Translate

piątek, 6 listopada 2026

ALG Trio - „Between The Vistula And The Hudson”

ALG Trio

Gilad Atzmon – saksofon altowy i klarnety
Piotr Lemańczyk – kontrabas
Adam Golicki – perkusja

Album: „Between The Vistula And The Hudson”

Wydawca: Aesthetiko (2026)

Tekst: Piotr Banasiak


Co mnie zachęciło, aby zapoznać się z ALG Trio?

Po pierwsze - nazwiska.

Panowie Lemańczyk i Golicki to już od dawna OSOBISTOŚCI sceny polskiej, z przebogatym dorobkiem i sukcesami. Na dodatek znający się jak łyse konie, co w nie jednej sekcji rytmicznej wspólnie siano... zarabiały.

A Pan Atzmon? Już nawet nie o to chodzi, że wirtuoz, że łoił u McCartneya, Waterboys, Floydów (no trudno, wstyd, ale za to splendor), czy Sinead O'Connor. Już nawet nie chodzi o to, że bardzo interesujący człowiek, myśliciel rzeczy świadomy i kontestator rzeczywistości niewygodny. Chodzi przede wszystkim o to, że jakiś czas temu skradł moje serce świetnym projektem Orient House Ensamble, którego muzykę rekomenduję wszystkim Słuchaczom łaknącym innych muzycznych kultur.

Po drugie - wszyscy trzej Panowie spotkali się już w zespole Pana Golickiego, który nagrał znakomitą płytę "The Great Time" , zatem bardzo byłem ciekaw, jak sobie będą poczynać w trio.

Po trzecie - do odważnych świat należy.

Trio bez instrumentu harmonicznego - intymna sytuacja, wymagająca doświadczenia, uwagi, refleksu, kreatywności, zaangażowania oraz zdolności koncyliacyjnych, tak aby jeden głos nie zdominował innych.

Układ, w którym bardzo przydaje się coś, co nie istnieje, a jednak wszyscy dżezmeni o tym mówią - naturalna chemia.

Na dodatek Panowie postanowili, że oś albumu będą stanowiły interpretacje standardów. Wielkich standardów dżezuizmu. Spójrzmy tylko na tytuł płyty. Żółty wiślany piach, wioski słomiany dach... ale wzrok skierowany w stronę Ameryki, Niu Jorku, kędy rzeka Hudson płynie, i gdzie źródła kultury dżezuistycznej biją.

Zatem słucham.

I się zastanawiam.

Program tej płyty to pięć opasłych koverów, otoczone i przedzielone sześcioma krótkimi improwizacjami zespołu. Nie trafia do mnie ten zamysł.

Wspólne autorskie etiudy to w większości swobodne, ewoluujące w różny sposób i z różną dynamiką impresje instrumentów dmuchanych i perkusji, z kontrabasem czujnie dopowiadającym harmonię. Intrygujące, ale nie aż tak porażające, abym natychmiast zapragnął posłuchać ich ponownie.

Pośród nich wyróżniam słingujący "The Romantic Lad" - praktycznie gotowy materiał na doskonały standard! Uwodzi zmysłową melodią saksofonową i ciepłem kontrabasu.

Ale moja uwagę najbardziej przykuwa "Tension". Klarnet jak poranne nawoływanie ptaków, rozbudzonych unerwionym monologiem perkusji, z kontrabasaliami z razu dyskretnymi, ale coraz to bardziej nachalnymi... Szkoda, można to było jeszcze pociągnąć, rozbudować... i mam nadzieję że na koncertach ta opowieść się rozwija!

Ale czy te improwizacje były konieczne, niezbędne? Moim zdaniem TEN ALBUM JEST ZBYT DŁUGI jak na moje zdolności percepcyjne. I idę o zakład, że nie tylko moje. Pięć opracowań standardów całkowicie by wystarczyło. Alternatywnie - gdyby improwizacje były nieodzowne, a mnie ktoś prosił o poradę - album zestawiłbym z czterech kowerów przedzielonych trzema najlepszymi improwizacjami.

Pora na treściwe dania główne. Wszystkie wysmażone w oparciu o ten sam przepis, pilnujący przejrzystej konstrukcji, wiodącej roli pana Atzmona jako głównego narratora, komfortowego i niezmiennego metrum oraz obowiązkowego sola kontrabasu w drugiej części każdego utworu. Ale spokojnie. Nudy nie ma.

"Green Dolphin Street" Bronisława Kapera - to fantastycznie rozkołysana, bardzo seksowna bossanova. "Secret Love" Sammy'ego Feina przywdziało strój słingującego blusidła. "You Don't Know What Love Is" Gene'a de Paula to gangsterska pościelówa. Słuchając powyżej wymienionych opusów - relaksuję się.

Relaksuję się, chłonąc naturalną wirtuozerię Pana Atzmona, Jego zmysł do konstrukcji fraz, gry barwą i długością dźwięku. I te Jego melodie prowadzone w sposób niezwykle elegancki, ale w każdej chwili gotowe przejść od kameralnego otulenia do zagęszczonej emocjonalnej wypowiedzi...

Relaksuję się, chłonąc pochody i figury Pana Lemańczyka, z jednej strony głęboko fundamentalne dla obrazu harmonicznego każdego utworu, z drugiej fantastycznie swobodne w partiach solowych. No i brzmienie. Kontrabas Pana Lemańczyka nie jest pluszowy, ani drewniany. Jest LEPKI.

Relaksuję się, smakując szaroeminencyjną powściągliwość Pana Golickiego, któremu całkowicie wystarcza świadomość, że i tak wszystko tu zależy od Niego... Perkusja jest niezwykle uprzejma, ale asertywna względem pozostałych instrumentów. Nie przeładowując soundu i nie zaciemniając obrazu, wspaniale gra akcentowaniem i kolorystyką, zwłaszcza talerzyzmami.

Czy wspominałem już o poczuciu humoru Pana Atzmona? Te wszechobecne cytaty, cytaciki... Już w otwierającym album szkicu "Like Cats In The Rain", słychać kilka sekund "Giant Steps", później moje drewniane ucho wyłowi go jeszcze w innym utworze, a refren z "Mona Lisy" Nata King Cole'a chyba we trzech! A pewnie jest tego więcej... Z jednej strony, jest to dość sympatyczne, z drugiej zaś strony... myślę, że każdy z nas ma w rodzinie stryjka, który od dekad na każdych imieninach przy stole opowiada ten sam dowcip...

Przypominam też Szanownemu Czytelnikowi, iż uparłem się, żeby cały album ALG Trio skrócić. Zatem dla wariantu "4 kowery + 3 improwizacje" poświęcam piosenkę "Secret Love" - jako najmniej przekonującą. Jedno jest pewne - za żadne skarby nie oddałbym dwóch kompozycji, o których jeszcze nie wspomniałem.

Dwa Koltrejny!

Dwa akty dźwiękowe, dla których moim zdaniem koniecznie trzeba albumu ALG Trio posłuchać!

"Giant Steps" - zastanawiałem się, czy to będzie kolejne wykonanie grożące mandatem za przekroczenie prędkości. A tu niespodzianka. Niespieszna, kołysząca w metrum 3/4, wyrafinowana przejażdżka po kole kwintowym. Pełna błysku i zmian tempa, zamaszysta tyrada saksofonu. Lemańczykowy kontrabas grający szeroko, w dialogu z saksem, ale świetnie zorientowany w czasie, zapewniający, że pochód akordów z oryginału Koltrejna jest ciągle słyszalny! Pan Golicki czujny jak Anioł Stróż. Niby Go nie ma - a jednak jest i koloryzuje zawzięcie. Do tego brawurowe przyspieszenie końcówki i obowiązkowa "Mona Lisa" w miejscu najmniej spodziewanym. C u d e ń k o ! ALG Trio stworzyło z "Giant Steps" cudeńko niezwykle przyswajalne i pociągające, z wyrafinowaną nutą tajemnicy wykonawczej.

Zaś prawie na koniec płyty ALGowie serwują nam dynamit: "Lonnie's Lament".

Rozpoczynają uduchowioną, dramatyczną uwerturą saksofonu, po której utwór rusza z kopyta tempie dużo szybszym, niż oryginał. Elegijny temat, słyszalny u Koltrejna na początku, Pan Atzmon gra dopiero w drugiej minucie, kiedy sekcja jest już w pełni swojego rozpędu. Przez osiem minut saksofon zionie ekspresją i dzikością w ilościach, jakich nie doświadczyłem przedtem na całym albumie. Ale nadal kocha melodię. Kocha opowieść. A Koltrejn uśmiecha się gdzieś na górze...

Pan Golicki dzieli i rządzi dynamiką, świetnie reaguje na zmiany temperatury Atzmonowej opowieści, w kulminacjach rozdaje razy na prawo i lewo, prowokuje zwroty i obrazuje zawieszenia akcji.

Natychmiast uwiodła mnie pyszna, motoryczna figura kontrabasowa, w której ostatnim dżwiękiem jest zagrany na dwóch strunach akord w kwarcie, w kolejnych sekcjach utworu Pan Lemańczyk wchodzi w wariacje i interakcje z saksem, by "Lamentację" zakończyć pięknym niskohercowym epilogiem.

"Giant Steps" i "Lonnie's Lament" to w moim przekonaniu najdoskonalszy portret ALG Trio jako trzech dużych osobowości tworzących jeden kreatywny organizm muzyczny.

Reasumując - po uwzględnieniu moich jakże światłych postulatów dotyczących skrócenia, „Between The Vistula And The Hudson” może stać się albumem niezmiernie zasługującym na uwagę Szanownych Czytelników. A znając kunszt i możliwości wszystkich trzech Artystów, ogromnie jestem ciekaw koncertów ALG Trio.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też: