Translate

środa, 20 maja 2026

Ludzie z Vełny – „Śmierć Poety”

Ludzie z Vełny 

Dorota Nowak – sopran
Joanna Czapińska – fortepian
Mateusz Szwankowski – klarnety, sound design
Tomasz Gluska – trąbki
Michał Edgar Kot – altówka
Rafał Gorzycki – perkusja, elektronika

Tytuł płyty: "Ludzie z Vełny i Śmierć Poety"

Wydawca: Rafał Gorzycki Bandcamp, 2025

album wydany 12 grudnia 2025 roku

Materiał: pięć utworów opartych na partyturach graficznych, zamówionych dla zespołu Ludzie z Vełny w ramach projektu Fundacji Polskiej Muzyki Kameralnej ART MINTAKA; nagrania zarejestrowano 29 i 30 maja 2025 roku w Sali Koncertowej Akademii Muzycznej im. F. Nowowiejskiego w Bydgoszczy; premiery internetowe odbywały się od 25 do 29 czerwca 2025 roku

Realizacja: Kamil Kęska – sound engineer; 

Kuba Zalewski, Daniel Le Hai – video i video editing

Autorzy kompozycji:

Aleksander Kościów – Horizomeny i Słowidoki
Artur Zagajewski – Finstre, schwarze Riesenfalter töteten der Sonne Glanz
Rafał Gorzycki – Śmierć Poety
Marta Śniady – Brain Activity
Aleksander Nowak – Szedłem

Autor tekstu: Mariusz Olczyk [MO]

„Śmierć Poety” to płyta, którą łatwo byłoby opisać zbyt szybko: album z partyturami graficznymi, projekt zespołu wykonującego polską muzykę współczesną, pięć utworów zamówionych dla Ludzi z Vełny przez Fundację ART MINTAKA. Wszystko to prawda. Tyle że z takiego opisu niewiele jeszcze wynika.

Warto więc zacząć od Rafała Gorzyckiego. To on zainicjował Ludzi z Vełny, ale sam nie wyrasta wyłącznie z pola muzyki współczesnej. Od lat obecny jest także w jazzie i improwizacji, współtworzył m.in. Dziki Jazz. I może właśnie dlatego „Śmierć Poety” nie brzmi jak chłodna prezentacja kompozytorskich pomysłów. Brzmi jak płyta naprawdę zagrana.

To nie jest album jazzowy. Ale ktoś, kto słucha jazzu, szybko wyczuje tu coś znajomego: muzyka nie brzmi jak martwy zapis, tylko jak coś, co dzieje się naprawdę. Album zawiera utwory Aleksandra Kościowa, Artura Zagajewskiego, Rafała Gorzyckiego, Marty Śniady i Aleksandra Nowaka, a na Bandcampie ukazał się 12 grudnia 2025 roku.

Jak słuchać

Ta płyta nie daje łatwego punktu zaczepienia. Nie ma tu melodii, którą można od razu zapamiętać, ani prostego tematu, który prowadzi słuchacza od początku do końca.

Może problem z muzyką współczesną nie polega wcale na tym, że jest trudna. Może po prostu zbyt często słuchamy jej tak, jak słucha się piosenki: czekając na rozwój, kulminację i wyraźny finał. „Śmierć Poety” działa inaczej. Lepiej słuchać jej spokojniej. Nie trzeba od razu zastanawiać się, co to wszystko znaczy. Wystarczy wsłuchiwać się w to, jak dźwięk się pojawia, jak narasta, jak się urywa i co po nim zostaje.

W książeczce dołączonej do wydawnictwa przy Brain Activity zapisano: „Zastanów się jak brzmiałby mózg, gdyby włożyć do środka mikrofon?”. To zdanie dobrze otwiera całą płytę. Bo „Śmierć Poety” kieruje uwagę właśnie tam, gdzie zwykle nie sięgamy: nie na sam efekt, ale na to, co dzieje się pod powierzchnią dźwięku.

Słowa otwarte

Już pierwszy utwór pokazuje, z jakim światem mamy do czynienia. „Horizomeny i Słowidoki” brzmią jak słowa wymyślone po to, żeby nie dało się ich od razu zamknąć w jednej definicji. I bardzo dobrze. Taki tytuł nie jest tu ozdobą, ale częścią całego pomysłu: otwiera pole skojarzeń, zamiast wszystko porządkować.

W opisie tego utworu pojawiają się ptak, niebo, cisza i linia horyzontu. Ale najważniejsze jest chyba co innego: początek tej płyty nie próbuje olśnić. Raczej zaprasza do skupienia.

Robi się ciemniej

Potem grunt powoli usuwa się spod nóg. W utworze Artura Zagajewskiego – „Finstre, schwarze Riesenfalter töteten der Sonne Glanz” – robi się ciemno, szorstko i niespokojnie. Sam tytuł można przełożyć mniej więcej jako: „Mroczne, czarne olbrzymie motyle zgasiły blask słońca”, a w opisie utworu pojawiają się groza, zgrzyt, zniszczone wnętrza i poczucie zagłady.

To ważny moment, bo pokazuje, że ta płyta nie chce prowadzić słuchacza za rękę. Zaczyna brzmieć inaczej – obco, duszno, niepewnie, a nawet przerażająco.

To, co zostaje

Utwór tytułowy, „Śmierć Poety”, nie jest prostą elegią ani muzycznym obrazem śmierci. Działa subtelniej. Chodzi w nim raczej o moment znikania, odchodzenia – o chwilę, w której coś jeszcze trwa, jeszcze jest obecne, ale już zaczyna się wymykać.

W opisie projektu pada pytanie, czy wraz z poetą odchodzi jego poezja, czy może zostają po nim słowa, których trzeba dopiero poszukać. I chyba właśnie to jest tu najciekawsze: nie sam koniec, ale to, co zostaje po głosie.

Pod powierzchnią

W Brain Activity pojawia się inny rodzaj ruchu: więcej nerwowości, więcej rozedrgania, więcej zmian. Tu cytat o mikrofonie włożonym do środka mózgu działa szczególnie dobrze. Ten utwór rzeczywiście próbuje wejść do środka procesu, a nie tylko pokazać jego powierzchnię.

Ostatni utwór, Szedłem, nie daje wielkiej puenty. Nie ma katharsis ani wyraźnego zamknięcia. Zostaje raczej wrażenie drogi, która trwa.

Po co

Po co dziś słuchać albumu, który nie daje melodii, nie prowadzi prostej narracji i nie stara się nikomu przypodobać?

Chyba właśnie po to, żeby na chwilę wyjść ze swoich nawyków. Spróbować opuścić strefę komfortu i przypomnieć sobie, że muzyka nie zawsze musi wszystko wyjaśniać. Czasem samo wytrącenie z rutyny uczy uważniejszego słuchania.

„Śmierć Poety” nie schlebia słuchaczowi, ale też go nie odpycha. Trzeba tylko dać jej czas. Bo może właśnie o to chodzi w najlepszej muzyce – nie tylko współczesnej. Nie żeby wszystko od razu zrozumieć, ale żeby coś zostało z nami na dłużej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też: