Saksofon - Miłosz Pieczonka,
Bass - Bartłomiej Lucjan
Wibrafon - Tymon Kosma
Perkusja - Jan Pieniążek
Tytuł: “Brudna – Bielizna”
Wydawnictwo : U Jazz Me, UJM 010
Data premiery: 03/04/2026
Tekst: Paweł Ziemba
„Czy muzyka potrzebuje jeszcze jazzu – tak jak nauka potrzebuje filozofii?
A może odpowiedź brzmi po prostu: nie wiem?”
To pytanie, wypowiedziane gdzieś na granicy żartu i powagi na początku albumu „Brudna-Bielizna” zespołu Kosmonauci, zostaje ze mną na dłużej niż pierwsze dźwięki. Nie dlatego, że domaga się odpowiedzi – przeciwnie, dlatego że ją zawiesza.
Mam wrażenie, że w obecnej rzeczywistości brzmi ono raczej jak diagnoza. „Nie wiem” przestało być chwilą zawahania – stało się czymś codziennym. Pojęcia, które przez lata dawały poczucie stabilności, tracą ostrość i zaczynają się rozmywać. Gatunki i stylistyki działają jak stare mapy: dają złudzenie orientacji, ale nie prowadzą tam, gdzie naprawdę coś się zmienia.
I dokładnie w tym miejscu pojawiają się Kosmonauci ze swoją płytą, która nie próbuje niczego porządkować. Ta muzyka funkcjonuje w przestrzeni „pomiędzy” – tam, gdzie stare znaczenia jeszcze istnieją, a nowe dopiero się wyłaniają i nie mają nazw. Język jest poszarpany, przenikający się, momentami niejednoznaczny – bliższy temu, jak dziś komunikujemy się ze światem, niż jakikolwiek zamknięty styl. Dlatego album wybrzmiewa mocniej – nabiera znaczenia wykraczającego poza sam eksperyment muzyczny.
Można powiedzieć, że to kolejna próba łączenia gatunków. Ale można też spojrzeć na tę płytę inaczej – jako na uchwycenie momentu, w którym nie tylko muzyka, lecz także rzeczywistość wymykają się definicjom. W tym sensie Kosmonauci nie tyle tworzą nową estetykę, co opisują współczesność: napięcie między tym, co znane, a tym, co dopiero nadchodzi. Odbieram ten album jako próbę komunikacji – takiej, która nie potrzebuje jasnych kategorii, bo operuje napięciem między nimi. Muzyka jako pytanie, a może jako rozmowa? Z pewnością jest to język zaczynający się tam, gdzie kończą się definicje.
I być może właśnie dlatego to pytanie z początku płyty wraca z taką siłą. Bo nie dotyczy już tylko muzyki. Dotyczy wszystkiego. A odpowiedź – niewygodne, niepewne „nie wiem” – przestaje być słabością i staje się jedną z najbardziej uczciwych form komunikacji.
Młodość ma swoje prawa i Kosmonauci wyraźnie z nich korzystają, sięgając po różne środki, by wytrącić słuchacza ze stanu komfortu i przekonania, że wszystko już zostało nazwane. Już sama okładka wprowadza lekki dysonans poznawczy. Odmawia wpisania się w jedną tradycję. Nie ma tu nic z wizualnego kodu jazzu – żadnej nostalgii ani klubowej elegancji. Zamiast tego pojawia się estetyka bliższa kulturze ulicznej, młodzieżowej, momentami ironicznej – coś, co równie dobrze mogłoby ilustrować mixtape hip-hopowy.
Jeśli jazz przez dekady budował swoją tożsamość na powadze i dystansie, tutaj zostają one świadomie rozbrojone. Autoironiczne określenie zespołu jako „boysband” dobrze oddaje charakter projektu: dystans do siebie i jednocześnie świadomość własnej tożsamości. To nie jest przypadkowy eksperyment, lecz konsekwentna estetyka. Kosmonauci zdają się mówić: to nie jest muzyka do podziwiania z dystansu, tylko do zanurzenia się w niej – bez uprzedzeń i gotowych kategorii. I faktycznie – album wciąga.
„Brudna bielizna” to drugi krążek kwartetu, wydany nakładem U Jazz Me. Dziesięć kompozycji to efekt ostatnich dwóch lat pracy i wspólnego grania. Słychać to w muzyce, która momentami przybiera niemal w pełni improwizowaną formę. To nie jest zamknięty produkt studyjny, lecz zapis procesu – ciągłego poszukiwania. Bartłomiej Lucjan (bas), Jan Pieniążek (perkusja), Miłosz Pieczonka (saksofon) i Tymon Kosma (wibrafon) tworzą zgrany organizm. Grają razem od lat, reagując na siebie intuicyjnie.
Szczególną uwagę zwraca wibrafon. W rękach Tymona Kosmy przestaje być jedynie kolorystycznym dodatkiem. Jego język jest fragmentaryczny, rytmiczny, momentami bliski myśleniu beatowemu. Wibrafon nie unosi się ponad zespołem – wchodzi w jego strukturę, pulsuje razem z nią, czasem ją rozszczelnia.
Najciekawsze rzeczy dzieją się jednak w dialogach z saksofonem Miłosza Pieczonki. Nie ma tu klasycznego podziału na solistę i akompaniatora. To ciągła wymiana – krótkie frazy, odpowiedzi, niedopowiedzenia. Saksofon wnosi emocję i narrację, wibrafon – przestrzeń i zawieszenie. Razem tworzą brzmienie jednocześnie gęste i lekkie. I właśnie ta lekkość jest jednym z największych atutów albumu. Choć materiał bywa intensywny i pełen napięć, nie przytłacza. Jest w nim dużo powietrza – przestrzeni między dźwiękami, świadomie pozostawionych pauz. Muzyka po prostu oddycha.
Dobrym przykładem tej energii jest „SIEKA”. Utwór od pierwszych sekund wprowadza niepokój. Rytm nie buja – jest poszatkowany, bliższy breakbeatowi niż swingowi. Perkusja działa jak sampler, bas buduje napięcie, a saksofon i wibrafon prowadzą dynamiczny dialog. To muzyka, która nie daje oparcia – zamiast tego konsekwentnie wciąga i trzyma w napięciu.
W kontraście pojawia się „Chopin, ale z Polski” – bardziej kontemplacyjny, zawieszony. Tymon Kosma na wibrafonie jakby rozciąga czas, podczas gdy saksofon operuje oszczędnymi, lirycznymi frazami. To utwór, który nie spieszy się z opowieścią i pozwala jej wybrzmieć, oplatając słuchacza tajemniczą aurą. „Dla Zuzy” działa jeszcze inaczej – napięcie budowane jest tu poprzez polirytmię i wielowarstwowość. Struktura faluje, przesuwa się, nie daje stabilnego punktu odniesienia.
W skali całego albumu wyraźnie widać zamiłowanie zespołu do kontrastu. Czasami niemal piosenkowe motywy zestawiane są z nieoczywistą harmonią i subtelnymi przesunięciami rytmicznymi. To muzyka, która zaprasza, a jednocześnie się wymyka – pozostawiając słuchacza w ciągłym ruchu między komfortem a niepewnością, rozpoznaniem a zaskoczeniem. Mimo tej złożoności nie męczy. Jest w niej miejsce na ciszę, oddech i niedopowiedzenie.
Album „Brudna-Bielizna” Kosmonautów nie jest rewolucją, lecz świadomą ewolucją – i właśnie w tym tkwi jego siła. Zespół dojrzewa, nie tracąc spontaniczności, młodzieńczej fantazji ani odwagi do eksperymentu.
I może dlatego wraca pytanie z początku: nie jako prowokacja, ale jako punkt wyjścia. Bo jeśli coś rzeczywiście spaja tę muzykę, to nie jest nim gatunek ani tradycja, lecz gotowość do pozostania w tym niepewnym „nie wiem”.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz