Grażyna Auguścik – wokal
Krzysztof Herdzin – fortepian / aranże
Gilad Atzmon – saksofon altowy i sopranowy
Piotr Lemańczyk – kontrabas
Rafał Sarnecki – gitara
Rafał Jackiewicz – saksofon
Adam Golicki – perkusja
Orkiestra: Polska Filharmonia Kameralna Sopot
Dyrygent: Szymon Morus
Tytuł albumu: “The Great Time”
Wydawnictwo: Afro Vibe (2025)
Tekst: Paweł Ziemba
Tekst: Paweł Ziemba
Jak często zdarzają się Wam sytuacje, w których decydujecie się na jakiś krok bez wyraźnego przekonania, kierując się raczej ciekawością niż rozsądkiem? Życie bywa nieprzewidywalne — i całe szczęście, bo to właśnie takie niepewne decyzje nierzadko okazują się przełomowe. Otwierają nowe drzwi, a czasem nawet całe korytarze. Tak właśnie było ze mną, gdy sięgnąłem po najnowszą płytę Adama Golickiego. Towarzyszyło mi to samo, dobrze znane pytanie: w którą stronę tym razem poprowadzi swoją muzyczną opowieść?
Dotychczasowe nagrania artysty nauczyły mnie jednego — nie należy spodziewać się powtórek. Golicki nie jest muzykiem, który porusza się po utartych ścieżkach, a już na pewno nie sprawdza, czy grunt pod nogami jest odpowiednio twardy. Jego najnowszy album, „The Great Time”, potwierdza tę zasadę, choć czyni to w sposób bardziej refleksyjny niż spektakularny. Jakby lider świadomie zwolnił tempo, by dokładniej przyjrzeć się samej strukturze muzyki i jej wewnętrznym napięciom.
Tym razem Golicki zaprasza do współpracy orkiestrę kameralną Filharmonii Sopockiej — i nie po to, by jazz „ubrać” w elegancki kostium, który dobrze wygląda. Od pierwszych taktów słychać, że orkiestra jest tu pełnoprawnym głosem, co więcej — to głos, który potrafi zarówno szeptać, jak i wtrącić się bez zaproszenia, jeśli sytuacja tego wymaga.
Golicki wielu słuchaczom znany jest jako muzyk sesyjny, poruszający się swobodnie po różnych stylistykach i składach. Współpracował z takimi artystami jak Maciej Grzywacz, Kuba Stankiewicz, Cezary Paciorek, Grzegorz Nagórski, Urszula Dudziak, Maciej Sikała czy Piotr Lemańczyk. To muzyk o dwóch obliczach — perkusista z jednej strony, a z drugiej kompozytor o wyraźnych ambicjach autorskich. Jeden z tych nielicznych, którzy wciąż muszą przypominać światu, że choć na perkusji nie gra się harmonii, perkusista również bywa pełnoprawnym muzykiem i twórcą.
Artystyczna kreatywność i niespokojny duch lidera dały się poznać już na wcześniejszych albumach: „Ad Shave” (2015), nagranym z czołowymi europejskimi muzykami jazzowymi, „Ad Complementum” (2018) oraz „Reflections” (2021). Tym razem Golicki decyduje się na spotkanie dwóch światów — delikatności orkiestry kameralnej i pulsującej energii jazzu, wspartej kunsztem zaproszonych artystów: Grażyny Auguścik, Gilada Atzmona, Rafała Jackiewicza, Krzysztofa Herdzina, Piotra Lemańczyka oraz Rafała Sarneckiego (z dwoma ostatnimi nagrał wspólną płytę „NYC Session”, wydaną w 2024 roku).
Momentem, który muzycznie ustawia całą płytę, jest otwierająca album kompozycja „Friendly Walk”. To utwór, który mógłby łatwo popłynąć w stronę jazzowej pocztówki — ładnej, lecz przewidywalnej — a jednak dzieje się dokładnie odwrotnie. Wokalizy Grażyny Auguścik nie są tu żadnym „miłym dodatkiem”. To one prowadzą narrację. Jej głos funkcjonuje jak instrument wyznaczający emocjonalny horyzont utworu, podczas gdy gitara Rafała Sarneckiego porusza się obok z ogromnym wyczuciem przestrzeni. Saksofon Gilada Atzmona wchodzi szeroko i ciepło, bez nerwowych gestów — jakby doskonale wiedział, że w tym miejscu nie trzeba niczego udowadniać. To zresztą cecha całej płyty: rzeczy dzieją się wtedy, kiedy powinny, a nie wtedy, kiedy „wypada”.
Ta umiejętność panowania nad formą sprawia, że „The Great Time” nie jest kolejną próbą pogodzenia jazzu z orkiestrą kameralną na zasadzie uprzejmego współistnienia. To raczej muzyczne negocjacje — czasem spokojne, czasem lekko napięte. Słychać to szczególnie w momentach, gdy Golicki sięga po inspiracje wykraczające poza klasyczny jazz. „Taniec Góralski” jest tu najlepszym przykładem. Artysta czerpie z tradycyjnych rytmów góralskich, opartych na energicznym, synkopowanym podkładzie perkusyjnym, co sprawia, że całość brzmi zaskakująco współcześnie. Przytupywania i ósemkowe rytmy są czytelne, ale nie popadają w dosłowność. Aranżacja Krzysztofa Herdzina wzbogaca kompozycję o jazzowo-kameralne brzmienie, a perkusja Golickiego i kontrabas Piotra Lemańczyka niosą falującą energię z dużą swobodą. Jeśli ktoś szuka tu cepelii — wróci z pustymi rękami. Jeśli jednak lubi, gdy tradycja zostaje rozebrana na części i złożona na nowo, będzie usatysfakcjonowany.
Nie bez znaczenia dla całości albumu jest zaproszenie do współpracy artystów reprezentujących różne pokolenia i doświadczenia. Auguścik, Herdzin, Sarnecki, Lemańczyk i Golicki tworzą solidne fundamenty, a zaproszeni soliści odnajdują się w tej przestrzeni znakomicie. Gilad Atzmon wnosi nerwowość i ekspresję, kontrastujące z kameralną precyzją orkiestry. Rafał Jackiewicz z kolei brzmi momentami jak improwizowany komentator wydarzeń, niemal prowokując zespół do reakcji. Gitarowe sola Rafała Sarneckiego pełnią często rolę oddechu — krótkie, przestrzenne frazy pozwalające muzyce na chwilę zawieszenia.
Im dalej w album, tym bardziej doceniam sposób, w jaki Golicki buduje całość nie z pojedynczych popisów, lecz z relacji między muzykami. Jego perkusja jest stale obecna — jak narrator, który doskonale wie, kiedy zabrać głos, a kiedy pozwolić wybrzmieć ciszy.
Jedną z największych niespodzianek płyty pozostaje sposób wykorzystania głosu Grażyny Auguścik. Jej wokalizy nie tyle zdobią kompozycje, ile pełnią funkcję instrumentu prowadzącego narrację. Chwilami brzmi to jak archaiczna pieśń bez słów, zawieszona gdzieś na granicy jazzu i muzyki etnicznej, innym razem głos stapia się ze smyczkami, tworząc niemal filmową aurę. To zabieg ryzykowny, ale — jak się okazuje — bardzo skuteczny. Nadaje płycie kolor i głębię, a przy tym pokazuje Auguścik z mniej oczywistej, bardziej eksperymentalnej strony.
„The Great Time” jawi mi się jako album wymagający, ale wdzięczny. Nie imponuje rozmachem — choć bez wątpienia jest projektem dużej skali. Wymaga uważnego słuchania, lecz daje coś w zamian: spójność, różnorodność i poczucie, że każdy element ma tu swoje uzasadnienie. Momentami można by zapragnąć większej selektywności i mniejszej liczby pomysłów naraz, ale być może właśnie w tym tkwi urok tej płyty. Jest jak dobra rozmowa — czasem się przeciąga, czasem skręca w nieoczekiwaną stronę, ale trudno ją przerwać, zanim wybrzmi do końca.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz