Sebastian Zawadzki – fortepian
Mariusz Praśniewski – kontrabas
Haim Peskoff – perkusja
Tytuł płyty: Cornea
Miejsce i rok nagrania: Kopenhaga, 2025
Realizator nagrania: Jason Shooster
Mix i mastering: Mateusz Banasiuk
Projekt okładki: Eldan Alomerovic
Wytwórnia/Wydawca: Sebastian Zawadzki Music
Data premiery: 14 sierpnia 2026
Autor tekstu: Mariusz Olczyk [MO]
Link do muzyki na Bandcamp
Polish Jazz Blog Editor's Choice
Z archiwum Polish Jazz Blog - nagrania z udziałem Sebastiana Zawadzkiego:
Tone Raw – „Tone Raw” (2012):
https://polish-jazz.blogspot.com/2013/02/tone-raw-tone-raw-2012.html
International Jazzpocalypse – „Live in Torun” (2013):
https://polish-jazz.blogspot.com/2013/04/international-jazzpocalypse-live-in.html
Sebastian Zawadzki – „Luminescence” (2014):
https://polish-jazz.blogspot.com/2014/06/sebastian-zawadzki-luminescence-2014-12.html
Sebastian Zawadzki Trio & Strings – „Euphony” (2015):
https://polish-jazz.blogspot.com/2016/03/sebastian-zawadzki-trio-strings-euphony.html
Z Sebastianem Zawadzkim mam pewien kłopot. Trochę niezręczny. Nie znałem go wcześniej tak, jak chyba powinienem był go znać. Przy czym od razu muszę zaznaczyć, że jest to raczej moje spóźnione odkrycie niż coś nowego dla Polish Jazz Blog – nazwisko Zawadzkiego pojawiało się tutaj już grubo ponad dekadę temu.
Jako kinoman cenię filmy, przy których pojawił się jego fortepian: „Bogowie”, „Chce się żyć” czy „Moje córki krowy”. To ważne tytuły. Tyle że ja, jak wielu widzów, pamiętam reżyserów, aktorów, czasem kompozytorów, a wykonawców muzyki filmowej już nie zawsze. Człowiek słucha, ogląda, przeżywa film, a dopiero po latach orientuje się, że jeden z jego ważnych elementów prowadzi do pianisty z Torunia mieszkającego w Kopenhadze.
Co gorsza, musiałem też słyszeć Zawadzkiego u Adama Bałdycha na „Portraits”. Słyszałem, tylko nie połączyłem kropek. Trochę głupio.
Zacząłem więc szperać. I szybko okazało się, że nie chodzi o jedną przeoczoną kropkę, ale o całą mapę. Z jednej strony solowy cykl „Piano Works”, poświęcony brzmieniu i możliwościom fortepianu. Z drugiej „Between the Dusk of a Summer Night”, z orkiestrą, głosem, syntezatorami i minimalistycznym myśleniem o formie, a potem „Norn”, gdzie fortepian i smyczki spotykają się z ambientową elektroniką i fascynacją północą. Do tego filmy, orkiestracje dla Jana A.P. Kaczmarka, Kopenhaga, warsztaty filmowe w Los Angeles, Bałdych. Sporo ścieżek jak na jednego człowieka.
„Cornea” jest więc dla mnie nie tylko odkryciem płyty, ale też poznaniem samego artysty. Po orkiestrach, smyczkach, elektronice, muzyce filmowej i solowych eksperymentach zostaje najbardziej podstawowy skład jazzowego tria: fortepian, kontrabas, perkusja. Mały skład, ale nie jest to powrót do zwykłego „jazzowego grania”, a raczej kolejny sposób Zawadzkiego na ograniczenie środków i sprawdzenie, co można z nimi zrobić.
Zawadzki nie zaczyna tu jednak przygody z triem od początku. Z Mariuszem Praśniewskim nagrywał już dawne „Tåge”, po latach spotkali się ponownie przy „Whispered Melodies”, a skład z Haimem Peskoffem Zawadzki nazwał Nordic Trio. Równolegle istnieje jego polskie trio od „Vibrations”. Nowa płyta nie zaczyna więc tej trio-drogi, lecz ją rozwija.
Rogówka
Album „Cornea” zaczyna się od utworu tytułowego. „Cornea” znaczy rogówka. Nie jest to może najbardziej „romantyczne” słowo na tytuł jazzowej płyty, ale okazuje się zaskakująco trafne.
Rogówka nie jest obrazem. Jest częścią aparatu widzenia, przez którą światło dopiero dociera do oka i obraz zaczyna nabierać kształtu. I ten tytuł dobrze ustawia sposób słuchania całej płyty. Zawadzki nie prowadzi nas od tematu do tematu, od solówki do solówki. Bardziej interesuje go stopniowa zmiana perspektywy: zagęszczanie muzyki, przesuwanie akcentów, porządkowanie relacji między fortepianem, kontrabasem i perkusją.
Nie jest to wyłącznie moja interpretacja tytułu. Rogówka i moment, w którym światło po raz pierwszy wpada do oka, były koncepcyjnym punktem wyjścia dla albumu. Muzyka ma poruszać się na granicy przejrzystości i niejasności, dźwięku i ciszy, struktury i atmosfery, a jej formy wyłaniają się stopniowo poprzez powtórzenia, fakturę, rezonans i subtelne zmiany dynamiki. I rzeczywiście tak jej słucham.
Północ
Można oczywiście napisać, że to płyta melancholijna. I będzie w tym prawda. Jest tu smutek, skupienie, trochę tego dobrze znanego północnego „klimatu”, który w opisach jazzu zdążył się już niemal wpisać w jego DNA.
Ale „Cornea” nie mieści się wyłącznie w tej szufladzie.
Zawadzki sam dystansował się w jednym z wywiadów od określenia „smutne tony”, woląc mówić o minimalizmie, nordyckim jazzie i przestrzennym, krajobrazowym brzmieniu. I chyba te słowa rzeczywiście lepiej pasują do „Cornei”.
Jest tu melancholia, ale jest też ruch, napięcie, zmiany temperatury. Fortepian, kontrabas i perkusja pracują spokojnie i uważnie. To taki rodzaj muzyki, przy którym człowiek niekoniecznie chce natychmiast zmieniać świat.
Przesunięcia
Tytuły utworów są jednym z możliwych kluczy do tej płyty: „Cornea”, „Turbarium”, „Katalaxia”, „Hedera”, „Fractura Somnii”, „Prześwit”, „Alveola”, „Pastellium”, „Monochrome III”, „Substrata Umbrae”, „Luminaria”.
Układają się w ciąg pojęć związanych z widzeniem, materią, wzrostem, pęknięciem, oddechem, kolorem, redukcją, cieniem i światłem. Nie trzeba oczywiście przy każdym z nich otwierać słownika łacińskiego, atlasu anatomii czy podręcznika botaniki. Ale trudno też całkiem zignorować ten zestaw skojarzeń. Przyznaję, sprawdziłem.
„Alveola” nie musi więc opowiadać o pęcherzyku płucnym, a „Hedera” nie musi udawać bluszczu. Te tytuły raczej podpowiadają sposób słuchania niż narzucają gotowe obrazy.
„Turbarium” zagęszcza przestrzeń po otwierającej, spokojniejszej „Cornei”. „Katalaxia” pokazuje porządek rodzący się ze współdziałania i energię tria. „Fractura Somnii” wprowadza nieco ciemniejsze napięcie. „Prześwit” otwiera więcej miejsca. „Pastellium” pracuje barwą, „Monochrome III” ją ogranicza, „Substrata Umbrae” schodzi w cień, a „Luminaria” album rozjaśnia. Przypadek? Raczej nie. Te tytuły i muzyka wyraźnie pracują w podobnym polu skojarzeń.
Czy to „muzyka percepcji”? Być może, choć samo określenie brzmi trochę zbyt poważnie, wręcz naukowo. Po kilku przesłuchaniach zacząłem po prostu odbierać tę płytę nie jako jedenaście osobnych kompozycji, lecz jako kolejne zmiany perspektywy w tej samej przestrzeni.
I to wydaje mi się ciekawsze niż próba znalezienia dla każdego tytułu osobnej definicji.
Trio
Zawadzki ma warsztat, który pozwalałby mu prowadzić muzykę w stronę efektownych pianistycznych popisów. Nie robi tego, a jeśli już, to bardzo rzadko i bez rozbijania formy. W jednym ze starszych wywiadów mówił, że wirtuozeria przestała go interesować i że bliższe są mu prostota, klarowność idei, powtórzenia oraz wyważenie. Na „Cornei” to świetnie słychać.
To nie jest płyta pianisty z kontrabasem i perkusją w tle. Fortepian Zawadzkiego jest oczywiście ważny, ale kontrabas często nadaje muzyce kierunek, a nie tylko głębię. Perkusja nie ogranicza się do rytmu, ale wpływa na temperaturę i siłę poszczególnych utworów.
Trzy instrumenty dają tu wystarczająco dużo do słuchania.
Ważna jest też wspólna historia muzyków. Zawadzki mówił w Dwójce o odnalezionej po latach wspólnej nici porozumienia z Mariuszem Praśniewskim oraz o bardzo szybkim znalezieniu wspólnego języka z Haimem Peskoffem.
Widzenie
„Cornea” to płyta dobrze zaprojektowana. Każdy utwór nie tyle dodaje nową historię, ile trochę zmienia parametry odbioru: światło, gęstość, przestrzeń, napięcie.
To nie jest płyta, która narzuca się słuchaczowi. Można przy niej czytać, myśleć, rozmawiać, milczeć. Można pozwolić jej działać gdzieś obok.
Tyle że z tym czytaniem bywa różnie. W pewnym momencie można się zorientować, że od kilku minut książka leży otwarta na tej samej stronie.
I chyba właśnie to najbardziej podoba mi się w „Cornei”. Nie robi wielkiego hałasu wokół siebie, a jednak po pewnym czasie słucha się już tylko jej.
Najchętniej usłyszałbym „Corneę” w małym klubie. Kilka stolików, fortepian niemal na wyciągnięcie ręki, kontrabas pół metra dalej, perkusja bez podestu, bez dystansu. Trochę duszno, trochę ciasno. Szklanki stoją na stolikach, ktoś przy barze jeszcze coś szepcze. Po chwili rozmowy cichną. Muzycy grają.
Tone Raw – „Tone Raw” (2012):
https://polish-jazz.blogspot.com/2013/02/tone-raw-tone-raw-2012.html
International Jazzpocalypse – „Live in Torun” (2013):
https://polish-jazz.blogspot.com/2013/04/international-jazzpocalypse-live-in.html
Sebastian Zawadzki – „Luminescence” (2014):
https://polish-jazz.blogspot.com/2014/06/sebastian-zawadzki-luminescence-2014-12.html
Sebastian Zawadzki Trio & Strings – „Euphony” (2015):
https://polish-jazz.blogspot.com/2016/03/sebastian-zawadzki-trio-strings-euphony.html
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz