Olgierd Dokalski - trąbka, flugelhorn, live electronics
Tytuł: "Preludes to the Universe"
Wydawca: Antenna Non Grata (2026)
Autor tekstu: Mateusz Chorążewicz
Link do muzyki na Bandcamp
Przyznaję bez bicia: nurtem jazzu czerpiącego z okołosłowiańskiego folkloru jestem już lekko zmęczony. Płyta za płytą osadzona jest w podobnej estetyce i nierzadko mam wrażenie, że bardziej chodzi o podążanie za modą niż o jakąkolwiek realną narrację. Z Olgierdem Dokalskim sprawa ma się jednak inaczej.
Ze swojego zamiłowania do folku znany jest od dawna, więc akurat jego o koniunkturalne podczepianie się pod modę oskarżać nie wypada - i może dlatego, mimo całego mojego przesytu tym nurtem, do "Preludes to the Universe" usiadłem bez większych uprzedzeń. Jak się okazało, słusznie, bo temat został tu ujęty inaczej, niż słyszymy to zwykle w naszej części Europy.
Zacznijmy od podstawowego faktu: to płyta w
stu procentach solowa. Żadnego towarzystwa, żadnego bandu - tylko Dokalski,
jego trąbka, flugelhorn i przetwarzana na żywo elektronika.
Na tym "na żywo" chciałbym się na
moment zatrzymać, bo rzecz nie jest błaha. Dokalski nie podkłada sobie żadnych
sampli, całą warstwę elektroniczną buduje w czasie rzeczywistym. Z wykonawczego
punktu widzenia to spory kłopot do ogarnięcia i uczciwie wypada to odnotować.
Łatwo bowiem przejść obok tego obojętnie, nie zdając sobie sprawy, ile pracy
siedzi pod spodem.
Płytę otwiera samotne brzmienie instrumentu -
ciepłe, przyjazne, od pierwszej chwili przykuwające ucho. Takie też pozostaje
praktycznie do końca. Nie uświadczymy tu wirtuozerskich popisów ani
karkołomnych technicznych przebiegów. Dokalski najwyraźniej nie ma potrzeby
niczego nikomu udowadniać. Zamiast tego dostajemy muzykę kontemplacyjną,
nostalgiczną, płynącą spokojnie i bez pośpiechu.
Dwa utwory opierają się na melodiach
ukraińskich i białoruskich, reszta to autorskie rzeczy Dokalskiego - choć
"kompozycje" to w tym przypadku określenie odrobinę na wyrost.
Melodyka prosta, rytmika nieskomplikowana, harmonia najczęściej jednoakordowa,
a momentami wręcz bezakordowa. Folkowy sznyt słychać również w tych autorskich
fragmentach, tyle że nie bije po uszach tak mocno jak w dwóch wspomnianych
wyżej. Trudno wprawdzie nazwać tę płytę przełomem, ale wyraźnie słychać, że
autor naprawdę przemyślał co i po co chce zagrać.
Osobny akapit należy się okładce autorstwa
Marty Krzywickiej, bo jest po prostu znakomita. Utrzymana w ciepłej, złocistej
tonacji, techniką przypominającą drzeworyt, świetnie współgra z nastrojem samej
muzyki. Rzecz niby drobna, a potrafi ustawić odbiór płyty, zanim jeszcze padnie
pierwszy dźwięk.
Podsumowując: "Preludes to the
Universe" nie wywraca niczego do góry nogami i raczej nie udaje, że ma
taki zamiar. Jest za to wyrazem autorskiej twórczości, która ma własny sens i
nie powstała dlatego, że akurat taka panuje moda. Jeśli folkowo-jazzowy natłok
ostatnich lat zaczął cię już nużyć, a mimo to szukasz w tym nurcie czegoś
zrobionego z głową i z pomysłem, to Dokalski daje ci całkiem konkretny powód,
żeby sięgnąć właśnie po tę płytę.
Przy tej okazji odświeżyłem sobie poprzedni
album Dokalskiego - "Mirza Tarak" sprzed dekady. Ciężko mówić o
dziesięcioletnim albumie, że jest jakoś szczególnie "stary", ale
trzeba przyznać, że „starzeje” się znakomicie. W moim odczuciu wypada zresztą
zdecydowanie ciekawiej niż "Preludes to the Universe", choć tam do
dyspozycji było szersze instrumentarium, więc to porównanie nie jest do końca
sprawiedliwe. Zresztą rzecz jest na wskroś subiektywna, bo i ta muzyka w
odbiorze bywa wybitnie subiektywna. Sam raczej nie poczuję potrzeby, by wracać
do "Preludes to the Universe". Do "Mirza Tarak" - jak
najbardziej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz