Translate

piątek, 13 lutego 2026

O.N.E. - "Well, actually..."

O.N.E.


Kateryna Ziabliuk - piano
Monia Muc - alto & baritone saxophones
Kamila Drabek - double bass
Patrycja Wybrańczyk - drums

Tytuł płyty: "Well, actually..."

Wydawca: April Records (2025)

Tekst: Maciej Nowotny

Polish Jazz Blog Editors' Choice

Kim Rossi Stuart, grający główną rolę w mającej premierę w tym roku na Netfikx adaptacji słynnej powieści Tommasa di Lampedusy Lampart, zapytany o to, co jako aktorowi najbardziej podobało mu się w pracy nad tym serialem, odpowiedział, że reżyser Tom Shankland pozwalał, by jedno z ujęć danej sceny zagrać całkowicie „dla zabawy” — for fun — odrywając się od szczegółowego scenariusza i oczekiwań reżysera. Jak stwierdził, wielokrotnie zdarzało się, że właśnie te ujęcia okazywały się najlepsze i ostatecznie trafiały do filmu.

Anegdota ta przypomniała mi się, gdy zastanawiałem się nad jazzem w ogóle i nad muzyką tworzoną przez kwartet O.N.E., a nad tytułem ich najnowszego krążka w szczególności.

Ten tytuł to Well, actually… i mógłby paść jako odpowiedź na pytanie zadane artystkom, które go nagrały. Pytanie to mogłoby brzmieć: „Czy nagrały Panie tę muzykę przede wszystkim dla zabawy i z radości, jaką spłatanie takiego psikusa może dać w tak zdominowanym przez mężczyzn poważnym świecie, jak polski jazz?”

No właśnie.

Także krytycy mają czasami, słuchając muzyki, skłonność do nadmiernego jej intelektualizowania. Radzi byliby odcyfrować zagadkę, napisać wspaniałą opowieść, przypisać role tworzącym ją muzyczkom i muzykom — chcieliby, aby muzyka miała… sens. Tymczasem muzyka jest bodajże jedyną dziedziną sztuki — uświadomił mi to ostatnio wybitny polski awangardowy perkusista Jakub Suchar — w której mistrzostwo wymaga bycia tu i teraz: mniej myślenia, a więcej wyczucia, emocji, uniesienia. Jest to niemal pierwotna siła, która — rzadko, lecz jednak — udziela się w sposób magnetyczny publiczności na koncertach czy słuchaczom przy głośnikach. Być może dzieje się tak dlatego, że w naszych mózgach mamy neurony lustrzane, umożliwiające nam współodczuwanie z innymi.

Trzecią już z kolei płytę O.N.E. nagrał kwartet w składzie: Kateryna Ziabliuk na fortepianie (zastąpiła Polę Atamańską, grającą na poprzednich albumach), Kamila Drabek na kontrabasie, Patrycja Wybrańczyk na perkusji oraz Monika Muc na saksofonach altowym i barytonowym. Nazwa zespołu podkreśla zarówno fakt, że tworzą go kobiety, jak i to, że akcent w tej muzyce położony jest na kolektyw. Już ich poprzednie płyty — One (2020) i Enteloma (2022) — wywarły na mnie oraz na wielu innych krytykach dobre wrażenie i, co najważniejsze, pokazywały stały postęp zespołu. Najnowszy album nie tylko ten trend kontynuuje — jest moim zdaniem najlepszy z dotychczasowych.

Lata wspólnego grania pozwoliły artystkom wypracować własne brzmienie, w którym wielkie umiejętności i wyrafinowany gust łączą się ze spontanicznością i entuzjazmem.

Dosłownie trudno wysiedzieć w jednym miejscu, słuchając tej muzyki! Fantastyczną pracę wykonuje cały zespół w sferze rytmicznej. Dzięki niej muzyka ma nie tylko szkielet, lecz także mięśnie — wszystko tu zdaje się tańczyć, skakać, wywijać hołubce z dziką, wręcz frenetyczną radością. A przy tym nie ma tu chaosu, hałasu ani niepotrzebnej wrzawy. Każda warstwa muzyki grana jest z oddechem i przestrzenią; nigdy nie tracimy kontaktu z ciszą, nawet gdy bębny biją, kontrabas grzmi, fortepian wtóruje pulsowi sekcji, a saksofony wyciągają nuty aż po nieboskłon.

Wszystko to zawsze układa się razem — wspólnie — jak w dobrze tkanym dywanie mistrza. Z niezwykłych linii granych przez poszczególne instrumenty powstaje coś nowego, unikalnego: dzieło wspólne, kolektywne.

To nic innego jak święty Graal jazzu: kolektywna improwizacja, granie w pół słowa, bez pośrednictwa myśli, z serca — tylko i wyłącznie dla siebie i dla tych, którzy myślą i czują podobnie. By pozwolić im — i sobie — poczuć jeszcze raz, że żyje się dziko, namiętnie, szeroko. Tylko i wyłącznie dla zabawy. Dla przyjemności, jaką jest istnienie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też: