Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Strzemieczny Piotr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Strzemieczny Piotr. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 lutego 2017

Fred Lonberg-Holm/Adam Gołębiewski - Relephant (2016)

Fred Lonberg-Holm/Adam Gołębiewski

Fred Lonberg-Holm – cello, electronics
Adam Gołębiewski – drums, cymbals, objects

Relephant

BOCIAN 2016


By Piotr Strzemieczny

Czy to jazz, czy muzyka w pełni eksperymentalna powstała na bazie obróbki dźwięków, cięć, zgrzytów, przesterów i stosowania przeróżnych efektów? Instumentarium Fred Lonberg-Holm i Adam Gołębiewski mają proste – perkusja, obiekty, wiolonczela i elektroniczne gadżety. Obaj artyści mogliby swoim doświadczeniem spokojnie wypełnić niejedną salę koncertową (i nie chodzi mi tutaj o klubokawiarnie czy offowe kluby), obaj już ze sobą współpracowali – razem i w osobnych projektach. Materiał na "Relephant" powstał podczas ich wspólnego gigu w Poznaniu w 2013 roku w Dragonie, liczy raptem cztery kawałki, ale jakościowo jakby upchali na płycie pozycji przynajmniej dziesięć.

Na płycie artyści podejmują bardzo luźny, ale wciągający dialog, który, jak mogłoby się wydawać na początku, idzie obok siebie. Adam Gołębiewski to jeden z ciekawszych perkusistów w kraju, a to, co wyprawia przy zestawie, niekiedy przechodzi ludzkie pojęcie. Pokazywał to podczas koncertów solowych, z Robertem Piernikowskim, Thurstonem Moore’em czy właśnie Fredem Lonberg-Holmem. Sam wiolonczelista w 2015 roku nakładem Bocian Records wydał świetny album "Resistance", na którym zgiełk przesterowanej wiolonczeli mieszał się z rozpoznawalnym i nie do podrobienia stylem gry Kena Vandermarka na saksofonie. To była bardzo dobra płyta, która wciągała i zmuszała do repetycji materiału.

Nie inaczej jest z "Relephant", która swoje przeleżała, zresztą miała się ukazać odrobinę wcześniej. Ale dobrze, że było opóźnienie, bo natłok płyt improwizowanych w ubiegłym roku był spory, a do "Relephant" należy podejść kilkukrotnie. Na pierwszy rzut ucha to zgiełk, noise buchający pełną parą z każdego utworu, ale szaleńcze męczenie instrumentów, sprawdzanie ich wytrzymałości i doprowadzanie do niemal ekstremalnych momentów sprawia, że tworzące się finalnie melodie budują spójną, intensywną całość, coś jak dźwiękowe "Opowieści z krypty", z tym że ciekawsze, mroczniejsze i budujące prawdziwą atmosferę grozy. Grozy i dla uszu, i dla nerwów. Impro miesza się z punkiem, a wszystko spina performatywna klamra.

Duet realia poznańskiego koncertu przeniósł na płytę, co potęguje doznania, budując narrację pełną trzasków, pojękiwań, pisków, ciężkich do zidentyfikowania odgłosów. Bo jakich obiektów użył Adam Gołębiewski w danym momencie? Jak swoją wiolonczelę modyfikował Fred Lonberg-Holm? Jakie to były efekty dokładnie? Uderzenia o blachy, powtórzenia, szuranie pałeczkami, piłowanie smykiem strun, rozkręcenie przesterów, nagromadzenie doznań towarzyszy samym instrumentom, emocje piętrzą się w słuchaczach z każdym dźwiękiem. Czy to łatwa płyta? Nie, ale nikt nie powiedział, że będzie łatwo, miło i przyjemnie, choć tak naprawdę "Relephant" to klarowne wydawnictwo, jeśli myśli się w kategoriach hałasu i faktur ciętych, gęstych, najeżonych i drapiących.

piątek, 16 września 2016

Mikołaj Trzaska/Jacek Mazurkiewicz - Runo (2015)

Mikołaj Trzaska/Jacek Mazurkiewicz

Mikołaj Trzaska - clarinets
Jacek Mazurkiewicz - double bass

Runo

ALTANOVA PRESS 2015




By Piotr Strzemieczny

Zbliża się nowy wspólny album Mikołaja Trzaski i Jacka Mazurkiewicza. O płycie "Runo" tak naprawdę nie powinno się już pisać, bo w świecie codziennych premier ten minialbum stanowi już niemal wydawniczą przeszłość. Ale skoro idzie premiera, to warto pochylić się chwilkę nad tą płytą. Bo choć to niby tylko dziewięć minut, to dzieje się tutaj naprawdę sporo.

Obie postacie to muzycy wybitni. O Trzasce głupio pisać - w końcu o osobie, która w świecie improwizacji istnieje już tyle lat, ciężko jest wymyślić coś nowego. Że znany? Że prekursor i z charakterystycznym, jakby od niechcenia, stylem gry? Że z ogromnym ludzkim pierwiastkiem? Że słychać każde przełknięcie śliny, każde zaczerpnięcie oddechu? Banały, banały, jeszcze raz banały. Ale owe banały, choć oczywiste, budują tę muzyczną atmosferę, przędą swoiste melodyjne nici.

Nici, które oparto w głównej mierze - co zresztą naturalne, patrząc na charakter instrumentu - na klarnecie Trzaski, dla którego kontrabas Mazurkiewicza stanowi ważne dźwiękowe tło i akompaniament. Pełne zgrzytu melodie, tempo raczej powolne, spokojna narracja i efekt lo-fi, jaki muzycy uzyskali podczas sesji nagraniowej w lesie gdzieś w północnej Polsce, tworzą atmosferę tego wydawnictwa. Tutaj nikt się nie spieszy, wszystko toczy się własnym, improwizowanym torem. 

Winylowa wersja podzieliła "Runo" na dwa utwory, dwie odrębne strony płyty. Pierwsza część to stonowanie, rozpoczęcie lekko tajemniczych wątków, przeciągnięte melodie, postawienie nacisku na melancholijne brzmienie klarnetu w tle. Kontrabas przemyka między tymi dwiema partiami, odciskając swój stanowczy ślad. W dwójce wszystko już wygląda zgoła inaczej. Muzycy podbijają tempo, sam Trzaska decyduje się na więcej żwawych solówek. Szybciej po strunach przebierają też palce Jacka Mazurkiewicza, a motyw w końcówce na długi czas pozostanie w pamięci.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

3FoNIA - Mneme (2015)

3FoNIA

Jacek Mazurkiewicz - contrabass, electronics

Mneme

ppt33





By Piotr Strzemieczny

"Mneme" to kolejny album nagrywającego jako 3FoNia Jacka Mazurkiewicza. Dwa nagrania, tylko dwa, ale i aż dwa. Dwadzieścia pięć minut kombinowania i eksploatowania strunowca z dorzuceniem przeróżnych efektów, przesterów i zabaw z dźwiękiem. Klasycy będą obruszeni, fani improwizacji i muzycznych eksperymentów - wręcz przeciwnie.

Bo rzecz tyczy się zabawy z formą i dźwiękiem. I w dużej mierze improwizacji. Dobrym pomysłem w dzisiejszych czasach są przeróżnej maści eksperymenty w sferze muzycznej. Nagranie instrumentu i następnie poddanie go filtracjom. Tu coś dodamy, tam coś podkręcimy, gdzieś dorzucimy pogłos, przeciągniemy melodie. Tak prezentuje się właśnie "Mneme", dwuścieżkowa kaseta Mazurkiewicza, który tym razem postanowił poznęcać się nad klasycznym brzmieniem kontrabasu. 

Otwierający wydawnictwo "Mneme 1" jawi się jako wariacja na temat użyteczności instrumentu w połączeniu z elektronicznymi efektami i wykorzystaniem po prostu jego możliwości w różnych wariantach. Dlatego nie może dziwić rozciągnięcie brzmienia kontrabasu, które wpada w ambientowe tony, a dzięki dodatkowi różnych pojękiwań czy cyfrowych efektów utwór po prostu wpada w horrorowe pejzaże. To też fajny dowód na muzyczną kreatywność Mazurkiewicza, który dorzuca gdzieniegdzie i noise'owe fragmenty, i elementy klasycznego brzmienia kontrabasu. 

"Mneme 2", które, choć to głupio brzmi, zamyka wydawnictwo, kieruje słuchaczy już w stronę smyczkowej improwizacji. Mazurkiewicz odchodzi lekko od mrocznego charakteru pierwszej części kasety i daje upust swoim muzyczno-manualnym zdolnościom. A że te są więcej niż niezłe, wychodzi mu tu nadzwyczaj ciekawie. Hipnotyzujące, transowe powtórzenia smyka na strunach, wygrywanie niczym mantry niemal tożsamych melodii, do których co jakiś czas wprowadzany jest psychodeliczny, kakofoniczny dysonans, wybijający z uczucia letargu. To naprawdę dynamiczny, choć może wydawać się inaczej, utwór. Tak jak i całe "Mneme". Ale czy może być inaczej, jeśli sam tytuł nosi imię muzy pamięci?

sobota, 7 maja 2016

Zebry A Mit - 16'25 (2015)

Zebry A Mit

Kamil Szuszkiewicz - trumpet
Wojtek Traczyk - bass
Hubert Zemler - drums
Piotr Dąbrowski - percussion

16'25

Lado SB/11



By Piotr Strzemieczny

Oglądać pod mikroskopem, słuchać przy rozkręconych gałkach głośników. Zebry a Mit, czyli kwartet Szuszkiewicz-Traczyk-Zemler-Dąbrowski, przygotował minialbum, składający się z trzech tylko kawałków. Trzy nagrania w świecie jazzu i free-impro przynoszą często skojarzenia z nawet osiemdziesięcioma minutami muzyki, ale teraz jest inaczej. Chłopaki co prawda ósemkę raz mają, ale tylko w otwierającym płytę utworze "Truf". Za to jakim utworze! 

Rozpoczynający album kawałek to prawdziwy kolos. Osiem minut improwizacji w jazzowo-yassowym stylu z niezłym cyfrowym chaosem w końcówce. Jeśli ktoś przez chwilę pomyślał, że to komputer się zawiesił, nie byłby daleko od prawdy. Te rozdygotane dźwięki wywołują myślową klaustrofobię, ale robią to perfekcyjnie. Dla odmiany "Gudnes" swoją stonowaną melodią sprawia, że można się poczuć jak w toruńskim Tutu. Spokojna trąbka Kamila Szuszkiewicza, ta - wiecie - pełna lamentu, do tego powtarzające się muzyczne pętle i wyczuwalne w tle rozedrgania. A numer trzy? "Lowe", które znowu napędza trąbka, swoim tempem wybrzmiewa tylko do pewnego momentu, bo ten spokój, ba, sielankę przełamują elektroniczne przeszkadzajki, muzyczne piłowania, cyfrowe efekty nadające zamykającemu płytę utworowi kakofoniczny charakter, nawet jeśli nagle słuchaczy atakuje urocza, anielska partia chóru. 

I tak to wygląda właśnie. Zespół, który- nie wiem - jest jednorazowym strzałem czterech utalentowanych i związanych ze stajnią Lado ABC muzyków? Czy może to zamysł na długofalową przygodę wydawniczą? Pożyjemy, zobaczymy. Koncerty Zebry a Mit mają podobno rewelacyjne. Wypadałoby wyczekiwać i wypatrywać szans, by ten kwartet złapać na żywca.

Zobacz też: