„Pory” mają wiele wspólnego z muzyką graną przez Komosińskiego w POLI, duecie z wokalistką Zofią Olszewską, na ich jedynym albumie zatytułowanym „13”. I jak Piotr wyjawił mi w trakcie naszej krótkiej rozmowy, „Pory” powstały m.in. dlatego, że zatrzymała się jego działalność w POLI, a czuł, że nie powiedział tam ostatniego słowa, w głowie pojawiały się kolejne pomysły i szukał sposobu, aby pozwolić im zaistnieć. I tak powstał pomysł kolejnego duetu, tylko że wokalistkę zastąpił klarnet legendy yassu Jerzego Mazzolla. Wszakże podobieństwa między oba projektami się narzucają, bo muzyka w obu składa się z dialogów kontrabasu Komosińskiego i głosu, tak właśnie głosu, tym razem jednak Jerzego Mazzolla, bo przecież klarnet basowy, to nic innego jak ludzki oddech przetworzony w dźwięk tylko nie przez struny głosowe, lecz przez instrument. Ponadto duet muzyków wspiera grający na pianinie syn Piotra, Franciszek Komosiński, i okazjonalnie w dwóch utworach odpowiednio na wibrafonie Ulka Murawko i na altówce Waldemar Knade, który jak wspomniałem wyżej także jest przykładem artysty spoza jazzowego świata, który zajął się graniem m.in. jazzu po zakończeniu kariery muzyka w orkiestrze symfonicznej.
Kiedy usłyszałem „Pory” po raz pierwszy, od razu poczułem, że to muzyka dla mnie, bo operuje spokojnym, głębokim, zrelaksowanym brzmieniem, które ma na słuchacza niemal terapeutyczny wpływ (dla tych, co nie wiedzą, wspomnę, że przez lata prowadziłem w radiojazz.fm audycję zatytułowaną „Muzyka, która leczy”). Ponadto podobała mi się idea nieśpiesznej, chciałoby się rzec uważnej, drogi tworzenia tej muzyki, zgodnie z którą każdego miesiąca powstawał jeden utwór, a także film wideo dokumentujący zmiany miesięcy, pór roku, przyrody i pogody. Przypomniało mi to metodę, jaką ponad dwa tysiące lat temu przyjął jeden z moich ulubionych poetów, Owidiusz, aby napisać takie arcydzieła jak „Metamorfozy”, a szczególnie poemat „Fasti”, poświęcony miesiącom kalendarza rzymskiego. Rzadko o tym myślimy, ale życie człowieka regulują rytmy: pory dnia, pory roku, pory budzenia się i zasypiania, zabawy i żałoby, świąt i pracy. W muzyce znajdziemy echa tych rytmów ludzkiego świata, można nawet zaryzykować tezę, że dzięki muzyce czy szerzej sztuce odnajdują one swoją pierwotną harmonię.
Program płyty zaczyna się utworem poświęconym listopadowi i ten, jak pozostałe 12 kompozycji, powstawał w ten sam sposób: co miesiąc Komosiński nagrywał linię basu, którą wysyłał do Mazzolla, aby dograł partię klarnetu. Partie basu powstawały – jak wyznaje w naszej rozmowie – często podczas spacerów, w trakcie których układał w głowie emocje całego dnia i przekładał je na dźwięki. To, co przykuwa uwagę, to bardzo osobisty sposób, w jaki Komosiński traktuje rytm i puls. Rytm jest fundamentem każdego utworu, a zarazem jego napędem, lecz Komosiński nie brzmi jak typowy jazzowy kontrabasista. Ma swój specyficzny sposób groovienia, daleki od klasycznego walkingu opartego na prowadzeniu linii basu przez zmiany harmoniczne. Traktuje kontrabas bardziej melodycznie, dzięki czemu nawet jeśli brzmienie bywa transowe i minimalistyczne, pozostaje zarazem wyraźnie indywidualne.
Na tym tle wspaniale odnalazł się Mazzoll ze swoimi swobodnymi improwizacjami na klarnecie basowym, bo przecież pamiętamy z czasów Arhythmic Perfection, że warstwa rytmiczna muzyki miała dla tego muzyka zawsze zasadnicze znaczenie. Ideą, jaką wtedy sformułował Mazzoll jako współtwórca ruchu yassowego, było tworzenie muzyki w kontrze do narzuconych przez tradycję i akademię jazzowych porządków rytmicznych. Dzisiaj bunt się ulotnił, ale pozostała świeżość, kreatywność i nie do podrobienia indywidualność, które sprawiają, że w odgrywanej bez pośpiechu, we własnym tempie, tempem spokojnego, odprężającego spaceru muzyce stajemy się częścią rytuału, jakim jest granie muzyki i celebrowanie jej ożywczego wpływu na duszę i ciało słuchaczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz