Translate

środa, 4 lutego 2026

Mielcarek / Sielberman - "Liczby urojone"

Mielcarek / Stworzewicz

„Liczby urojone”
Audio Cave, 2025

Jacek Mielcarek – saksofon altowy i tenorowy, elektronika
Łukasz Stworzewicz – perkusja, elektronika

Tekst: Maciej Nowotny


W przypadku takich płyt jak ta – i takich muzyków jak saksofonista Jacek Mielcarek oraz perkusista Łukasz Stworzewicz – aż się prosi, by użyć dobrze znanego powiedzenia: gdyby ich i tej muzyki nie było, należałoby ją i ich wymyślić. Bo są – trochę jak tytułowe liczby urojone – jednocześnie nieistniejące i absolutnie niezbędne, by zrozumieć to, co rzeczywiste.

Jak brzmi ta muzyka i jacy są jej twórcy: troszkę dziwni. I nie ma co tego ukrywać. Ale jazz bez zdziwienia byłby nudny i martwy niczym muzyka klasyczna. No, chyba że ktoś po raz tysięczny chce słuchać „nowego” wykonania Chopina, Mozarta czy Beethovena.

Tak, wiem – po tym zdaniu sporo zgniłych pomidorów poleciało w moim kierunku, ale pocałujcie się w nos. Chodzi mi o coś innego: muzyka powinna być trochę dziwna, trochę nieprzewidywalna, trochę zaskakująca i żywa – tylko wtedy możemy mówić, że jest jazzem. Zbyt często o tym zapominamy, skupiając się wyłącznie na formalnych wyznacznikach gatunku: polirytmii, indywidualności brzmienia czy roli improwizacji.

Mamy dziś nadmiar doktorów habilitowanych i profesorów jazzu – przyznam, że mnie to martwi. Oczywiście są wyjątki: profesorowie z wiatrem w głowie, i tak właśnie powinno być, zwłaszcza gdy mówimy o sztuce.

Tego wiatru we włosach nie brakuje obu członkom tego duetu, choć na dołączonej do płyty fotografii jeden z nich jest całkiem łysy, a drugi owłosiony raczej szczątkowo. A jednak obaj znani są z tego, że wędrując po muzycznym świecie, zawsze wybierali ścieżki rzadziej uczęszczane. Pięknie napisał o tym mój redakcyjny kolega Piotr Banasiak w recenzji ich poprzedniego spotkania na płycie „Życiodajna woda”. Cieszę się niezmiernie, że ta relacja ma ciąg dalszy, bo dzięki temu powstała muzyka, która – w kategoriach jazzowej świeżości – bije na głowę niemal wszystko, co słyszałem w polskim jazzie w 2025 roku.

Co wyróżnia tę płytę spośród setek innych, których miałem okazję w tym roku słuchać, jeśli chodzi o polską muzykę improwizowaną? Sonorystyczna inwencja połączona z wielką swobodą i poczuciem humoru. Nominalnie mamy do czynienia z duetem saksofonu i perkusji, ale niemal każdy dźwięk jest tu zagrany, przetworzony, podany czy wręcz „wykombinowany” w taki sposób, by powstało coś jedynego w swoim rodzaju – osobistego, słyszanego po raz pierwszy.

Szczególnie chciałbym docenić artystów za prawdziwie yassową dezynwolturę i brak zadęcia, którego tak wiele na płytach free improv. Ich autorzy i wydawcy (mały przytyk do niektórych naszych wydawnictw i fundacji…) traktują muzykę improwizowaną z tak śmiertelną powagą, że (może mimowolnie) wszystko inne bezlitośnie dewaluują. Jacek Mielcarek i Łukasz "Silberman"  Stworzewiczcz po prostu robią swoje, zgodnie z coltraneowską receptą na "my favourite things" i choć traktują to śmiertelnie poważnie jak na artystów najwyższej próby przystało, to jednocześnie puszczają do nas oko, bo w końcu jazz to... jazz, prawda?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też: