzielnie, bo w tej materii każdy i tak musi rozstrzygnąć za siebie. Mnie ta muzyka na dłużej nie zatrzymała. Ciekaw jestem za to, jak wypadłaby podstawiona pod obraz, do którego zdaje się być stworzona.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też: