piątek, 12 kwietnia 2024

“Tribute To Zbigniew Jakubek”

“Tribute To Zbigniew Jakubek”

Zbigniew Jakubek - Instrumenty klawiszowe
Marek Raduli, Damian Kurasz - gitara elektryczna,
Michał Grott, Tomasz Grabowy,
Robert Kubiszyn, Krzysztof Ścierański,
Zbigniew Wrombel - gitara basowa,
Michał Dąbrówka, Wojciech Fedkowicz,
Cezary Konrad, Dariusz Kaliszuk,
Artur Lipiński, Krzysztof Zawadzki - perkusja,
Bernard Masali - mallet kat,
Adam Wendt - saksofon,
Lora Szafran, Mietek Szcześniak,
Bartłomiej Eskaubei Skubisz - wokal,
Jose Torres - instrumenty perkusyjne

Wydawca: Afro Vibe AV 006 (2023)

Kierownictwo muzyczne – Marek Raduli

Mix – Tomek Bidiuk (Ballada o pokuszeniu)

Wojtek Olszak (pozostałe)

Mastering – Wojtek Olszak – Woobie Doobie Studio

Tekst: Paweł Ziemba

Muzyka potrafi budzić wspomnienia, spowodować, że serce zaczyna bić szybszym rytmem. Wystarczy kilka nutek, aby coś w nas drgnęło wywołując radość i uśmiech; wystarczy krótka fraza, abyśmy zapomnieli o otaczającej nas rzeczywistości i czasie, który niestety z każdą sekundą upływa, oddalając nas od tego co jeszcze chwilę temu było przed nami. Dźwięk to cudowne medium, przenoszące emocjonalne impulsy, poruszające naszą wyobraźnię i wspomnienia. To niezbywalny element ludzkiej egzystencji.

Wydawać by się mogło, że napisanie recenzji płyty z muzyką tak charakterystycznego muzyka i kompozytora jakim był Zbigniew Jakubek powinno być proste. Niestety pojawiający się kontekst - śmierć artysty, jak również fakt, że mamy do czynienia z nagraniami do tej pory nie publikowanymi (wyjątek stanowią dwa utwory zrealizowane z Walk Away) sprawiają, że trudno jest odnieść się jedynie do muzyki, zapominając o człowieku, który ją stworzył.

Czas… trudno go zatrzymać, spowolnić, czy też cofnąć. Oczywiste i niekwestionowane pojęcie, którego istoty nikt nie określił, jak również nie uniknął skutków jego upływu.

Mija niemal czterdziści lat, gdy po raz pierwszy usłyszałem nagrania Jakubka będącego wówczas współzałożycielem formacji Walk Away. Słuchając wydanej w ubiegłym roku płyty “Tribute to Zbigniew Jakubek” (kompozycji przygotowanych w okresie ostatnich 10 lat) mam wrażenie, że wielu z nas odnajdzie w tych utworach wszystko co najlepsze w muzyce.

Jakubek, muzyk, kompozytor i instrumentalista, którego utwory przetrwały zmiany systemu i gustów odbiorców, nie tylko pozostają tak samo spekatkularne jak w przeszłości, ale dodatkowo potwierdzają fakt, że nie trzeba łamać sobie i słuchaczom głowy zawiłymi muzycznie rozwiązaniami, aby nie stracić tego co najcenniejsze - boskiej melodyjności i współczesności brzmienia. Tego, aby fizyka dźwięku była metafizyką muzyki. Jakubek to mistrz melodii. To muzyk, który bez względu na czas i moment nic nie utracił ze swojej kompozytorskiej siły rażenia. Wystarczy tylko trochę posłuchać, aby rozpoznać, jak muzyka tego geniusza z łatwością przechodzi przez czas.

“Tribut to Zbigniew Jakubek” to hołd oddany reprezentantowi pokolenia artystów, których talent muzyczny był jedynie uzupełnieniem ich niespotykanej osobowości; których każda pojedyncza cząstka składała się na piękną całość – pogodnego duchem, oddanego ludziom, twórczego człowieka.

W czym tkwi muzyczny sekret muzyki Jakubka, że tak skutecznie przeciwstawia się upływowi czasu, czy też muzycznym trendom? Wydaje się, że sukces tej muzyki jest zasługą i chęcią artysty do sublimacji indywidualnego ego dla wspólnego dobra jakim jest MUZYKA. Niektóre rzeczy, aby zostały docenione wymagają czasu. Muszą się zestarzeć, aby osiągnąć doskonałość. Żaden artysta funkcjonujący w jakimś gatunku muzycznym (czy to rock, country, muzyka klasyczna czy jazz), nie może przetrwać ponad czterech dekad, opierając się wyłącznie na zgrabnych dźwiękach i na czystym szczęściu. Piękno i długowieczność tej muzyki wynika w dużej mierze z faktu, że Jakubek doskonale rozumiał i czuł jej rolę oraz funkcje. Był mistrzem harmonii i melodii. Jego uniwersalność pozwoliła tworzyć kompozycje dla wszystkich bez względu na czas, styl czy też formację. Od duetów po big bandy. Od muzyki rozrywkowej po fusion jazz.

Świat wzorców i inspiracji muzycznych jest ściśle związany z ważnymi osobowościami. Zbigniew Jakubek był postacją, która ze względu na swoją wiedzę, doświadczenie i muzyczny kunsz objawiający się cudownymi harmoniami, barwą dżwięku, kulturą rytmu i artykulacją, był niedoścignionym wzorcem. Cechy te sprawiły, że jego kompozycje nawet dziś, po wielu latach od ich powstania, brzmią nowocześnie i wyjątkowo.

Wszystkie utwory zebrane na płycie miały w przyszłości złożyć się na materiał autorskiej płyty Jakubka i jego kwartetu. Niestety śmierć artysty spowodowała, że stało się inaczej.

Podwójny album “Tribute to Zbigniew Jakubek” oferuje nam tuzin utworów o epickich proporcjach, między fusion i smooth jazz. Marek Raduli - gitarzysta, kolega z kwartetu Jakubka, dzięki wsparciu i uprzejmości rodziny pozyskał z prywatnych zbiorów artysty dwanaście kompozycji (czasami ich fragmenty) i wraz z zaproszonymi do skompletowania płyty wyśmienitymi instrumentalistami dokończył pracę. W konsekwencji, powstało to wyjątkowe, unikalne wydawnictwo składające się z dziesięciu do tej pory nie publikowanych kompozycji oraz dodatkowych dwóch utworów z płyt Walk Away – “Walk Away” oraz Walk Away “F/X”, pozyskane dzięki uprzejmości Krzysztofa Zawadzkiego i Walk Away Records. Poszczególne brzmienia zostały nagrane w różnych składach muzyków, jednak bez względu, który z instrumentalistów gra, głównym dominatorem na płycie jest Zbigniew Jakubek. To on z wdziękiem dzieli się tronem ze swoimi kolegami. Obok samego lidera grającego na instrumentach klawiszowych możemy usłyszeć towarzyszących mu: Marek Raduli oraz Damian Kurasz na gitarze, Michał Grott, Tomasz Grabowy, Robert Kubiszyn, Krzysztof Ścierański, Zbigniew Wrombel gitara basowa, Michał Dąbrówka, Wojciech Fedkowicz, Cezary Konrad, Dariusz Kaliszuk, Artur Lipiński, Krzysztof Zawadzki perkusja, Bernard Masali mallet kat, Adam Wendt saksofon, Lora Szafran, Mietek Szcześniak, Bartłomiej Eskaubei Skubisz wokal, Jose Torres instrumenty perkusyjne. Muzykalność wszystkich jest niezrównana i sprawia, że wszyscy artyści płynnie tkają piękne, precyzyjne muzyczne gobeliny. Gra Jabubka na klawiszach jest prawdziwą gratką a płyta i triumfalną celebracją osiągnięć kompozytora.

Jakubek po raz kolejny udowadnia, że jest muzykiem o charakterystycznym tonie, lirycznym skrzywieniu, nieomylnym instynkcie tworzenia melodii i oszałamiającym wyczuciu harmonii. Dla niektórych odbiorców może być zbyt blisko granicy smooth jazzu, ale po przebrnięciu przez rytm i zmiany w harmonii, jest w tej muzyce o wiele więcej niż wydaje się to na pierwszy rzut oka. Nie żeby miało to jakiekolwiek znaczenie; Jakubek zawsze miał talent do melodyjnych improwizacji, ale w przeciwieństwie do wielu współczesnych mu artystów, nigdy nie przedkładał stylu nad treść.

Muzyka na płycie porywa. Jest tak zagrana, że momentami zapiera dech w piersiach.

Oczywiście jest to również zasługą zaproszonych do współpracy znakomitych instrumentalistów. Jeżeli miałbym ocenić całoś, to z pewnością powiedziałbym, że od strony muzycznej płyta jest bliska ideałowi i nie ma znaczenia, że pojawiają się pewne skojarzenia. Jakby nie było - Jakubek współpracował z najlepszymi mistrzami gatunku: Frank Gambale, Dean Brown. To oni mówili o artyście, że jest geniuszem kompozytorskim, który nie zdaje sobie sprawy, że nim jest.

Zdolność Jakubka do budowania zapadających w pamięć solówek - wypełnionych ciekawą barwą i inwencją jest tak niesamowita, jak jego rozpoznawalne połączenie śpiewnego tonu z sugestywnymi podkręceniami wibrato i szybkimi przebiegami po klawiszach keyboardu. Wciągający od początku do końca ”Tribute to Zbigniew Jakubek” niekoniecznie wnosi wiele nowego, ale zbiera cały dorobek i warsztat kompozytorski artysty. To, że większość z tych utworów może wydawać się znajoma, świadczy o wszechobecności muzyki Jakubka, a jego zarejestrowane solówki mogą służyć jako lekcja wyrafinowanego smaku.
 


czwartek, 11 kwietnia 2024

Wojtek Stanisz Quartet - "Szuflandia"

Wojtek Stanisz Quartet

Wojtek Stanisz Quartet:
Piotr Wieczorek - Gitary i Banjo
Marcin Jagiełło - Instrumenty klawiszowe
Jan Szkudlarek - Instrumenty perkusyjne
Wojtek Stanisz - Gitara basowa

Gościnnie:
Mateusz Smoczyński - Skrzypce
Wiktor Tatarek - Gitary w utworze
Barrels Cello Quartet - wiolonczele
Wojtek Lemański - aranżacja kwartetu wiolonczelowego w utworze Flahjo
Wojtek Kidoń - Perkusjonalia

"Szuflandia"

Wydawca: VoiceMusic (2023)

Tekst: Maciej Nowotny

"Szuflandia" - tytuł pochodzi raczej od rytmu shuffle niż tytułu komedii w reżyserii Juliusza Machulskiego - jest debiutanckim, autorskim albumem gitarzysty basowego Wojtka Stanisza. Nazwisko powie czytelnikom niewiele, zwłaszcza słuchaczom jazzu, bo muzyk do tej pory grał głównie jako muzyk sesyjny np. z Varius Manx czy Andrzejem Piasecznym. W skład kwartetu wchodzą ponadto: Piotr Wieczorek grający na gitarach i banjo, Marcin Jagiełło na instrumentach klawiszowych i Jan Szkudlarek na perskusji. Ci muzycy świetnie się znają, grają i przyjaźnią od wielu lat, co się przekłada na dobre brzmienie zespołu i jego zgranie. Z drugiej strony dla ucha jazzowego recenzenta beat zespołu, chociaż dobrze zagrany jest trochę zbyt oczywisty. Po godzinie słuchania ma się poczucie, że muzyka staje się cokolwiek przewidywalna, co nie zachęca do powtórnych odsłuchów.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że tak po prostu często brzmią płyty fusion nawet liderów tego gatunku w dzisiejszych czasach, a może lepiej by było tu użyć słowa epigonów, bo przecież złota epoka tego gatunku jest już dawno za nami. Zatem ta przewidywalność, powtarzalność pewnych motywów może nie razić miłośników tego gatunku, a że na tego typu granie jest popyt świadczy kariera jaką ostatnio robi taka na przykład Kinga Głyk. Daje ona dziesiątki koncerów w Polsce i zagranicą, ba, nawet ostatnio zawędrowała na okładkę Jazz Forum. Porównując ją i Stanisza pod kątem czysto muzycznym nie słyszę większych różnic, zatem dlaczego i Staniszowi miałoby się nie udać?

Zwłaszcza, że na tej płycie oprócz tych momentów dość przewidywalnego, smooth jazzowego grania, zdarzają się też momenty naprawdę ciekawe. Świadczące o tym, że Stanisz ma ciekawą wybraźnię muzyczną. Do tych momentów należą szczególnie piosenki nagrane z udziałem gości: fantastyczna "Szuflandia", na której usłyszymy doskonałego jazzowego skrzypka Mateusza Smoczyńskiego, "Requiem for Unknown" nagrana z gitarzystą Wiktorem Taterkiem czy "Flahjo", w którym zagrał kwartet wiolonczelistów Barrels Cello Quartet. Chciałoby się, żeby takich zaskoczeń na tej płycie było jeszcze więcej. Więcej takich aranży plus zmotywowanie chłopaków to bardziej otwartego traktowania rytmu, do większej dozy swobody i improwizacji nie na poziomie solówek, lecz gry całego zespołu, a wtedy muszę przyznać, że zaczęłoby się robić naprawdę ciekawie. Bo potencjał w tych muzykach jest i za jego pełne ujawnienie trzymam kciuki.

środa, 10 kwietnia 2024

The Bartenders - "Skankin' to the Jazz"

The Bartenders 

Witold Haliniak – puzon, wokal
Piotr Jaros – saksofony tenorowy & barytonowy
Jakub Kaczmarek – lead wokal
Marcin Kobus – trąbka
Andrzej Mikulski – fortepian, Fender Rhodes
Jacek Orłow – bębny
Jakub Pajewski – gitara
Janusz Rutkowski – gitara basowa
Dawid Somló – perkusjonalia, wokal
Márton „Hunart” Gracza – rap, wokal

"Skankin' to the Jazz"

Wydawca: For Tune (2022)

Autor recenzji: Mateusz Chorążewicz


Po sobotniej porannej kawce naszła mnie ochota na analityczny kontakt z muzyką. Wybór padł na najnowsze dzieło zespołu The Bartenders – „Skankin' To The Jazz”. Za oknem słońce, humor miałem dobry, nastawiony byłem pozytywnie. Niestety, już gdzieś w połowie odsłuchu cały entuzjazm bezpowrotnie ze mnie wyparował.

Zespół istnieje od 2006 roku i w ciągu tych już prawie dwóch dekad wypracował bardzo specyficzny styl (czy raczej brak jednoznacznej stylistyki muzycznej). Album otwiera dość intrygujący utwór „Itashita”, który jest dobrym przejawem tego stylistycznego miksu. Mamy tu elementy jazzu, ska, bossy, funku i jeszcze kilku innych gatunków muzycznych. Mieszanka ta, choć do pewnego stopnia intrygująca, brzmi jednak dość chaotycznie. W istocie, czułem jakbym słuchał kilku krótkich, oderwanych od siebie utworów, a nie jednego długiego.

Pomimo tego wstępnego zaciekawienia, cały czar pryska już w kolejnym numerze, który jest po prosty zwykły, piosenkowy, mało interesujący. Cały ten muzyczny sznyt jest kontynuowany w kolejnych piosenkach.

Prawdę mówiąc, elementów jazzu za wiele tu nie słyszę. Sporo dobrego jest w pierwszym numerze, trochę w piątym. Natomiast poza tymi nielicznymi momentami można uznać, że płyta jest głównie „piosenkarska” z nastawieniem na przyjemną, chwilową rozrywkę bez szczególnego zagłębiania się w muzykę.

W teorii pewnym plusem jest obecność języka polskiego, który zawsze miło słyszeć w tego typu repertuarze. Problem jednak polega na tym, że nie cała płyta została okraszona językiem polskim. Mamy choćby tytułowy utwór „Skankin' to the Jazz” w całości po angielsku. Tego typu zabiegi tylko wzmacniają efekt braku spójności i muzyczny chaos.

Generalnie jest tu bardzo dużo zaaranżowanych partii. Nie ma w tym co do zasady nic złego, ale problem w tym, że aranżom wiele brakuje do wybitności. Stosowane riffy na ogół są lekko infantylne, dość przewidywalne. Na dokładkę, przez zdecydowaną większość czasu słyszymy zwykłą, mało porywającą harmonię (za wyjątkiem pierwszego i fragmentarycznie piątego numeru). Właściwie na całej płycie jest mało wspólnego grania w czasie solówek. Są one przez to po prostu trochę nudne, brzmią jakby były dogrywane do podkładu i pewnie tak właśnie było. Muzyka jest pozbawiona tego, co dla mnie w jazzie jest chyba najistotniejsze – wspólnego, spontanicznego tworzenia warstwy muzycznej i wzajemnego reagowania na siebie muzyków. Na „Skankin' to the Jazz” wyszedł taki trochę „ska-jazz”, czy „reggae-jazz” bez jaja.

Płytę tę dobrze obrazuje utwór „Miło”, w którym słyszymy „chcę, żeby po prostu było miło”. Dokładnie taki jest cały ten album – jest po prostu miło i nic więcej. Wprawdzie muzycy sami przyznają, że nagrali album z pozytywną muzyką, ale dla mnie to stanowczo za mało. Artyści twierdzą, że zarejestrowany materiał to z pozoru prosta jamajska muzyka do zabawy, ale inkrustowana tu i tam jazzową nieoczywistością. Tej rzekomej jazzowej nieoczywistości słyszę niewiele. A nawet jeśli miałbym się na siłę tego doszukiwać, to nie są to próby najwyższych lotów. Jeśli tą cząstką jazzu ma być zastosowanie kilku akordów z septymą czy zagranie paru solówek, to ja tego nie kupuję.

Na domiar złego, w jednym z wywiadów możemy przeczytać: „Wychodzimy do jazzowej publiczności, żeby im pokazać że oba gatunki świetnie się miksują”. Hm, no nie wiem. Gdzie indziej może i dobrze się miksują, ale na „Skankin' to the Jazz” niezbyt.

Muzycy chlubią się również tym, że zespół działa w sposób demokratyczny. Możliwe, że stąd wynika stylistyczny miszmasz. Każdy chce włożyć swoje trzy grosze i efekt jest chaotyczny. Gdy zmieszamy ze sobą kilka dowolnych kolorów plasteliny, na końcu zawsze wyjdzie nam szary. Choćbyśmy nie wiem jak się starali, żeby było inaczej.

Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem po co powstają takie płyty. Nadaje się to może na juwenaliowe koncerty czy festiwal reggae w Ostródzie (w istocie album ten stoi na dużo wyższym poziomie niż większość polskiej sceny ska czy reggae), ale swój czas poświęcony na tę płytę uznaję za stracony.

Choć jest jeszcze jedno pozytywne zastosowanie najnowszego dzieła zespołu The Bartenders. Przy pierwszym odsłuchu moim celem było całkowite skupienie na muzyce. Skończyło się jednak tym, że po jakichś dwudziestu-kilku minutach zacząłem sprzątać dom. Muzyka „Skankin' to the Jazz” skłoniła mnie do tego szybciej i skuteczniej niż żona. Zatem po „jazzie samochodowym” mamy także „jazz do sprzątania”. W tej drugiej kategorii jest murowany kandydat. Proponuję wprowadzić je na najbliższych Fryderykach bądź ankiecie Jazz Forum.

wtorek, 9 kwietnia 2024

Podkast: Aga Derlak w Audycji "Muzyka, która leczy" w RadioJAZZ.FM

 


To był rewelacyjny wieczór w audycji "Muzyka, która leczy" w RadioJAZZ.FM,w trakcie którego nasi redaktorzy - Maciej Nowotny i Paweł Ziemba - mieli możliwość zaprezentować Państwu sylwetkę i muzykę Aga Derlak - podwójnej laureatki tegorocznych jazzowych Fryderyków!!! Zapraszamy Was do wysłuchania podkastu z tego spotkania na stronie RadioJAZZ.FM - Audycja nr 63.

Jeśli chcesz napisać do autorów audycji"Muzyka, która leczy" i podzielić się wrażeniami z odsłuchu audycji lub zaproponować kolejny jej temat to pisz na adres mejlowy: muzyka.ktora.leczy@gmail.com

 

poniedziałek, 8 kwietnia 2024

Kari Sal - „Butterfly”

Kari Sal

Kari Sal (Karina Bałdych) – wokal, kalimba/vocals, kalimba
Adam Bałdych – skrzypce, skrzypce renesansowe/violin, renaissance violin
Jacob Karlzon – fortepian/piano
Kacper Budziszewski – gitara/guitar
Roman Chraniuk – kontrabas/double bass
Dawid Fortuna – perkusja/drums

„Butterfly” 

Wydawnictwo: Imaginary Music (2023)

Tekst: Renata Rybak

Motyl to piękno, delikatność, wolność. Motyl to także przemiana, przeobrażenie i ulotność. Motyl to natura.

W końcu motyl, a raczej „Butterfly”, to tytuł ostatniej płyty Kari Sal, czyli Kariny Bałdych.

Czy tytuł jest spójny z tym, co słyszymy na tym albumie?

Pierwszą myślą, która nasuwa się w trakcie słuchania, jest ta, że to muzyka bardzo osobista i intymna. Wrażenie to nasuwa się za sprawą pięknego, kobiecego, czystego wokalu Kari Sal, ale również dlatego, że prawie wszystkie teksty na tym longplayu wyszły spod pióra tejże wokalistki. Próbuje ona w nich uchwycić klimat swoich wewnętrznych podróży i emocji, wynikających ze zmian w jej życiu osobistym, macierzyństwa, i koniecznością pogodzenia wielu ról życiowych, ale także z poszukiwaniem swojej własnej artystycznej drogi. W sferze muzycznej w pewnym stopniu słychać odniesienia do jej debiutanckiej płyty „Betesda”, ale jednocześnie słychać, że wokalistka aktywnie szuka innych inspiracji.

I tak, wokal utrzymany jest w klimacie indie popu z domieszką funky i jazzu, ale da się wysłyszeć też inspiracje na przykład Joni Mitchell czy też łemkowską muzyką ludową. W porównaniu do debiutanckiej płyty Kari Sal na krążku „Butterfly” mniej jest wokalnych eksperymentów i niemal wszystkie utwory utrzymane są w podobnym charakterze, co wydaje się to zabiegiem celowym. Artystka chce utrzymać spójny nastrój płyty, słychać, że pewnie się czuje w ramach swojej skali głosu i świetnie nim operuje. Co ciekawe, śpiewa ona nie tylko główną linię melodyczną utworów, ale też chórki, jeśli jest taka potrzeba. Użycie tej samej barwy głosu to według mnie interesujący zabieg, dzięki któremu mamy jeszcze większe wrażenie spójności tego albumu, przemyślanego i konsekwentnie realizowanego konceptu.

Wokalistkę fantastycznie wspomagają świetni instrumentaliści, którzy z jednej strony mają przestrzeń na puszczenie wodzy swoich muzycznych fantazji, ale także stanowią dopełnienie, a czasami kontrapunkt, do linii melodycznych Kari Sal. To, jaki jest zestaw instrumentów oraz w jaki sposób są obecni w ramach danego utworu, determinuje głównie konkretny charakter danej kompozycji.

Najczęściej słyszane są chyba skrzypce, ale nie ma w tym nic dziwnego, bo skrzypek Adam Bałdych to współproducent tego krążka, a prywatnie mąż wokalistki. Bałdych wykorzystuje zarówno skrzypce klasyczne, jak i renesansowe, dając aksamitne, tak charakterystyczne dla siebie brzmienie. Czasem brzmienie jest bardziej gęste, soczyste, dające muzyce większy dynamizm i energię, czasem wspomaga linię melodyczną wokalu i wręcz unisono jej towarzyszy. W niektórych utworach słyszymy też chyba ulubioną technikę gry Bałdycha pizzicatto, a kiedy jego gra przeplata się z grą gitary, dostajemy bardzo ciekawy efekt kontrapunktu gitary ze skrzypcami potraktowanymi również jako instrument strunowy szarpany.

Zresztą tak naprawdę każdy z instrumentalistów ma przestrzeń na wyrazistą obecność na tej płycie, prezentując kompozycje, którę wydobywają styl gry każdego z muzyków. I tak, słyszymy jazzowe intro kontrabasu w wykonaniu Romana Chraniuka, brzmienie w stylu funky i przesterowaną gitarę, ale czasem też słyszalne flamenco na gitarze klasycznej u Kacpra Budziszewskiego. Na szczególną uwagę zasługują fortepianowe improwizacje wykreowane przez znakomitego szwedzkiego pianistę Jacoba Karlzona. Co ciekawe, artysta nie znalazł na tej płycie przypadkiem, gdyż wielokrotnie był już zapraszany do współpracy przez Adama Bałdycha. Słychać to zresztą na płycie. Skrzypce świetnie dogadują się z fortepianem, a ich muzyczne konwersacje są na pewno jednymi z mocnych punktów tej płyty.

Podobnie Dawid Fortuna, który także był obecny w wielu projektach Bałdycha. Dzięki temu świetnie rozumie on i realizuje wszystkie pomysły muzyczne, wykorzystane w tym albumie. Moją uwagę przykuł zwłaszcza utwór „I am”, jeden z ostatnich na płycie, gdzie Fortuna po mistrzowsku dostosowuje się do połamanego rytmu, a tworząc wraz z kontrabasem świetny set rytmiczny, spaja utwór w całość. Słyszymy tu cudownie nieoczywisty harmonicznie wokal Kari Sal i wspierający te harmoniczne zaskoczenia fortepian oraz improwizację skrzypiec potwierdzającą wirtuozerię Bałdycha. To chyba najbardziej jazzowy w charakterze kawałek i szczerze mówiąc, chciałoby się spotkać więcej takich kompozycji na tej płycie.

Podsumowując, to piękna, nastrojowa muzyka, niosąca powiew świeżości i optymizmu, a teraz, na wiosnę, jest chyba najlepszy czas na jej słuchanie. Dlaczego? Powód sugeruje sama artystka w jednym z utworów z tego albumu:

„Spring will come again in my heart as well”

Czego sobie i moim czytelnikom życzę.


poniedziałek, 1 kwietnia 2024

Garownicy Jazz Combo - "Prima"

Garownicy Jazz Combo

"Prima"

Wydawca: NoName (2024)

Tekst: Jędrek Janicki


Wydawało mi się, że więzienne tematy muzyczne w swoim niepowtarzalnym stylu już w 1969 roku za murami San Quentin wyczerpał sam Johnny Cash. Muzycy tworzący Garownicy Jazz Combo być może nie posiedli tej magicznej umiejętności, co ten legendarny bard, „który do więzienia jak do kochanki mówił”. Być może za to zainspirował ich Leszek Możdżer, który w 2016 roku wystąpił w Zakładzie Karnym w Malborku.

"Jak Możdżer przycupnął z tym swoim bandem i zaczął cisnąć nuty, to aż mi skóra latała. Siedzimy tu w pierdlu, a on przynosi nam dżez jak list z wolnego. To był ten moment, kiedy zajarzyłem, że nawet na pace można być wolnym, tylko trzeba umieć to wyczuć. Dżez to nasz przekaz, nasza gadka z tym światem za bramą. To nie tylko muza, to nasz szyfr do wyrażania tego, co siedzi głęboko w betonie. Możdżer nam pokazał, że muza to klucz, co otwiera wszystkie kible. Teraz my dajemy dalej ten sygnał - że nawet za kratami, duch może fruwać wolny. Dżez to nasza droga przez mur, nasza papla do gadania z wolnością."

Osiem lat minęło, to tak naprawdę żaden wyrok, lecz na pewno wystarczający czas żeby doszlifować swoje muzyczne umiejętności. Dość tych spekulacji, wszak tylko jedno jest pewne! Za chyba najlepiej strzeżonymi murami w Polsce gra się całkiem niezły jazz. Wierzcie mi, jestem tak samo zaskoczony jak Wy…

W sieci właśnie dzisiaj pojawił się utwór Prima, który stanowi debiutanckie nagranie zespołu Garownicy Jazz Combo. Co całkowicie zrozumiałe, artyści ci pragną pozostać anonimowi, trudno więc cokolwiek stwierdzić o ich muzycznej kartotece. Niewykluczone, że jest równie pokaźna jak ta karna, gdyż kompozycja Prima wybrzmiewa naprawdę bardzo interesująco. Prowadzi ją rewelacyjnie wykonane saksofonowe solo, które wchodzi w osobliwy dialog z dźwiękami gitary elektrycznej. Oba te instrumenty brzmieniowo się dopełniają, pozostaje mieć tylko nadzieję, że ta dźwiękowa kłótnia nie przerodzi się w jakieś krwawe porachunki… Owa kompozycyjna oś saksofon-gitara uzupełniona zostaje nienachalnymi wstawkami fortepianowymi oraz prawdopodobnie najsłabszym punktem nagrania, czyli nieco schematyczną partią perkusji. Doprawdy zdumiewająco wybrzmiewa jednak gitara basowa! Niechlujne, nieczyste i znajdujące się „tak jakby” poza tonacją basowe mruknięcia nadają całości niepokojącego i iście piekielnego wymiaru. 

Mocno irytuje mnie jedynie wyjątkowo nieudolny marketing związany z tym  nagraniem.  Opublikowanie tego utworu 1 kwietnia miałoby sugerować, że oto do czynienia mamy z kolejnym głupawym primaaprilisowym wygłupem. Nic bardziej mylnego! Utwór Prima Garownicy Jazz Combo to zapowiedź potencjalnie wyjątkowej płyty, która zapełnić mogłaby na polskim rynku pewną niszę grania jazzowo-progresywno-psychodelicznego. Naprawdę, czekamy na ciąg dalszy!

czwartek, 21 marca 2024

Buczkowski/Troczewski/Wrombel/Jahr - "The Other Sound"

Buczkowski/Troczewski/Wrombel/Jahr

Jarosław Buczkowski - akordeon
Dawid Troczewski - fortepian, Fender Rhodes
Zbigniew Wrombel - kontrabas, giatra basowa, bezprogowa
Marcin Jahr - perkusja

"The Other Sound"

Wydawca: BCD Records (2022)

Tekst: Maciej Nowotny


Ta bardzo ciekawa płyta przeszła właściwie bez echa i jest być może - tak się domyślam - jeszcze jedną ofiarą COVID-u. Nagrana w 2020, została wydana dopiero w roku 2022 i nie słyszałem, aby jej promocji towarzyszyła jakaś większa kampania reklamowa czy koncertowa. Wszakże okazjonalnie ten materiał jest grany tu i ówdzie w Polsce, mamy także CD, a zatem warto parę słów o nim napisać, bo nie jest to bynajmniej muzyka "of no consequence".

Przede wszystkim odnotujmy instrumentarium tego kwartetu, w którego skład wchodzi rzadki gość na jazzowej niwie czyli akordeon. Piszący te słowa osobiście nie należy do wielkich entuzjastów tego instrumentu w jazzie, po prostu mam wrażenie że jego dźwięk jest tak dominujący, że często przytłacza inne instrumenty. Tego niebezpieczeństwa nie udało się całkowicie uniknąć na tej płycie, szczególnie - co zrozumiałe - w kompozycjach, których autorem lub współautorem jest Jarosław Buczkowski jak np. "East Side", "No Name" czy "September 19th". Ale nawet w nich trzeba przyznać, że mamy do czynienia z wieloma ciekawymi pomysłami i wysokiej jakości współpracą wszystkich instrumentalistów. Zatem jeśli już ktoś chce słuchać akordeonu w jazzie, to ten krążek oferuje coś o wiele ciekawszego niż typowe dla akordeonistów dźwięki o zabarwieniu klezmerskim czy tango a la Astor Piazzola. I za to warto Jarosława Buczkowkiego docenić.

Wszakże album ten przykuł moją uwagę głównie w tych momentach, gdy udawało się bardziej harmonijnie wkomponować akordeon w brzmienie całego zespołu. Szczególnie przypadły mi do gustu kompozycje Dawida Troczewskiego np. "Nostalgia" i "Suspend Song" - utrzymane w stylistyce fusion, w których akcenty między fortepianem a akordeonem, dwoma instrumentami harmonicznymi, są bardziej równomiernie rozłożone i ma się to cudowne odczucie, że się słucha całego zespołu, a nie poszczególnych - choćby najbardziej wybitnych - instrumentalistów. W ogóle warto też docenić na tej płycie fakt, że część muzyki jest zagrana na instrumentach akustycznych, a część na elektrycznych (gitarze basowej, piano Rhodesa) co daje muzykom możliwości żonglowania muzycznymi estetykami.

Osobą wszakże, której gra sprawiła, że przy muzyce nagranej na tej płycie zatrzymałem się na dłużej jest kontrabasista Zbigniew Wrombel i towarzyszący mu w sekcji rytmicznej na perkusji Marcin Jahr. Wrombel, muzyk oczywiście świetnie znany, sideman biorący udział w niezliczonych nagraniach zarówno jazzowych jak i muzyki popularnej, jednocześnie profesor Akademii Muzycznej w Poznaniu, jest bez wątpienia wybitnym instrumentalistą i jego gra, jak i całego zespołu, w takim na przykład "Blue Safari" jest przykładem jak to combo brzmi najlepiej i dlaczego warto temu albumowi dać szansę. Przy tej okazji niech wolno mi będzie wyrazić żal, że Wrombel - rozchwytywany sideman - tak rzadko decyduje się pisać i grać swoją własną muzykę w zespołach, którym lideruje. Słyszałem na przykład o nagraniu "Talking Bass" wydanym w 2017 roku i nagranym w ramach prowadzonego przez niego kwartetu, ale płyta do nas nie dotarła. Wielka szkoda. Mam nadzieję, że Zbigniew Wrombel, jeden z najbardziej charyzmatycznych kontrabasistów w polskim jazzie, wróci jeszcze do nagrywania autorskich pyt i tym razem uda się nam zapoznać z jego muzyką i opisać ją na naszym blogu.




 

piątek, 15 marca 2024

Atom String Quartet – "Universum"

Atom String Quartet 

Dawid Lubowicz – skrzypce
Mateusz Smoczyński – skrzypce
Krzysztof Lenczowski – wiolonczela
Michał Zaborski – altówka

"Universum"

Wydawnictwo: Warner Music (2024)

Tekst: Szymon Stępnik


Swego czasu Atom String Quartet byli moim ulubionym zespołem polskiej sceny muzycznej. Usłyszałem o nich po raz pierwszy w audycji Jana Ptaszyna Wróblewskiego w początkach mojej fascynacji jazzem. Pamiętam, jak musiałem przekonywać mojego tatę, który nie jest fanem tego typu dźwięków, by wybrał się ze mną na koncert w Filharmonii Częstochowskiej. Było to warte, ponieważ wieczór ten pamiętam do dziś. Poczułem, że dotykam sztuki, a muzyka urosła niemal do sfery sacrum. Był to okres, kiedy Atomowi wydali świetny album Places. Niestety, ich późniejsza kariera obfitowała w lekki zastój twórczy, ponieważ ostatnie wydawnictwa nawet nie umywały się do tego, co kwartet ten był w stanie nagrać na starcie kariery. Na szczęście Universum kładzie kres słabszej formie i staje się solidnym kandydatem do jazzowej płyty roku 2024.


Mam wrażenie, że nawet sami muzycy byli świadomi nie do końca udanych poprzednich nagrań. Trudno przecież nazwać reinterpretacje Seiferta i Pendereckiego czymś oryginalnym. Mocno przeciętne „Essence” tłumaczyło, czemu panowie tak niechętnie komponowali coś nowego. Kiedy przyszło zrobić kolejną płytę, któryś z nich chyba powiedział: „Basta! Tak dalej być nie może! Zróbmy w końcu coś świeżego, z czego będziemy dumni”. No i udało się. Universum to naprawdę nietuzinkowy i ociekający o wybitność krążek.

Album podzielony jest na cztery koncepcyjne części. Pierwsza, skomponowana przez Dawida Lubowicza, stanowi refleksję nad kosmiczną przestrzenią. Druga, autorstwa Krzysztofa Lenczowskiego, przenosi nas do świata baśni, gdzie możemy reflektować nad różnymi gatunkami motylów. W trzeciej, Mateusz Smoczyński zabiera nas na podróż po Warszawie, a longplay kończy suita o pasji, tańcu i miłości, której autorem jest Michał Zaborski.

Taki podział sprawia, że choć Universum jest stosunkowo długie, trudno się przy nim znudzić. Słychać, że każdy z kompozytorów miał konkretny pomysł i mógł dać upust swoim artystycznym ambicjom w przeznaczonym dla siebie segmencie. Łatwo przez to odczuć różnice pomiędzy podejściem poszczególnych członków zespołu, gdzie każdy odznacza się nieco inną wrażliwością. To wisienka (lub „truskawka”, jak to mawiał Tomasz Hajto) na torcie dla wszystkich długowiecznych fanów kwartetu – w tym mnie.

Smoczyński ze swoją wizją Warszawy odznacza się chyba największą wrażliwością. Nic dziwnego - to właśnie tam się urodził i studiował na Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina. Nie zdziwiłbym się, gdyby niczym Sonny Rollins z saksofonem w czasach „The Bridge”, stał ze skrzypcami pod Mostem Poniatowskiego i tworzył kompozycje. Na przeciwległym biegunie jest Dawid Lubowicz, którego ścieżki są nieco bardziej zadziorne, efekciarskie – chyba najbardziej jazzowe spośród całej czwórki. Krzysztof Lenczowski jest z kolei najbardziej barwny i różnorodny (nieprzypadkowo jego segment nazywa się „Atlas Motyli”) i intryguje rozwiązaniami kompozycyjnymi. Część Michała Zaborskiego słusznie znalazła się na końcu, jako najbardziej elegancka oraz poważna. Jest jak kieliszek wytrawnego wina dodany do bardzo obfitego obiadu.

Biorąc pod uwagę powyższe, stwierdzić należy, iż na przestrzeni lat wszyscy z muzyków ewoluowali. Być może kompozycyjnie nie stanowią już tak zgranej paczki, jak kiedyś, aczkolwiek widać, że wzajemnie się inspirują i nakręcają. Nie wiem, czy utwory byłyby tak dobre, gdyby stanowiły części ich solowych albumów.

I oto całe „Universum”. Dzieło ocierające się o doskonałość, stanowiące jednocześnie wielki powrót Atom String Quartet. Przyznam szczerze, że kiedy płyta została przydzielona mi do zrecenzowania, bardzo się bałem. Nie chciałem, aby kolejna pozycja sygnowana nazwiskami ludzi, na których muzyce się wychowałem, mogła okazać się zawodem. Wolałem, aby naczelny fan instrumentów skrzypcowych w naszej redakcji, czyli Marcin Kaleta, mógł nakreślić mi jakiś ciekawe, inne spojrzenie. Na szczęście na obawach tylko się skończyło. Najnowsze dzieło najsłynniejszego kwartetu smyczkowego w Polsce to kunszt sam w sobie, którego słuchanie stanowi czystą przyjemność.

środa, 13 marca 2024

Mad Ship - "Time Shift"

Mad Ship

Kuba Wójcik - guitar, electronics
Tomasz Licak - tenor and soprano saxophone,
Grzegorz Tarwid - grand piano, synthesizers
Krzysztof Szmańda - drums, percussions

Time Shift

Wydawca: OFFczART (2023)

Autor tekstu: Viačeslavas Gliožeris


Jazz golden era when it was it was music not only creative but also popular among public, when seen form the perspectives of decades, seems to lasted not so long time. Soon after its heyday the rock'n'roll was born but it wasn't Elvis Presley but Woodstock which buried the bright jazz future. And Paris barricades in a very same year of 1968. Rock music became a new world religion, with thousands of yesterday's jazz stars finding themselves jobless, useless and often homeless. Show business, which has been always quite critical to jazz commercial capacities, found rock much more attractive in that sense and turned its back to jazz – for years to come.

Many jazz musicians, trying to find their place in a new world or simply to survive, started to play rock – from jazz artist perspective, that way jazz fusion movement was born. Besides some initial euphoria and huge success of fusion early acts as Chick Corea's Return To Forever or Weather Report, fusion creative limitations and musical “sameness” bring it to decline just a very few years after. Funk-jazz-rock hybrid, essentially represented by Herbie Hancock's Headhunters was even more short-living. For a decades to come jazz fusion as jazz-rock-fusion-latin crossover survived on a marginal scenes as a niche sub-genre. Even such fusion fanatics as jazziest world nation of Japanese gave up and at the edge of the new Millennium lost their long-lasting interest to this music.

Hereupon a new generation of jazz musicians started demonstrating their interest to rock music, already more contemporary one. From early brutal John Zorn's experiments mixing New York downtown free jazz with Japanese avant-rock (on “Naked City”) to later Bill Frisell and Electric Masada works, new, much more eclectic and chaotic form of jazz fusion was born. In a New Millennium it got a new influences from ethnic music and electronics artists as well.

Warsaw-based bass-less quartet Time Shift is are an obvious product of the above mentioned contemporary eclectic fusion wave. The band was founded in 2018 by guitarist/electronics artist Kuba Wójcik, renown by his work in Minim band. On their debut album (“Flash Years”, 2020) besides of “cosmic” aesthetics, recalling progressive rockers of 70s (Hawkwind, Van der Graaf Generator, etc), the influence of contemporary nu jazz (or New Millennium urban hipster jazz) is obvious. Guitar sounds and electronic effects are quite abstract, but mellow and tuneful, with all sound being often on a polished side. Still, there are some true rock guitars moments, rhythm changes on the same song and quite free pieces too.

On their new, second, album “Time Shift” the quartet starts from the similar point but shifts towards more rock-oriented sound. Same way as some other contemporary bands (as rule they all have band's names in rock culture tradition, not named by members' names, as is usual in jazz), Mad Ship plays here quite tuneful electronic rock songs with sax inserts and longish freer sections. Cosmic themes are not dominating anymore, but still presented with characteristic old-school electronics loops and bubbles (“Watchmaker 1 & 2”), even with touch of psychedelia in a moments (“Witching Hour”). Some pieces come right from prog rock of 70s library (“Big Time”). There is enough place for Frippean angular guitars and some post 80s King Crimson's aesthetics too. “Wake Up” is a true rocker, coming from Fripp & Co. stables. Even more conventional songs, as tuneful and mellower “Stream”, radiate chamber rock ballad spirit against more hip jazzier pieces of Mad Ship debut.

Similar music isn't all that rare on nowadays scene, usually more interesting artists come from regions where jazz-rock has some specific traditions and in one or another form has stronger local following. Some better examples are Serbian Hashima and Finnish Black Motor, among others. Usually popular locally, they rarely gain international success (Hashima's second album “The Haywain” has been re-issued on American Odradek label though). Returning back to review's beginning, covering the wider range of musical genres can provide wider audience to the artist, still there is some risk to lose the focus. All in all, it's a listener who decides.

 

poniedziałek, 11 marca 2024

Mazzoll & Daktyle - "T...se T...se"

Mazzoll & Daktyle

Jerzy Mazzoll – klarnety, głos
Maciej Jaciuk – elektronika, daxofon
Marek Sadowski – elektronika, perkusjonalia

"T...se T...se"

Wydawca: Antenna Non Grata (2023)

Tekst: Maciej Nowotny


Od czasu do czasu człowiek, a nawet  recenzent może, ba, powinien sobie pozwolić na recenzję subiektywną i zdjąć maskę kogoś kto nie ma indywidualnych preferencji czy osobistych sympatii. I właśnie tę maskę zdejmuję dzisiaj chętnie przyznając, że Mazzolla osobiście znam, że właściwie od zawsze jego muzykę bardzo lubię i z niecierpliwością czekam na jego projekty, ponieważ to co jest w jego twórczości NIEZMIENNE to fakt, że nieustannie zarówno ta twórczość jak i sam artysta ZMIENIA SIĘ. W kraju, w którym najwybitniejsi jazzmani i jazzmanki to tacy, którzy od kilku dekad klepią ciągle to samo (chociażby i to brzmiało świetnie) to już jest BARDZO DUŻO.

Ale do rzeczy, jaki jest najnowszy album Mazzola? Oprócz Mazzola grającego na klarnetach, ale też używającego swojego głosu usłyszymy tu Marka Sadowskiego odpowiedzialnego za elektronikę, perkusjonalia, misy i Maćka Jaciuka także parającego się elektroniką, a poza tym efektami specjalnymi i posługującego się daksofonem. Nie ma co ukrywać, że cała muzyka obraca się tu wokół Mazzola, który jest szamanem odprawiającymi ze swoimi pomocnikami ten dziwny rytuał. Słowami kluczami mogącymi otworzyć drzwi do tej muzyki są: improwizacja, trans i rytm. Z jednej strony są to elementy stałe w twórczości tego artysty, z drugiej strony udowadnia on że oryginalość w muzyce to możliwość kreowania nieskończonych permutacji. Świeżość nagranie zyskuje tak dzięki spotkaniu różnych muzycznych indywidualności, a o zapraszanie ciekawych muzyków do swoich projektów Mazzoll bardzo dba, jak i dzięki temu że sam materiał jest wierną fotografią Mazzolla w tym momencie jego życia, tak artystycznego jak i osobistego.

Zrozumienie tego, że dla Mazzolla jak np. dla takiego późnego Coltrane'a granie jest zawsze czymś niesłychanie indywidualnym, zaproszeniem słuchaczy do przestrzeni osobistej, a jednocześnie doświadczeniem duchowym i transcendentalnym jest kluczem do czerpania tego co najlepsze z tej muzyki. Analizując  ją, rozbierając na poszczególne elementy, dekonstruując tracimy niestety to co najważniejsze czyli żywego człowieka spotykającego innych ludzi aby tu i teraz wydobywać z ciszy i zgiełku muzykę. Ten spontaniczny akt przemawia do słuchacza najlepiej wtedy, gdy towarzyszy mu odrobina wiary i chęci traktowania muzyki jako epifanii. Jeśli ktoś tego nie potrafi albo nie chce może tu słyszeć jedynie zestaw mniej lub bardziej kakofonicznych dźwięków, zagranych w nieco chaotyczny sposób i irytujących swoją powtarzalnością. Co byłoby opinią tyleż uprawnioną, co świadczącą o słuchaczach (a nawet wielu krytykach), którzy w naszych czasach traktują muzykę najczęściej jak tampon higieniczny, a nie jako część odwiecznego misterium człowieczeństwa.


piątek, 8 marca 2024

Grażyna Auguścik - „2 The Light”

Grażyna Auguścik

Grażyna Auguścik – wokal/vocals
Jarosław Bester – akordeon/accordion
Rob Clearfield – fortepiano/ acoustic piano
Paulinho Gracia – gitara i instrumenty perkusyjne/guitar and shakers
John Kregor – gitary/guitars
Howard Levy – harmonijka/harmonica
Krzysztof Pabian – kontrabas/double bass
Mateusz Smoczyński – skrzypce, skrzypce barytonowe/violin, baritone violin
Dan Bornemark – waltornia/french horn
Stefan Pettersson – gitara basowa, klawisze, chórki/bass, keyboards, background vocals
Sebastian Pettersson – puzon/trombone
David Noren – trąbka/trumpet
John Emanuelsson – skrzypce/violin

„2 The Light” (2023)

Wydawnictwo: GMA Records

Tekst: Renata Rybak


Kiedy zabierałam się do słuchania utworów z płyty „2 The Light”, celowo nie szukałam żadnych informacji na jej temat. Postanowiłam podejść do tematu ‘na świeżo’, kierując się jedynie doznaniami muzycznymi.

I co usłyszałam? Pierwsze wrażenie to aksamitny, nieco melancholijny, magnetyczny głos Grażyny Auguścik. Potem zadziwienie niesamowicie bogatym instrumentarium, które wyjątkowo rzadko spotyka się na jednym krążku. Potem ciekawość, bo każdy utwór to inna estetyka, inny nastrój, i rosnąca ekscytacja co nas spotka za chwilę.

Muszę też przyznać się do uczucia lekkiego dysonansu między tym jak wokalistka jest obecna na tej płycie, a jak instrumenty. W pierwszej chwili miałam wrażenie, że to się ‘nie klei’, że to muzyka z dwóch różnych światów. Auguścik śpiewa bardziej w konwencji tradycyjnych piosenek, prezentuje główną linię melodyczną utworu, natomiast to, co słyszymy w wykonaniu instrumentalistów, to prawdziwy jazz, z improwizacjami i swobodnymi wycieczkami muzycznymi czasem bardzo dalekimi od melodii przewodniej, przedstawionej przez wokalistkę.

Wtedy zajrzałam do okładki płyty i wszystko stało się jasne.

„2 The Light” to płyta wyjątkowa. Powstawała w 2020 roku, czyli w czasie pandemii, która była problemem globalnym. Powstawała w szczególny sposób. Oto światowej klasycy muzycy, zlokalizowani w różnych miejscach na Ziemi, bo są tu i muzycy amerykańscy, i polscy, i skandynawscy, przyjmują zaproszenie Grażyny Auguścik, która pozwala dojść do głosu swojej niesamowitej kreacji artystycznej i nadać kształt muzycznym wizjom, które gromadziły się w jej głowie od dłuższego czasu. Zaproszeni muzycy nagrywają w różnym czasie w swoich domowych studiach swoje linie melodyczne, skomponowane przez Auguścik, a spina to w całość Stefan Pettersson, odpowiedzialny za aranżację i produkcję muzyczną.

I tak dostajemy dzieło prawdziwie internacjonalne. Mamy tu różne języki, w których wykonywane są utwory. Różny jest też nastrój poszczególnych numerów, bo na przykład w „Spóźniam się” wysłyszałam linię melodyczną inspirowaną polską muzyką ludową, a w kilku innych utworach skale arabskie. Jest też groove funkowy, a utwór "Baci" to zdecydowanie bossa nova i efekt współpracy i długoletniej przyjaźni z brazylijskim muzykiem Paulinho Gracia.

Klimat każdego numeru różnicowany jest także przez dobór instrumentów, które są obecne i w różny sposób angażowane. Czasem stanowią tło dla Auguścik, a czasem w autonomiczny sposób przejmują temat przedstawiony przez wokalistkę i przetwarzają go. Instrumentaliści, korzystając z danej im wolności, improwizują, prezentując swój niesamowity muzyczny potencjał i wyjątkowość każdego z nich, a jednocześnie realizują swą rolę precyzyjnie zdefiniowaną przez twórców płyty. I tak, instrumenty smyczkowe dają soczyste brzmienie o gęstej fakturze, klawisze czasem sound futurystyczny, a czasem wręcz przeciwnie, bo w klimacie lat 70. Sekcja dęta w pewnym momencie wprowadza w nastrój podniosły, dając wrażenie muzyki sakralnej, a czasem po prostu kipi energią.

Jak w takim razie przyporządkować tę płytę do jakiejś kontretnej kategorii muzycznej? Pokusiłabym się o stwierdzenie, że reprezentuje ona połączenie world music i jazzu. Ale ostatecznie przecież nie o to chodzi, żeby zaszufladkować wszystko, co nas otacza, a sama Auguścik tak odniosła się do próby sklasyfikowania tego dzieła muzycznego:

„Czy to płyta jazzowa, gatunek mi najbliższy? Nie ma to dla mnie znaczenia, bo piosenki można interpretować dowolnie, ale jednego jestem pewna – powstały nieprzypadkowo, były uchwyceniem chwil i emocji. Ocenę zostawiam słuchaczom.”

Z tą myślą pozostawiam moich czytelników. I oczywiście zachęcam do wysłuchania płyty.


czwartek, 7 marca 2024

Sylwester Ostrowski & Freddie Hendrix - "We Are the Jazz Brigade"

Sylwester Ostrowski & Freddie Hendrix

Freddie Hendrix - trąbka
Sylwester Ostrowski, Camille Thurman - saksofon tenorowy
Jakub „Mizer” Mizeracki - gitara
Miki Hayama, fortepian - Fender Rhodes
Albert Bover - fortepian
Endea Owens, Essiet Okon Essiet - kontrabas
Owen Hart jr - perkusja
Lucas Balbo - instr. perkusyjne

"We Are the Jazz Brigade" 

Wytwórnia: Agora S.A. (2023)

Tekst: Maciej Nowotny

The Jazz Brigade ma dwóch liderów, amerykańskiego trębacza  Freddie Hendrixa i polskiego saksofonistę Sylwestra Ostrowskiego, muzyka ze Szczecina,  którego miałem okazję słyszeć dawno temu i nie byłem zachwycony (album "Don't Explain" wydany w 2013 roku). Trzeba przyznać, że tym razem muzyka jest zagrana przyzwoicie, potrafi miło sączyć się w tle. Ale chociaż niemal wszystkie kompozycje na płycie to oryginały pióra liderów, niestety nigdy nie powstaje tu wrażenie odkrywania czegoś nowego, a raczej mamy odczucie, że jest to muzyka sklejona z wielu motywów, które gdzieś, kiedyś już słyszeliśmy zagrana z użyciem tricków, które ktoś, kiedyś, gdzieś dawno temu wymyślił i zagrał. Lepiej zagrał. 

Muzycy przyznają się do inspiracji koncepcją muzyki Wyntona Marsalisa i ta płyta mogłaby być świetnym dodowem na to - gdyby akurat komuś tego było potrzeba - do czego doprowadzić może wprowadzenie w życie tej formuły traktowania jazzu jako swego rodzaju nowej muzyki klasycznej. Może to jeszcze ma jakiś sens w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, gdzie zachowanie ducha i ciała klasycznego jazzu zapewne ma znaczenie dla kulturowej tożsamości Afroamerykanów. Ale granie takiej muzyki w Europie moim zdaniem mija się z celem. Nie po to przecież przeszczepiano jazz na grunt europejski, aby małpować czarnych muzyków, ale by odświeżyć nieco już skostniały język muzyczny starej i wyrafinowanej cywilizacji. Jeśli ktoś tego nie rozumie to nagrywa taką naprawdę momentami fajnie brzmiącą płytę, której może  nawet byłby sens słuchać w Nowym Orleanie, Chicago czy Kansas City, powiedzmy na jakimś egzaminie w wyższej szkole muzycznej, ale w Szczecinie? Szanuję wysiłek artystów, ale nie rozumiem.


środa, 6 marca 2024

Jacek Namysłowski - "Kalatówki 22"

Jacek Namysłowski

Jacek Namysłowski – puzon, flet
Patryk Dobosz – perkusja
Łukasz Poprawski – alt, sopranino, fagot
Mateusz Kaszuba – fortepian
Ignacy Wendt – trąbka
Tomasz Wendt – tenor/sopran
Michał Rutkowski – kontrabas

gościni: Mary Rumi – wokal

"Kalatówki 22"

Tekst: Maciej Nowotny

No i mamy ten długo wyczekiwany krążek, zarazem dopiero drugi autorski, w 25-letniej karierze Jacka Namysłowskiego. Ale niewykluczone, że na następne czekać już nie bedziemy tak długo, bo ostatnio kariera Jacka jakby przyspieszyła. Na przykład w zeszłym roku uczestniczył w nagraniu świetnie przyjętego - nominacja do Fryderyka dla Mary Rumi za Fonograficzny Debiut Roku 2023 w kategorii: Jazz - albumu Mary Rumi (prywatnie swojej siostry) "Depressed Lady", na który napisał własne kompozycje i zaaranżował wszystkie utwory. Był więc bez wątpienia współautorem sukcesu tej płyty - jednej z moich ulubionych w polskim jazzie w roku 2022 - i kiedy się słuchało tamtego albumu, to materiał jakie słyszymy na "Kalatówkach" brzmi jak swego rodzaju kontynuacja poprzedniego nagrania tego rodzeństwa.

Zresztą płyta zaczyna się od piosenki i zarazem tytułowego utworu w wykonaniu Mary Rumi i jest to jednocześnie kolejny przebój w jej wykonaniu. Głos Mary Rumi jest jakby stworzony do jazzu wykonywanego gdzieś w znajdującym się w w piwnicy zadymionym jazzowym klubie. Jej sposób interpretacji jest niezwykle osobisty, niepowtarzalny, nacechowany emocjami, a jednocześnie dowcipem, wręcz dezynwolturą, znajdującą odbicie tak w warstwie muzycznej piosenek (tu ukłon w stronę Jacka Namysłowskiego), a jeszcze bardziej w tekstach: inteligentnych, oryginalnych, niebanalnych, co tak rzadkie w dzisiejszych czasach. Słuchaczowi przychodzi tylko nieco żałować, że to jej jedyny występ na płycie, ale przecież w końcu to album jej brata. Pozostaje mieć nadzieję, że duet Mary Rumi - Jacek Namysłowski usłyszymy już niebawem z nowym materiałem, w którym ta wokalistyka znowu będzie błyszczeć swoim talentem.

Dalszy ciąg płyty ma charakter czysto instrumentalny, ale bynajniej nie nudzimy się. Kolejne pięć utworów zawiera nazwę różnych metali w swoich tytułach i nie powinno to nikogo dziwić, bo w rolach głównych występują tzw. blachy czyli Jacka Namysłowskiego - puzon, baryton marszowy i flet, Łukasza Poprawskiego -  saksofon altowy i sopraninowy, Ignacego Wendta - trąbka i Tomasza Wendta - saksofon tenorowy. Ci Panowie grają co najmniej równie dobrze jak lider, a chwilami nawet to oni występują w rolach głównych, jak np. Łukasz Poprawski, którego sopran w ostatnim na płycie przebojowym "Niepokoju w pokoju" brzmi tak bardzo  w stylu Zbyszka Namysłowskiego, że aż czułem ciarki na plecach i włosy stające dęba na głowie.

Ale generalnie należy powiedzieć, że właśnie muzycy zaproszeni do nagrania tego materiału - oprócz wymienionych poprzednio to jeszcze zjawiskowy Patryk Dobosz na perkusji, Mateusz Kaszuba na fortepianie i Michał Rutkowski na kontrabasie - usprawiedliwiają w pełni czas poświęcony na zapoznanie się z tą muzyką. Poziom gry tych dżentelmenów jest tak wysoki, że będąc ostatnio po odsłuchach kilku naprawdę udanych debiutów młodych polskich muzyków jazzowych, muszę przyznać że jednak jest różnica między między muzyką wykonywaną przez nawet bardzo utalentowanych debiutantów, a tą graną przez przez muzyków na poziomie mistrzowskim.

Podsumowując, Jacek Namysłowski nagrał udany hołd dla otoczonych już legendą jazzowych kempingów na Kalatówkach, którym przez kilka dekad patronował Zbyszek Namysłowski. Moje jazzowe serce cieszy, że Jacek i jego siostra Mary Rumi chcą kontynuować tę piękną tradycję i nie dać jej wygasnąć. Równocześnie życzę im, żeby spoglądając z szacunkiem i podziwem wstecz tym odważniej patrzyli w przyszłość. Na "Depressed Lady" udowodnili, że mają coś absolutnie własnego, unikalnego do powiedzenia. Na "Kalatówkach 22" dostaliśmy wspaniale brzmiące, ale mam nadzieję, że ostatnie spojrzenie wstecz. Życzę Jackowi i pozostałym muzykom, aby teraz udowodnili, że jazz ma nie tylko wspaniałą przeszłość, ale i równie ekscytującą przyszłość przed sobą.    


wtorek, 5 marca 2024

poniedziałek, 4 marca 2024

Krystyna Stańko - "Eurodyka"

Krystyna Stańko

Krystyna Stańko – śpiew, gitara
Dominik Bukowski – wibrafon, xylosynth, marimba, kalimba
Paul Rutschka – gitara basowa
Michał Bąk – kontrabas
Mikołaj Stańko – perkusja, instrumenty perkusyjne

Gościnnie
Arve Henriksen – trąbka, aranżacje trzech utworów
Laura Marti – śpiew
Joao de Sousa – śpiew
Daniel Mester – klarnet

Eurodyka

Wydawca: Stankoffamusic (2023)

Tekst: Robert Kozubal

Szanowna Pani Ministro Zdrowia,

Ośmielam się stawać u wirtualnego progu Pani wysokiego resortu i apelować z moich jazzowych peryferii w sprawie, która przyniesie ogólny pożytek i dobrostan. Oto mam dla Pani lek na całe zło tego świata – płytę Krystyny Stańko pt. „Eurodyka” i proszę bez ogródek: niech Pani spowoduje, aby lekarze przepisywali ją znerwicowanym i chromym, niech ta muzyka popłynie na szpitalnych korytarzach, niech się sączy w przychodniach, w poczekalniach, izbach przyjęć, niech towarzyszy w wybudzeniach i teleporadach na przeziębienie, rwę oraz opryszczkę.

Powiedzieć, że to piękna płyta to nic nie powiedzieć – gorzej, to jakby powiedzieć, że się było w kościele Santa Maria delle Grazie w Mediolanie i oglądało tam jadalnię z jakimś wyblakłym malowidłem na ścianie. Ta płyta to balsam, otucha i pokrzepienie. To antidotum na frenetyczny pośpiech tego świata, na somatyczny obrzęk tłumu myśli rozdętych przeskalowaną rzeczywistością, na znerwicowany nadmiar jednorazowości oraz na wszelkie dolegliwości ducha i ciała homo sapiens XXI wieku.

Pani Ministro, muzyka i teksty Krystyny Stańko niosą tak potrzebne dziś wszystkim ukojenie już od pierwszych chwil, a potem jest tylko lepiej. Powolutku, w rytm soczystych, krystalicznie czystych i perfekcyjnych dziesięciu utworów „Eurodyki”, spływa na słuchacza aura spokoju, otula go ciepłymi i bezpiecznymi dźwiękami. Krystynie Stańko towarzyszy na płycie zespół marzeń, autorami muzyki są ona sama i niezrównany Dominik Bukowski, jeden utwór napisał Paul Rutschka. Obecny jest także Norweg Arve Henriksen, chyba najsubtelniejszy trębacz świata, człowiek, który gra tak lekko, jakby przepraszał swój instrument za każdy głośniejszy dźwięk. Pejzażuje nieziemsko w kilku utworach i to właśnie jego talent sprawia, że w refleksyjnej pieśni pt. „Dla Kompo”, poświęconej zmarłej na covid przyjaciółce Pani Krystyny, stajemy twarzą w twarz przed niewypowiadalnym.

Kolejny argument: tematyka. Pani Ministro, toć ta płyta to hołd dla Europy! Tej Europy, która wprawdzie nigdzie się nie ruszała, ale jakby ostatnio była gdzieś trochę dalej. Próżno jednak traktować ją jak banalny przewodnik, to raczej wysmakowane fotografie nastroju poszczególnych miast wywołanych w tytułach utworów. Już pierwsze fado z Joao de Sousa przynosi nam wiatr z Porto, a po nim wędrujemy do Aten, Oslo, Paryża, rozśpiewanego Splitu czy wreszcie do zmrożonego wojną Lwowa, który odwiedzamy podążając za przejmującym głosem ukraińskiej wokalistki – Laury Marti.

Dla zsiwzowanych formalistów dodaję, iż Krystyna Stańko ma wszelkie wymagane kompetencje: jest wybitną wokalistką obdarzoną oryginalnym kontraltem, absolwentką Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Katowicach, od lat w polskiej jazzowej czołówce (już w 2002 roku nominowana do Fryderyka za płytę „Do dziesięciu” grupy 0-58), nagrała 10 albumów, wykłada wokalistykę w Akademii Muzycznej w Gdańsku. Ma na koncie wielu nagród, medal Gloria Artis i Pomorską Nagrodę̨ Artystyczną.

Na koniec – przyznaję – wytoczę argument pozamerytoryczny. Pani Krystyna jest gdańszczanką, jak sama Pani Wie Kto. Dodam, że tamże od lat prowadzi co niedziela w państwowym Radiu Gdańsk, swoją dwugodzinnną audycję, w której puszcza i propaguje soczysty jazz, a skromny wnioskujący do Pani Ministry słucha jej dzięki internetowi z wypiekami na twarzy.

Kończę prośbą o rozważenie mojej propozycji tak szybko, jak to możliwe. Puszczajmy Eurodykę, gdzie tylko się da, a świat będzie piękniejszy. I zdrowszy.

Licząc na pozytywne rozpatrzenie, załączam stosowne wyrazy. Z poważaniem.

piątek, 1 marca 2024

Adam Bałdych / Leszek Możdżer - "Passacaglia"

Adam Bałdych / Leszek Możdżer

Adam Bałdych - violin, renaisance violin
Leszek Możdżer - piano 442HZ & 432 HZ, upright piano

Passacaglia

wyd. Imaginary Music (2024)

Teskt: Szymon Stępnik

Leszek Możdżer i Adam Bałdych wybitnymi muzykami są. Choć ten sparafrazowany cytat z „Ferdydurke” w kontekście Juliusza Słowackiego traktowany jest jako metafora bezkrytycznego podejścia do uznanych artystów, niewielu jednak zastanawiało się, co czuje osoba stawiana na piedestale sztuki. Od uznanego muzyka oczekuje się dużo, a presja fanów jest dodatkowym balastem z którym musi zmierzyć. Dodajmy do tego bogaty dorobek artystyczny wiążący się z setką skomponowanych i zagranych utworów, co nie pomaga w próbie stworzenia czegoś nowego. Sięgając po album „Passacaglia” nagrany przez przedmiotowy duet, towarzyszyło tylko jedno pytanie – czy panowie „dowieźli”?

Zanim jednak odpowiemy, warto zastanowić się, czym jest tytułowa „Passacaglia”. Oryginalnie nazwa ta pochodzi od hiszpańskich pieśni z towarzyszeniem gitary, które były wykonywane na ulicy. Od 1640 roku terminem tym określano taniec w metrum trójdzielnym, a w wieku XVII nazywano tak również krótkie utwory oparte na równomiernym rytmie i fakturze akordowej. Od pierwszej połowy wieku XVII, w operze weneckiej pojawiły się ponadto partie oparte na motywie ostinatowym (czyli powtarzającym się), które wykazywały związek z późniejszą, najbardziej znaną, naturą wariacyjną passacaglii.

Posiadając już ową wiedzę, łatwo jest zauważyć wyżej wymienione cechy podczas słuchania longplaya. Niemal każdy utwór cechuje się wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. Często mamy też wrażenie powtarzających się motywów – coś a‘la jazz modalny w stylu Kind of Blue, ale nieco bardziej złożony i skomplikowany. Mimo wszystko, to nie nawiązanie do passacaglii stanowi tutaj główne danie.

Leszek Możdżer zastosował bardzo ciekawe rozwiązanie pokazując, że – co wydawać może się paradoksalne – w temacie brzmienia fortepianu nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa. Do tej pory instrumenty te strojone były przez muzyków albo w częstotliwości 440 Hz albo (z rzadka) 432 Hz. Polski mistrz fortepianu jazzowego poszedł jednak o krok dalej i wykonał coś, czego do tej pory nie słyszałem w muzyce. Postanowił bowiem jednocześnie użyć dwóch fortepianów w dwóch opisanych strojeniach! Wydawać by się mogło, iż takie połączenie stworzy kakofonię i chaos, ale stało się wręcz przeciwnie. Połączenia są intrygujące i przyciągają uwagę słuchacza. Fałsz, którego można byłoby się spodziewać, jest niemal niesłyszalny. Niewątpliwie stwarza to ogromne problemy podczas organizacji koncertów (w tym konieczności zapewnienia dwóch fortepianów), ale cóż – sztuka wymaga przecież odpowiednich przygotowań.

Jeżeli chodzi o samą technikę gry, oczywiście jest najwyższym możliwym poziomie. Leszek w charakterystyczny sposób tworzy barwne pejzaże, uderzając w klawisze gęsto i precyzyjnie. Adam również brzmi wyśmienicie. Wspomnieć należy, iż korzystał nie tylko ze skrzypiec „współczesnych”, ale także tzw. „renesansowych”, które różnią się między innymi tym, że są strojone o septymę niżej, a brzmienie ich ociera się wiolonczelę. Co prawda nie są aż tak słyszalne, jak podwójny fortepian, lecz dodają płycie dodatkowego piękna. Adam nie popisuje się, gra powoli i dokładnie, a jego dźwięki zdają się być przemyślane.

Album ma właściwie tylko jedną wadę. Eksperymenty z łączeniem strojów 432 Hz i 440 Hz ograniczono niemal do minimum, przez co pojawiają się tylko gdzieniegdzie. Panowie nie zdecydowali się pójść za ciosem, by stworzyć kompozycje jeszcze bardziej odważne. Podobnie Adam również nie próbował eksperymentować z różnymi strojeniami w swoich instrumentach. Szkoda, bo mogłoby powstać dzieło naprawdę przełomowe. Z drugiej strony, dzięki zachowaniu pewnego szacunku dla harmonii, płyta jest naprawdę piękna i przystępna – nawet dla ludzi, którzy nie słuchają jazzu na co dzień. „Passacagalia” to naprawdę bardzo dobry album i najciekawsza propozycja zarówno Leszka Możdżera, jak i Adama Bałdycha od lat - szczególnie w przypadku tego pierwszego, który po nieco słabszym „Just Ignore It”, wraca w pełni glorii i chwały. Udowadnia, że jest nietuzinkowym pianistą, który wciąż nie wpadł w pułapkę własnej osoby oraz ma do zaproponowania ciekawe pomysły odnośnie instrumentu, o którym - zdawać by się mogło – powiedziano już wszystko. Adam Bałdych również nie pozostaje dłużny. Gra pięknie, zmysłowo, dając tym samym odpowiednią przestrzeń dla swojego partnera. Mając na uwadze powyższe, wniosek może być tylko jeden: ci dwaj, których nazwiska widnieją na krążku, pokazują, że nie bez powodu uważani są wirtuozów swoich instrumentów i cieszą się ogromnym szacunkiem na polskiej scenie.


środa, 28 lutego 2024

Nowości 2024 z Antenna Non Grata uchem Macieja Nowotnego

Dariusz Mazurowski

"Metropolis Balticum"

Wydawca: Antenna Non Grata (2023)


     


Ta płyta zawiera nagrania autentycznych dźwięków dokonanych w tzw. "terenie", w tym wypadku Trójmieście. Materiał jest pogrupowany tematycznie wg charakterystycznych miejsc (dworców, chodników, ulic, wnętrz, parków itd.) jak i ludzi. W rezultacie otrzymujemy swoistą panoramę miasta, która dokumentuje jego dźwiękową tożsamość uchwyconą na początku drugiej dekady XXI wieku. Nagrania są bardzo harmonijnie splecione ze sobą i tworzą jeden, niemalże nieprzerwany ciąg, układający się logiczną całość. Materiał nie zawiera żadnego motywu przewodniego, narracji, idei i przypomina lustro, w których z drobiazgową szczegółowością uchwycony został dźwiękowy portert miasta. Tylko i aż tyle.


Berthou / Chmiel / Monchoce

"The Schumann Resonance"

Wydawca: Antenna Non Grata (2023)








Rezonans Schumanna to rodzaj naturalnego "tętnienia" pola elektromagnetycznego Ziemi powstałego na skutek interakcji wyładowań atmosferycznych, głównie piorunów, generujących fale elektromagnetyczne. Do tego niemalże odwiecznego "pulsu" naszej planety podłączają swoją elektronikę i instrumenty akustyczne trzej artyści: Romain Bertheau - francuski klawisziec (pianino, klawesyn i organy), Jacek Chmiel - artysta dźwiękowy, rejestrator terenowy i improwizator grający na syntezatorach, cytrze, elektronice, misach i Sylvain Monchocé, który jest multiinstrumentalistą grającym na flecie, flecie basowym, flecie kontrabasowym, saksofonach, daegeum i gayageum. W nagraniu tym mamy do czynienia z czystą sonorystyką czyli techniką tworzenia muzyki wysuwającą na pierwszy plan brzmienie, barwę i fakturę muzyki, przy prawie całkowitej rezygnacji z tradycyjnie dominujących elementów, takich jak melodia i harmonia. Mi szczególnie do gustu przypadł drugi utwór na płycie zatytułowany "Light is Melting, But O. is Still Sleeping", w którym wykorzystano dźwięk mis tybetańskich. Przy tej muzyce świetnie mi się medytowało, a nawet zasypiało, co piszę bez ironii, i co może być to zbieżne z intencją artystów, bo jak twierdzą niektórzy dźwięki tworzone w częstotliwości zbieżnej z Rezonansem Schumanna mogą mieć na istoty żywe, w tym ludzi, uzdrawiający wpływ.



gintas k

Catacoms & Stalactites

Wydawca: Antenna Non Grata (2023)







Eksplorowanie jaskiń, z ich tajemniczym podziemnym światem, jest motywem znanym ludzkości od zarania. Także w muzyce, w tym elektronicznej, jest to on czesto eksplorowany, wystarczy choćby przypomnieć tu kultowy album Andreasa Volleniveidera "Caverna Magica". Autor tej muzyki, Gintas K, to uznany litewski kompozytor muzyki elektronicznej i eksperymentalnej, zdobywca nagród międzynarodowych. Niestety jego propozycja nie przypadła mi do gustu. Generowana wyłącznie elektronicznie muzyka często brzmi aseptycznie, brak jej życia, oddechu i tak jest niestety - w moim subiektywnym odczuciu - w tym przypadku. Przyznaję, że można tu znaleźć od czasu do czasu ciekawe pomysły dźwiękowe - w końcu po to się słucha muzyki eksperymentalnej - ale są one rzadkie, nie tworzą spójnej całości, a paleta dźwięków użyta w albumie - ostrych, chropowatych, drażniących - sprawia, że przy dłuższym słuchaniu (a materiał nagrany na płycie jest długi!) całość raczej męczy niż podnosi na duchu. Szczerze mówiąc odetchnąłem  z ulgą, że udało mi się wydostać z tej jaskinii, dzięki prostemu trikowi jakim było wyjęcie płyty z odtwarzacza CD. 


Jakub Gucik / Tilen Kravos

"Infuzja"

Wydawca: Antenna Non Grata (2023)

Ta płyta zatytuowana "Infusion" to obok "The Schumann Resonance" najciekawsza propozycja wśród tej partii płyt wydanych przez Antenna Non Grata i przesłanych do naszej Redakcji. Przede wszystkim mamy tu żywych muzyków grających na realnych instrumentach czyli Jakuba Gucika na wiolonczeli i Tilena Kravosa na gitarze elektrycznej. Recenzje kilku poprzednich płyt z udziałem Gucika znajdą Państwo pod tym linkiem na naszym blogu. Chociaż słuchacz nie uświadczy w tych dialogach zbyt wiele melodii czy rytmu, to trzeba przyznać, że interakcje między muzykami są wciągające, zaskakują kreatywnością, a improwizowany charakter muzyki sprawia, że mamy do czynienia z czymś świeżym i niepowtarzalnym. Chociaż jest to oferta wyłącznie dla koneserów muzyki improwizownanej, ale Ci nie powinni się tu rozczarować. Warto!


Autor tekstu: Maciej Nowotny
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...