Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2021. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2021. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 czerwca 2025

kakofoNIKT - "Dance Epidemic - Greatest Hits A.D. 1518"

kakofoNIKT

Patryk Lichota - synthesizers, samplers & sequencers, effects, soprano & tenor saxophone, Fender Bass VI
Hubert Wińczyk - synthesizer, sampler, field recordings on cd-j, drum machines, vocal

and Michał Joniec - ghost heart

Tytuł płyty: "Dance Epidemic - Greatest Hits A.D. 1518"

Wydawca: Antenna Non Grata (2021)

Autor tekstu: Viačeslavas Gliožeris

kakofoNIKT is a duo of electronics artists Patryk Lichota and Hubert Wińczyk. They both play synths, and samplers and use electronic effects. Additionally, Patryk plays saxophones and Fender Bass, and Hubert uses a drum machine and speaks words. Duo's last-to-date album „Dance Epidemic - Greatest Hits A.D. 1518„ is „an imaginary soundtrack to the events that took place in Strasbourg in 1518 during the massive poisoning of the city with hallucinogenic ergot in bread and the collective mania that took over the inhabitants“.

poniedziałek, 2 września 2024

Piotr Rodowicz i Przyjaciele - "Zapomniani kompozytorzy Polscy Vol. 1 i Vol.2"

Vol. 1 Zapomniani Kompozytorzy Polscy Artur Gold / Leon Boruński

Bogdan Hołownia – fortepian
Ryszard Borowski – flet
Mark Waggoner – gitara
Piotr Rodowicz – kontrabas
Jeremiasz Henzel – realizacja, ZPSM im. F. Chopina (Warszawa)





Vol. 2 Zapomniani Kompozytorzy Polscy Władysław Daniłowski / Zygmunt Wiehler

Alicja Borkowska – śpiew
Bogdan Hołownia – fortepian – 1, 2, 4 ,6, 7
Maciej Strzelczyk – skrzypce
Jarek Małys – fortepian – 3, 5, 8 ,9, 10, 11
Ryszard Borowski – flet
Mark Waggoner – gitara
Piotr Rodowicz – kontrabas


Wydawnictwo: Soliton (2020,2021)

Tekst: Maciej Nowotny

Te dwie płyty tworzą mini-cykl nagrany przez zespół Piotr Rodowicz i Przyjaciele, w którym artyści przypominają znane polskie szlagiery, głównie z lat przedwojennych. Jest to dzieło zbożne, bo niewiele brakuje, aby te kompozycje całkowicie wypadły z polskiego współczesnego obiegu kulturalnego. Piotr Rodowicz podjął wysiłek, aby dokonać ich transkrypcji z nagrań archiwalnych i oto je mamy, powstałe z martwych, niemal jak dinozaury w "Jurassic Parku".

Obie płyty są jednorodnie muzycznie i stylistycznie, gdyż muzyka pochodzi z jednej epoki, a ponadto została nagrana przez niemal takie same zespoły muzyków. Największą między nimi różnicą jest, że ta  vol. 2 zawiera partie wokalne w postaci zaśpiewanych przez Alicję Borkowską tak niegdyś popularnych piosenek jak "Ada to nie wypada" czy "Pokoik na Hożej". Silną stroną tego krążka jest to, że muzyka jest zagrana nienagannie, co jest oczywiste jeśli rzuci się okiem na skład zaangażowanych muzyków w osobach grającego na fortepianie Bogdana Hołowni i Jurka Małysa, Macieja Strzelczyka na skrzypcach, Ryszarda Borowskiego na flecie, Marka Waggonera na gitarze i, oczywiście Piotra Rodowicza na kontrabasie.

Cały repertuar na obu płytach - i jestem przekonany, że jest to zabieg celowy -  zagrany jest tak by jak najbardziej przypominał stylem epokę, w której piosenki powstawały. Zatem nie ma co kręcić nosem na to, że brzmią one konserwatywnie dla współczesnego ucha, bo jest wartość w tym, by usłyszeć jak brzmieć miały one w zamierzeniu kompozytorów. I szczerze mówiąc zagranym w taki sposób piosenkom zupełnie nic nie brakuje, a ich piękno jest oczywiste dla każdego kto ma uszy. Jednak nie ma co ukrywać, że kolejnym logicznym krokiem w przypominaniu tej muzyki byłaby jej reinterpretacja zgodnie ze współczesnym gustem. I w jakiejś mierze już to się zdarzyło z innym repertuarem z tej epoki, warto tu przywołać choćby projekt Marcina Maseckiego i Jana Emila Młynarskiego "Noc w wielkim mieście". Warto przyklasnąć twórcom tak dojrzałym jak i młodym, którzy z pietyzmem podchodzą do tradycji, co zawsze było ważną częścią jazzowego DNA podobnie jak gotowość do tradycji tych kwestionowania i ciągłych innowacji.

wtorek, 10 października 2023

Piotr Rachoń Quartet - "Amazonia"

Piotr Rachoń Quartet

Piotr Rachoń – fortepian
Vojto Monteur – gitara, elektronika
Jakub Olejnik – kontrabas
Paweł Nienadowski – perkusja

"Amazonia" (2021)

Wydawnictwo: Vertigo Records

Tekst: Paweł Ziemba

Pianista, kompozytor, band-lider Piotr Rachoń po kilku latach od wydanej w 2018 roku wspólnie z Jorgosem Skolias’em płyty „FREE”, przedstawia nam swój najnowszy krążek „Amazonia”.

Już od pierwszego utworu słychać, że mamy do czynienia z zupełnie inną, zaskakującą koncepcją muzyczną, zapewniającą nastrojowy fundament dla bardzo wyraźnego brzmienia wszystkich instrumentów. Poza Piotrem Rachoniem grającym na fortepianie, zespół współtworzą: Jakub Olejnik kontrabas, Paweł Nienadowski perkusja oraz Vojto Monteur gitara elektryczna. Wszyscy muzycy doskonale wczuli się w klimat oryginalnych kompozycji lidera, wypracowując wspólne aranżacje, utwory inspirowane kulturą Azji oraz muzyką klasyczną.

Sześć kompozycji jest bogato zaaranżowanych pod kątem dramatyzmu i liryzmu. Wykorzystując powtórzenia, różnice w barwie oraz niuanse dynamiczne, kwartet nadaje utworom ich indywidualny, ciekawy charakter.

Piotr Rachoń to muzyk, który rzadko wybiera najprostsze sposoby zafunkcjonowania w mediach lub w świadomości odbiorcy. Zamiast tego wykorzystuje swoją wrażliwość oraz arsenał instrumentalnych umiejętności w tak wysublimowany, komunikatywny sposób, że jego improwizacje są czytelne i spójne z solistycznymi popisami innych członków kwartetu.

Z całą pewnością można powiedzieć, że krążek „Amazonia” weryfikuje kompozytorskie zdolności lidera.

Płyta osadzona jest w dwóch silnych obszarach muzycznych: Ethno i Ambient. Bardziej oczywisty jest charakter etniczny - rozszerzone instrumentarium, ciekawe orientalne brzmienie, nastrojowe frazy improwizacji, klimatem kojarzone z brzmieniem dalekiego wschodu. Ten bogaty set muzycznych i życiowych doświadczeń wszystkich członków zespołu był bez wątpienia wartością wzbogacającą brzmienie albumu.

Rezultatem tego jest wciągająca, muzyczna podróż, naznaczona krętymi melodiami, pastelowymi harmoniami, a czasami - zamiatającym, szybkim rytmem.

Muzyka jest żywiołowa, pełna zwrotów akcji, zaskakująca swoim brzmieniem. Z drugiej strony - nie jest pozbawiona emocji i liryzmu, nadając utworom medytacyjny charakter.

Płytę otwiera sugestywna, tytułowa kompozycja „Amazon” , w której pejzaż dźwiękowy (stworzony przez Rachonia oraz Jakuba Olejnika na kontrabasie i Pawła Nienadowskiego na perkusji) stanowi podstawę dla dynamicznej improwizacji gitarzysty Vojto Monteura. Ten nietuzinkowy artysta, znany z pierwszych nagrań EABS, wnosi wiele do brzmienia kwartetu, zmieniając wyraźnie jego charakter.

Popisem aranżacyjnych umiejętności Rachonia jest kompozycja „Domine Jesu” będąca fragmentem Requiem, ostatniego dzieła Mozarta. Co prawda pomysł, aby przy dość ciekawych własnych kompozycjach o mocno etnicznym zabarwieniu, sięgać po dość charakterystyczny fragment dzieła Mozarta, w mojej ocenie, jest nie do końca zrozumiały, ale jazzowa aranżacja fragmentu Requiem robi duże wrażenie.

Bardzo ciekawym utworem jest „Manczureek”. Praca talerzy Pawła Nienadowskiego ubarwia muzykę srebrzystymi plamami, a linie gitary ją zagęszczają. Sposób gry i brzmienie Vojto Monteura jest bardzo plastyczny, sprawia wrażenie pędzla malującego odległe pejzaże.

Moim faworytem jest jednak „Spring” - kompozycja mająca zdecydowanie bardziej akustyczny charakter. W tym utworze nacisk położony jest na subtelny dialog i unoszącą się melodyjność, Jakby było za mało - z każdą kolejną minutą utworu pojawia się poczucie cudownej spójności, które swoje brzmieniowe apogeum osiąga wejściem gitary.

Na płycie słyszalne są wpływy muzyki dalekiego wschodu ubarwione zmodyfikowanymi dźwiękami gitary. W muzyce tej jest sporo elektronicznych, eksperymentalnych brzmień bardzo charakterystycznych dla stylu ambient.

„Amazonia” Kwartetu Piotra Rachonia brzmi nowocześnie. To podróż w świat muzyki i dźwięków inspirowanych kulturą wschodu i naturą. Zaskakuje aranżacjami oraz rozbudowanymi frazami improwizacji.

Utwory są różnorodne, prezentują dość szeroki zakres możliwości kompozytorskich jak też wykonawczych całego kwartetu.

Polecam Państwa uwadze ten krążek z nadzieją, że Piotr Rachoń i jego koledzy z zespołu zaskoczą nas jeszcze wiele razy.


piątek, 17 lutego 2023

Carillon Electric Orchestra - Matter Of Reverberations (2021)

Carillon Electric Orchestra

Monika Kaźmierczak – carillon (karylion)
Emil Miszk - trąbka
Tomasz Chyła - skrzypce
Mikołaj Basiukiewicz - syntezator analogowy
Sławek Koryzno - perkusja, syntezator modularny

Matter Of Reverberations (2021)

Wydawnictwo: Alpaka

Autor recenzji: Piotr B.

Na początku przeprosiny - ten album wybłagałem u Szefa jeszcze latem zeszłego roku. Niestety - ku mojemu zaskoczeniu - w słoneczne dni i upalne noce nijak nie potrafiłem się z nim zestroić. Okazało się, że te dźwięki smakują najlepiej i przemawiają do mnie w takim czasie, w jakim zostały nagrane. Jest to Muzyka Spadających Liści. A dlaczego molestowałem Naczelnego o możliwość zrecenzowania tego albumu? Tutaj po raz drugi muszę przeprosić, konkretnie Pana Miszka i Jego kolegów - tym razem to nie o Panów głównie chodziło. Chodziło mi głównie o karylion i Panią Kaźmierczak.

Istnieją takie instrumenty, których dźwięk, jakże charakterystyczny ze względu na swoje składowe harmoniczne, powoduje natychmiastową miłość lub nienawiść do siebie. I tak jak w niebie prawdopodobnie zagrają nam harfy, a już na pewno wibrafony, tak w piekle z pewnością będą mnie torturować akordeonem. Jedni skrzypce czy mandolinę uwielbiają, inni ledwie tolerują. Tak samo jest z dzwonami. Nie pozostawią one słuchacza obojętnym.

Karylion - zestaw kilkudziesięciu dzwonów, wielki kilku - kilkudziesięciotonowy spiżowy monster, którego "klawiaturę" obsługuje się pięściami. Potrafi bardzo wiele. Raz zagra dźwiękiem potężnym, nieuchronnym i nieodwołalnym jak sąd ostateczny. Innym razem zadzwonmi trelem niczym skowronek gdzieś hen przestworzach. W jakimkolwiek otoczeniu dźwiękowym go usłyszymy, karylion z miejsca nada muzyce monumentalnego a zarazem pastoralnego charakteru. Instrument o 500-letniej historii, lokowany na wieżach kościelnych i ratuszowych. W Europie Zachodniej dość powszechny i trwały element miejskiego życia, dla przykładu w Holandii populacja karyliona to ok. 200 osobników. W Polsce gatunek rzadki i zdecydowanie endemiczny - wszystkiego raptem 5 okazów, z tego 4 sprawne, w tym 3 karyliony koncertowe w Gdańsku. Oswajanie krajowych karylionów to zdecydowanie domena pań, a gdańskim matecznikiem karylionowym zarządza od lat Pani Monika Kaźmierczak.

Poczynania Pani Moniki możemy obserwować tutaj. Jest to artystka nader interesująca, żądna przygód i nie bojąca się wyzwań. Jej koncerty obejmują szerokie spektrum: od baroku do muzyki współczesnej, od Bacha do Zygmunta Krauze i ACpiorunDC. Jeśli trzeba, to jedynym w Polsce karylionem mobilnym (kilkutonowe maleństwo z 48 dzwonami zainstalowane na przyczepie samochodowej) rusza w plener na wspólne koncerty z DJami techno, a nawet takie audiokstrema, które mój afekt do twórczości Pani Moniki wystawiły na najcięższą próbę . Osobnym i bardzo ciekawym rozdziałem jest współpraca karylionistki z członkami grupy Tubicinatores Gedanenses, przybliżająca słuchaczom tradycyjną muzykę miejską, chorały grane przy różnych uroczystościach, a także nowe kompozycje na karylion i trąbki historyczne. Całą gamę aktywności i kolaboracji Pani Moniki dokumentują bardzo interesujące płyty, które można znaleźć w wydawnictwach Anaklasis, Ars Sonora, albo hurtem - w witrynie Sklepu Muzeum Gdańska. Co ważne - członkiem Tubicinatores Gedanenses jest m.in. Wulkan Pomysłów Gdańskiej Sceny Impro: wszędobylski Pan Emil Miszk. Wydaje mi się, że to właśnie Pan Emil wpadł na pomysł: "ożeńmy karylion z jazzmanami!".
 
Przepis był taki. Bierzemy pięć fragmentów karylionowego cyklu „Ludus Modalis” pióra Belga Geerta D’Hollandera oraz jeden utwór litewskiej kompozytorki Lorety Narvilaitė. Pani Monika zagra je zgodnie z partyturą. To będzie nasz punkt wyjścia. Bierzemy wdzięczne akustyki: trąbkę, skrzypce. Bierzemy perkusję. A co z "dołem"? Karylion to potęga w niskich częstotliwościach, zdominuje nam kontrabas. To może organy? Oliwskich nie pożyczą, nawet Panu Miszkowi, odpada. To weźmiemy syntezator z tłustym analogowym brzmieniem, coś w deseń mooga. Panowie - strzał w dziesiątkę!
Dźwięki karylionu nie zostały obudowane, czy też oblepione tkanką pozostałych instrumentów. Karylion, nie tracąc swego unikalnego charakteru, znakomicie wtopił się w skład, wchodząc w dialogi, unisona i inne relacje z pozostałymi, równoprawnymi instrumentami, co dało wspaniały i bardzo uniwersalny pejzaż dźwiękowy. Podkreślam: UNIWERSALNY.
 
Album spokojnie mógłbym polecić na każdym forum zwolenników muzyki progresywnej. Oczywiście co bardziej zaczadzeni fanatycy zwiewnoszatnych symfonzimów w pierwszym odruchu zawyli by sakramentalne "Carillion bez Fisha to już nie to samo", ale sądzę, że już przy otwierającym płytę "Spring Morning" zbierali by szczęki z podłogi. Karylion zapodaje żwawy temat w ciekawym metrum, za chwilę dochodzą pozostałe instrumenty i słuchamy rzeczy, za które Genesis czy Curved Air daliby się pokroić, a Robert Fripp przybiłby piątkę! Werwa, dynamika, polot, niespodziewane i dające oddech wdzięczne interludium skrzypcowe. A chwilę przedtem świetne, swobodne, jakby od niechcenia solo Miszkowej trąbki. Równie prześwietnie Pan Miszk zasoluje w "Sorrowing". Jest też miejsce na jakże miłą symforockowym uszom syntezatorową emersoniadę. Ani sekundy nudy.

Większość utworów na tym albumie jest równie wielowątkowa. Choćby "Reflections", w którym rozgrywa się jakiś dramat. Na początku karylion, skrzypce i trąbka równocześnie snują swoje kantyleny, ich linie splatają się, tworząc aurę jesiennej zadumy... Nagle to wszystko burzy kanonada perkusji i napastliwa moogowa tyrada, rozgrywa się gwałtowna walka dźwiękowa syntezatora z trąbką i skrzypcami krzyczącymi jak wystraszone ptactwo... po chwili jest po wszystkim. Bitewny kurz opada, a na placu boju pozostaje zwycięski moog niezdarnie i nerwowo dialogujacy z karylionem...

Tak się składa, że poza "Spring Morning" pozostałe kompozycje tworzą zdecydowanie molowy, oniryczny, jesienny nastrój. W "Reflections" wręcz elegijno - epitafijny. Moja propozycja dla Artystów: odpalcie karyliona mobilnego i pojedźcie z tym materiałem na coroczny festiwal do Bolkowa. Fani gotyku nareszcie posłuchaliby naprawdę wartościowej muzyki.

Bardzo ciekawie wpada kompozycja "Layers". Utwór ten byłby prawdziwą ozdobą dorobku Depeche Mode z najlepszych lat '86 - '87. To wrażenie potęguje okoliczność, że zamiast perkusji puls utrzymują tu dźwięki rodem z przepastnej biblioteki sampli Alana Wildera. Jestem zaskoczony. Nie podejrzewałem starych jazzowych wyjadaczy o takie inspiracje, na dodatek - na moje oko - Pani Moniki na pewno jeszcze wtedy na świecie nie było. Ale - u Depeszów nigdy nie usłyszałem tak pięknie grających skrzypiec i trąbki, no i gdzie tam Depeszowemu dzwoniącemu złomowisku z Emulatora do soundu karyliona!

Nie zapominajmy jednak, że karylion jest instrumentem nierozerwalnie związanym z organizmem miasta, wtopionym w jego krajobraz dźwiękowy. Wtopionym tak dalece, że codzienny, systematyczny głos karylionowych dzwonów może stać się np. dla Gdańszczanina niewyróżnialnym już fragmentem miejskiego zgiełku, składnikiem semantycznego szumu. I odwrotnie - gdzieś tam wysoko na wieży słyszymy szum wiatru, krzyki ptaków oraz dobiegające z dołu odgłosy wielkiego ludzkiego mrowiska, które po jakimś czasie stają się oczywistym elementem spektaklu dźwiękowego, jaki za sprawą karylionu w tej wieży się odgrywa. O tym opowiada utwór "Matter Of Reverberations" i ten aspekt jest "drugim dnem" zamykającego płytę "Bell Speaks Into Silence". Wystarczy posłuchać ich odpowiednio głośno. O tak. Pogłos ma znaczenie...
 
Zderzenie czy też zespolenie wiekowego instrumentu pastoralnego, wdzięcznych solowych instrumentów akustycznych oraz najnowszego katalogu elektroniki dało w moim przekonaniu fantastyczny efekt. To samo mogę powiedzieć o "przyprawieniu" form zakomponowanych elementami improwizowanymi. Powstał album, którego konteksty historyczne, kulturowe i bogactwo muzyczne można niespiesznie odkrywać, a niuanse smakować. Będę kibicował dalszej współpracy Pani Kaźmierczak z gdańskimi improwizatorami. Mam nawet kolejną propozycje dla Artystów. Jak wiadomo, już barok improwizacją stał. Pamiętając o tym, może następnym razem Panowie stworzycie formę, a Pani Monika zaszaleje we free solówkach? Ja chętnie bym posłuchał!

czwartek, 2 lutego 2023

Piotr Jagielski - Święta tradycja, własny głos (2021)

Piotr Jagielski

Święta tradycja, własny głos (2021)

Autor recenzji: Maciej Nowotny

Piotra poznałem na którejś imprezie w RadioJAZZ.FM, z którym od lat jestem związany i gdzie prowadzę swoje audycje. Młody, sympatyczny, uśmiechnięty, pełen pasji, otoczony niewidzialną aurą miłości do jazzu. Bardzo mnie tym zauroczył, zwłaszcza że już wcześniej miałem okazję czytać jego teksty, które ukazywały się chyba na jazarium.pl, na którym w tamtym okresie i ja miałem okazję publikować. Jego teksty od pierwszej litery przykuły moją uwagę, były niezwykle plastyczne, barwne, znamionowały talent. Jeden z nich zawędrował zresztą do książki. A zaczynał się tak:

"(...) Środek grudnia, ale dach drogiego sportowego samochodu nie jest opuszczony. Śnieg pada do środka, na eleganckie obicia siedzeń i starannie ułożoną fryzurę kierowcy. Chet Baker siedzi w swoim wozie w najlepszej marynarce i słucha nagrań Zoota Simsa. Ma dwadzieścia dwa lata. Kilka dekad później samolot lecący z Ameryki do Holandii wiózł trumnę z ciałem zupełnie innego Cheta Bakera...". Ciąg dalszy odnajdziecie w książce. Ja tylko powiem, że moja reakcja na ten tekst była taka: wow.

W czasie tego spotkania w radio dowiedziałem się, że owszem pisze książkę, ale nie o jazzie, tylko o... piłce nożnej, konkretnie o Legii Warszawa. Pomyślałem - szkoda - nie jestem kibicem piłkarskim, odniosłem wrażenie że chodziło o kwestie materialne, ale Piotr chyba naprawdę kocha też piłkę. Tak czy owak byłem oczywiście zdania, że jazz powinien mieć priorytet, a taki talent zasługuje na lepszy temat. Nasze drogi się rozeszły, miałem kilka lat odwyku od jazzu spowodowanego życiowymi serpentynami, ale wypatrywałem jego tekstów na różnych portalach i "innych czasopismach". Aż tu nagle -jakiś czas temu - gruchnęła po Warszawie wieść, że napisał książkę, będącą bezpośrednim rozwinięciem publikowanych wcześniej tekstów. Te teksty poświęcone były głównie jazzowi amerykańskiemu.

W zeszłym tygodniu w końcu książkę tę udało mi się dostać w swoje ręce, przeczytałem i... nie zawiodłem się. Wręcz przeciwnie, przekroczyła ona moje oczekiwania. To co stanowi o jej wartości to nie tylko staranna kwerenda autora, który przeczytał mnóstwo źródeł na temat złotej ery jazzu, ale i fakt, że wielu z tych wielkich udało mu się spotkać osobiście bądź chociaż z nimi porozmawiać. Wiem z doświadczenia jak wiele to zmienia w odbiorze danej osoby. Sam pamiętam kiedyś jak zobaczyłem profesora Leszka Kołakowskiego w hallu Hotelu Europejskiego, gdzie wynajmowałem biuro. Elegancko ubrany w garnitur, trencz i czarne, licowane buty czekał na kogoś, gdy podbiegł do niego ratlerek i na te wypastowane buty nasikał. Profesor spojrzał z ciekawością na pieska, potem na buty, po czym z powrotem niezwruszony pogrążył się w zamyśleniu. Kusi mnie, żeby napisać że w tym momencie więcej się o nim dowiedziełem niż z tylu lektur jego wspaniałych książek.

Wracając do Piotra, w książce pokazuje nie tylko olbrzymi talent narracyjny, ale i umiejętność tworzenia syntetycznych sylwetek osób, znamionującą pisarza o przenikliwym spojrzeniu na psychologię ludzi i filozoficznej miłości do nich. Niemalże każdy biogram - bo książka jest serią życiorysów muzyków - to jednocześnie przypowieść o conditio humana. Bez wielkiej przesady źródła takiego pisarstwa leżą gdzieś hen w Żywotach Sławnych Mężów Plutarcha, Żywotach Najsławniejszych Malarzy i Architektów Vasariego czy takiej perełce polskiej literatury jak Andrzeja Dobosza Generał w Bibliotece. Odwołania można by mnożyć, grunt że chociaż autor młody, to książka napisana wybitnie smakowicie i będzie fascynującą podróżą po najlepszym okresie w jazzie dla każdego kulturalnego człowieka. Gorąco polecam!

sobota, 19 listopada 2022

Maneri / Kalmanovitch / Jacobson / Osgood - Variations On No Particular Theme Part I & II (2021, 2022)

Maneri / Kalmanovitch / Jacobson / Osgood

Mat Maneri - altówka
Tanya Kalmanovitch - altówka
Tomo Jacobson - kontrabas
Kresten Osgood - perkusja

Wydawca: Gotta Let It Out

Variations On No Particular Theme Part I & II (2021, 2022)
(na zdjęciu okładka płyty z 2022 roku)

Tekst: Maciej Nowotny

"Wariacje na żaden określony temat" - tak można przetłumaczyć tytuł wydanego w dwóch częściach - w odstępie około roku - albumu, którego spiritus movens jest młody polski kontrabasista wykształcony i tworzący w Danii - Tomo Jacobson. Mówię o jednym albumie, bo obie części stanowią stylistyczną i chciałby się powiedzieć koncepcyjną całość, gdyby nie to, że właśnie sednem koncepcji jest tu... brak koncepcji. 

Już samo w sobie spotkanie tych konkretnych artystów w tej konfiguracji jest czymś interesującym. Bo prócz Tomo Jacobsona w kwartecie odnajdujemy tu legendę muzyki improwizowanej, grającego na altówce Mata Manierego. Na drugiej altówce towarzyszy mu profesorka nowojorskiego konserwatorium The New School Tanya Kalmanovitch. Sekcję rytmiczną tworzy Tomo wraz ze swoim przyjacielem Duńczykiem Krestenem Osgoodem, którzy razem pojawili się już 5 lat temu na debiutanckiej płycie septetu Moonbow. Zatem skład, który nagrał te 2 płyty to potencjalnie wiele obiecująca mieszanka  młodości i doświadczenia, entuzjazmu muzyki free improv z tradycją i maestrią muzyki współczesnej, które zresztą coraz częściej płyną jednym, nie do rozponania już, nurtem.

To co stanowi o tożsamości tego projektu to - wspomniany wyżej - programowy brak koncepcji mający swoje odbicie nie tylko w tytule albumu czy poszczególnych utworów (Variation No. 9, 4, 6 itd.), ale przede wszystkim w przekonaniu, że można połączyć perfekcyjny poziom wykonania charakterystyczny dla kameralnych zespołów znanych z muzyki klasycznej z "odlotem" będącym esencją nowoczesnej muzyki improwizowanej o freejazzowej priwienencji. Mówiąc metaforycznie, połączyć serce i umysł, ciało i duszę. 

Ten dualizm od tysięcy lat wydaje się nie do przezwyciężenia, a w muzyce  przynajmniej do niedawna te dwie rzeczywistości też wydawały sie wykluczać, ale w ostatnich kilku dekadach rzeczy stanęły na głowie, a następnie stały się czymś absolutnie normalnym. Muzycy jazzowi, muzycy improwizujący i muzycy klasyczni obecnie swobodnie przemieszczają się po różnych składach, stylistykach i projektach w sposób, który do niedawana wydawał się nie do pomyślenia. Łączy to wszystko jeden tylko wspólny mianownik: muzykowanie jako - cytuję za opisem płyty - "akt ciagłej wariacyjnej kreacji opartej na współgrze i obecności w owym akcie per se, bez wiązania się z żadnym konkretnym motywem czy tematem".

Ale jaki jest efekt? Oceny muzyki jako produktu każdy powinien dokonać sam. Będzie ona zróżnicowana w zależności od muzycznej edukacji, gustu i wrażliwości. Dla niektórych będzie czystą kakafonią, bo nigdy nie mieli okazji osłuchać się z muzyką współczesną czy jazzową, zwłaszcza w jej improwizującej formie. Dla niektórych, mimo braku tego osłuchania, choć pozostanie niezrozumiała, ale w jakiś sposób może być na tyle intrygująca, zagadkowa, budząca zaciekawienie, że nie da się pominąć wzruszeniem ramion, lecz może u nich spowodować chęć zastanowienia się nie tylko nad tym co słuchają na co dzień, ale i ... kto słucha! Dla pewnej części, muzyka ta będzie po prostu wspaniała, może nawet genialna, dzięki swojej fascynującej otwartości, wspaniałemu brzmieniu, niespotykanemu poziomowi wykonania. Wszyscy będą mieli rację.


poniedziałek, 10 października 2022

Lech Wieleba - Bass Poetry (2021)

Lech Wieleba

Bass Poetry (2021)

Tekst: Maciej Nowotny



10 lat temu do rąk moich trafiła wyjątkowa płyta wydana przez sopockie wydawnictwo Soliton, zawierająca archiwalne nagrania z lat 80-tych dokonane przez trójmiejską formację o nazwie Antykwintet. Więcej o tej płycie w linku, bo warto poczytać jak i posłuchać. Formacja ta rozpadła się nie wydając ani jednej płyty! Kto wie jak potoczyłyby się dzieje tego bardzo obiecujacego zespołu gdyby nie stan wojenny który jakże negatywnie wpłynął na tyle muzycznych karier tamtego pokolenia. Niektórzy zostali w kraju i kontynuowali swój rozwój (acz z perturbacjami), lecz wielu wyemigrowało i tam różnie się to układało. Tak "różnie" - pod względem artystycznym - potoczyła się droga grającego na kontrabasie w Antykwintecie Lecha Wieleby. Wylądował w Niemczech, a potem Szwajcarii, ale stracił kontakt z rodzimym środowiskiem jazzowym, a jednocześnie nie było słychać żeby wyróżnił się specjalnie w nowym otoczeniu jak np. "Adzik" Sendecki, który przeszedł podobną drogę.  

Tym większe zaskoczenie, i to bardzo pozytywne, gdy latem tego roku znalazłem w mojej skrzynce ten właśnie krążek. Nagrany solo album kontrabasisty, którego gra tak duże wywarła na mnie wrażenie na wspomnianej wyżej płycie sprzed dekady. A więc żyje, a więc tworzy, a więc gra! 

Pomysł na płytę ciekawy. Muzyk gra na dwóch kontrabasach, których dialogi tworzą dwie zmiksowane linie. Muzyka jest bardzo osobista, sam twórca nazywa to "jazzem poetyckim", konwencja nie jest tu ważna, jazz, muzyka klasyczna, współczesna, piosenka na instrument, a może po prostu muzykowanie. To intymna relacja z instrumentem najbardziej chyba pociąga na tym nagraniu. Nie ma tu żadnej kokieterii, tak jakby autor siedział w jakiejś drewnianej chacie na alpejskim pustkowiu, wśród ośnieżonych i ukrytych we mgle gór, i rozkoszował się dźwiękiem muzycznych fal, jakie wywołuje szarpnięcie palców za metalową strunę i rezonas drewnianego pudła. Pudła, w którym też szumi las, w którym słychać pracę sprawnych dłoni lutnika, umysłów które połączył los, aby powstała ta chwila, do której budzimy się dzięki powstającym dźwiękom.

Krótko mówiąc, powrót niemal z martwych, ale z dużą klasą, bardzo medytacyjna muzyka, prosta, niezwykle autentyczna i dojrzała, pozostawiająca niezatarte wrażenie.

PS. W albumie oprócz CD jest także DVD z filmem z wykonania utworu zatytułowanego "Walkin' Five". 

środa, 29 czerwca 2022

Wandering the Sound Quintet - What is...? (2021)

Wandering the Sound Quintet

Satoko Fujii – piano
Guillermo Gregorio – clarinet
Natsuki Tamura – trumpet
Rafal Mazur – acoustic bass guitar
Ramon Lopez – drums

What is...? (2021)

Wydawca: NotTwo

Tekst: Mateusz Chorążewicz

Album What Is...? to dzieło zespołu Wandering the Sound Quintet w składzie Guillermo Gregorio (klarnet), Ramón López (perkusja), Rafał Mazur (akustyczna gitara basowa), Satoko Fujii (fortepian) oraz Natsuki Tamura (trąbka, głos). Nagrań dokonano w 2019 roku podczas Krakowskiej Jesieni Jazzowej w klubie Alchemia.

To co od razu przyciągnęło moje ucho to ponadprzeciętna jakość audio jak na nagranie live z koncertu. Rzadko się zdarza, aby albumy realizowane w takich warunkach osiągały tak wysoki poziom pod tym kątem. Wszystkie instrumenty są bardzo dobrze słyszalne, całość jest świetnie zbalansowana. Na uznanie zasługuje tu Rafał Drewniany, który odpowiadał za nagranie materiału oraz mix i mastering.

Zespół z całą pewnością wyróżnia się na tle innych projektów tego typu. W głównej mierze jest to zasługa obecności klarnetu oraz akustycznej gitary basowej. Brzmienie tych dwóch instrumentów sprawia, że muzyka brzmi niezwykle świeżo. Słyszane tu współbrzmienia są raczej rzadko spotykane. Na uwagę zasługuje na pewno świetna współpraca muzyków. Wyraźnie słychać, że dobrze się rozumieją w trakcie tworzenia dzieła, wszyscy doskonale wiedzą dokąd zmierzają.

Muzyka jest od początku do końca improwizowana na bazie poematu mistrza Zen z XV wieku, Ikkyu Sojuna. Zespół (czy w zasadzie Rafał Mazur) określił tę formę twórczą jako komprowizację, czyli kompozycję dla improwizatorów. Muzyk ten znany jest ze stałego eksperymentowania w dziedzinie improwizacji. Dźwięki obecne w naszym codziennym życiu są stałym elementem twórczości Rafała Mazura, który zwraca uwagę na to, aby nie różnicować dźwięków w muzyce. Zamiast tego, na dzieło muzyczne powinniśmy patrzeć jako na całość i za tą całością podążać.

Idąc tym tropem, nazwa zespołu dobrze oddaje charakter całego albumu. Słuchając, odnosi się wrażenie wędrówki, ciągłej eksploracji muzycznej. Podskórnie odczuwa się obecność w tym wszystkim jakiejś większej myśli przewodniej, za którą wszyscy muzycy podążają.

Teoretycznie można powiedzieć, że muzyka improwizowana to niczym nieograniczona wolność. Jest to oczywiście prawda, jednak pomimo tego, wiele projektów tworzonych w tym nurcie jest do siebie podobna brzmieniowo i koncepcyjnie. Z pełną odpowiedzialnością mogę jednak powiedzieć, że album What Is...? jest pozycją obowiązkową dla każdego, kto poszukuje w muzyce improwizowanej powiewu świeżości i wyjścia z pewnych ram. Nie da się tu nudzić nawet przez sekundę.


środa, 22 czerwca 2022

Krzysztof Herdzin - Jazz z MACV (2021)

Krzysztof Herdzin

Krzysztof Herdzin - fortepian

Orkiestra instrumentów dawnych Musicae Antiquae Collegium Varsoviense

Wydawca: Warszawska Opera Kameralna

Jazz z MACV (2021)

Tekst: Maciej Nowotny

Tzw. Trzeci Nurt czyli flirt jazzu z muzyką klasyczną stanowi silny wyróżniający element polskiej odmiany muzyki jazzowej w stosunku do innych krajów. Patrząc z tej perspektywy Krzysztof Herdzin jest jednym z najważniejszych eksponentów tego - mówiąc brzydko - podgatunku. Zatem kiedy dotarła w moje ręce jego płyta "Jazz z MACV"  nagrana ze znakomitą orkiestrą Musicae Antiquae Collegium Varsovienese było to coś czego mogłem oczekiwać od tego artysty. Dopiero kiedy spojrzałem na repertuar to po prostu mnie... zatkało. Po pierwsze decyzję Herdzina, by się zmierzyć z tak legendarnym repertuarem jak XVII koncert fortepianowy Mozarta (G-dur KV 453) nie można inaczej określić jak... czystym szaleństwem. Nawet taki średnio osłuchany meloman jak ja, słuchał tego w ponad setce różnych wykonań, a niektóre z nich jak wykonania Murraya Perahii, Mitsuko Uchidy, Alfreda Brendela czy Maurizio Polliniego po prostu znam na pamięć, nawet nie muszę wkładać płyty do odtwarzacza.

Także druga część repertuaru na płycie czyli "Chopiniana con delizia" stanowiąca rodzaj swobodnych wariacji na tematy napisane przez tego słynnego kompozytora wydawała mi się bardzo ryzykowną biorąc pod uwagę przesycenie słuchaczy Chopinem na jazzowo, w ostatnich latach nadmiernie i bez szczególnej kreatywności eksploatowanym. Tak - pomyślałem sobie - Herdzin chce popełnić zawodowe "sepuku przez wakantankę", to będzie - mówiąc słowami Greka Zorby - "piękna katastrofa".

I tak się dokładnie zaczęło! Otwierające koncert Mozarta Allegro zupełnie nie przypadło mi do gustu, chociaż znając styl Herdzina powinno być mu najbliższe w klimacie. Wszakże w moim odczuciu było zagrane zbyt radośnie, pośpiesznie, optymistycznie. Tę część utworu porównałbym do słońca, ukazuje ona świat w jego promieniach, ale nie powinniśmy zapominać, że im większe słońce tym głębsze okazują się cienie. Tego cienia w tym wykonaniu mi zabrakło. Zbyt to było powierzchowne. Już chciałem płytę odłożyć na półkę, ale ciekaw byłem jak zawsze uśmiechnięty Krzysztof zagra następne Andante. I nagle szok! Jak pięknie oddał nostalgię, smutek, a jednocześnie wdzięk muzyki w tej części koncertu. Jednak najlepiej w moich uszach zabrzmiało Allegretto. Poziom światowy orkiestry jak i solisty - brawo! Lekko, tanecznie, muzyka przypominała wiosenny wietrzyk brykający nad ukwieconymi łąkami, co tym bardziej miłe było memu sercu, że usianymi też kwiatami jazzowych improwizacji. To i ówdzie, nienachalnie, w sam raz.

Tych ostatnich jeszcze więcej było w Chopinianach i brzmiały jeszcze lepiej. Tym razem Herdzin w ogóle nie trzymał się klasycznych ram, lecz bardziej improwizował na chopinowskie formy. Bardzo to było swobodne, indywidualne, a co ciekawe świetnie się w tym odnajdowała orkiestra, przecież przyzwyczajona do nieco odmiennego na co dzień traktowania muzycznej materii. Ale właśnie uzupełnianie się orkiestry i solisty największą może satysfakcję sprawiło mi w odsłuchu tego materiału: orkiestra była jak wzbierająca, głęboka, oceaniczna fala, olbrzymia, piękna, mieniąca się podwodnymi skarbami, a solista fikał na niej jak surfer czy delfin, radosny, umiejący wykorzystać potęgę żywiołu, cieszący się każdą chwilą, gdy pozostaje ona do jego dyspozycji. Podsumowując, ciekawy punkt w dyskografii Herdzina nawet jeśli płytę kupić zapewne niełatwo, a koncerty pewno już się odbyły i trwają tylko w pamięci wdzięcznych - jak piszący te słowa - słuchaczy.

wtorek, 14 czerwca 2022

Paulina Owczarek / Aleksander Wnuk - Komentarz eufemistyczny (2021)

Paulina Owczarek / Aleksander Wnuk

Paulina Owczarek – saksofon barytonowy
Aleksander Wnuk – obiekty perkusyjne, przetwarzanie

Komentarz eufemistyczny (2021)

Wydawca: Antenna Non Grata

Tekst: Mateusz Chorążewicz

Album „Komentarz eufemistyczny” w wykonaniu Pauliny Owczarek (saksofon barytonowy) oraz Aleksandra Wnuka (instrumenty perkusyjne) to jedno z najcięższych muzycznych doświadczeń, które mnie dotknęło w 2022 roku. Nie żartuję!

Odpalam płytę, słucham i myślę sobie, że coś tu jest nie tak, ciężko mi się tego słucha. Dodać przy tym należy, że nie stronię od muzyki improwizowanej, a taki właśnie jest ten album. Zatapiając się w tym gatunku muzycznym trzeba uważać na artystów-grafomanów, dla których jest to ciepły zakątek, w którym teoretycznie nie trzeba wiele umieć, by próbować przekonać słuchacza, że ma do czynienia z wielką sztuką podczas, gdy w rzeczywistości wartość artystyczna jest niska.

Tak jednak nie było w tym przypadku. Po chwili odsłuchu wiedziałem już, że muzycy wiedzą co robią i nie próbują oszukiwać słuchacza. Problem leżał gdzie indziej.

Po krótkim przeszukaniu internetu okazało się, że zarejestrowana na płycie muzyka to według samych artystów próba „zobrazowania toksycznych, miejskich przestrzeni, ich klaustrofobicznej duchoty”.

I tu mnie olśniło – dokładnie! To właśnie dlatego album od pierwszych dźwięków mnie odpychał! Nie dlatego, że muzyka jest zła. Nie dlatego, że artyści próbują mnie oszukać. Zadziałał na mnie ten okropny miejski klimat, którego tak bardzo nie znoszę (i z powodu którego przeprowadzam się na wieś), a który muzycy tak dobrze odzwierciedlili w swoich nagraniach.

Mamy tu do czynienia z bardzo dużą ilości sonorystyki (nawet jak na muzykę improwizowaną). Głównie za sprawą saksofonu barytonowego, którego klasyczne, znane nam brzmienie praktycznie tu nie występuje. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że mniej tu chodzi o trudne alternatywne techniki gry na tym instrumencie (choćby jak u Colina Stetsona), a bardziej o poszukiwanie łatwiejszych do wydobycia brzmień saksofonu (szumy, uderzenia językiem, cmoknięcia itp.).

Muzyka jest na tyle indywidualna, że nie ma co dużo o niej pisać pod kątem jakości samej w sobie. Na pewno nie jest to album dla każdego, ale artyści uczestniczący w tym projekcie dobrze się rozumieją pod kątem muzycznym, z pewnością wiedzą co chcieli osiągnąć i wygląda na to, że im się to udało. Brzmienia poszczególnych utworów są dość zróżnicowane – słyszymy tu fragmenty brzmiące ciemno z przeważającymi niskimi częstotliwościami, mamy również fragmenty jaskrawe.

Na co warto zwrócić uwagę, to fakt, że jest to nagranie live z Klubu Alchemia z dnia 15.07.2021. Jakościowo udało się je zrealizować niemal perfekcyjnie. Odpowiedzialny za to Rafał Drewniany ponownie zrobił świetną robotę. Nie jest to pierwsza recenzowana przeze mnie płyta, w której za nagranie, mix oraz mastering odpowiada DTS Studio.

Jeśli zastanawiasz się, czy warto po tę płytę sięgnąć, to musisz wiedzieć, że po jej odsłuchu musiałem przez godzinę siedzieć w kompletnej ciszy. Czułem się zmęczony jakbym wrócił do domu z centrum Warszawy. Czy będę wracał do tej płyty? Jeśli zatęsknię na mojej wiosce do miejskiego szumu, to możliwe, że tak.


środa, 1 czerwca 2022

Szymon Mika - Attempts (2021)

Szymon Mika

Szymon Mika - gitara

Attempts (2021)








Zdanie odrębne: Maciej Nowotny

Ostatnie kilka lat to eksplozja talentu Szymona Miki, jego dyskografia obejmuje już kilkanaście płyt, przy czym bardzo często są to projekty niebanalne, nietuzinkowe czy nawet odkrywcze. Niemal wszystkie opisaliśmy na naszym blogu i możecie się z nimi zapoznać kilkając na ten link. Ale chociaż przez te ostatnie kilka lat nauczyłem się cenić Szymona, spodziewać się się po nim świetnej gry, artystycznego wkładu na najwyższym poziomie, to dopiero ostatnia jego płyta sprawiła, że naprawdę zdobył nie tylko mój umysł, ale... i serce. "Attemps" to zaledwie szkice, nieraz zwodniczo proste, często dziecięco szczere, całkowicie bezpretensjonalne. Przypominają trochę impresjonistyczne obrazy, gdzie brak wyraźnej kreski, kształty są rozmyte, jakby niewyraźne, ale dzięki temu oddają jak rzeczywiście pracuje ludzkie oko/czytaj ucho. To Pizarro, Manet, Cezanne i inni pierwsi zaczęli malować krajobrazy z natury. Ten album jakby przyjmuje tę samą metodę. Obserwujemy muzykę w trakcie tworzenia. Utwory przypominają ćwiczebne wprawki, ale chociaż myśli, które za nimi stoją są ulotne, emocje są prawdziwe i bardzo, bardzo intensywne. Obcowanie z tą muzyką przypomina stan medytacji, nie sposób się od niej oderwać, odświeża, wprawia w trans, nie nudzi się, wręcz przeciwnie, nie chce mi się z nią rozstawać mimo, że płyta dawno dokręciła się do końca. Jedna z najbliższych mi płyt wydanych w tym roku.

Tekst recenzji: Szymon Stępnik

Szymon Mika jest obecnie jednym z najbardziej znanych polskich gitarzystów jazzowych. Już zaledwie w wieku 24 lat zdobył pierwszą nagrodę na Międzynarodowym Jazzowym Konkursie Gitarowym im. Jarka Śmietany (2015). W latach 2017-2018 z kolei brał udział w szwajcarskim projekcie Focusyear, gdzie występował u boku choćby Dave’a Hollanda oraz Avishaia Cohena. Na naszym rodzimym podwórku zasłynął raczej z kolaboracji z innymi artystami, aniżeli ze swoich solowych projektów. Ma na koncie uroczą, ocierającą się o geniusz, nagraną płytę wspólnie z Yumi Ito płytę “Ekual” oraz ciekawą, choć nie bez mankamentów “Unseen” z Maxem Muchą i Ziv Ravitzem. Wraz z krążkiem “Attempts” Szymon pojawia się wyjątkowo sam, bez innych artystów. Towarzyszy mu jedynie sama gitara. Z jakim skutkiem? Cóż…

Jan Ptaszyn Wróblewski zwykł mawiać, że zarówno koncerty, jak i nagrania jazzowe, gdzie występuje tylko jeden instrumentalista, należą do najcięższych. Nie chodzi bynajmniej o to, że przy jednym instrumencie łatwiej o pomyłkę, ale dlatego, że bardzo trudno utrzymać stałą uwagę słuchacza. Muzyk musi dwoić się i troić, aby przebić przez naturalnie pojawiającą się w pewnym momencie monotonię. Czasem robi to zachwycając wybitnymi zdolnościami technicznymi (jak choćby robi to Leszek Możdżer), a niekiedy wykorzystując ku temu niesamowitą wyobraźnię i kreatywność (tu należy wspomnieć Chicka Coreę ze swoją preparacją fortepianu) Niektórzy z kolei kładą nacisk na poczucie humoru z którego słynął legendarny Erroll Garner. Niestety, na albumie “Attempts” zabrakło któregokolwiek z powyższych aspektów, przez co jest on po prostu… nudny.

Uwielbiam grę Szymona Miki. To wrażliwy gitarzysta, grający w sposób intrygująco minimalistyczny, idealnie akcentujący i podbijający umiejętności artystów, z którymi występuje. Doskonale wie, że gra na gitarze nie polega na trzaskaniu szybkich solówek, gdzie w ciągu sekundy usłyszeć można kilkanaście różnych dźwięków. Delikatnie wędruje po skali, wracając czasem z powrotem do pierwotnej nuty będącej tematem utworu. Fajnie słucha się go w kontekście albumów, gdzie nie jest liderem. Kiedy jednak pojawia się sam ze swoją gitarą, magia gry pryska i zostaje utracona we wszechobecnie panującej nudzie. Rozumiem, że Szymon świadomie nie epatuje popisami technicznymi, co jednak w połączeniu z prostymi rytmami i mocno podobnymi do siebie harmonicznie partyturami, zlewa się niestety w nieprzyjemną masę.

Nie chcąc, by tak jednoznacznie negatywnie ocenić recenzowany krążek, wypada wspomnieć o instrumencie tutaj dominującym. Na moje ucho nie jest to gitara akustyczna, ale nie jest to też gitara klasyczna i szczerze… nie mam pojęcia na czym gra artysta. Niewątpliwie największym plusem płyty jest jej brzmienie, jakże unikalnie i niecodzienne. Dawno nikt nie sprawił, bym przez trzy kwadranse trwania muzyki myślał tylko o nim.

Bardzo fajne momentami są też niektóre utwory. Najbardziej wpada w ucho chyba “Playing the game”, który swoją chwytliwością przypomina niemal muzykę z jakiegoś hiszpańskiego filmu. Przyznam, że słuchałem go w samochodzie z kobietą u boku, patrząc w deszczu na odjeżdżające pociągi. Wspomniane nagranie podrywało nas i budziło z letargu, cudownie umilając czas. Słuchając go w domu, na nieco lepszym sprzęcie, usłyszałem, jak w tle sam gitarzysta nucił sobie i powtarzał melodię. Panie Szymonie, czy nie można było tak częściej? Ta jedna pozycja, pełna pasji, namiętności oraz pomysłu to jednak za mało, aby uznać ten longplay za dobry.

Boli też nieco prosta, jak na jazz, rytmika. Ścieżki momentami zdają się być zbyt proste, zbyt mało szalone i w ten sposób - usypiające. Owszem, jestem świadom, że to celowy zabieg Szymona Miki, który zresztą tak bardzo doceniam w jego innych dokonaniach, aczkolwiek tutaj po prostu się nie sprawdził. Niekiedy aż korci, aby dany utwór powędrował w jakiś inny rejon, zgłębił emocję, którą wydaje dana nuta i przerwał nieco te proste rytmy i melodie.

Reasumując, “Attempts” jest płytą raczej słabą. Jeżeli kochacie Szymona Mikę właśnie za minimalizm i prostotę, którą osobiście lubię określać ładnie “nieśmiałością w dźwiękach” - znajdziecie je tutaj w 100%. Niestety, to co sprawdza się w kontekście grania z zespołem lub innymi artystami, w solowym albumie nudzi i nie sprawdza się. Uważam, że gitarzysta ten w istocie jest wybitny i ma przed sobą jeszcze najlepsze lata, aczkolwiek krążek “Attempts” (jak sama nazwa wskazuje - “podejścia, próby”) to tylko nieudany eksperyment.


piątek, 27 maja 2022

Duszan B - Viosnka (2021)

Duszan B

Jan Niedziela - bass
Krystian Kniaziowski - guitar
Łukasz Mikołajczyk - drums (z wyjątkiem Oko Licznosci)
Paweł Gawryłowicz - trumpet (Przemyt Idei, Nocny Pociag Z Mięsem, Ostatnia Stacja)

featuring:
Aleksandra Zawłocka - voc (Wiosna)
Tomasz Przetacznik - sax (Zaśnij)
Redink - modular synth. (Oko Liczności)

Viosnka (2021)

Tekst: Piotr B.

Co dalej? - pytam - co dalej? I jak na razie tylko echo mi odpowiada: "Co dalej - pytam - co dalej?"

Ale od początku i po krótce. Szanowni Zaglądający Duszanów już znają dzięki brawurowej recenzji Szefa. W końcu to jeden z naszych Debiutów Roku! Chciałbym tylko co nieco uzupełnić. Pierwsze trzy utworowe demo Duszanów obrazuje nie tylko ich corowo-noisowy korzeń, ale także oczytanie i gruntowną znajomość trylogii K. i A. Szklarskich pt "Złoto Gór Czarnych". Dalej: pełnowymiarowe "ujawnienie" Duszanów pt. "Plantageneti" - tutaj mogę jedynie podpisać się pod wszystkim, co napisał Szef (...a spróbowałbym się nie zgodzić :) ). Następnie w grudniu 2020 oszałomieni słuchacze zostali poczęstowani materiałem pt. "Improwizacje Zaduszne", który dla mnie jest świadectwem pięknego rozwoju Duszańskiej stylistyki. Ozdobą tej bardzo emocjonalnej sesji jest "Nieobecny Rozmówca", w którym najpierw przysłuchujemy się improwizującym duetom, po kolei, każdy z każdym, po czym w rozwinięciu wszyscy muzycy spotykają się i zabierają nas na wspólna przejażdżkę bezdrożami harmonii.

Nastaje wiosna a w zasadzie VIOSNKA 2021 - i zmiany, których dokumentacją a w zasadzie pamiątką jest materiał "Viosnka". Ze składu ubywają Pan Mikołajczyk i Pan Gawryłowicz, za to gościnnie na sesjach pojawia się kilku artystów. Jednym obliczem albumu są trzy improwizacje nagrane jeszcze w pełnym czteroosobowym składzie w styczniu. W porównaniu z "Plantegeneti" słyszę wyraźnie wzrost znaczenia gitary i zmianę jej ubarwienia. Poprzednio bateria efektów stosowana przez Pana Kniaziowskiego mogła przypominać rozpylone shoegazy i godisastronautalia (z czym myślę że Pan Kniaziowski się zgadza) albo to, co robił Dif Juz dla 4AD 36 lat temu, na Epce "Huremics" (z czym myślę, że Pan Kniaziowski się zgodzi, kiedy posłucha). W tej chwili gitara brzmi surowiej, a ja się cofam gdzieś do okolic 1969r.
 
Przy pierwszym odsłuchu duże wrażenie zrobił na mnie prawie 14 minutowy "Przemyt Idei", rozpoczynający się niczym niesłychany crossover Hendrixa z regałowym basem. A jak się rozwija? Hawkwind? Albo.. a co tam - Monster Magnet? Mocny psychodeliczny, stounerski trip.

Do tego dwie psychodeliczne impresje: "Nocny Pociąg Z Mięsem" i "Ostatnia stacja". Wyobraźmy sobie, że klasyczne trio Hendrixa naspidowało się mocniej niż normalnie i zaczyna improwizować coś od zera. Albo nie. Wyobraźmy sobie, że Grateful Dead próbuje na nowo odegrać swój "Feedback". Albo jeszcze lepiej. Wyobraźmy sobie, że Quicksilver Messenger Service jakoś nie może skończyć grać swojego "Calvary". Cokolwiek i ktokolwiek by to nie był - koniecznie sobie wyobraźmy, że dołączył do nich gość z trąbką. I gra oszczędnie, bez szaleństw, bez wirtuozerskich popisów, ale niesłychanie celnie, zdawkowymi frazami świetnie budując klimat, czasem - jak w "Przemycie Idei" fantastycznie podkreślając kulminacyjne momenty. Generalnie cała czwórka muzyków gra pomysłowo i słucha się nawzajem. Moim zdaniem ten skład mógłby się zabrać w trasę powiedzmy z Lonker See i Śliną. I byłby w tym acidowym gronie najbardziej jazzowym składem. Ale - tak jak wspomniałem - to już jest historia

... i zostało trzech. Już bez trąbki Pana Gawryłowicza Duszani nagrywają singla "Wiosna / Zaśnij". Dwa utwory połączone ze sobą. Na swojej stronie facebookowej muzycy oznajmiają, że mając tak szerokie zainteresowania jakie mają oraz lubiąc pop, chcą zapodać ładne piosenki. Te dwa kawałki mają swoją wartość i swoje zalety, niemniej mnie osobiście taki Duszanowy pop nie przekonał do końca. Fakturę dźwiękową bardzo miło urozmaiciły wokalizy Pani Zawłockiej oraz rozszalały sax Pana Przetacznika. To fakt. Ale odnoszę wrażenie, że już takie dźwięki słyszałem dwa tysiące razy w przeszłości. Do tego liryki w "Zaśnij" - bardzo oryginalne - niestety jestem już starym dziadem i mój kanon estetyczny stetryczał haniebnie. Nie odczuwam zapotrzebowania na ten klimat. Już nie. To jest moje prywatne zdanie i zachęcam wszystkich do odsłuchu - bo ten utwór na pewno nie pozostawia nikogo obojętnym. Jeśli już jesteśmy przy wycieczkach w rejony nieco lżejsze. Nietrudno w sieci odnaleźć solowe wypieki Pana Kniaziowskiego. Bardzo ciekawe i wielowymiarowe!

... i zostało dwóch. Bez bębnów Pana Mikołajczyka, za to z udziałem modularnego maga Redinka Thomasa Duszani tworzą "Oko Liczności" - ku pamięci zmarłego Tomasza Chołoniewskiego, znaczącej postaci sceny impro z Krakowa. Utwór zdecydowanie elegijny, dość uporządkowany kompozycyjnie, rozwija się powoli, nabiera ciężaru, by po kulminacji pozostawić mnie słyszącego ostatnie uderzenia serca, jakby dźwięk karetki...Tłuste, analogowe blurpy, tłoinki, cutoffy i resonance Redinka nadają zupełnie nowego kolorytu. Atmosferę podkreśla też ten narastający, modulowany dźwięk Redinkowego generatora. To może być nowy kierunek poszukiwań dla Duszanów! Co więcej, w sieci można odnaleźć także wersje koncertową, jeszcze ciekawszą, już z udziałem nowego Duszana - bardzo doświadczonego perkusisty Jakuba Rutkowskiego. Bardzo mi się spodobało takie granie. Wielce obiecujące.

Czekam z ciekawością na kolejne kroki Duszanów. W którą stronę podążą? Czy w stronę "Wiosny"? Czy w stronę "Oka"? A może w ogóle totalnie mnie zaskoczą? Panowie! Co dalej? - pytam - co dalej?

wtorek, 24 maja 2022

Adam Skorczewski Quintet - Stream Of Consciousness (2021)

Adam Skorczewski Quintet

Adam Skorczewski - trumpet, composer
Jakub Klemensiewicz – tenor saxophone
Dominik Kisiel – piano, synthesizer
Bartosz Borzeszkowski – doublebass
Hussam Abdul-Samad – drum

Stream Of Consciousness (2021)

Tekst: Mateusz Chorążewicz

Album „Stream Of Consciousness” w wykonaniu Adam Skorczewski Quintet to fonograficzny debiut lidera zespołu. Nagrań dokonano w warunkach koncertowych w sopockim Teatrze Boto dnia 04.04.2019 roku. Na całość składają się trzy kompozycje.

Muzycy właściwie już od pierwszych dźwięków wyraźnie zarysowują sferę swoich inspiracji. Wyraźnie słyszymy tu skandynawską wyobraźnię pomieszaną z polską szkołą free jazzu w wykonaniu Krzysztofa Komedy czy Tomasza Stańki. Mówiąc o tym ostatnim, nie sposób w pewnych aspektach nie skojarzyć ze sobą brzmienia trąbki Adama Skorczewskiego właśnie z brzmieniem kolosa polskiej trąbki.

Kompozycje posiadają niewiele zapisanych struktur. W olbrzymiej większości mamy tu do czynienia z otwartym muzycznym dialogiem, bardzo zróżnicowanym pod kątem energetycznym. Poza wcześniej wspomnianymi źródłami inspiracji, znajdziemy tu także klimaty przywodzące na myśl zespoły Johna Coltrane’a z lat 60-tych czy zabiegi kompozycyjne podobne do tych zarejestrowanych na płytach Piotra Damasiewcza.

W samej jakości brzmienia słychać, że nagranie wykonane zostało w warunkach koncertowych. Niekiedy udaje się zminimalizować ten niekorzystny efekt, tu jednak tak nie jest. Jak zwykle ma to miejsce w takich przypadkach, ucierpiało głównie brzmienie perkusji. Na uwagę zasługuje również brzmienie pianina, które znajduje się w Teatrze Boto. Słychać wyraźnie, że nie jest to fortepian, co niektórych może zakłuć w ucho, ale prawdę mówiąc, ma to też swój niepowtarzalny urok.

Właściwie u każdego uczestniczącego muzyka słychać pewne elementy charakterystyczne dla ich własnego brzmienia. Jakub Klemensiewicz na saksofonie dość często stosuje nietypowe techniki gry na tym instrumencie. Słychać w jego brzmieniu również Wayne’a Shortera ze swoich najlepszych lat. Z kolei Dominik Kisiel dobrze jest już znany na polskiej jazzowej scenie ze swojej olbrzymiej wszechstronności i charakterystycznego sposobu prowadzenia akompaniamentu w solówkach.

Muzycy uczestniczący w projekcie dobrze się rozumieją. Uzupełniający kwintet Bartosz Borzeszkowski na kontrabasie i Hussam Abdul-Samad na perkusji bardzo sprawnie trzymają groove, a jednocześnie uczestniczą w całości nie ograniczając się tylko do tego jednego swojego zadania. W tego typu muzyce, gdy zapisanych struktur jest niewiele, niezwykle ciężko jest uzyskać efekt spójnej całości. Wzajemne zrozumienie muzyków jest tu kluczowe.

„Stream Of Consciousness” to bardzo solidny debiut z jasno zakreśloną sferą inspiracji właściwie od pierwszych dźwięków. Z pewnym zaskoczeniem przyjąłem jak to wszystko się tutaj ze sobą spójnie miksuje. Fani jazzu, którzy są dobrze osłuchani z tymi klimatami, z całą pewnością będą usatysfakcjonowani.


czwartek, 19 maja 2022

Indeks - Jacek Bednarek (2021)

Jacek Bednarek

Jacek Bednarek - kompozycje oraz wszystkie instrumenty

Indeks - (2021, nagrana najprawdopodobniej w 1977 roku)

Wydawca: GAD Records

Tekst: Szymon Stępnik


Uważam, że bardzo trudno mówić o muzyce filmowej. Stoję na stanowisku, że istnieje jedynie w pewnym filmowym kontekście, a docenić ją można jedynie znając i mając na uwadze dzieło, dla którego została skomponowana. Owszem, istnieją kompozytorzy, których soundtracki bronią się same z siebie, jak choćby genialny Ennio Morricone, czy John Williams, ale nawet wśród nich zdarzały się nieco słabsze dokonania. Nie ma oczywiście w tym nic złego - to nie dźwięki grają w filmie pierwsze skrzypce, a jedynie ilustrują jego akcję, podkreślając panujące w nim emocje. Jeżeli jest inaczej, kompozytor popełnia błąd, ponieważ muzyka przestaje spełniać swoją funkcję. Dlatego też ścieżkę dźwiękową do filmu “Indeks” autorstwa Jacka Bednarka nie sposób oceniać bez znajomości samego filmu, dla którego została skomponowana.

“Indeks” jest pracą dyplomową Janusza Kijowskiego i odpowiedzialnego za zdjęcia Krzysztofa Wyszyńskiego. Józef Moneta (grany przez znakomitego Krzysztofa Zaleskiego) jest jednym z najlepszych studentów pewnego kierunku humanistycznego na roku. Ze względu na pewne sprzeczki oraz nieporozumienia z dziekanem na uczelni, główny bohater rzuca studia i zatrudnia się jako pracownik fizyczny, szukając jednocześnie swojego miejsca w życiu. “Indeks” to bardzo realny obraz polskiej inteligencji tamtych lat, mocno zagubionej, szukającej swojego miejsca w życiu. Co ciekawe, pomimo tego, że akcja dzieje się w latach słusznie minionych, poruszane w nim tematy są aktualne do dziś i wielu znajdzie w wydarzeniach z historii życia Józefa Monety coś ze swojego życia. Film jest nieco chaotyczny, operując przede wszystkim na zbiorze dość luźno powiązanych obrazów z życia protagonisty. Taki chaos jest też obecny w muzyce Jacka Bednarka.

Pomimo mało skomplikowanej struktury, utwory bywają mocno nieprzewidywalne w doborze harmonii i dźwięku. Z drugiej strony, wiele jest jednak uproszczeń, pewnych umownych schematów, które są powtarzane i niewiele rozwijane. Gdyby był to zwyczajny album, zapewne można byłoby uznać to za jego wadę. Jako ścieżka dźwiękowa do filmu - sprawdza się zaś znakomicie. Dzięki takiej przystępności pięknie koresponduje z pokazywanymi na ekranie wydarzeniami. Nie jest to bowiem trudna do grania muzyka, gdzie rytmy są jednostajne, choć może trochę zbyt mało wyrafinowane, szczególnie w przypadku sekcji perkusyjnej.

Album wyróżnia się prostotą, ale w żadnym wypadku prostackością. Każdy utwór jest inny i ma swoje miejsce w szeregu. Istnieje jednakże pewna cecha wspólna, która wyróżnia to nagranie spośród innych soundtracków - dialog klawesynu z kontrabasem. Sam Jacek Bednarek był przecież kontrabasistą, co zresztą mocno słychać. O ile większość instrumentów gra tutaj wspomniane proste, mało wyrafinowane kompozycje, to właśnie w sferze basu słychać o wiele więcej improwizacji, szaleństwa oraz zaskoczenia. Czasami można wręcz odnieść wrażenie, że pozostałe instrumenty jedynie robią tło dla różnych popisów artysty.

Na wszystkich instrumentach grał właśnie jej kompozytor. Słychać, że jest to swoisty one-man-show. Niestety, klarownym jest, że takiej biegłości nie posiada w stosunku do innych akcesoriów. Być może jego użycie kontrabasu jest na tyle świetne, że po prostu tak mocno kontrastuje z innymi dźwiękami z tej płyty.

Choć czołówka nie zapada jakoś mocno w pamięć i przypomina bardziej wstęp do typowego serialu telewizyjnego, dalsze utwory zdecydowanie wybijają się ponad przeciętność. Szczególne wrażenie zrobił na mnie Węgloblok, gdzie bas tworzy jednocześnie rytm i melodię. Gdzieniegdzie odzywa się też mocno preparowany dźwięk fortepianu, dziwne pociągnięcia smyczkiem po strunie, co tworzy przerażające wrażenie (ma to pewnie coś wspólnego z wydarzeniami przedstawionymi w filmie, gdzie na węglobloku zmarł młody chłopak).

Podsumowując, “Indeks” jest ścieżką dźwiękową do filmu ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nie broni się dobrze jako samodzielny album, ale sprawdza jako tło wydarzeń przedstawionych w obrazie Janusza Kijowskiego. Słuchając albumu bez znajomości dzieła dla którego został stworzony, można dojść do wnioski, że jest to muzyka przeciętna i pozbawiona inspiracji. Po seansie, utwory Jacka Bednarka zyskują nowe oblicze, sprawiając o wiele więcej przyjemności w słuchaniu. To znakomita płyta, aczkolwiek należy ją poznawać wtórnie - po zaliczeniu pierwszego seansu filmowego.

wtorek, 17 maja 2022

Winicjusz Chróst - Promienie dźwięku (2021)

Winicjusz Chróst

Promienie dźwięku (2021)

Wydawca: GAD Records

Tekst: Mateusz Chorążewicz



Winicjusz Chróst to jeden z najważniejszych polskich muzyków lat 70-tych i 80-tych XX wieku, który za życia nie doczekał się swojej autorskiej, solowej płyty. Album "Promienie dźwięku", który swoją premierę miał w listopadzie 2021 to w istocie antologia nagrań artysty.

Na całość składa się dwanaście zremasterowanych utworów z archiwum Polskiego Radia z okresu lat 1983 – 1987. Poza Winicjuszem Chróstem na gitarze i syntezatorze usłyszymy tu także takich artystów jak Adam Lewandowski (perkusja), Jerzy Bartz (perkusjonalia), Zbigniew Wegehaupt (kontrabas), Janusz Skowron (fortepian), Joanna Morska (wokal), Ewa Bem (wokal), Izabela Zając (wokal), Czesław Bartkowski (perkusja), czy Janusz Smyk (saksofon tenorowy). Od takiego składu należy oczekiwać samych najlepszych rzeczy i taki też materiał otrzymujemy.

Wszystkie kompozycje zachowane są w stylistyce fusion, która w tamtym okresie właściwie królowała na szeroko rozumianej polskiej scenie jazzowej. Wiele brzmień, zastosowanych harmonii, czy form kompozycyjnych od razu przywodzi na myśl takie zespoły jak choćby Weather Report. Muzyka jest silnie inspirowana amerykańską szkołą fusion i jako taką należy ją traktować.

Co zwróciło moją szczególną uwagę to fakt, że całość brzmi w sposób bardzo spójny, pomimo sporego rozstrzału czasowego nagrań. Nie mówię już nawet o charakterze muzyki, ale również o różnorodności środowiska nagraniowego. Osoby odpowiedzialne za przygotowanie zremasterowanych wersji wykonały tu kawał naprawdę dobrej roboty.

Dnia 28.03.2022 przypada druga rocznica śmierci Winicjusza Chrósta. Uważam, że album Promienie dźwięku to wspaniały hołd dla całej kariery muzyka, który nie doczekał swojej solowej płyty. Oczywiście muzyka sama w sobie nie jest w żaden sposób przełomowa. Nie wywróci ona do góry nogami naszego postrzegania muzyki fusion czy nawet dotychczasowej wiedzy o twórczości Winicjusza Chrósta, ale przez nie o to w tym przypadku chodzi. Dzięki tej płycie otrzymujemy świetnej jakości materiał muzyczny niejako dokumentujący dokonania artysty i utrwalający pamięć o nim.

Specjalne podziękowania należą się córce Winicjusza, Aleksandrze Chróst, która trzyma pieczę nad twórczością ojca i dzięki której album taki jak ten ujrzał światło dzienne.



wtorek, 12 kwietnia 2022

Filip Żółtowski Quartet - Humanity (2021)

Filip Żółtowski Quartet

Filip Żółtowski – Trąbka
Szymon Zawodny – saksofon altowy
Wojciech Wojda – piano, syntezator, Moog, głos (6. „Meditation”)
Mikołaj Stańko – Perkusja
Natalia Capelik-Muianga – wokal (8. „Dzień i Noc”)

Humanity (2021)

Tekst: Paweł Ziemba


Zanim wyrażę opinię na temat nowej płyty, staram się przynajmniej raz przesłuchać ją od początku do końca. Tym razem, rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. Potrzebowałem znacznie więcej czasu i kilkukrotnego przesłuchania zawartości krążka. Debiutancki projekt „Humanity” Kwartetu Filipa Żółtowskiego zrealizowany wraz z kolegami z Akademii Muzycznej w Gdańsku, zaskoczył mnie poziomem realizacji i zdziwił odwagą debiutantów.

Pierwsze wrażenie nie musi być tym trwałym, zwłaszcza, gdy mówimy o bardzo ekspresyjnej muzyce zarejestrowanej na krążku, który zbiera coraz więcej pochlebnych opinii. Mimo mojego klasycznego podejścia do brzmienia kwartetu jazzowego, fakt ten wcale mnie nie zdziwił. Kwartet nie tylko zaskakuje swoją muzyczną dojrzałością i umiejętnościami poszczególnych instrumentalistów, ale to co najważniejsze umiejętnie łączy elektronikę z klasycznym brzmieniem instrumentów dętych, wprowadzając nas w nowy wymiar brzmienia współczesnej muzyki jazzowej.

Zacznijmy jednak od początku. Patrząc na futurystyczną, pełna kolorów okładkę, zaprojektowaną przez Stefana Głośnika, zapomnijcie o wszystkim z czym kojarzy się wam klasyczny kwartet jazzowy. To nie jest to. Przede wszystkim brzmienie muzyki - jakże inne, spowodowane nietypowym instrumentarium. Trąbka, saksofon, brak klasycznego basu, na rzecz syntezatora, moog’a, fortepianu oraz perkusji. To fuzja muzyki jazzowej, wyraźnie improwizowanej, która naturalnie kieruje się w stronę muzyki elektronicznej.

„Humanity”, to muzyka przemyślana, osadzona we współczesnych trendach naszej codzienności, wyrażonej funkcjonowaniem w przeładowanej ilością bodźców cyfrowej rzeczywistości. Ciekawa, pełna kolorytu, sprawnie wykorzystująca bogactwo zapomnianych dźwięków syntezatorów. Wzbogacona elementami stylistyki bigbandowej oraz mainstreamu. To połączenie fusion i współczesnej muzyki elektronicznej wzmocnionej bardzo nowoczesnym low-endem.

„Humanity” to nieprzewidywalność i nieoczywistość pewnych następstw.

Gra Filipa Żółtowskiego na trąbce jest żywiołowa i pomysłowa, zarówno jeśli chodzi o podejście do melodii, co stanowi podstawę do improwizacji, jak i o decyzje podejmowane z chwili na chwilę, co wyraźnie słychać w granych przez lidera solówkach.

„Humanity” to odważne muzyczne posunięcie, które może zaskoczyć, a nawet zaniepokoić zagorzałych zwolenników akustycznego brzmienia w muzyce jazzowego.

Zaletą płyty jest nastawienie się od samego początku na bogactwo dźwięków oraz zróżnicowaną dynamikę i artykulację. Nie polecam jednak słuchać tych nagrań zbyt cicho. To muzyka pełna witalnej energii.

Otwierający płytę utwór „Waltz, please” daje wrażenie słonecznego rozbłysku ciepłych promieni, stawiających nas szybko na nogi.

Filip Żółtowski jest płodnym emocji kompozytorem i muzykiem. Mam wrażenie słuchając płyty, że cały kwartet podchodzi do muzyki jak wojownicy, zdecydowani na zwycięstwo. Rezygnacja z klasycznego basu przyniosła super efekt, wzmacniając wartość brzmieniową krążka. Brawo!

Dodatkowo, mam nieodparte wrażenie bliskości z muzyką Brada Mahldau,  a zwłaszcza z płytą „Taming the dragon” nagraną z perkusistą Markiem Guilianą. I aby było jasne, nie jest to zarzut. Jeśli się inspirować i uczyć - to od najlepszych.

Kwartet Żółtowskiego tworzy jeden mocno bijący organizm. Grają pewnie bez tremy, rozpędzając się z każdym kolejnym utworem. „Unhumanization” nie odpuszcza, mocny i zdecydowany riff zagrany przez dęciaki uzupełniony mocnym brzmieniem elektroniki kontynuuje ten zryw, a bezkompromisowa improwizacja wykonana na syntezatorze to fajerwerki.

W napiętej, pełnej rozmachu płycie „Humanity” odnajdujemy również utwory względnego spokoju, te momenty (jak w "Questions with no answers") kiedy bardziej melodyjne linie grane przez saksofon i trąbkę wysuwają się na pierwszy plan, są tym bardziej odkrywcze w swoim surowym pięknie.

Całość bez pardonu wprowadza słuchacza w inny świat współczesnej muzyki jazzowej. Słychać, że cała czwórka muzyków znakomicie się rozumie i odnajduje w tej stylistyce.

Filip Żółtowski grający na trąbce, zaprosił do kwartetu swoich kolegów z akademii muzycznej. Obok lidera wiodącą role odgrywa Szymon Zawodny na saksofonie. Obaj Panowie znakomicie się uzupełniają i stanowią mocną „siłę ataku”. Wojciech Wojda grający na klawiszach, bezwzględnie wypełnia całą muzyczną przestrzeń, a przysłowiową wisienką na torcie jest fakt zdecydowanego udziału w grze syntezatora i coraz częściej wykorzystywanego ostatnimi laty Moog’a. Całości uzupełnia bardzo wyrazisty i ekspresyjny Mikołaj Stańko, który zna się na tradycji jazzowej, ale zna się też na hip hopie, rocku progresywnym i zapewne wielu, wielu innych gatunkach. Swoją grą wnosi wiele rytmicznych smaczków z dobrze wkomponowanymi kontrapunktami.

W napiętej, pełnej rozmachu grze kwartetu na uwagę zasługuje zuchwała kreatywność - znakomite zgranie i wyczucie momentu, bawienie się dźwiękiem, a zarazem bardzo poważne i odpowiedzialne trzymanie się konwencji utworów to silne atuty tej płyty.

„Humanity” zawiera 8 kompozycji lidera, wśród których są dwa, które mogą zdziwić. Pierwszy to „Meditation” wzbogacony fragmentem tekstu książki Yuval’a Noah Harrari „21 Lessons for 21st Century”. Uważam, że to dość ciekawa propozycja, wpisująca się w całość przekazu jaki niesie ze sobą muzyka zawarta na krążku. Drugi to kończący płytę utwór „Dzień i Noc”. Ukojenie po podróży w muzycznym kosmosie Humanity. Nastrojowa ballada, nagrana wspólnie z Natalią Capelik-Muianga, młodą wokalistkę z Gdańska, wykonującą na co dzień muzykę z gatunku soul, r&b i pop.

Młodość ma swoje prawa i siłę do dokonywania zmian, a debiut zawsze jest jakimś kompromisem między chęcią stworzenia czegoś oryginalnego, autentycznego a możliwościami realizacji tych planów. Moim zdaniem, kwartet Filipa Żółtowskiego z krążkiem „Humanity” z tej konfrontacji wychodzi zwycięsko.

Mimo, faktu, że Panowie grają ze sobą od niespełna dwóch lat, ich debiutancka, mocno elektroniczna płyta, jest godna uwagi i słychać, że cała czwórka muzyków ma pomysł na siebie i zdecydowanie w działaniu.

Każde kolejne oddanie się tej muzyce powoduje, że wrażenie jest dużo lepsze niż na początku.

Z dużym zainteresowaniem będę obserwował dalsze poczynania kwartetu i twórcze efekty tych działań.


środa, 30 marca 2022

Paulina Owczarek, Peter Orins - You Never Know (2021)

Paulina Owczarek, Peter Orins

Paulina Owczarek – alto saxophone
Peter Orins – drums

You Never Know (2021)

Tekst: Szymon Stępnik


W słynnym filmie Marka Piwowskiego "Rejs" z roku 1970 z ust jednego bohaterów pada następujące zdanie: "Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. To przez reminiscencje. Jakże może mi się podobać piosenka, którą słyszę pierwszy raz?". Jest w tym cytacie sporo prawdy – my, jako słuchacze, zdecydowanie łatwiej potrafimy trawić utarte muzycznie schematy, które występują od lat. Dlatego też przed artystą romansującym z muzyką eksperymentalną, stoi niezmiernie trudne zadanie: musi on bowiem znaleźć złoty środek pomiędzy tym, co jest świeże, niespotykane oraz zaskakujące, a tym co asłuchalne i niemuzyczne. Paulina Owczarek spróbowała zmierzyć się z zadaniem na swojej na swojej najnowszej płycie "you never know" nagranej z Peterem Orinsem.

Artystka ta pochodzi ze Zduńskiej Woli i gra na saksofonie altowym oraz barytonowym. Zajmuje się głównie muzyką improwizowaną i współczesną kameralistyką. Jest też założycielką Krakow Improvisers Orchestra. Peter Orins to z kolei klasycznie wykształcony muzyk, który obecnie zajmuje się głównie instrumentami perkusyjnymi oraz bierze udział w różnych ciekawych, różnorodnych projektach, których nie sposób zliczyć. Zdawać by się mogło, że we współpracy tak ciekawych artystów nic nie mogło się nie udać. W rzeczywistości pojawiło się jednak sporo zgrzytów.

Przede wszystkim płyta ta zdaje się nie mieć na siebie żadnego pomysłu, a słuchanie jej jest strasznie męczące. Wiele utworów sprawia wrażenie sztucznie wydłużonych, bez jakiegokolwiek głebszego przemyślenia i emocji. Trzaski oraz zgrzyty wychodzą na pierwszy plan, a jakiekolwiek inne dźwięki gubią się we wszechobecnym chaosie lub po prostu nie istnieją. Mam wrażenie, że artyści zbyt mocno chceli wykonać coś nowego, eksperymentalnego, a tymczasem ich wspólna praca przypomina bardziej Uroborosa, czyli węża zjadającego swój własny ogon.

Peter Orins starał się w awangardowy sposób wykorzystać instrumenty perkusyjne co jednak nie wyszło ani efektownie, ani efektywnie. Szmery, szelesty i bezkształtne dźwięki wypełniają tę płytę do cna i nie dają żadnego miejsca na jakąkolwiek melodię. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że pierwszy utwór "What might happen" prezentuje niewielką wartość artystyczną. Brakuje jakichkolwiek emocji, zabaw strukturą lub prób sięgania po jakieś nowe brzmienie. Płyta jest nudna i przewidywalna. Saksofon Pauliny Owczarek odzywa się stosunkowo rzadko, a nawet jeśli, ucieka w zbytni dźwiękowy surrealizm. Owszem, kiedy już zdarza się jakaś melodia, brzmi pięknie – szczególnie w środkach utworów "How people behave" oraz "Three rules that live". Szkoda tylko, że poza nimi płyta ta jest zbyt długa i wręcz asłuchalna. Można również odnieść wrażenie, iż znajduje się tutaj sporo zmarnowanego potencjału, co dodatkowo potęguje zupełny brak chemii pomiędzy muzykami.

Tak jak wspomniałem na początku, do muzyki awangardowej można podejść w sposób różnoraki, aczkolwiek uważam, iż trzeba jednak umieć dostrzec pewną granicę. To co słyszymy, choć dziwne i niespotykane, powinno wpisywać się pewne muzyczne ramy. Ta granica została tu przekroczona, przez co wiele momentów trudno w ogóle nazwać jakąkolwiek muzyką. Melodia może być podana w różnorodny, zupełnie niekonwencjonalny sposób, ale wciąż musi nią pozostać. Na płycie "you never know" zupełnie jej zabrakło. Kiedy saksofonistka przechodzi do nieco bardziej zachowawczego, klasycznego grania, z płyty wybrzmiewa zmarnowany potencjał. Niestety, takich momentów jest jak na lekarstwo i giną one w niezrozumiałej dla mnie całości.

Trudno polecić mi tę płytę komukolwiek. Słuchanie jej nie sprawia przyjemności, nie intryguje, a dobre momenty frustrują tym, że nie trwają dużej. Z drugiej strony, na swój sposób jest jednak ciekawa. Szkoda, że bardziej jako zjawisko, niż jako muzyka jazzowa...

Zdanie odrębne:
Rzadko, bo rzadko, ale bywają w naszej redakcji sytuacje, gdy sie po prostu w ocenie dawnej płyty ZUPEŁNIE nie zgadzamy. Ponieważ opinie na rzecz muzyki to rzecz gustu, każdy może mieć swoją, zatem nigdy nie wstrzymujemy pióra i piszemy co myślimy o danej muzyce. Kiedy jednak rozbieżność opinii jest bardzo duża, pozwalamy sobie uzupełniać recenzję zdaniem odrębnym. Tak jest w tym przypadku.
Maciej Nowotny umieścił Paulinę Owczarek wśród - jego zdaniem - najlepszych muzyków jazzowych (sama artystka protestuje wobec takiej klasyfikacji). Jego zdaniem takie wydane w 2021 albumy jak zjawiskowy "Mono No Aware", intrygujący "Komentarz Eufemistyczny" czy właśnie "You Never Know" sprawiają, że ten rok zdecydowanie uznać można za wyjątkowo udany dla tej artystki. W sposób bezkompromisowy - jak na "You Never Know" - eksploruje ona spontaniczny i improwizacyjny charakter muzyki. Ten charakter jest bardzo, bardzo odległy od klasycznie pojętej improwizacji jazzowej. Jego esencją jest szukanie samych korzeni muzyki, doświadczenia w którym granica między muzyką a przypadkowym dźwiękiem jest płynna. Ba, płynna staje się granica między artystą i słuchaczem, bo muzyka ta zakłada współtworzenie materii muzycznej z chaosu - zdawałoby się - dźwięków proponowanych przez wykonawców. W tej propozycji jaką składają nam Owczarek i Orins więcej jest bez wątpienia więcej  znaków zapytania niz odpowiedzi. Ale bywa, że znaki zapytania same układają się w odpowiedź.
Jak zwykle proponujemy naszym słuchaczom, aby sami poszukali tej muzyki i wyrobili sobie o niej swoje własne zdanie. 
Pozdrawiamy serdecznie,
Redakcja Polish Jazz Blog




Zobacz też: