Maciek Pysz – gitara klasyczna, gitara akustyczna
Daniele di Bonaventura – bandoneon, fortepian
Yuri Goloubev – kontrabas, fortepian
Album: „Pont de Vie”
Wydawca: Abeat Records (2026)
Tekst: Marek Demidowicz
Uwielbiam płyty z jazzową gitarą w roli głównej. Z gitarą, ale elektryczną! Te z akustyczną raczej omijałem lub podchodziłem z dystansem. Życie jednak płata figle i dostałem do zrecenzowania płytę, gdzie główny bohater gra na gitarze akustycznej, a jakby tego było mało, to w większości utworów używa gitary klasycznej. Masakra! Dla miłośnika Jimiego Hendrixa, Billa Frisella, Jamesa Blooda Ulmera i Krzysztofa Hadrycha to zadanie z tych niewykonalnych. Mierzyłem się z myślami, popadałem w zwątpienie, miałem okresy buntu i braku wiary we własne siły, aż musiałem sobie twardo powiedzieć: nie masz wyjścia! OK. Tylko jak to zrobić, żeby swoimi deficytami miłości do gitar akustycznych nie skrzywdzić artysty, a siebie nie narazić na srogi gniew zawiedzionych czytelników? Znalazłem tylko jedną sensowną odpowiedź: porzuć swoje fobie, wymaż upodobania, otwórz się na muzykę. Więc uzbrojony w taką ludową mądrość włożyłem płytę do odtwarzacza i zrobiłem tzw. pierwszy odsłuch. I co się okazało?
Okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Już pierwsze dźwięki dowiodły, że szykuje się bardzo przyjemna godzina z lekkim okładem (64’04’’) słuchania bardzo przyzwoicie nagranej płyty. Z tych audiofilskich, a to akurat bardzo lubię. Wydawca, czyli włoska wytwórnia Abeat Records, słynie z perfekcyjnego podejścia do jakości rejestrowanych nagrań. Moją uwagę przy rozpakowaniu przesyłki z CD przykuła okładka, a dokładnie zdjęcie zamglonego jak zwykle Mostu Golden Gate w San Francisco. Piękna! Autorem projektu okładki jest Marina Barbensi. To zdjęcie i tytuł „Pont de Vie” to bardzo ważne części przesłania, jakie niesie ta płyta, o tym za chwilę.
Gitarzysta Maciek Pysz, nasz rodak mieszkający w różnych miejscach w Europie, w Londynie, we Francji, a ostatnio w Krakowie, zaprosił do współpracy wybitnych muzyków: włoskiego bandoneonistę Daniele di Bonaventurę i pochodzącego z Moskwy, ale od ponad 20 lat mieszkającego w Mediolanie kontrabasistę Yuriego Goloubeva. Zarówno Daniele, jak i Yuri grają też w kilku utworach na fortepianie. Daniele spotkaliśmy na recenzowanej niedawno płycie Adama Bałdycha „Endless”. Wspomniałem o tym Maćkowi, oto odpowiedź: „Z Daniele przyjaźnimy się i gramy ze sobą już od ponad dziesięciu lat. To nasza trzecia wspólna płyta. Adam chyba dopiero niedawno zaczął z nim współpracę”. To niejedyne pokrewieństwo obu płyt. Obie zostały nagrane w fantastycznych warunkach. Płyta Adama w centrum muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach, a Maćka w studiu Artesuono w Cavalicco koło Udine. Obie lokalizacje położone na uboczu, daleko od zgiełku wielkich miast, zapewniają atmosferę twórczego skupienia i pewnej intymności. Odcięcie od świata zewnętrznego pozwala w pełni skupić się na kreacji. To styl pracy znany z ECM i stąd może efekty w podobnej poetyce.
Od lewej: Yuri, Maciek, realizator nagrania Stefano Amerio i Deniele w studio Artesuono (autor zdjęcia nieznany, przypadkowa osoba, która akurat przywiozła paczkę do studia)
Druga zbieżna cecha to szacunek dla ciszy i dla pojedynczego dźwięku. Każdy jest ważny, te mniej ważne zastąpiła cisza. Cisza też potrafi mówić, jeśli nada się jej takie znaczenia. Tu cisza krzyczy mniej gwałtownie niż u Bałdycha, ale jest ważnym elementem kompozycji. Bandoneon brzmi tu bardzo pięknie i spokojnie. Generuje pojedyncze dźwięki, tworzy tła dla innych instrumentów, improwizuje niekiedy na pierwszym planie. Ma wiele zadań do wykonania, a robi to z eleganckim umiarem, minimalistycznie, można powiedzieć. Tak można z pewnością powiedzieć też o całej płycie. Powściągliwość, unikanie emocjonalnych i fakturowych eskalacji, granie tylko niezbędnych dźwięków. Daniele di Bonaventura pokazuje się też jako ciekawie improwizujący pianista jazzowy, szczególnie w drugim utworze płyty „It Should Have Happened”.
Kontrabasista Yuri Goloubev (w polskiej transkrypcji chyba Gołubiew) ma sporo okazji do improwizacji, wprowadza więc ważny aspekt jazzowy. Bez improwizacji nie ma jazzu. Jego gra nie spełnia jednak wprost roli, jaka została przypisana kontrabasowi w jazzie. Nie ma tu typowych pochodów basowych, raczej udział w tworzeniu melodii, preparowanie faktur basowych w tle. Czasem gra smyczkiem i wtedy gra wysoko, brzmienie aż przypomina skrzypce.
Maciek na gitarach gra trochę klasycznie i trochę jazzowo. Jest sporo swobodnej improwizacji, ale dość oszczędnej w emocjach. Artysta duży nacisk kładzie na melodyjność kompozycji, na subtelne operowanie nastrojem. W obu aspektach odnosi sukces. Z 13 utworów na płycie aż 9 napisał Maciek, a po jednej Yuri i Daniele. 2 to szlagiery, filmowy „Le chanson d’Hélène” Philippa Sarde’a i „Beija-Flor” Brazylijczyka Nelsona Cavaquinho. Stylistycznie otrzymujemy miks brzmień jazzowych, klasycznych i etnicznych, choć żaden z gatunków nie pełni tu szczególnie dominującej roli. Wszystko się przeplata, splata i łączy.
Maciek Pysz feat. Daniele di Bonaventura & Yuri Goloubev „Woke Up & Sang”
Recenzja ukazuje się na stronie poświęconej płytom jazzowym, więc postanowiłem wyłowić najbardziej jazzowe kawałki. Stawiam na „Beija-Flor”, gdzie Maciek pozwolił sobie poimprowizować, choć w ścisłych ramach melodycznych, „Paris Dreams” z silnie zaznaczonym rytmem i prawdziwie jazzowymi solówkami na gitarze i bandoneonie oraz przedostatni „Surrender” Maćka, gdzie kompozycja i nieskrępowane wykonanie przywodzi na myśl porównanie z Bensonem lub Methenym. W „Surrender” po pierwszych taktach czekałem na wokal Cassandry Wilson, idealnie by tu pasowała. Te podobają mi się najbardziej, ale płytę polecam słuchać w całości. Można w skupieniu, co pozwoli wyłowić smaczki stylistyczne i akustyczne. Można też jako muzyki towarzyszącej, wtedy dominujący jest refleksyjny nastrój.
W trakcie pracy nad recenzją kilkakrotnie wymienialiśmy myśli z Maćkiem, więc zadałem mu, moim zdaniem, pytanie ważne i zasadnicze w kontekście jazzu: – Czy nie myślałeś o grze na gitarze elektrycznej, dlaczego gitary akustyczne? – Oczywiście, że myślałem, grałem i gram. Zresztą w niektórych projektach gram na gitarze elektrycznej, a w innych na klasycznej lub akustycznej. Wszystko zależy od charakteru projektu, natomiast moim głównym instrumentem jest gitara klasyczna, której brzmienie po prostu najbardziej mi odpowiada.
Po wielokrotnym przesłuchaniu tego krążka muszę Maćkowi przyznać rację, gitara elektryczna do nastroju i koncepcji tej płyty nie pasowałaby.
Maciek dedykuje płytę pamięci swojego niedawno zmarłego ojca. Tytuł płyty po polsku to „Most życia”, choć myślę, że bardziej chodzi o most pomiędzy, o przekraczanie, o most pomiędzy życiem a tym, co potem. Są dwa fragmenty bezpośrednio odpowiedzialne za to przesłanie, „The Bridge” stanowiący intro gitarowe do kolejnego „Le Pont de Passage”. To tytuł, który bardziej odpowiada tej refleksji nad ostatnią wyprawą. Można też odczytywać te tytuły jako symbole przekraczania granic gatunkowych, geograficznych, kulturowych i etnicznych.
Spytałem Maćka, czy fakt poświęcenia płyty stracie bliskiej osoby ma związek z nastrojem, z komponowaniem utworów. – Tak, zdecydowanie ma to związek z nastrojem tej płyty, choć nie powiedziałbym, że wszystkie utwory powstały bezpośrednio jako reakcja na śmierć mojego ojca. Jego odejście było jednym z ważnych doświadczeń, które towarzyszyły mi w czasie powstawania tej muzyki. „Pont de Vie” jest dla mnie płytą o przechodzeniu pomiędzy różnymi miejscami, ludźmi i etapami życia, o zmianach, rozstaniach i pamięci. Śmierć ojca była jednym z tych doświadczeń, które nadały tym tematom szczególną wagę i wpłynęły na emocjonalny charakter albumu.
Maciek Pysz na sesji zdjęciowej Anny Marii Olak
Podsumowując, otrzymujemy płytę subtelną, poruszającą, pięknie skomponowaną i perfekcyjnie zagraną. Fani speed metalu pewnie będą marudzić, ale dla pozostałych, szczególnie tych wrażliwych słuchaczy, to prawdziwa gratka.
Płyta wydana w wersji CD przez włoski audiofilski label Abeat Records. Jakość nagrania fantastyczna. Przy przyzwoitych warunkach odsłuchowych powinna zadowolić nawet bardzo wymagających słuchaczy, a tym normalnym sprawić dużo przyjemności z obcowania z dźwiękiem najwyższej jakości. Dystrybutorem w Polsce jest sopocki Soliton. Polska premiera 10 października 2026. W planach również prawdopodobnie jednopłytowe wydanie na winylu, ale tu trzeba będzie trochę poczekać i trzeba się liczyć z selekcją materiału.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz