Kateryna Ziabliuk - piano
Monia Muc - alto & baritone saxophones
Kamila Drabek - double bass
Patrycja Wybrańczyk - drums
Tytuł płyty: "Well, actually..."
Wydawca: April Records (2025)
Kim Rossi Stuart, grający główną rolę w mającej premierę w tym roku na Netfikx adaptacji słynnej powieści Tommasa di Lampedusy Lampart, zapytany o to, co jako aktorowi najbardziej podobało mu się w pracy nad tym serialem, odpowiedział, że reżyser Tom Shankland pozwalał, by jedno z ujęć danej sceny zagrać całkowicie „dla zabawy” — for fun — odrywając się od szczegółowego scenariusza i oczekiwań reżysera. Jak stwierdził, wielokrotnie zdarzało się, że właśnie te ujęcia okazywały się najlepsze i ostatecznie trafiały do filmu.
Anegdota ta przypomniała mi się, gdy zastanawiałem się nad jazzem w ogóle i nad muzyką tworzoną przez kwartet O.N.E., a nad tytułem ich najnowszego krążka w szczególności.
No właśnie.
Także krytycy mają czasami, słuchając muzyki, skłonność do nadmiernego jej intelektualizowania. Radzi byliby odcyfrować zagadkę, napisać wspaniałą opowieść, przypisać role tworzącym ją muzyczkom i muzykom — chcieliby, aby muzyka miała… sens. Tymczasem muzyka jest bodajże jedyną dziedziną sztuki — uświadomił mi to ostatnio wybitny polski awangardowy perkusista Jakub Suchar — w której mistrzostwo wymaga bycia tu i teraz: mniej myślenia, a więcej wyczucia, emocji, uniesienia. Jest to niemal pierwotna siła, która — rzadko, lecz jednak — udziela się w sposób magnetyczny publiczności na koncertach czy słuchaczom przy głośnikach. Być może dzieje się tak dlatego, że w naszych mózgach mamy neurony lustrzane, umożliwiające nam współodczuwanie z innymi.
Trzecią już z kolei płytę O.N.E. nagrał kwartet w składzie: Kateryna Ziabliuk na fortepianie (zastąpiła Polę Atamańską, grającą na poprzednich albumach), Kamila Drabek na kontrabasie, Patrycja Wybrańczyk na perkusji oraz Monika Muc na saksofonach altowym i barytonowym. Nazwa zespołu podkreśla zarówno fakt, że tworzą go kobiety, jak i to, że akcent w tej muzyce położony jest na kolektyw. Już ich poprzednie płyty — One (2020) i Enteloma (2022) — wywarły na mnie oraz na wielu innych krytykach dobre wrażenie i, co najważniejsze, pokazywały stały postęp zespołu. Najnowszy album nie tylko ten trend kontynuuje — jest moim zdaniem najlepszy z dotychczasowych.
Lata wspólnego grania pozwoliły artystkom wypracować własne brzmienie, w którym wielkie umiejętności i wyrafinowany gust łączą się ze spontanicznością i entuzjazmem.
Dosłownie trudno wysiedzieć w jednym miejscu, słuchając tej muzyki! Fantastyczną pracę wykonuje cały zespół w sferze rytmicznej. Dzięki niej muzyka ma nie tylko szkielet, lecz także mięśnie — wszystko tu zdaje się tańczyć, skakać, wywijać hołubce z dziką, wręcz frenetyczną radością. A przy tym nie ma tu chaosu, hałasu ani niepotrzebnej wrzawy. Każda warstwa muzyki grana jest z oddechem i przestrzenią; nigdy nie tracimy kontaktu z ciszą, nawet gdy bębny biją, kontrabas grzmi, fortepian wtóruje pulsowi sekcji, a saksofony wyciągają nuty aż po nieboskłon.
Wszystko to zawsze układa się razem — wspólnie — jak w dobrze tkanym dywanie mistrza. Z niezwykłych linii granych przez poszczególne instrumenty powstaje coś nowego, unikalnego: dzieło wspólne, kolektywne.
To nic innego jak święty Graal jazzu: kolektywna improwizacja, granie w pół słowa, bez pośrednictwa myśli, z serca — tylko i wyłącznie dla siebie i dla tych, którzy myślą i czują podobnie. By pozwolić im — i sobie — poczuć jeszcze raz, że żyje się dziko, namiętnie, szeroko. Tylko i wyłącznie dla zabawy. Dla przyjemności, jaką jest istnienie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz