Translate

poniedziałek, 12 października 2026

Emil Miszk Modulaire – „Megalopolis”

Emil Miszk Modulaire 

Emil Miszk (PL) – trumpet
Patrycja Wybrańczyk (PL) – drums
Steinar Heide Bø (NO) – drums
Kertu Aer (EE) – double bass
Håkon Huldt-Nystrøm (NO) – double bass
Sondre Moshagen (NO) – piano
Emil Bø (NO) – trombone
Maria Dybbroe (DK) – alto saxophone, bass clarinet
Viktoria Holde Søndergaard (DK) – vibraphone
Jorik Bergman (NL) – flutes
Per-Åke Holmlander (SE) – tuba
Jonathan Sandqvist (SE) – bassoon
Krzysztof Stencel (PL) – french horn
Aleksandra Panasik (PL) – oboe
Krzysztof Hadrych (PL) – guitar
Aleksander Rewiński (PL) – voice

Album: „Megalopolis”

Wydawca: Alpaka Records (2026) 

Link do muzyki na Bandcamp

Tekst: Marek Demidowicz


Okładka autorstwa Ady Zielińskiej, nazwa projektu i tytuł płyty celnie prowadzą słuchaczy w kierunku rezultatów poszukiwań artystycznych pomysłodawcy i kompozytora, znakomitego trębacza Emila Miszka. Modularność i megalopolis to dwa słowa klucze do zrozumienia idei tego dzieła. Słowo: dzieło brzmi pomnikowo, ale w tym przypadku to odpowiednie sformułowanie. Mamy tu bowiem do czynienia z olbrzymim przedsięwzięciem kompozytorskim i wykonawczym. Emil wyszedł od inspiracji skomplikowaniem i różnorodnością wielkiego miasta (megalopolis) i polistylistyczną strukturą utworów Franka Zappy (modularność). Modulaire to nie jest stały zespół. W koncepcji Emila modułowość dotyczy też eksperymentowania z różnymi składami, z różnymi artystami. Tym razem zaprosił do zespołu, właściwie orkiestry, międzynarodowy skład świetnych północnoeuropejskich muzyków. 16 osób! Klucz geograficzny to basen Morza Bałtyckiego. Jak sam mówi, to zwieńczenie 5 lat myślenia o tym koncepcie, komponowania i jego studyjnej, a teraz też koncertowej realizacji.

Płytę trudno skwitować jedną gładką formułką, bo z definicji jej zawartość jest bardzo różnorodna. Zmienność stylistyczna następuje nie tylko między poszczególnymi utworami, ale także wewnątrz nich. Przeprowadziłem więc skondensowaną analizę poszczególnych utworów, sporządzając notatki w trakcie ich słuchania.

1. Shapes of Water I: Foundation 12:26

Przy pierwszym utworze wpadłem w jakiś niekontrolowany zachwyt. Przesterowane gitary, przedęta, charcząca trąbka, orkiestra, solo perkusji i kontrabasów, zmienność rytmiczna i stylistyczna, od rocka do Bacha. Postmodernizm w najlepszym wykonaniu. Zappa był mistrzem eklektyzmu muzycznego wymagającego niesamowitej erudycji, oczytania, osłuchania, dysponowania wielogatunkowym warsztatem. I tak też jest w przypadku Emila. A może nawet trochę bardziej, bo rozstrzał chronologiczny jest jeszcze większy. Zappa chyba nie sięgał do baroku.

2. Shapes of Water III: Circulation 8:40

Już w intro mamy wielość gatunkową, improwizację Emila na trąbce, jazzową perkusję, smyczki, wibrafon. Potem wchodzą blachy, smyczki, flety, tuba, perkusja jazzowa. Druga część to już jazz w kanonicznym rozumieniu. Wibrafon, dynamiczna perkusja, lekko tynerowskie struktury rytmiczne i na koniec orkiestrowa przestrzenna koda.

3. Shapes of Water II: Concentration 10:16

Warszawska Jesień, czyli atoniczna improwizacja z psychodelicznym podkładem, przechodzi w spokojny fragment orkiestrowy z trąbką i fletami i taka kameralna muzyka towarzyszy nam prawie do końca utworu. Ostatni fragment wraca do początkowego chaosu, ale bardziej w stylu free jazzu.

4. Diatonic Jogger 9:04

Początek leniwy, flety, talerze, podskórny rytm, barokowa trąbka z nowojorskimi smyczkami i wagnerowskimi dęciakami. Repetytywny fortepian i dalej przeplatające się partie różnych sekcji orkiestry i solistów. Końcówka znów jazzowa, klasyczne trio fortepianowe, z czasem dochodzi orkiestra i już się nie poddaje do końca, towarzysząc kolejnym solistom lub wypełniając całą przestrzeń akustyczną.

5. Non Omnis Moriar 4:26

Puściłem ten kawałek w samochodzie w trakcie długiej podróży i dostałem po głowie od ukochanej. Uważam, że niesłusznie. To najbardziej odjechany kawałek i ja jestem zachwycony. Tu Emil nie oglądał się na podręczniki postulujące czystość stylistyczną. Muzyce instrumentalnej zanurzonej w jazzowo-rockowej aurze towarzyszy wokal operowy. I jeszcze non omnis moriar! Nie, tak się nie śpiewa ani rocka, ani jazzu, tak się śpiewa wczesnobarokowe opery i miszkowo-zappowskie pomysły.

6. Saying Something 9:23

Tu bardziej broadwayowski musical niż opera. Ja słyszę tu Bernsteina i „West Side Story”, a w drugiej części „Hair”. Podróż po zachodnich dzielnicach, po Central Parku. W tle trochę funkowo. Turpistyczne solo lekko przesterowanej gitary Hadrycha. Końcówka znów jazzowa, z pięknym fletem w stylu Huberta Lawsa. Koda przywodzi musicalowy wokal na tle szalejących chyba wszytkach dostępnych instrumentów.

7. Something Is Missing 7:48

Orkiestrowe intro dostaje jazzowy rytm i jazzowy pochód basowy, a na tym tle trąbka Emila w brzmieniu początkowo klasycznym, po czym płynnie przechodzi w jazzowe frazowanie. Chyba najbardziej jazzowy fragment na płycie. Oczywiście to nie koniec pomysłów, bo wszystko pozornie wraca do początkowej koncepcji, ale czy na pewno?

8. Non Omnis Moriar: Reprise 6:14

Powrót do non omnis moriar z piękną trąbką Emila. Miejscami jak marsz żałobny. Dostojna muzyka, która za chwilę wpada w dziurę z wojskową rytmiką i free improwizacją, po czym stopniowo powraca na grunt orkiestrowy. Koniec to kwintesencja pomysłu. Operowy wokal, przesterowana gitara, pompatyczna orkiestra.


Próba fot. Daria Szczygieł

W jednym z wywiadów Emil powiedział, że dojrzał do tego momentu, żeby powiedzieć, że jego specjalizacją jest brak specjalizacji. To pozwala mu swobodnie poruszać się po całej muzyce, nie oglądając się na gatunkowe podziały lub granice, których nie powinien przekraczać. W trakcie pracy nad tekstem weszliśmy z Emilem w krótką wymianę zdań. Przytoczę tylko 2 fragmenty ważne dla tego wywodu.

M.D. – Jaki wpływ ma Twoje podwójne wykształcenie, stąd barok i operowe elementy? Wspominasz o inspiracji Frankiem Zappą. Jakieś konkretne płyty czy metoda mieszania wszystkiego ze wszystkim?

E.M. – Na pewno długoletnia ekspozycja na muzykę klasyczną generalnie, współczesną i barokową ma wpływ na to jak piszę i jakie brzmienie chcę uzyskać. Będąc zmęczony podziałami i presją wyboru, co studiować lub co grać w ogóle, postanowiłem już więcej nie walczyć z tym, nie wybierać. Próbuję stworzyć świat, w którym te wszystkie gatunki połączę. I tu pojawia się Frank Zappa. On świetnie potrafił łączyć różne gatunki. Konkretne płyty to: „The Yellow Shark”, „Freak Out”, „One Size Fits All”, „Hot Rats” i „Apostrophe”.

M.D. – Super! Biegnę do półki z Zappą, powinny być wszystkie. Ja z racji wieku oczywiście kocham Zappę, ale Ty? Skąd go wytrzasnąłeś?

E.M. – Jeszcze z zespołem Algorhythm stworzyliśmy kiedyś playlistę na Spotify z inspiracjami każdego z nas, żeby podzielić się ze słuchaczami. Każdy z nas coś na nią wrzucił i Sławek Koryzno dodał 2 utwory właśnie z „Apostrophe”. Od tamtej pory zacząłem grzebać głębiej.

Wszystkich nie znalazłem, być może gdzieś się pochowały w stosach płyt poupychanych po wszystkich kątach. Znalazłem „Hot Rats”, „Apostrophe”, „Freak Out” i kilkanaście innych niewymienionych przez Emila. Bardzo mnie cieszy, że nasza muzyczna młodzież odkrywa dla siebie starych mistrzów i potrafi z nich czerpać inspiracje. Zappa fascynuje mnie od dziecka, jego łatwość żonglowania gatunkami bez żadnych granic. Potrafił płynnie zmieniać stylistykę w trakcie utworu wielokrotnie. Do tego trzeba nieskrępowanej wyobraźni i muzycznej erudycji. W obu konkurencjach Emil jest godnym kontynuatorem idei wielkiego Franka. Podkreślam słowo: kontynuatorem, a nie naśladowcą. Chodzi o zastosowaną metodę twórczą, pozorny eklektyzm, sklejanie pozornie niesklejalnego. Efekt dźwiękowy jest jednak zupełnie odmienny. Frank wyruszał z pozycji psychodelicznego rocka w stronę jazzu i muzyki orkiestrowej, więc to rock jest fundamentem. W „Megalopolis” rockowa jest głównie gitara, a reszta to cały świat klasyki od baroku do awangardy i oczywiście dominujący jazz, z wycieczkami na Broadway.

Płyty słuchałem z zainteresowaniem godnym jakiegoś filmu sensacyjnego Alfreda Hitchcocka, w każdej sekundzie można się spodziewać zwrotu akcji, a zakończenie będzie zupełnym zaskoczeniem. Napisanie tak skomplikowanej partytury i okiełznanie tak potężnego aparatu wykonawczego w studiu i na scenie wymaga wybitnego kunsztu. Emil to ma. Obserwuję jego dokonania od dawna i zaliczam go do najbardziej kreatywnych muzyków swojego pokolenia. Z jednej strony potrafi wprowadzić dyscyplinę i wyegzekwować spójność zespołowego grania, a z drugiej zapewnia muzykom przestrzeń do własnych kreacji, bo to w końcu jazz przecież. Płyta bardzo ciekawa, nie znajduję odpowiednika w historii polskiego jazzu, a i z zagranicznym też miałbym kłopot, by znaleźć zbyt wiele przykładów. Jak wynika z deklaracji Emila, Modulaire to projekt długofalowy, więc z wielką ciekawością czekam, co z tego jeszcze wyniknie.

Płyta została nagrana w studiach Polskiego Radia S4/S6 w Warszawie 8 – 11 października 2025. Ukazała się w formie CD i wkrótce na podwójnym winylu. Wydawcą jest nasza ulubiona Alpaka Records, której Emil jest współzałożycielem. Premiera miała miejsce 9 października 2026. Koncerty przedpremierowe odbyły się 6 października w NOSPR i 7 października w Centrum św. Jana w Gdańsku. Wiem od Emila, że koncerty wypadły bardzo dobrze i muzyka miała świetny odbiór. W obu miejscach owacje na stojąco! Kolejna okazja zobaczyć i usłyszeć ten wyjątkowy projekt w pełnym 16-osobowym składzie 21 listopada 2026 na festiwalu Eufonie w Warszawie. Więcej informacji na stronie „Megalopolis”: https://www.megalopolis.emilmiszk.com/


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też: