piątek, 12 lipca 2024

The Beat Freaks and Ralph Alessi — "Mechanics of Nature"

The Beat Freaks and Ralph Alessi 

Ralph Alessi — trąbka
Tomasz Licak — saksofon tenorowy
Michał Starkiewicz — gitara
Flavio Gullotta — kontrabas
Radek Wośko — perkusja

Wydawca: Jazz Generator (2024)

Tytuł płyty: "Mechanics of Nature"

Tekst: Szymon Stępnik

Spytano kiedyś Jima Morrisona, jak opisałby płytę The Doors o nazwie “L.A. Woman”. Odpowiedział wtedy jednym słowem - “blues”. Wydaje mi się, że w podobny sposób można byłoby opisać najnowsze wydawnictwo od “The Beat Freaks” zatytułowane ”Mechanics of Nature”, gdzie tym razem zaprosiło do współpracy gwiazdę ECM-u Ralpha Alessiego, z tą jednak różnicą, że nie jest to “blues”, ale najczystszy w swoim rodzaju “free jazz”.

Dość długo słuchacze musieli czekać na nowe wydawnictwo tej intrygującej grupy. Od ostatniego longplaya “Stay Calm” minęło już bowiem 5 lat, a w międzyczasie Flavio Gullotta zastąpił na kontrabasie Pawła Grzesiuka. Sam lider zaś, czyli Michał Starkiewicz, w międzyczasie wydał rewelacyjny album pod nazwą “Solaris” w 2021 roku. Muzycy nie chcieli jednak odcinać kuponów i powrócili z większą dojrzałością, świadomością i nieco bardziej wyselekcjonowanymi pomysłami, a samo zaproszenie Ralpha Alessiego okazało się strzałem w dziesiątkę. Ale po kolei.

Album jest swoistym krążkiem koncepcyjnym. Tematem przewodnim jest piękno natury, ale rozumiane bardziej jako zachwyt nad mechanizmami nią rządzącymi. Starkiewicz zresztą już we wspomnianym wcześniej “Solaris” dał upust swoim poszukiwaniom piękna i melodii w mechanikach rządzących światem. Mechanics of Nature traktować należy więc jako naturalną kontynuację tamtego tematu.

Kompozycje są jednak na tyle szalone, że trudno na pierwszy rzut ucha zrozumieć wspomniany wyżej konceptualizm. Tak naprawdę mamy tutaj free jazz w czystej postaci, gdzie muzycy kwestionują wszelkie dotychczasowe zdobycze teorii muzyki (a przynajmniej w kwestii rytmicznej). Zachowują jednak przy tym spójność i melodyjność, a w każdym utworze można usłyszeć pewną charakterystyczną cechę, którą jest wolne oraz długie brzmienie sekcji dętej w kontraście do szybkiej, gęstej i wręcz galopującej sekcji rytmicznej. Takie podejście do freejazzowego grania nie pozwala na nudę. Harmonie są powolne, grane jakby w zupełnie innym tempie, niż pędzący w tle rytm. Taki kontrast jest dla słuchacza w odbiorze czymś fenomenalnym.

Chemia, którą mają między sobą Tomasz Licak i Ralph Alessi jest nieziemska. Trochę obawiałem się, że trąbka i saksofon będą sobie przeszkadzać albo (o zgrozo) w sztampowy sposób czekać na swoją kolej przy solówce. Jest wręcz przeciwnie. Mamy tutaj do czynienia bardziej z dialogiem dwóch muzyków, niż banalną próbą ukazania swojej osoby w jak najlepszym świetle. Bardzo podobają mi się momenty, kiedy oba instrumenty grają te same dźwięki, ale dzięki pewnym subtelnościom (w tym w aspekcie długości trwania danej nuty), brzmią zupełnie inaczej. Słuchanie tego duetu to po prostu czysta przyjemność.

Oczywiście nie można zapominać o znakomitej sekcji rytmicznej, która gra niebanalnie, a jednocześnie mocno rytmicznie i spójnie. Flavio Gullotta i Radek Wośko odwalili kawał dobrej roboty. Paradoksalnie najmniej podobał mi się sam lider. Oczywiście jego technika jest na najwyższym poziomie, ale po prostu nie mogę zachwycić się brzmieniem jego gitary. Zdaję sobie sprawę, że ktoś może mieć inne odczucia, ale jasno brzmiące PAFy (tj. rodzaj przetworników gitarowych) strasznie irytują moje bębenki słuchowe.

Krążek “Mechanics of Nature” pokazuje jak wielkim artystą jest Ralph Alessi. To nie przypadek, że nagrywa albumy dla ECM-u. Świetnie operuje akcentami i posiada genialne wyczucie artykulacji. Może grać jednocześnie ostro i awangardowo, a z drugiej strony tworzyć piękne, nastrojowe pejzaże. Moim faworytem jest utwór “Elephant Song”, gdzie pierwotnie miałem wrażenie, iż słyszę jakieś stare nagranie Tomasza Stańko.

Nowe dzieło “The Beat Freaks” nie zawodzi. Pomimo tego, że jest stosunkowo długie, nie nudzi w żadnym momencie oraz intryguje swoją pomysłowością. Ralph Alessi znakomicie odnalazł się we współdzielonej roli solisty z Tomkiem Licakiem. Nawet jeżeli komuś nie do końca podchodzi gatunek free jazzu, “Mechanics of Nature” jest pozycją wyjątkową, której warto dać szanse. Wrażenia dźwiękowe, szczególnie z powodu boskiej sekcji dętej, są niewątpliwie warte poświęcenia chwili wolnego czasu na zapoznanie się z tego rodzaju muzyką.


środa, 10 lipca 2024

Szymon Nidzworski Projekt feat. Andrzej Seweryn - "Beyond Your Eyelids"

Szymon Nidzworski Projekt feat. Andrzej Seweryn 

Szymon Nidzworski – saksofon sopranowy i tenorowy,
Damian Marat i Jan Harasimowicz – trąbki,
Olivier Andruszczenko – klarnet i klarnet basowy,
Szymon Zawodny – saksofon barytonowy,
Ewa Paciorek – waltornia,
Mateusz Sejdak – tuba,
Mateusz Stankiewicz – akordeon,
Helena Matuszewska – suka biłgorajska i skrzypce,
Patryk Dobosz – bębny,
Tomasz Kłoś – syntezator.

"Beyond Your Eyelids" 

Wydawnictwo: Fundacja PLATEAUX (dystrybucja: Warner Music Poland) (2017)

Autor tekstu: Marcin Kaleta

Odwiedzając Zakopane pod koniec grudnia, każdorazowo przekonujemy się o jednym. Otóż dla turystów największą atrakcję stanowi nie przejazd na Gubałówkę czy tym bardziej spacer po zatłoczonych Krupówkach, tylko "Sylwester (Marzeń) z Dwójką".

Akurat na Górnej Równi Krupowej powstaje wtedy plenerowa scena. Entuzjazm temu towarzyszący bywa ogromny, rozleglejszy nawet niźli ona sama. Zewsząd dobiegają komentarze w rodzaju: "Łooo, zaśpiewa ten a ten!". Albo: "Taki i owaki też będzie!". Wreszcie: "I łun, i łun!", czyli oczywiście Z(d)enek. Innych nie kojarzę, jego owszem — kiedyś było coś o nim bodaj na Onecie. Nie jestem na bieżąco, niemniej na pewno to był łun!

W każdym razie, skoro nie znam popularnych i hołubionych przez miliony Gwiazd, pozostaje mi poprzestać na pisaniu o jazzie. Dzisiaj przypomnę Szymona Nidzworskiego. Postać to niezwykła, określana nawet mianem "polskiego Jana Garbarka", ale w Zakopanem nieprędko wystąpi. Prawdopodobnie, gdyż ostatnio coraz częściej współpracuje z reżyserami teatralnymi czy filmowymi. Zatem kto wie, może i doczekamy się go chociażby w tamtejszym Teatrze im. St. I. Witkiewicza?

Póki co, pozostaje nam zachwycać się jego debiutanckim albumem pt. "Beyond Your Eyelids" (2017). Współtworzą tenże, co sam podaje: "wybitni polscy artyści młodego pokolenia". Z nim zebrało się ich aż jedenastu. Ponadto wokalistka SHY oraz mistrz, wybitny aktor i reżyser, za sprawą którego całość została oznaczona jako Szymon Nidzworski Projekt feat. Andrzej Seweryn.

Utwory, wszystkie skomponowane przez Nidzworskiego (poza jednym Teresy Gręziak), rozpisane zostały przede wszystkim na instrumenty dęte. Tak oto usłyszymy: saksofon tenorowy albo sopranowy lidera, trąbkę Jana Harasimowicza bądź Damiana Marata, saksofon barytonowy Szymona Zawodnego, waltornię Ewy Paciorek, tubę Mateusza Sejdaka, klarnet i klarnet basowy Oliwiera Andruszczenki. Sekundują im Mateusz Stankiewicz na akordeonie, Helena Matuszewska na suce biłgorajskiej lub skrzypcach, Patryk Dobosz na perkusji, wreszcie Tomasz Kłoś na syntezatorach. Konfiguracje są różne: od występu solowego, poprzez duety, aż po nonet w rewelacyjnym "Eyesore".

Do tego jednak należy doczekać. Przy pierwszym utworze ("Opening") może pojawić się zwątpienie. Cóż to, akustyczny ambient? Jakieś snuje bezcielesne, energii wyzbyte? Przy drugim, programowym: "Take a breath" ("Weź oddech"), w którym Seweryn recytuje wiersz Nidzworskiego (ponadto w utworze tytułowym wiersz Anny Kuk), już poważniejemy. Odtąd szacunek i uwielbienie mnie nie odstępowały (zupełnie inaczej aniżeli Adama Barucha). Nigdy dotąd muzyka, która ledwo unosi się nad ciszą, tak mnie nie zafascynowała. Z ciszy się poczyna, ciszą jest nabrzmiała i ku ciszy zmierza, a jednak — mimo tej obecności czy przeczucia nieistnienia (bezdechu?) — uciszeniu się sprzeniewierza, nawet w tych (nielicznych wprawdzie, acz przebrzmiewających) funeralnych momentach. Jest w niej zawarte intensywne pragnienie życia. Jako taka, ma charakter afirmatywny.

Autor przekonuje, że stworzył repertuar, stanowiący "wypadkową przeżyć, uczuć oraz inspiracji, często pozamuzycznych". Wymienia "czas, przestrzeń, pejzaże". To wszystko wydaje się cokolwiek banalne, oczywiste. Tylko że w tym przypadku zintensyfikowało się nieomal do rangi objawienia! Według mnie mamy do czynienia z dziełem ojca, który uczestniczył w cudzie narodzin własnego dziecka. Albo oczekuje tegoż. Tak szczera, pełna i wszechogarniająca jest afirmacja życia i świata, którą przepojone są dźwięki. Natomiast sam Nidzworski nie ukrywa wdzięczności wobec żony, Antoniny, której zadedykował materiał.

Stylistycznie to szlachetny stop najwartościowszych pierwiastków. Etno czy world music, tony dworskie lub liturgiczne, doświadczenia klasyki i awangardy, improwizacja, motywy typowe dla muzyki filmowej, itp. Stricte jazzowych fragmentów jest wprawdzie niewiele, niemniej wystarcza. Nieważne, brzmi wspaniale, "zastanawiająco" i "urzekająco", jak konkluduje recenzent, Marek Dusza, przyznając najwyższą notę. Bo też otrzymaliśmy projekt oryginalny, doskonały, przemyślany i dopracowany, może i genialny. Miejscami ekstatyczny. Albo i mistyczny. To znowu intymny... W ogóle zebrano tu wszystko, co ludzkie. Epikę, lirykę i dramat egzystencji w całej okazałości.

Dopiero ostatni utwór (co słusznie odnotował recenzent, Marcin Puławski z Laboratorium Muzycznych Fuzji) rozładowuje nastrój zadumy, powagi, nabożeństwa. Tu już słyszymy jakiś pop z wierszem Nidzworskiego, tym razem po angielsku i w wersji "piosenkowej". Zaiste, chciałbym, by tym podobne wykonania królowały na listach przebojów. Tudzież na "Sylwestrze (Marzeń) z Dwójką". No co? Pomarzyć jeszcze wolno. Wtedy bym i ten nawias usunął.


poniedziałek, 8 lipca 2024

P.G.R. - „Polish Psalter vol.2 for soprano & jazz ensemble” (2023)

P.G.R.

Barbara Rogala – sopran/soprano
Szymon Bońkowski – saksofon altowy/alto saxophone
Grzegorz Rogala – puzon tenorowy, aranżacja /tenor trombone, arrangement
Witold Janiak – fortepian/piano
Michał Rutkowski – kontrabas/double bass
Kamil Miszewski – perkusja/drums

„Polish Psalter vol.2 for soprano & jazz ensemble” (2023)

Wydawnictwo: Ars Sonora

Tekst: Renata Rybak

Nazwa formacji, P.G.R., oznacza Projekt Grzegorza Rogali, puzonisty, aranżera i kompozytora. Rogala po wydanej w 2020 roku pierwszej części „Polish Psalter”, dobrze ocenionej zwłaszcza przez środowisko muzyki klasycznej, podejmuje próbę kontynuowania tego konceptu. Jego ideą jest łączenie kultur i gatunków muzycznych oraz swoista podróż w czasie, a realizowane jest ono poprzez zaprezentowanie utworów renesansowego kompozytora Mikołaja Gomółki do słów Jana Kochanowskiego w zupełnie nowej odsłonie.

Oto pieśni Gomółki, tradycyjnie zaplanowane na cztery głosy, stanowiące dla siebie kontrapunkt, zostają zaaranżowane przy wykorzystaniu konceptu synkretyzmu estetyk muzycznych. Wierny oryginałowi pozostaje jedynie sopran, który jednak także wykonuje fragmenty oparte na wokalizie. Pozostałe głosy z oryginalnych kompozycji Gomółki realizowane są przez sekcję dętą i fortepian, wspierane przez sekcję rytmiczną.

Konstrukcja psalmów zaaranżowanych przez Rogalę to prezentacja głównej linii melodycznej przez sopran, który odtwarza oryginalny tekst i melodię w estetyce klasycznej muzyki renesansowej, to znaczy bez ozdobników i wibrata. Pozostałe głosy zastąpione są przez zespół jazzowy, pełniący początkowo rolę dopełniającą harmonicznie sopran, rolę towarzyszącą. Czasem fragment oryginalny, prezentowany przez sopran, poprzedzony jest intro w wykonaniu zespołu jazzowego, jednak zwykle pierwotna linia melodyczna pojawia się od razu na wstępie.

Temat przejmowany jest następnie przez fortepian lub któryś z instumentów dętych, prezentujacy nieco przetworzoną główną linię melodyczną. Główny temat podlega też improwizacji, początkowo bliskiej oryginalnej linii melodycznej, następnie dość swobodnie odbiegającej melodycznie, rytmicznie i w aspekcie estetyki, od oryginału. Takie zabiegi stosowane są zwłaszcza przez fortepian z towarzyszeniem kontrabasu i perkusji. Są one ciekawą przeciwwagą do renesansowej estetyki oryginału i wnoszą ciekawy jazzowy pierwiastek do oryginalnych utworów. Świetne zgranie fortepianu z instrumentami sekcji nie jest zaskoczeniem, ponieważ Michał Rutkowski na kontrabasie i Kamil Miszewski na perkusji wielokrotnie towarzyszyli pianiście Witoldowi Janiakowi w jego poprzednich projektach, podczas których Janiak brał na warsztat utwory co prawda nie klasyczne, ale ludowe. One także były aranżowane w estetyce jazzowej. Stąd proces taki jest Janiakowi dobrze znany, a jego pomysły interpretacyjne doceniane.

Na płycie słyszymy też saksofon, na którym gra Szymon Bońkowski. Saksofon czasem przejmuje linię melodyczną od głosu żeńskiego i jest jego naturalnym przedłużeniem, a czasem dość zgrabnie improwizuje.

Ciekawym elementem tej płyty są fragmenty wokaliz sopranistki Barbary Rogali, w estetyce bardziej muzyki klasycznej, z towarzyszeniem jedynie kontrabasu. Te właśnie aranżacje Grzegorza Rogali moim zdaniem faktycznie łączą światy muzyki klasycznej i jazzu, a sam koncept jest nowatorski.

Kolejnym ‘smaczkiem’ jest fortepian grający w estetyce klawesynu, który to instrument byłby pewnie bardziej zbliżony do czasów, kiedy te pieśni powstawały. Janiak bawi się tu estetykami i płynnie przechodzi między jedną a drugą.

Reasumując, album przedstawia ciekawy koncept zaprezentowania muzyki klasycznej z towarzyszeniem jazzu i możliwości zainspirowania się renesansową estetyką. Płyta wpisuje się tym samym w dość popularny ostatnio w muzyce jazzowej nurt synkretyzmu tradycji muzycznych z różnych epok. Jest to zdecydowanie kolejny krok ułatwiający przybliżenie tego typu muzyki szerszej publiczności.

piątek, 5 lipca 2024

Polski Piach - "Anomalia"

Polski Piach

Piotr Mełech - klarnet basowy
Piotr Domagalski - basetla
Patryk Zakrocki - gitara akustyczna, ogólna wizja i opieka nad zespołem.

Tytuł albumu: "Anomalia"

Wydawca: Gustaff Records (2024)

Autor tekstu: Maciej Nowotny

Dlaczego ludzie podróżują? Bo istnieje potężna siła - przeciwna grawitacji - która wyrywa nas z naszych miejsc, każe pakować plecak, wsiadać w samolot, autobus, pociąg lub po prostu iść przed siebie. Odpowiedź na pytanie "dlaczego?" nie jest łatwa. Spójrzmy na ptaki, na przykład rybitwę popielatą, uważaną za ptaka o najdłuższej wędrówce na świecie. Migruje z Arktyki, gdzie się rozmnaża, aż do Antarktydy, pokonując około 70 000 kilometrów rocznie. Ornitologów nurtują pytania: co sprawia, że ptaki zaczynają wędrówkę i jak odnajdują drogę. Być może odpowiedzią jest pole magnetyczne Ziemi, które ptaki potrafią wykrywać, co pozwala im na orientację. Niektóre gatunki mają nawet w organizmie magnetyt, działający jak wewnętrzny kompas.

A ludzie? Też wędrują, śpiewają i grają. Dźwięki są lustrzanym odbiciem procesów zachodzących w naszych ciałach. Dlatego tak ważne jest, że muzyka na albumie "Anomalia" zespołu Polski Piach jest grana wyłącznie na instrumentach akustycznych. Słychać oddech Piotra Mełecha na klarnecie, rytm gitary Patryka Zakrockiego przypominający bicie serca i basetlę Piotra Domagalskiego, która wnosi oryginalne brzmienie, odtwarzając tęsknotę za przestrzenią i żal z powodu opuszczenia gniazda.

Muzyka na tym albumie to zaproszenie do podróży. Wydaje się, że wszystkie muzyczne peregrynacje Zakrockiego prowadziły go do tej ścieżki. Blues delty Missisipi, echa muzyki afrykańskiego zachodniego wybrzeża, orientalne wpływy, w tym klezmerskie, tradycyjne pieśni ludowe, wreszcie duch współczesnej kameralistyki i improwizowanego jazzu, wszystkie są obecne w tej muzyce.

Aby cieszyć się tą muzyką, nie trzeba być jednak ekspertem. Wystarczy włączyć album w odtwarzaczu, ze streamingu lub najlepiej pójść na koncert. Miałem okazję uczestniczyć w premierowym koncercie tego albumu w warszawskim klubie SPATiF 20 kwietnia. Warunki były trudne - brak krzeseł, gwar, trzaskające drzwi - ale publiczność ignorowała te przeszkody, ciesząc się atmosferą i muzyką. Było to doświadczenie pełne emocji i łączności.

Co łączyło tych ludzi? Nie trzeba wiedzieć wiele o tej muzyce, nie trzeba idealnych warunków, aby się jej poddać. Czego więc było potrzeba? Może odrobiny magnetytu w ciele lub umyśle, który drażni i nie daje spokoju, zmuszając do wstania z kanapy i ponownego wyruszenia w drogę, z muzyką w oddechu i sercu, by znów odnaleźć wszystko.

środa, 3 lipca 2024

Irka Zapolska Quartet - "Perception of Preception"

Irka Zapolska Quartet

Dominik Kisiel - piano
Filip Arasimowicz - kontrabas
Maksymilian Kreft - perkusja
Irka Zapolska - wokal

"Perception of Preception" (2023)

Tekst: Maciej Nowotny

Jakoś tak się złożyło, że chociaż słyszałem wiele o tej płycie, to dopiero teraz, ponad rok od premiery w marcu 2023 roku, mam okazję jej posłuchać. I muszę przyznać rację moim kolegom krytykom (więcej na ten temat możecie znaleźć np. w informacji podanej przez Jazz Forum), że muzyka ta to rzeczywiście jeden z najciekawszych debiutów ubiegłego roku. Dzisiaj więc napiszę dosłownie kilka słów o tym,  jak wyglądało moje własne spotkanie z tą muzyką.

Przede wszystkim nie jest to muzyka do słuchania w tle: nie można przy niej czytać, spożywać kolacji czy rozmawiać ze znajomymi. Przy czym muzyka nie jest agresywna, nie epatuje nas hałasem, potencjalnie niczego nie zakłóca, natomiast od pierwszej nuty wymaga skupienia uwagi i to niemal absolutnego. W roli bowiem głównej występuje tu liderka, Irka Zapolska, która wybrała i napisała teksty, których zadaniem jest wytworzyć w naszym umyśle coś, co psychologowie nazywają dysonansem poznawczym. 

Zapolska wykorzystała jako teksty fragmenty prozy Lewisa Carrola z "Alicji w Krainie Czarów" jak i znajdujący się w tej książce poemat „Jabberwocky”, którym inspirował się Terry Gilliam w swoim filmie o tym samym tytule. Wybór tych fragmentów do wokalnej interpretacji jest z jednej strony niesłychanie odważnym krokiem, wręcz szalonym, ale z drugiej strony umiejętnym, bo stanowią one nierozwiązywalną zagadkę, coś w rodzaju buddyjskich koanów, będących wyzwaniem dla naszego szukającego oparcia w logice umysłu, zmuszając go do skupienia na tu i teraz, w tym przypadku na muzyce.

Że to się udaje jest jednak zasługą nie tylko genialnego tekstu jako takiego, ale przede wszystkim tak umiejętności wokalnych Zapolskiej, jak i wspaniałego po prostu wsparcia ze strony towarzyszącego jej trio, w osobach grającego na fortepianie Dominika Kisiela, na kontrabasie Filipa Arasimowicza i na perkusji Maksymiliana Krefta. Dominik Kisiel, o którym pisałem ja, a także moje koleżanki i koledzy na tym blogu wielokrotnie - link - to jeden z najbardziej uzdolnionych i obiecujących talentów w polskiej muzyce improwizowanej i jazzowej. Na tej płycie znalazł doskonałe zrozumienie z pozostałymi członkami zespołu i dzięki ich kreatywności, czujności i otwartości na dalekie od ortodoksji pomysły wokalistki, otrzymaliśmy propozycję stanowiącą nie tylko interesującą intelektualną zagadkę, ale w całości bardzo satysfakcjonujące muzycznie doświadczenie.

Wróćmy jednak do wokalistki, bo należy dodać, że oprócz fragmentów Lewisa Carrola, Zapolska proponuje nam też spotkanie z poezją swojego pióra i to pisaną po angielsku. Z reguły jest to recepta na katastrofę, ale nie w tym przypadku. Poezja jest wysokiej próby, angielski traktowany jako tworzywo do wypowiedzi, rodzaj kodu, szyfru, broni się dobrze i jedyna wątpliwość, która się tu pojawia to jak wiele osób będzie w stanie docenić tak sformułowany komunikat. Bo przecież muzyka już sama w sobie jest odważna, interesująca raczej dla niszowego słuchacza, a artystka jeszcze podniosła poprzeczkę, bo iluż polskich czytelników zna na tyle dobrze angielski, by się móc zachwycić tymi tekstami. Dla tych jednak co to potrafią i będą chcieli poświęcić na to swoją uwagę, czeka nagroda. Teksty skłaniają do refleksji, nie pozostawiają czytelnika obojętnym, a do tego są rewelacyjnie zaśpiewane, a okazjonalnie wyrecytowane.

Z tego wszystkiego, co dotychczas napisałem, widzicie, że mamy do czynienia z dziełem nietuzinkowym, doprawdy niezwykłym, które zwiastuje artystkę o dużych możliwościach. Z niecierpliwością będę czekał na jej kolejne projekty, podobnie jak te zagrane przez muzyków towarzyszącego jej trio. I może także z pewną nadzieją, że następnym razem muzyka, którą nam zaprezentuje będzie miała nieco większe szanse na dotarcie do szerszej publiczności i częstsze goszczenie w salach koncertowych. Przyznam bowiem, że bardzo chciałbym usłyszeć jak ta utalentowana wokalistka brzmi na żywo na koncercie.


poniedziałek, 1 lipca 2024

Weronika Grozdew & Musos - „Wandering songs”

Weronika Grozdew & Musos

Weronika Grozdew - Kołacińska – wokal/vocals
Marta Maślanka – cymbały, bęben obręczowy, wokal/dulcimer, frame drum, vocals
Dorota Błaszczyńska - Mogilska – skrzypce, wokal/violin, vocals
Kacper Malisz - skrzypce, skrzypce barytonowe/violin, baritone violin
Aleksandra Demowska - Madejska – altówka, wokal/viola, vocals
Bartłomiej Pałyga - wiolonczela, gadułka, sygyt & kargyraa śpiew/cello, gadulka, sygyt & kargyraa vocals
Wojciech Pulcyn – kontrabas/double bass
Wojciech Lubertowicz – bębny obręczowe, darbuka, duduk, ney/ frame drums, darbuka, duduk, ney

Gościnnie:
Grażyna Auguścik – wokal/vocals
Rafał Grozdew – wokal/vocals
Zosia Zaborowska & Kacper Siejkowski – wokal/vocals
Sylwia Świątkowska – fidel płocka/ Płock fiddle

„Wandering songs” (2024)

Wydawnictwo: For Tune

Tekst: Renata Rybak

Muszę przyznać, że jest to jedna z ciekawszych płyt, jakich miałam przyjemność ostatnio słuchać, chociaż przy pierwszym podejściu nie porwała mnie zbytnio.

Skąd taka zmiana?

Otóż do pierwszego przesłuchania podeszłam z nastawieniem, że to będzie muzyka folkowa bazująca na tradycji polskiej, a w najlepszym wypadku muzyka świata. Wskazywało na to instrumentarium i tytuły piosenek, wręcz sugerujące muzykę ludową.

Okazało się to być po części prawdą. Faktycznie, sporo motywów zaczerpniętych z muzyki tradycyjnej, mamy teksty utworów pochodzące z pieśni ludowych, a jeśli nie teksty, to przynajmniej tematykę. Wykorzystywane są także tradycyjne polskie instrumenty ludowe takie jak cymbały, charakterystyczne brzmieniowo bębny obręczowe czy też fidel płocka, oraz tzw. biały śpiew, który słyszymy na płytach folkowych albo też z jazz/world music. Ich brzmienie samo w sobie nie wnosiłoby jednak nic świeżego.

Co prawda można było wysłyszeć też brzmienia niełączące się z polską muzyką folkową, jednak ciężko było je przypisać je do jakiegoś konkretnego kontekstu muzycznego. Dopiero po wgłębieniu się w temat okazało się, że ich geneza jest również ludowa, jednak pochodząca z zupełnie innych, czasem odległych, kręgów kulturowych. Mamy tu więc śpiew sygyt i kargyraa, które są charakterystyczne dla obszarów Mongolii i południowej Syberii. Słychać gadułkę, czyli tradycyjny bułgarski instrument smyczkowy, umożliwiający wykorzystanie skal arabskich. Brzmią także instrumenty dęte z Bliskiego Wschodu takie jak duduk i ney, oraz darbuka, czyli instrument perkusyjny także charakterystyczny dla tego rejonu świata.

A prawdziwy game changer było to wysłyszenie, w jaki sposób 10 utworów na płycie zostało zaaranżowane przy wykorzystaniu wszystkich opisanych powyżej technik śpiewu i całego wachlarza instrumentarium. Co ciekawe, w ramach każdej pieśni instrumenty, techniki wokalne i estetyki przeplatają się ze sobą. Dzięki zaproszeniu muzyków, poruszających się w estetyce jazzowej, takich jak Grażyna Auguścik, Wojciech Pulcyn czy Kacper Malisz, do tej mieszanki została dodana jeszcze szczypta jazzu.

To właśnie bogactwo brzmień, tradycji kulturowych, języków, a także estetyk muzycznych, zestawionych ze sobą w harmonijny i przemyślany sposób stanowi o wyjątkowości tej płyty.

Tak naprawdę każdy z utworów można analizować osobno, wychwytywać różne puzzle z tej układanki muzycznej i zastanawiać się, z którego kręgu kulturowego czy też estetycznego pochodzi każdy z nich.

Jedną z najciekawszych dla mnie pieśni, która może posłużyć jako potwierdzenie bogactwa środków muzycznego wyrazu, użytych na płycie w nieszablonowy sposób, jest ‘Oczekiwanie’. Utwór zaczyna się od wokalnego wstępu w technice sygyt. Jest to niejako akompaniament do wokalizy duetu kobiecego, przypominającego melodię ludową, przechodzącego we frazę bardziej rytmiczną, śpiewaną w technice wokalnej scat, zaczerpniętej z jazzu. Jednak to nie wokalistki prezentują główną linię melodyczną, a instrumenty strunowe, grające techniką pizzicatto, w estetyce kojarzącej mi się bardziej z muzyką klasyczną. Po takim wstępie ostatecznie wchodzi Weronika Grozdew i rozpoczyna swoją pieśń. Słowa pieśni oraz instrumentarium towarzyszące wokalistce wskazywałyby na estetykę folkową, jednak sposób śpiewania przypomina raczej poezję śpiewaną. Podobnie brzmi kolejna zwrotka wykonywana przez Grażynę Auguścik. A potem zaczyna się, jakże ciekawy, kulturalny i estetyczny tygiel. Słyszymy wokalizę i swobodną improwizację wokalu kobiecego. Można by się pokusić o stwierdzenie, że jest to fragment jazzowy, gdyby nie instrumenty, w tym bęben obręczowy, ciągnące nas w coraz bardziej w stronę estetyki ludowej, oraz zdecydowany, bardzo precyzyjny rytm oberka, do którego dopasowuje się też wokalistka. Do tego wraca w tle wokal w technice sygyt i kargyraa. O tym, że jest to jednak oberek, przekonujemy się już w kolejnym fragmencie, bo kobiece głosy milkną, a pozostają instrumenty, z wiodącymi skrzypcami, grające klasycznego oberka. Finalnie wokal kobiecy wraca i prezentuje ostatnią zwrotkę, bardziej w estetyce poezji śpiewanej. Do tego stylu dopasowują się też skrzypce i inne instrumenty. Utwór zamyka wokaliza kobieca, powtórzona z początku pieśni, i dołączający się do niej męski głos śpiewający w technice sygyt.

Moim zdaniem ta pieśń oraz wszystkie inne utwory z tego albumu, świetnie wpisują się w jego ideę, tak ważną dla Weroniki Grozdew. ‘Wandering songs’ to pieśni drogi. Jak sama wokalistka mówi, jest to: „swoisty pamiętnik z pieśniami, które przywędrowały do mnie dzięki ludziom, których spotkałam na swojej drodze. Wszystkie pieśni odwołują się do tego, co jest mi bliskie, co mnie ukształtowało i uwrażliwiło na świat muzyki i muzykę świata.”

Zdecydowanie ten album to podróż. Podróż w czasie, do okresu dzieciństwa wokalistki, kiedy jej rodzice wciągnęli ją w świat muzyki z różnych zakątków świata. Podróż do innych krajów, spotkanie z innymi kulturami, estetykami. Podróż przez życie i gromadzenie doświadczeń życiowych, wrażeń, wspomnień ze spotkań z ludźmi. Podróż artystyczna, w grupie innych muzyków, którzy ze sobą niosą bagaż swoich doświadczeń, inspiracji i wizji muzycznych.

Dla mnie co prawda nie była to muzyczna podróż z gatunku tych najłatwiejszych, bo prawdziwe docenienie tej muzyki wymagało nieco wysiłku włożonego w zapoznanie się wykorzystanymi na płycie instrumentami i technikami, które dotąd nie były mi znane. Jednak było warto i chętnie to powtórzę. Do czego gorąco zachęcam moich czytelników.


piątek, 28 czerwca 2024

Audycja "Muzyka, która leczy" w RadioJAZZ.FM - podsumowanie I półrocza 2024 z redaktorami bloga Polish Jazz!!!

 Już dzisiaj w Piątek 28.06 tym razem już od godz. 18:00 do 20:00 prowadzący Maciej Nowotny i Pawel Ziemba zapraszają do wysłuchana na antenie RadioJAZZ.FM na kolejne wydanie naszej Audycja "Muzyka, która leczy". Tym razem naszymi gośćmi będą redaktorzy recenzujący płyty polskich wykonawców jazzowych na blogu Polish Jazz: Agnieszka Gawrych, Robert Kozubal i Szymon Stępnik. Tematem naszej rozmowy, jak również prezentacji muzycznych, będą wybrane nagrania, które w okresie ostatnich sześciu miesięcy ukazały się na polskim rynku i wzbudziły zainteresowanie naszych gości. Jak zawsze trochę porozmawiamy i będzie dużo, dobrej, ciekawej i różnorodnej muzyki. Zapraszamy!!!




środa, 26 czerwca 2024

Marek Pospieszalski - "No Other End Of The World Will There Be"

Marek Pospieszalski 

Marek Pospieszalski – saksofony altowy i tenorowy, klarnet oraz magneton szpulowy
Piotr Chęcki – saksofony tenorowy i barytonowy,
Tomasz Dąbrowski – trąbka,
Tomasz Sroczyński – altówka,
Szymon Mika – gitary elektryczna i akustyczna,
Grzegorz Tarwid – fortepian,
Max Mucha – kontrabas,
Qba Janicki – perkusja i elektronika.

"No Other End Of The World Will There Be (Based On The Works Of Polish Female Composers Of The 20th Century)" 

Wytwórnia: Clean Feed (2023)

Tekst: Marcin Kaleta

Bogusławowi Schaefferowi zawdzięczam, że Barbarę Buczek (Buczkównę) poznałem ćwierć wieku wcześniej aniżeli Grażynę Bacewicz. Pierwszej poświęcił bowiem rozdział w dwutomowych "Kompozytorach XX wieku" (biblia nastolatka, obok trzytomowej "Historii filozofii" Tatarkiewicza), drugiej nie (acz pisywał o niej gdzie indziej). Własną protegowaną komplementował tam niepomiernie i zaliczył "nie tylko do twórców wybitnych, ale zgoła wyjątkowych". Podkreślał: umiejętność przekazania "ogromu niedoli ludzkiej", wielowarstwowość i wielogłosowość, wyrafinowanie kolorystyczne i wysublimowanie, "bogactwo odcieni interpretacyjnych i agagogicznych", "arcyosobisty" charakter, nowatorstwo, wreszcie nieustępliwość na rzecz "doraźnego efektu", czyli niechęć do przypodobywania się producentom czy publiczności. Dla mnie ideał, dla innych niekoniecznie.

Powyższe przełożyło się bowiem na stan, który utrzymuje się od półwiecza: jej twórczość "pozostaje ogółowi odbiorców nieznana". O ile płyt Bacewicz uzbierałem kilkanaście, o tyle Buczkówny żadnej, znam jedynie nagrania z YouTube. Ostatnio zdwoiłem wysiłki. Prowadzę blog poświęcony wiolonczelistkom i wiolonczelistom, zatem potrzebowałem zaprezentować kogoś, kto wykonuje "Hipostazę" (1978) na sopran, flet, wibrafon, wiolonczelę i saksofon, podobno "utwór przepiękny". Dotąd się nie udało, ale w ten sposób niespodziewanie natrafiłem na pozycję, gdzie dzieła obu pań ze sobą sąsiadują!

Mowa o "No Other End of the World Will There Be" Marka Pospieszalskiego (2023, Clean Feed). Fenomenalna i unikatowa jest już sama koncepcja tego albumu. Oto w kraju, w którym wielu zawadzają feminatywy, zaś herstoria w zasadzie nie istnieje (albo w bólach się rodzi), częstochowski jazzman zdecydował się zarejestrować materiał wyłącznie w oparciu o utwory polskich kompozytorek (podtytuł: "Based on the works of Polish Female Composers of the 20th Century"). Ponadto mamy do czynienia z przedsięwzięciem niezmiernie erudycyjnym: konsekwentnie przybliża przedstawicieli polskiej szkoły kompozytorskiej, którzy bywają nieznani nie tylko za granicą, lecz nawet przez rodaków.

Poprzednie wydawnictwo z tej serii, podwójne: "Polish Composers Of The 20th Century" (2023, Clean Feed), prezentowało dwunastu kompozytorów. Uznane zostało za sensację i zdobyło m.in. zaszczytne miano Albumu Roku 2022 w plebiscycie magazynu "Jazz Forum". Co ciekawe, na liście sklasyfikowana została inna płyta Pospieszalskiego – naówczas muzyka roku, docenionego również za aranżację – nagrana w kwartecie „Durer’s Mother” (2022, Clean Feed). Obecnie omawiana w analogicznym zestawieniu za 2023 w ogóle nie wystąpiła! Trudno wytłumaczyć, dlaczego.

Nikt mi nie wmówi, że dzieła Elżbiety Sikory, Bernadetty Matuszczak, Lucii Dlugoszewski, Grażyny Bacewicz, Barbary Buczek, Hanny Kulenty, Krystyny Moszumańskiej-Nazar, Grażyny Pstrokońskiej-Nawratil, Marty Ptaszyńskiej, Agaty Zubel w czymkolwiek ustępują dziełom Zygmunta Krauzego, Włodzimierza Kotońskiego, Tadeusza Bairda, Zbigniewa Rudzińskiego, Marka Stachowskiego, Jana Krenza, Kazimierza Serockiego, Romana Palestera, Witolda Szalonka, Andrzeja Panufnika, Tomasza Sikorskiego czy Bogusława Schaeffera. Jeżeli nie napiszę, że bywają ciekawsze, to wyłącznie dlatego, że na tym poziomie artystycznym hierarchie po prostu nie obowiązują. Natomiast zdarza się, że są bardziej radykalne.

Poza tym od początku "oba albumy traktowane były jako monolit" (Pospieszalski). Identyczna jest ich koncepcja. Jak i poprzednio, nie są to oryginalne kompozycje, tylko "wariacje na temat" pierwowzoru, ewentualnie improwizacje inspirowane tymże. Jak informuje twórca: "Chwytałem się małych fragmentów, z których rozwijałem własne transowe, minimalistyczne, długie formy". Również one nie są rozpisane na oryginalne instrumentarium, lecz na oktet jazzowy. Obok lidera na saksofonach altowym i tenorowym oraz klarnecie (ponadto magnetofon szpulowy) usłyszymy znakomitych muzyków: Piotr Chęcki – saksofony tenorowy i barytonowy, Tomasz Dąbrowski – trąbka, Tomasz Sroczyński – altówka, Szymon Mika – gitary elektryczna i akustyczna, Grzegorz Tarwid – fortepian, Max Mucha – kontrabas, Qba Janicki – perkusja i elektronika.

W tym miejscu postawię zarzuty, trzy. Po pierwsze, niewystarczająco ujawnia się indywidualność tych panów. Materiał, zarejestrowany podczas krakowskiego festiwalu Sacrum Profanum w sierpniu 2022, jest zbyt kolektywny; w moim przekonaniu za mało tu sugestywnych partii stricte solowych. Po drugie, tytułowa fraza (staruszka uprawiającego ogród) powinna zostać jednak wykrzyczana po angielsku. Po trzecie, brak bookletu, o który aż się prosiło. Poza pierwszym, drobiazgi? Owszem. Bo to bardzo dobra pozycja.

Otrzymujemy wręcz gwarancję niezawodnego grania. Widzę tu i ówdzie, że potraktowano tę muzykę jako jazz awangardowy. Owszem, ale umiarkowanie. Przy okazji jest bardzo komunikatywny, przyswajalny i na pewno idealnie się sprawdza podczas koncertów. Momentami istna ściana dźwięków, różne szarże, a niektóre zagrania zrytmizowane w sposób, który kojarzę z progresywnego rocka. Niemniej przeważa tempo stateczne, występują nawet spowolnienia, rozwleczenia – utwór czwarty mógłby stanowić akompaniament dla konduktu pogrzebowego. Gdzieniegdzie "wykorzystanie środków ze świata sound designu, noise’u i muzyki elektronicznej" przypomina, że to estetyka w pełni nowoczesna.

Myślę, że album usatysfakcjonowałby jedną z jego bohaterek, śp. profesor Krystynę Moszumańską-Nazar. Zapytana o fascynację młodych artystów elektroniką, nadmieniła: "nie przeczę, niektóre rozwiązania są interesujące". Przede wszystkim jednak wspominała: "My, Polacy, nie umiemy zatroszczyć się o własną kulturę wysoką. [...] Piętno polskiego syndromu: w repertuarze muzycznym nieobecni są Malawski, Serocki, Baird – ba, nawet Karłowicz" i inni, im podobni. A tu proszę, mamy to, mamy i tamto, przynajmniej w pewnym zakresie. Tylko czy potrafimy docenić? Czy ktokolwiek zacznie teraz szukać informacji, których tu zabrakło, mianowicie o tych wspaniałych polskich kompozytorkach i (wcześniej) kompozytorach?


poniedziałek, 24 czerwca 2024

Filip Żółtowski Quartet - „BiBi”

Filip Żółtowski Quartet

Filip Żółtowski - trąbka
Szymon Zawodny - saksofon
Wojtek Wojda - instrumenty klawiszowe
Mikołaj Stańko - perkusja

Tytuł płyty: „BiBi” 

Wydawca: Alpaka Records (2024)

Autor tekstu: Robert Kozubal

Trójmiasto zawsze wrzało muzykalnie, wypuszczało w świat nowe pomysły brzmieniowe, rodziło niezapomniane składy, a tamtejsi ludzie jakby szybciej i chętniej chwytali nowe trendy, siłą rzeczy burząc stare. „BiBi”, druga płyta kwartetu Filipa Żółtowskiego jest tego podręcznikowym wręcz przykładem – to tak, jakby morskie prądy, w magiczny sposób pchały tam nuty ze wszystkich jazzowych stolic świata, a czwórka bezczelnie młodych i bezczelnie utalentowanych absolwentów Akademii Muzycznej w Gdańsku miksowała je po swojemu, nadając własny styl. Ta buńczuczna pewność siebie i wiara w nowe brzmienia zawarta na płycie „BiBi” bardzo mi się podoba, bo oznacza, że młode pokolenie muzyków mówi po swojemu i jest to nareszcie język bez granic. Jeśli muzycy kwartetu zerkają wstecz, to wyłącznie, by czerpać ze swoich mistrzów: jazzowych Steve'a Coleman'a and Five Elements czy Brad'a Mehldaua ale nie tylko, ponieważ nie kryją równie dużego zainteresowania rzeczami na pozór odległymi od jazzu, jak hip-hopowymi beat’ami w stylu produkcji James’a Yancey (J.Dilla), taneczną elektroniką EDM (namawiam, by wyjść z jazzowego kąta i posłuchać, co grają Medasin czy Flume, których nazwy FŻQ podaje w materiałach prasowych) czy po prostu hitami popowymi.

Filip Żółtowski Quartet na „BiBi” puszcza jeszcze śmielej niż na debiutanckim „Humanity” oko do tej części publiczności, która w muzyce poszukuje radości z rytmu, zabawy wśród dźwięków, ale jednocześnie jest zainteresowana muzyką ambitną. „BiBi” jest troszkę jak wpuszczenie świeżego powietrza do dusznych sal jazzowych: kwartet lubi melodie, lubi też silnie zaakcentowane klubowe rytmy, lubi szalone, podkręcone tempo bitów. Jednocześnie jednak muzycy wyznaczają jasną granicę stylistyczną: przecież na „BiBi” główne role grają trąbka lidera i saksofon Szymona Zawodnego – ich muzyczne „rozmowy” wytyczają muzyczny szlak tej płyty, a w utworze „Emptiness” ścigają się jeden przez drugiego, niczym dwa psy husky, które wypuszczone po długim zamknięciu znów mogą pognać, ile sił w dal. W „Viewpoint” najpierw zachwyca trąbka, zaś potem następuje agresywne solo saksofonu. Z kolei w „Left space” po popisie saksofonu stery przejmuje elektronika. Tej ostatniej wprawdzie nie brakuje na całej płycie, a w finałowym utworze „Complete me” nawet dominuje, ale większości utworów po prostu cementuje całość. Fanów muzyki improwizowanej zachwycą na pewno single, czyli „Where is that place” czy „Fuddy-Duddy” – oba utwory to jazzowe szaleństwo, taki muzyczny granat wrzucony do kontenera z tysiącem barwników (w tym drugim pięknie pomyślany jest moment kulminacji, po którym zespół wciska z całych sił hamulec w podłogę, staje dęba, po czym każdy instrument ucieka w innym kierunku). Z kolei ludzie doskonale bawić się z pewnością będą przy połamanym klubowym rytmie „Foursome”, gdzie ton nadaje elektronika Wojtka Wojdy, a nad nią, jak obłoki płyną dźwięki sekcji dętej.

Na płycie najbardziej podoba mi się jednak gra Mikołaja Stańki na perkusji. Przez większą część, to oczywiste, musi trzymać pozostałą trojkę w ryzach, bo wszak na nim stoi ta cała konstrukcja, a mimo to bardzo silnie akcentuje, nie pieści się z zestawem. Ale - całe szczęście - w kilku miejscach np. „Fuddy-Duddy” może sobie pograć i wtedy jest nie do zatrzymania, mknie jak huragan po perkusji, jest jak Armia Czerwona w marcu 45 – bije wszystko, a na końcu odpływa kompletnie.

Na koniec wypada sobie życzyć dwóch rzeczy: koncertów, bo ze względu na żywiołowość muzyki kwartetu Flipa Żółtowskiego dadzą one publiczności wrażenia niezapomniane i tego, aby zespół nie zwlekał znów aż trzech lat z wydaniem kolejnej płyty.


sobota, 22 czerwca 2024

Ziemia feat. Irek Wojtczak - "Warming / Melting"

Ziemia feat. Irek Wojtczak

Oskar Tomala – guitar
Alan Kapołka – drums
Mateusz Żydek – trumpet
Jakub Wosik – double bass

Gość specjalny:
Irek Wojtczak – soprano saxophone, bass clarinet

album's title: "Warming / Melting"

Audio Cave (2024)

Review author: Viačeslavas Gliožeris

„Ziemia“ is a young unorthodox quartet led by electric guitarist Oskar Tomala. „Warming/Melting“ is their second album, recorded live in Sopot's Teatr Boto participating renowned sax player Irek Wojtczak.

There are not many electric guitarists in jazz (fusion is a different story for sure). Quite often each jazz collective, containing such artists on board has its own face (Bill Frisell is probably the best example). „Ziemia's“ „Warning/Melting“ is more collective work though, there are no obvious leaders in their music. The quartet is completed with a traditional rhythm section (percussionist Alan Kapolka and double bassist Jakub Wosik) plus trumpeter Mateusz Żydek.

The guest artist, participating in the concert (and recording) is renowned Polish reeds player of mid-generation, living in Sopot, Irek Wojtczak. He played with Tymanski Yass Ensemble a decade and a half ago among many others and in some way is a part of yass culture as well.

The album opens with warm and almost chamber 8 minutes long mid-tempo “Warming/Melting”. There is a feel of fragility in the composition's music. “Soil/Concrete/Gliceryne”, the second-longest album's piece, starts from sax/trumpet extended interplay with an anchoring groovy rhythm section coming on support just somewhere in the middle of ten-minutes-long composition. “Teatslez” offers a quirky repetitive rhythmic constructions, coming from the rock scene, and framing elegant guitar soloing in the middle. Reeds' solos are flying over it. The album's shortest track, “Nahe”, is a guitar-led ballad of sort. “Coda”, a meditative slow-tempo composition has a chamber touch with something that sounds as a folk tune included as well. “Update” almost explodes at the very start, but unexpectedly develops into free form interplay/dueling among all band's members.

“Douppler”, the longest album's piece, sounds like a rock song where rhythm section is pushing the music ahead with repetitive pulsation and reeds duo are creating knotty tunes. Near the middle of the composition the tempo is slowing down, the rhythm becomes more twisted and it frees the space for longer and more complex guitar/sax soloing. Still, the sound stays well framed and well controlled. At the end, one can hear true electric guitar's rock soloing, almost shredding. The closer, “Earthmelon” offers true eruption of flying reeds, rock-heavy drumming, pulsating bass. It is fast and short.

“Ziemia” calls themselves “alt-jazz quartet” and there is lot of truth in it, whatever it means. Deeply rooted in jazz tradition (and formal jazz background), “Ziemia” somehow combines better components of two worlds – avant-garde jazz and (alt)rock, adding a noticeable touch of classic(chamber). They are free without being posers, creative and relaxed, very natural and positive. Electric guitar sounds tasteful, recalling such grands as Masayuki Takayanagi (on his early more conventional works). The drummer is a true hero here – in his very own way he plays jazz as if he's a rock musician. Acoustic bass is deep, groovy and is responsible for “jazzy” component in sound, together with trumpet soloing. The concert itself has been recorded in a legendary region where yass (unique Polish only mix of free jazz, punk-rock and folklore) grew up, what gives some special vibe as well.

Probably an important part of this album's attractiveness comes from positive, democratic atmosphere of all concert, strong internal communication between band members and in all warm and creative feeling. This music (being really modern) recalls a lot an atmosphere of jazz concerts of 50s and 60s, the era when music still wasn't industry as it became later (and is nowadays).


czwartek, 20 czerwca 2024

Festiwal Życzliwości czyli 14. Enter Enea Festival

14. Enter Enea Festival

Artyści, którzy wzięli udział w festiwalu:
ShataQS feat. Leszek Możdzer
Philippe Quesne Vivarium Studio
Krzysztof Maniak
Gard Nilssen’s Supersonic Orchestra
Jesus Molina
Natalie Tenenbaum feat. Leszek Możdzer
Brandee Younger Trio
Atom String Quartet feat. Leszek Możdzer
Joey Calderazzo, John Patitucci, Dave Weckl Trio
Linda May Han Oh
Kassa Overall
Voo Voo feat Leszek Możdzer

Autorka tekstu: Hanna Raya Polanowska

Festiwal Życzliwości

Mapujemy w głowie wspomnienia związane z ludźmi, przestrzenią, zapachem czy dźwiękiem. Pamiętamy uczucia, które wywołały w nas sytuacje oraz drobne gesty. Składowa tych kartografii tworzy w nas bodziec “jeszcze raz” lub “nigdy więcej” - naturalnie są i ci, którym jest wszystko jedno, tych dzisiaj pomijam. Wybaczcie. Jak to jest i było z Festiwalem “Enter Enea” pod dyrekcją artystyczną Leszka Możdżera, którego czternasta edycja zakończyła się już ponad tydzień temu?

Jezioro Strzeszyńskie, które gościło nas w Poznaniu, jest dobrą parą na poranną kąpiel lub tę wieczorną przy dźwiękach koncertów niosących się po jego tafli. Kąpielisko pełni również rolę kinematograficzną, bowiem podziwia się tam bardzo urokliwe zachody słońca. Prowadzeni ścieżkami wśród traw, wabieni jesteśmy interakcją z napotkanymi w parku rzeźbami. Od 12 lat osadzanymi, stawianymi oraz budowanymi w ramach działań artystycznych festiwalu. Tegoroczna „52°27'36.6"N 16°49'48.6"E”, w rozmowach i działaniach, była już w październiku. Obiekt-kopiec obsypany żytem bądź owsem zaprasza do eksploracji. Również z wysokości. W podsłyszanych parkowych rozmowach, poznańscy przechodnie dyskutowali już o konieczności postawienia na nim barierek bezpieczeństwa. To była chyba całkiem regionalna dysputa. Na szczęście nie znam się na sztuce barierkowych potrzeb. Jedno widziałam, osoby rolujące się w dół kopca, z uśmiechem.

Dlaczego kopiec - Krzysztofie Maniaku?

Fot.: Sisi Cecylia

Wsparty przez rodzinę artysta odbywa intymne spotkania „przy ziemi”. Co prawda, jeszcze przede mną bliskość kopca, dlatego wczesną jesienią chętnie wrócę tam na krótki urlop. Z oddali, Krety (Philippe Quesne - Vivarium Studio) i ich kopiec (Krzysztof Maniak) wyglądali utopijnie i wzbudzili wiele radości. Krecie były niskie tony i glissanda na thereminie. Niosły się i dotykały ucho nawet z oddali. Wystawę prac krakowskiego artysty możecie Państwo zwiedzać w Galerii ABC do końca lipca. Park z rzeźbami podobno nigdzie się nie wybiera.

Przejdźmy już do części muzyczno-koncertowej.

Publiczność ubierała strój komplementów względem artysty i utworu. Bywało, że siedzieliśmy wsłuchani jak w filharmonii; w ciszy do końca utworu po to by brawami, również tymi na stojąco porozumieć się z muzykami na scenie. Skoki, taneczne podrygi w rytm bitu, czy chwile wspólnego refrenu. Wszystkie one w poczuciu minimalizowania barier pomiędzy “gwiazdami” a publicznością, oraz w potrzebie zwiększenia komfortu. W konwersacjach między występującymi artystami przewijał się to zachwyt i niedowierzanie, że w takiej Polsce można stworzyć najprzyjemniejszą scenę zarówno dla zdobywców Grammy czy lokalnych słuchaczy. Drobne gesty organizatorów sprawiały, że nie strasznym nam był lejący się z nieba deszcz, żar czy podgryzające łydki komary.

Cztery dni festiwalu minęły w odpowiednim czasie.

Pełna podziwu jestem względem line-upu, który witał nas każdego dnia. Przyznać się muszę, że pierwszy raz znalazłam się na wydarzeniu, które zmieściło się w moim kalendarzu na początku tygodnia. Rozpoczynanie koncertów o godzinie 19:30 w dni biletowane było absolutnie dogodne dla tych, co od rana muszą „zarobić na życie”. W dodatku wieczorami tuleni byliśmy najlepszą z możliwych kołysanek, jak w duecie zagranym przez Leszka Możdżera i Tomasza Wendta w hołdzie dla Jana „Ptaszyna” Wróblewskiego - „Jakie dziś chcesz mieć sny?”.

Nasze muzyczne spotkania rozpoczynały się dość niepozornie. Pierwszego dnia na scenie pojawił się zespół, który słuchaczom jazzowym nie do końca mógł być znany - a jednak - ShataQS wraz z tym „naj” pianistą polskiej sceny przynieśli w sobie odrobinę magii, i to takiej naocznej. Zdarzyło się bowiem to, co jest koszmarem realizatora dźwięku. Padł prąd! W sumie to fajny był to moment. Po pierwsze, muzycy nie dali za wygraną z technologią i kontynuowali grę „unplugged”, którą można było słyszeć z publiczności. Po drugie, gdy będąca w chórkach Kasia Pakosa odważnie weszła za mikrofon, a swoim głosem i ciekawie brzmiącymi szeptami (przypominającymi zaklęcia) przywróciła nam nagłośnienie. Odtąd mogło być już tylko ciekawiej. Oj było! Chwilę później na scenę wtargnęły krety... a to już Państwo wiecie z pierwszej części tego sprawozdania.

Poniedziałkową przygodę otwierała bliska mi muzycznie „Gard Nilssen’s Supersonic Orchestra”. 16-osobowy skład nordyckich topowych muzyków sceny jazz/free/impro, w którym znalazł się również rodzimy Maciej Obara. Wyobraźcie sobie, co tam się działo! Mało obiektywnie napiszę, że w mojej pamięci w szczególności zapadło solo duńskiej saksofonistki Mette Rasmussen, do której obserwowania zachęcam. Po takiej dawce muzycznych dysonansów organizatorzy zaprosili na scenę gen-z-owską jazz superstar, Jesusa Molinę. Kolumbijski pianista, którego żona wraz z psiapsiółkami siedziały ławkę obok, przyciągnął na swój występ rzeszę pierwszoroczniaków Akademii Muzycznej im. Ignacego Jana Paderewskiego. W pokoncertowych rozmowach dowiedziałam się, że interpretacje jazzowe Moliny weszły do podstawy programowej tej uczelni. Byście widzieli tę miłość w oczach fanów. Bezcenna to była chwila. Zapadła noc. Pojawiły dwa czarne fortepiany. W świetle latarni widać było wszelakiej formy latające stwory, które wcześniej ustępowały miejsca ochoczo dośpiewującym do koncertów ptakom. W ciepłym różowym cieniu za klawiaturą usiadła Natalie Tenenbaum, której „Błękitna Rapsodia” (Rhapsody in Blue) Gershwina na cześć setnych urodzin kompozytora rozpoczęła zamknięcie. Czy mogłoby być coś bardziej amerykańskiego? Mogło. Broadwayowskie interpretacje Michaela Jacksona. Ihi! Myśmy, jako publiczność, siedzieli wsłuchani, skupieni, obserwując jak mocną prawą ręką Natalie wybija bachowską „Chromatyczną Fantazję”, „Odbicia w wodzie” Debussy’ego czy „West Side Story” Bernsteina. Co może być lepsze od jednej uzdolnionej pianistki? Dwoje! Mocny duet Tenenbaum/Możdżer zakończył dzień chopinowskim akcentem.

Fot.: Sisi Cecylia

Nazajutrz umówiona byłam na kąpiel w strzeszyńskim jeziorze. Życie pisze jednak swoje scenariusze. Zaowocowało to wspólnym obiadowaniem z muzykami i zachwycaniem się metronomami, jakie otrzymali w ramach podziękowania za wspólne tworzenie tegorocznej edycji od organizatorów. Byli tam też ci, którzy już za chwilę pojawią się na scenie, Brandee Younger Trio. W ostatnie urodziny, od rana w moim domu słychać było zapętlony album Alice Coltrane, która z całym swoim dobrodziejstwem pojawiła się na scenie Enter Music dzięki nowojorskiej muzyczce. Fenomenalny koncert! Wsparta przez utalentowanych Rashan Cartera na kontrabasie oraz Elle Howella na perkusji, muzyczka ze swoją harfą wyglądały jak słońce na tle mokrego nieba, po zajściu którego scenę objęli Atom String Quartet z Leszkiem Możdżerem zapraszając nas do swojego „Hommage à Penderecki”. Ze smyczkowymi to chyba jest tak, że albo się je kocha, albo nie. Ja mam kilkoro swoich faworytów, co sprawiło, że momentami mogłam zanurzyć się i przenieść znów na scenę, gdzie za pulpitem stał sam maestro. Lata temu w Hali Stulecia we Wrocławiu połączone zostałyśmy tym wspólnym wspomnieniem z artystkami, z którymi spędziłam ten wieczór. Była również pośród nas jedna mega fanka tria, które przejęło ostatni akt wieczoru. „Spełnienie marzeń” organizatorów objawiło się pod postaciami topowych muzyków światowej sceny jazzowej Joey Calderazzo, John Patitucci i Dave Weckl. Doceniam z całego serca poziom mistrzowski tego występu. Perfekcyjne sola oraz głośnie zachwycona publiczność! Czego chcieć więcej? Owe więcej przyszło dnia następnego.

Zanim do tego, to przyznam się, że musiałam stanąć na głowie, by pozwolić sobie na to, by zostać do końca festiwalu. Przekonały mnie dwie sprawy. Obiecano mi, że dnia następnego usłyszę niespodziewany DEBIUT! Jak ja kocham debiuty! Dodatkowo w trakcie mojego niepływania, w restauracji Oaza, próbę miała Linday May Han Oh wraz z kwartetem Solistów Filharmonii Poznańskiej. O JA CIE. Osłupiałam, jak usłyszałam kilka dźwięków z próby. Od tej chwili, w moim małym móżdżku była już tylko jedna myśl. Jak to wykombinować? Co zrobić, by zostać jeszcze jeden dzień? Przecież nie mogę Państwu opisać festiwalu, nie będąc na całym. Uff, dobrze, że pewne wcześniejsze zobowiązania podejmują ostateczne decyzje za nas! Weszli na scenę… nie padało! W programie podkreśliłam sobie: świetny timing (check), znaczący dynamiczny dźwięk (check), „sprawia, że muzyka jest muzyką” (check). Szczerze, to po tym koncercie pomyślałam sobie, że gdyby obcy wylądowali na ziemi i miałabym jedną szansę na obronę ludzkości, albo pokazanie im ludzkości (co by od razu nie siać fatalizmu), to bym chyba zaprosiła ich na ten koncert. Tym kosmicznym akcentem przejdźmy dalej do autora utworu „This train is about to go to space” - Kassa Overall, Bendji Allonce, Tomoki Sanders, Matt Wong. PETARDY. Ktoś to musiał specjalnie wymyślić, żeby ostatniego dnia tak dołożyć do artystycznego pieca wspomnień. Publiczność została wyrwana do tańca! Show ze sceny, poza sceną i po koncercie! Ach, udało mi się kupić jeden z nielicznych czarnych krążków, które zostały w trasie muzykom! Trzeba trochę ochłonąć. Wróćmy do wspomnianego już debiutu. Na scenie pojawia się zespół Voo Voo w akompaniamencie Leszka Możdżera. Po chwili dołączają trzy doświadczone wokalistki: Magdalena Zawartko, Kasia Pakosa oraz Anna Małek. Mamy już chyba wszystkich. Gdzie jest ta świeżynka, dla której scena ma być novum? Między kawałkami, jak to bywa na koncertach dyrektora artystycznego, pada pewna anegdotka. Jak to mailowali z Wojciechem Waglewskim, przekomarzając się o nowym utworze. Aż tu… dziewczyny zrzucają okrycia, a naszym oczom ukazuje się debiutant. Skromna połyskująca cekinowa marynarka, mikrofon, głos „anielski”. A kto to? Niech pozostanie tajemnicą. Wybierzcie się Państwo na koncert tej nowej rozszerzonej formacji już latem w wielu miejscach w kraju.

Fot.: Sisi Cecylia

Co pozostawił po sobie Enter Enea Festival? Niedosyt, wysokie standardy (w szczególności te realizatorskie - kudos dla Piotra Taraszkiewicza) i przekonanie, że chciałabym tam wrócić.


środa, 19 czerwca 2024

Festiwal Ethno Port 2024


Wśród pytań, jakie stawiamy sobie przed kolejną, już 17. edycją Festiwalu Ethno Port, jest jedno szczególnie istotne, najważniejsze. Brzmi ono: czy formuła wydarzenia jest nadal atrakcyjna? Czy aranżowane przez nas spotkania publiczności, z sięgającymi do tradycji muzycznych artystkami i artystami z różnych stron świata, wciąż przynosi nowe, odkrywcze doznania, te pozostające na dłużej w pamięci? Czy mają one szansę wpłynąć na nasze życie, coś w nim zmienić?
 
Odpowiedź organizatorów, siłą rzeczy nacechowana subiektywnym spojrzeniem, emocjami i przywiązaniem do własnych fascynacji, ma drugorzędne znaczenie. Najważniejszej i jednoznacznie pozytywnej udziela bowiem festiwalowa publiczność. Jej spontaniczne reakcje podczas koncertów i opinie wyrażane po zakończeniu całości wydarzenia, to najbardziej miarodajny sprawdzian słuszności naszych wyborów i potrzeby trwania festiwalu, pomimo upływających lat.

Społeczność Festiwalu Ethno Port – kształtująca się na przestrzeni wszystkich edycji – to fenomen wielopokoleniowej wspólnoty. Atmosfera, jaka panuje w Zamku i wokół niego podczas tych kilku czerwcowych dni, jest niezwykła. Wzajemna życzliwość i kolektywne doświadczenie pozwalają oderwać się od codzienności, gwarantując pozytywną energię jeszcze przez długie tygodnie po ostatnim koncercie.
 
Dla uczestniczek i uczestników tegorocznej imprezy przygotowaliśmy wiele różnorodnych koncertów. Będziemy kontynuować dorobek poprzednich edycji, ale też przedstawimy nowe, świeże zjawiska obecne na scenie muzyki świata. Zabierzemy słuchaczki i słuchaczy na Daleki Wschód, do odległej Korei i bezkresnych stepów Mongolii, na północ do krainy ludu Sami, na zachód do naszych serbsko-łużyckich sąsiadów(-ek) i na południe, na sam koniec Afryki. Podróżując w czterech kierunkach świata, trafimy też do Macedonii, Francji, Belgii, Hiszpanii i na Bliski Wschód.

Koncerty wybrzmią na trzech scenach – w Sali Wielkiej CK ZAMEK, na Zamkowym Dziedzińcu oraz w Parku Adama Mickiewicza. Muzyczne wydarzenia uzupełnią warsztaty, pokazy filmowe, dyskusje i atrakcyjne zajęcia przygotowane specjalnie dla dzieci, kolejnego pokolenia festiwalowiczek i festiwalowiczów. Tuż przed rozpoczęciem świętowania, w Holu Wielkim CK ZAMEK otworzymy wystawę portretującą społeczność Ethno Portu.

Zapraszamy do wspólnego wsłuchiwania się w świat zarówno stałe, jak i nowe osoby, odbiorczynie i odbiorców dźwięków etnicznych. Przed nami 4 dni festiwalu, podczas którego zachwycimy się muzyką z wielu zakątków Ziemi.

Szczegółowy program festiwalu: Festiwal Ethno Port 2024.

Źródło: informacja prasowa.

wtorek, 18 czerwca 2024

Dwudziesta edycja Ladies’ Jazz Festival!


Dwudziesta edycja Ladies’ Jazz Festival!

15-25 lipca 2024 r.

Teatr Muzyczny, Konsulat Kultury, Polsat Plus Arena Gdynia i Filharmonia Kaszubska w Wejherowie!

Dwadzieścia lat temu w starym jeszcze, pachnącym poprzednią epoką Teatrze Muzycznym w Gdyni koncertem trójmiejskiego zespołu Łyczacza rozpoczął swoje istnienie Ladies’ Jazz Festival, wyjątkowy hołd dla wielkich artystek i twórczyń.

Od tego czasu festiwal Dam jazzu i dobrej muzyki z trzech dni wydłużył się do dwóch weekendów. Obrósł w dodatkowe trasy koncertowe. Zyskał rzesze wiernych słuchaczek i słuchaczy. Wielu paniom pomógł odczarować słowo „jazz” pokazując, że w tej muzyce jest miejsce na śpiew, taniec, uśmiech, swobodę i cały wachlarz emocji. Wielu dostarczył niezapomnianych wzruszeń choćby w czasach pandemii, gdy kultura niemal w całości została zamknięta w domach, a Ladies’ Jazz Festival, jako jeden z nielicznych, dał polskiej publiczności nadzieję normalności. 

Jakość miejsca, blask gwiazd, szacunek dla publiczności. Festiwal gości nie tylko gwiazdy polskie, ale w dużej mierze i międzynarodowe. Gości gwiazdy i z szacunku dla publiczności hołduje koncepcji „sacrum na scenie i komfort dla widowni”, stąd koncerty festiwalowe odbywają się na deskach odnowionego, powiększonego Teatru Muzycznego w Gdyni i Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, a wydarzenia kameralne zadomowiły się w nowej przestrzeni kulturalnej Gdyni – Konsulacie Kultury, gdzie odbywa się konkurs dla adeptek sztuki estradowej o już wielkim potencjale i umiejętnościach, ale i organizuje niezapomniane perełki koncertowe dla szczęśliwców, którym uda się na nie dostać. A i dla kontrastu, część koncertów ma miejsce  w Polsat Plus Arena jak np. takie  tuzy muzyki jak The Manhattan Transfer, Dionne Warwick, ZAZ, Melody Gardot, Beth Hart. 

W tym roku Festiwal w tych wszystkich miejscach również będzie i zaprezentuje kobiety wyjątkowe, lśniące blaskiem gwiazd, emanujące swym talentem, wpływające na melomanów, świat dźwięków i świat w ogóle.

Jak dorównać historii?
Podczas XX edycji Ladies’ Jazz Festival w dniach od 15 do 25 lipca doświadczymy brazylijskiej bossy i portugalskiego fado najwyższej próby, będziemy mogli uczestniczyć w spotkaniu niezwykłych, uznanych na wszystkich scenach świata, obsypanych nagrodami i rekordami sprzedaży swych płyt i koncertów artystów zagranicznych, a także gwiazd rodzimych, bez których nie byłoby naszego rynku muzycznego.

I tak, wejherowskie koncerty w Filharmonii Kaszubskiej rozpoczną pochód gwiazd muzyki z akcentem na jazzujące Damy. 15 lipca Paula Morelenbaum, Jaques Morelenbaum i Fred Martins, czyli brazylijska bossa najszczersza z najszczerszych. Każde z tej trójki grało na najważniejszych scenach tego świata i każde wielokrotnie wzmacniało lub było wzmacniane przez takie gwiazdy jak Stan Getz, Sting, Mariza, Cesaria Evora, Antonio Carlos Jobim i in. A 16 lipca w tej samej sali gwiazda nie rozpieszczająca publiczność swoją nadmierną obecnością, cyzelująca swą twórczość na żywo, uwielbiana, tajemnicza 
i pożądana przez publiczność – Edyta Bartosiewicz w formule SoloAct!, czyli Ona, gitara i publiczność; nic i nikt więcej pomiędzy nami. Intymność i wyjątkowość najwyższej próby! 

Po dwóch koncertach w Wejherowie festiwalowe święto na dobre zagości w Gdyni: już 16 i 17 lipca w Konsulacie Kultury będzie można uczestniczyć w koncertach finalistek tegorocznej edycji konkursu o Grand Prix Ladies’ Jazz Festival. 

18 lipca w Teatrze Muzycznym w Gdyni po jedenastu płytach od swego pierwszego występu na tym festiwalu ponownie wystąpi niezwykły, wyróżniający się inteligencją i subtelnością Mikromusic ze swymi liderami: Natalią Grosiak i Dawidem Korbaczyńskim. Będzie to niezapomniany podwieczorek  (start o 17:00) ze znakomitymi słodkościami muzycznymi z całej przeszło dwudziestoletniej historii tego wrocławskiego zespołu.

O 20:00 zaś To i Hola – fantastyczna płyta dwóch najbardziej eksportowych polskich dam jazzu: Urszuli Dudziak i Grażyny Auguścik, zupełnie nowa wersja ich płyty sprzed dwudziestu bez mała lat z absolutnie nowymi aranżami Grzecha Piotrowskiego i wraz z Jego zespołem na scenie. Polski folklor, jazzowa swoboda i muzyczny perfekcjonizm wykonania! Teatr Muzyczny godz. 20:00.

19 lipca to znów dwa koncerty w Teatrze Muzycznym w Gdyni. W porze popołudniowej herbaty wielka przyjaciółka festiwalu, goszcząca podczas jego pierwszej edycji w 2005 roku, a potem coraz bardziej światowa, wielka i hołubiona Stacey Kent wraz Jimem Tomlinsonem i ich prześliczną nowiutką, tegoroczną płytą. Wspaniali ludzie, wielcy artyści, cudowny repertuar… (17:00)

A wieczorem (20:00) Polskie Evergreeny  - wyjątkowe show i wielkie rodzime przeboje w wykonaniu Doroty Miśkiewicz, Moniki Borzym, Anny Serafińskiej, Agi Zaryan i jedynego rodzynka w tej grupie gwiazdorskich bywalczyń naszego festiwalowu, Grzegorza Turnaua! Na pewno będzie co śpiewać wspólnie z naszymi gośćmi do późnego lipcowego wieczora.

20 lipca będzie dniem pierwszej wizyty w Polsce Julii Fordham, uznawanej za posiadaczkę najbardziej czarownego kontraltu w muzyce popularnej, znanej nam ze swych przebojów solowych jak i z udziału wraz z Beverly Craven i Judie Tzuke w projekcie  Woman to Woman. Najpewniej ten koncert poprowadzi wielki miłośnik talentu Artystki, Marek Niedźwiecki. 

To o 20.00, a o 17:00 pierwsza na Ladies’ Jazz Festival wizyta artystki reprezentującej magiczną sztukę lizbońskiego fado, wielkiej gwiazdy gatunku, uczennicy samej Marizy, Fabii Rebordao. Wielu Polaków i Polek zakochało się w zaułkach Alfamy, muzycznych piwnicach Lizbony czy Porto, dźwiękach gitar portugalskich i teatralnej acz bardziej swobodnej manierze wykonawczej fado. Dla niektórych może być to pierwsze spotkanie z oryginalnymi pieśniami portowych zaułków znad Tagu wpisanych przez UNESCO na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Dla wszystkich na pewno będzie to wieczór niesamowity i nie zdradzając wiele zaznaczymy: niespodziewany!

W niedzielę 21 lipca już po raz kolejny dwa koncerty w Teatrze Muzycznym: o 17.00 po raz pierwszy na festiwalu Kayah – wielka gwiazda polskiej estrady, artystka, która potrafi roztańczyć publiczność nawet wtedy, gdy śpiewa kolędy i kołysanki, w zupełnie nowej, nieznanej odsłonie, z nowym spojrzeniem na swe największe przeboje i najważniejsze utwory w karierze!

A o 20:00 Take 6 – największy, najważniejszy, najbardziej utytułowany zespół wokalny na świecie i do tego sami 100% panowie – na Ladies’ Jazz Festival tego jeszcze nie było, ale ci, którzy doświadczyli choć jednego koncertu tych panów wiedzą, że ich występy to niesamowite przeżycie pozostawiające ślad na całe życie, a wszyscy wiemy, że Ladies’ Jazz Festival to muzyczny hołd dla Dam – artystek sceny, autorek, kompozytorek, wykonawczyń, instrumentalistek i wokalistek – niechaj więc podczas XX edycji zdarzy się taki wieczór, że nie będą to One zabawiać nas – publiczność, ale najlepsi w swym fachu panowie złożą im muzyczny pokłon i podziękowanie w imieniu nas wszystkich. – Take 6 na festiwalu 21 lipca 20:00.

Po wielkich koncertach i estradowych emocjach na największej eleganckiej scenie koncertowej Gdyni 22 i 23 lipca będą dniami troszkę spokojniejszymi, co nie znaczy, że zabraknie emocji, bo wprost przeciwnie: wielka gwiazda polskiej sceny bluesowej, Pani Martyna Jakubowicz zawładnie Konsulatem Kultury, a gościnnie towarzyszyć Jej będzie nie kto inny, a największy polski miłośnik gitarowych harmonii afrykańskich, lider wyjątkowej grupy muzyków i uczestnik niezwykłych projektów jak Osjan, Świnie, czy I Ching, Wojciech Waglewski!
Scena Konsulatu zapewni nie tylko cudowną intymność, ale i wielką ekskluzywność tych koncertów.

24 lipca również w Konsulacie Kultury wieloletnia przyjaciółka Ladies’ Jazz Festival Krystyna Stańko i jej interpretacje bossa novy oraz piosenki z najnowszej płyty Eurodyka, a gościnnie u Jej boku Laura Marti.

Zaś 25 lipca wielki, głośny finał – bezapelacyjnie jedna z największych obecnie gwiazd polskiej estrady, zapełniająca największe krajowe hale koncertowe, mająca na swoim koncie 4 płyty długogrające, 10 nagród branżowych, 6 Fryderyków, w tym tegorocznego za najlepszy Album POP, Daria Zawiałow swym koncertem w Polsat Plus Arenie w Gdyni złoży ukłon Damom Jazzu, pokaże, że muzyka jest jedna i że każdy jej miłośnik słucha tylko tej dobrej, da także szansę rodzicom poznać idolkę ich dzieci. 

Dlaczego być warto?
Ladies’ Jazz Festival  - miejsce narodzin gwiazd, miejsce ich triumfu, pierwszych wizyt w Polsce, światowych premier nowego repertuaru, prapremierowych wykonań, nietypowych składów, niespotykanych relacji na scenie i między sceną a publicznością,  inicjator niesamowitych, niepowtarzalnych zdarzeń godnych pamięci po wsze czasy; powód, by odwiedzić polskie morze i miasto, które ma wiele swym gościom do zaoferowania, po raz dwudziesty, tym razem między 15 a 25 lipca 2024! Będzie lato, będzie najwyższej próby muzyka, będzie kulturalnie i wyjątkowo – po prostu Ladies Jazz Festival 2024!

Bilety na festiwalowe koncerty są do kupienia na www.eventim.pl, www.ebilet.pl
www.interticket.pl i na www.biletyna.pl 
 
Więcej informacji:
Maciej Farski

maciejfarski@mfbridge.com
maciej.farski@ladiesjazz.pl
tel: 603132192     

Źródło: (informacja prasowa)            
                

poniedziałek, 17 czerwca 2024

Paweł Lisiecki Quartet - "Bound to Happen"

Paweł Lisiecki Quartet 

Paweł Lisiecki – gitara
Łukasz Zgoda – saksofony
Rafał Krzywosz – bas
Dawid Pawlukanis – perkusja

wyd. PSJ Wrocław (2022)

Tytuł: "Bound to Happen" 

Tekst: Szymon Stępnik


„Bound to Happen” to debiutancka płyta zespołu Paweł Lisiecki Quartet, wydana w 2022 roku. Choć od jej premiery minęły już dwa lata, dopiero teraz mogłem zapoznać się z tą pozycją. Przyznam, że dość długo odkładałem jej słuchanie ze względu na inne premiery i zobowiązania, aczkolwiek – jak sam tytuł sugeruje – „co ma być, to będzie”. Longplay ostatecznie zagościł na moich głośnikach i wywołał niemały zachwyt.

Paweł Lisiecki jest raczej konserwatywnym gitarzystą jazzowym. Nie znajdziemy tu świeżego podejścia do grania tego rodzaju muzyki, a raczej sprawdzone patenty, które nie wykraczają poza znane już jazzowe ramy. Proszę jednak nie odczytywać tego jako zarzutu – nie każda płyta przecież musi zmieniać świat. Lisiecki porusza się wokół sprawdzonych, zbadanych już przez wielu artystów obszarów i nie powinno być w tym nic złego, jeżeli czuje się w takich klimatach dobrze.

A trzeba przyznać, że jest w tym w stu procentach autentyczny. Muzyka nie jest wymuszona, a wręcz przeciwnie – w każdej nucie słychać radość z gry i szczerość przekazu. Widać, że muzycy odznaczają się wielką pasją, a sam album dopracowano niemal do perfekcji. Osiągnięto tutaj rzadki kompromis pomiędzy perfekcjonizmem a impresją wynikającą z poczucia chwili.

Największą siłą są same kompozycje, których autorem jest w głównej mierze lider (poza „Everything / Nothing Changes” Łukasza Zgody). Ich różnorodność nie pozwala się nudzić, co jest raczej trudną sztuką w ramach konserwatywnego podejścia do jazzu. Podobać może się również fakt, że choć nie zawsze mamy do czynienia z klasycznym 4/4, utwory brzmią przyjemnie, melodyjnie i zapadają w pamięci już po pierwszym odsłuchu. Można byłoby mieć pretensje, że twórcy nie dają się ponieść większemu wirowi szaleństwa w obrębie danej ścieżki, ale z drugiej strony straciłyby one wtedy na klarowności swojego przekazu.

Mam niestety pewne zastrzeżenia co do brzmienia gitary Lisieckiego. Jestem oczywiście pod wrażeniem fraz i pomysłów, które udało mu się wdrożyć na płycie, ale nie jestem fanem przetworników jego instrumentu – zbyt mocno wrażliwych na artykulację. Tak szeroki zakres dynamiczny w obrębie danego taktu, gdzie każdy dźwięk znajduje się na różnym poziomie głośności, może czasem irytować.

Co do pozostałych muzyków oraz ich brzmienia, nie mam zastrzeżeń. Każdy pokazał się od jak najlepszej strony. Pawlukanis i Krzywosz stanowią solidną sekcję rytmiczną, która nie tylko stanowi tło dla solistów, ale wręcz czasami, po głębszym wsłuchaniu się, samoistnie wychodzi na pierwszy plan i tworzy piękne pejzaże. Oczywiście Lisiecki i Zgoda brylują swoimi melodiami oraz pomysłami na grę. Powinni stanowić wzór dla wielu muzyków, w jaki sposób grać jazz, aby nie był tylko zlepkiem chaotycznych dźwięków, a raczej przemyślanymi, intrygującymi kompozycjami.

„Bound to Happen” to płyta bezpieczna. Choć w większości przypadków uznałbym to za wadę, Lisiecki i jego ekipa udowadniają, że można grać konserwatywnie, ale z wielką pasją i pomysłem. Niemal każdy utwór jest inny, a skomponowane melodie intrygują i zapadają w pamięci już podczas pierwszego odsłuchu. Bardzo żałuję, że ten przyjemny longplay tak długo przeleżał na mojej półce wstydu. Mam nadzieję, że Paweł nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i już wkrótce usłyszymy od niego jakieś nowe propozycje.


sobota, 15 czerwca 2024

Michael Bates’ Acrobat / Lutosławski Quartet - "Metamorphoses: Variations On Lutosławski"

Michael Bates’ Acrobat / Lutosławski Quartet

Michael Bates' Acrobat:
Marty Ehrlich - klarnet
Sara Schoenbeck - fagot
Fung Chern Hwei - skrzypce
Michael Bates - kontrabas, aranżacja
Michael Sarin - perkusja

Lutosławski Quartet:
Roksana Kwaśnikowska - pierwsze skrzypce
Marcin Markowicz - drugie skrzypce
Artur Rozmysłowicz - altówka
Maciej Młodawski - wiolonczela

Anna Lobedan - wokal w The Sea

Tytuł płyty: "Metamorphoses: Variations On Lutosławski "

Wydawca: Anaklasis (2023)

Opis do zdjęć: Fot. PWM / ANAKLASIS / Bartek Barczyk.

Autor tekstu: Hanna Raya Polanowska

Kto stoi za twoim ulubionym utworem? Czy znasz swojego rolnika? Z przekąsem zadałam sobie to pytanie, gdy w rozmowie z Maciejem, redaktorem Polish Jazz-u, poruszyliśmy temat płyty: Metamorphoses: Variations On Lutosławski - Michael Bates’ Acrobat / Lutosławski Quartet.

Przenieśmy się na chwilę do jesieni roku 2021, kiedy to na wrocławskim Jazztopadzie pojawił się Michael Bates. Na muzycznej scenie na wodzie, Odra Centrum, którą prowadziłam, gościliśmy koncert festiwalowy. Tam, producencko-artystycznie, nasze ścieżki się przecięły i zaczęła się znajomość. Pewnie dobrze wiecie, jak mały jest świat. Nikogo nie powinno dziwić, że ten nowojorski kontrabasista okazuje się być kolegą mojego kolegi, znanego z czasów, kiedy John Zorn brylował na Manhattanie. Wróćmy jednak do tytułowego rolnika – zdradzę wam, że Michael w brooklińskim ogródku miał kury. O ile Michaela miałam przyjemność poznać osobiście, tyle o narodowym dobru, jakim określa się Lutosławskiego, nie wiedziałam nic. W tym momencie pewnie straciłam wielu z was, zagorzałych muzykologów. Bardzo dobrze! Ten felieton/artykuł/kawałek moich wynurzeń osobistych miał się pojawić już jakiś czas temu – za cierpliwość raz jeszcze dziękuję Maciejowi. Nie mogłam nikomu tego zrobić, nadal uważam, że nie mogę. Przedwiośnie spędziłam zatem stalkując Witolda Lutosławskiego: Jego osobę, jego otoczenie, jego dom, jego rodzinę, utwory, warszawską salę koncertową, komentarze jego fanów. Wszystko po to, by móc posłuchać płyty, wydanej w cudownym ANAKLASIS PWM, z uwagą.

Spróbuję dla was odtworzyć moment, w którym w niedużej wrocławskiej trattorii spotykam się z artystami, chwilę po zakończeniu drugiego dnia nagrań. Jest grudzień 2022 roku, dość zimny. Przy stole wita nas Michael Bates, kontrabasista, kompozytor i edukator muzyczny pochodzenia kanadyjskiego, który od wielu lat mieszka i pracuje w Nowym Jorku. Michael wraz ze swoim zespołem Acrobat nie pierwszy raz bierze na warsztat wschodnio-europejską klasykę, ciekawskim polecam „Music for, and by, Dmitri Shostakovich”. Kwintet, w nieco odświeżonym składzie, tworzą muzycy jazzowi oraz klasyczni z bogatym doświadczeniem, również kompozytorskim. W skład wchodzą: Marty Ehrlich, multiinstrumentalista, który w szczególności uwiedzie was swoim kunsztem klarnetu w „Dance Prelude #2-I”; Sara Schoenbeck, fagocistka otwierająca „Cantilenę”; Michael Sarin, perkusista z ogromnym uśmiechem, bez którego utwór „Wind Trio³-I” nie mógłby zaistnieć; Fung Chern Hwei, skrzypek, o którym, choć nie powinnam publicznie tego wyznawać, po tym jak przeczytałam kilka słów przyjaciół Funga na jego temat, zapisał się w moim umyśle, jako jedna z najcieplejszych osób jakie miałam przyjemnośc kiedykolwiek poznać. Włoska knajpka nie jest duża, ale to dopiero połowa stołu. Jest z nami Antoni Grzymała, legendarne ucho polskiej reżyserii i realizacji dźwięku, który przyjechał na nagrania z Warszawy. Są i ci, bez których tej historii w ogóle by nie było – Lutosławski Quartet. Puszczam tutaj oko do zespołu, gdyż rok później spotkaliśmy się przy podobnej okazji przy stole z Craigiem Tabornem i Ksawerym Wójcińskim. Mała chwila na „female empowerment” – w tym powstałym w 2007 roku zespole pierwsze skrzypce gra Roksana Kwaśnikowska. Marcin Markowicz (drugie skrzypce), Artur Rozmysłowicz (altówka) oraz Maciej Młodawski (wiolonczela). Historycznie, w 1964 roku Witold Lutosławski opublikował dwuczęściowy utwór „Kwartet Smyczkowy”, który w jego twórczości był co prawda doświadczeniem jednorazowym, ale charakteryzował się wzrostem roli aleatoryzmu kontrolowanego – aspekt, dzięki któremu kompozytor zapisał się w kartach historii muzyki. Mamy jednak rok 2022, a kwartet od 15 lat na całym świecie sławi dorobek polskiej muzyki, a w szczególności twórczość Witolda Lutosławskiego. To właśnie ich koncert z Urim Cainem, rok wcześniej, zauroczył Bates’a i zapalił jego małą obsesję wokół twórczości tego kompozytora. Klamrę osobową można zamknąć w dość przekornym – patrząc na biografię Lutosławskiego – miejscu: utwór „the Sea”, gdzie syrenim głosem ludowe motywy wyśpiewuje Anna Lobedan. Aktorka i wokalistka, która kilka miesięcy wcześniej wraz z Lutosławski Quartet, Marcinem Maseckim i Grzegorzem Tarwidem oczarowała słuchaczy 20-stej Jesieni Jazzowej im. Tomasza Stańko w Bielsku Białej. Gdybyśmy mieli wymienić wszystkich, których dotknął  złoty palec tego projektu, nie wiem czy starczyłoby miejsca w tym przytulnym lokalu gastronomicznym. Zostawię wam jednak jeszcze jedną ciekawostkę: był tam z nami również Zbigniew Kozera, wrocławski kontrabasista znany z takich formacji jak Into The Roots – trio Piotra Damasiewicza, którego to instrument usłyszycie na płycie.

Czy coś łączy Bates’a i Lutosławskiego? Patrząc na mnie z okładki, poprzecinanym wzrokiem, Witold Lutosławski zdaje się zadawać to pytanie. Zastanawiam się, czy czas, który spędziłam chłonąc materiały o tym muzyku, legitymizuje mnie, choćby w najmniejszym stopniu, do recenzowania tej płyty. W wyobraźni wracam do żoliborskiej pracowni artysty. Do perfekcyjnego zestawienia mebli, rytmu dnia, wspólnej kawy z żoną w południe, aż po dywan zamówiony na wymiar w jednym z londyńskich butików. Te ostatnie miesiące wgłębiania się w historie tej rodziny to była realna metamorfoza mojego nastawienia do życia. Im bardziej wsłuchiwałam się w słowa o tym człowieku, tym bardziej jego altruizm, pogoda ducha oraz dbałość o higienę słuchania i słyszenia stawały się mi bliskie. Co ciekawe, w poznawaniu bliżej Michaela Bates’a również towarzyszyły mi te obserwacje. Widzicie Michael to ciepły, szczerze uśmiechający się muzyk z niebywałym uporem i dążeniem do perfekcji. W podcaście Contrabass Conversation opisał proces opracowywania utworów na tę płytę i cóż, bez zbędnego zaskoczenia można powiedzieć, że to co słyszymy na płycie to efekt ciężkiej, codzienniej żmudnej pracy.

Zakopując się w materiałach o Witoldzie Lutosławskim, miałam również przyjemność poznać opinie fanów, którzy szeroko komentowali dostępne w internecie treści. Podkreślali, że dla melomana największą ucztą było nie tylko słyszenie utworów, ale również możliwość zobaczenia samego mistrza na scenie. Chociaż koncert promujący projekt "Metamorphoses" był ograniczony do nowojorskiej publiczności, z radością przekazuję ekscytujące wieści. Jesienią odbędzie się trasa koncertowa tego projektu po Polsce, z przystankami w Krakowie, Wrocławiu i Warszawie. Jeśli chcecie doświadczyć tego unikalnego połączenia dźwięków i historii na żywo, zapraszam do uczestnictwa. To będzie doskonała okazja, aby na własne uszy przekonać się jak brzmi wasz nowy ulubiony utwór, i kto za nim stoi.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...