Translate

środa, 18 lutego 2026

Yumi Ito - "Lonely Island"

Yumi Ito

Yumi Ito – śpiew, fortepian

Album: "Lonely Island"

Wydawca: Enya Yellowbird Records (2025)

Tekst: Piotr Ban


Tata! Pobawmy się!

Dobrze Kochanie! A co sobie puścimy? Może to niebieskie? Z tą panią na biało?

Dobla!

Był to w listopadzie zeszłego roku. Sobota. Tak się złożyło, że cały dzień spędzałem z moją Janką. Panią Yumi kojarzyłem dotąd ze wspólnego albumu z Szymonem Miką i było to dość interesujące. Zatem dałem Jej szansę, żeby towarzyszyła nam w zabawie. Muzyczka sączyła się PO CICHUTKU z głośników, a my budowaliśmy z klocków... potem trochę rysowaliśmy... potem Jasia ćwiczyła pisanie literek... Muzyka Pani Yumi leciała non stop. Janka nie pozwalała włączyć niczego innego, a i ja nie nalegałem specjalnie, bowiem dźwięki były kojące i nieinwazyjne - w sam raz dla prawie siedmioletniej, autystycznej dziewczynki.

Do snu Jasia zażyczyła sobie ponownie Panią Yumi, zaś w niedziele ponownie spędziliśmy piękny czas przy nutach z Wyspy Samotnej.

Album "Lonely Island" , niewybitny, pozbawiony jakichkolwiek wzlotów czy upadków, a w tamten weekend po prostu "wchodził" w nas jak w masełko. Sympatyczna muza towarzysząca, do słuchania w zapętleniu, w tle.

Koniec recenzji? Idziemy do kasy po wypłatę?

No niezupełnie.

Takie numery to nie z Madame Ito!

Pani Yumi ( Jadwiga? ) WIE, jak przykuć uwagę. CD opakowane w nietypową, przewymiarowaną kopertę. Za cholerę na półkę między inne CD nie wstawisz. No to leży to to na boku. Wyróżnia się. I kusi okładką, na której Pani Yumi wygląda jak milion dolarów i to w gotówce. Bierzemy płytę - w środku rozkładany plakat z Autorką, na rewersie teksty piosenek i krótkie słowo dla potencjalnego odbiorcy. Acha, czyli te kawałki to ponowne opracowania solowe utworów z poprzednich albumów Pani Jadwigi. Nic, tylko jeszcze raz posłuchać ...

Przyszedł mroźny styczeń. Dzieciary na podwórku. Mam chwilę? Fajnie. No to słuchawki na uszy i pokrętło "volume" mooocniej w prawo...

Ooooo Pani Jadwigo…

Kobieto, którą japoński jazzowy Tatuś od trzeciego roku życia przy fortepianie sadzał…

Kobieto, którą polska Mamusia - sopranistka GŁOSEM obdarzyła…

Kobieto, któraś z poprzednich swych albumów „Isla” i „Stardust Crystals” co lepsze muzyczne kąski wziąwszy, z barokowego przepychu i rozmachu aranżacyjnego je odarłaś i pokazałaś je nam de novo, nagie w prostocie swej. I pięknie.

Fortepian i głos.

Lewa ręka – akordy bazowe, ale jakże celne. Czasem jeno uderzenia, czasem subtelne pochody. Nie nie, Jadwiga się z McCoyem Tynerem nie ściga. Tu nie o technikę idzie, a o klimat i emocję.

Prawa ręka – arpeggia i powtarzalne figury, zdradzające, że przy komponowaniu także gitarka była w użytku. Ach, posłuchajcie tylko „Little Things”, „Old Redwood Tree” czy „Love Is Here To Stay”… prawa ręka… A ja sobie wyobrażam 12 strunowego Rickenbackera… ależ aura… Debussy grał nowy romantyzm? A nasza Jadwiga?

Ale już na przykład „Rebrth” to fortepianowy impresjonizm, zaś „Seagull” to huragan, który przechodzi w pejzaż , w którym pojedyncze dźwięki, rozwieszone w czasie i w przestrzeni, pospołu z ciszą grają…

Ale najważniejszy jest głos.

Tak jak wspomniałem, Pani Yumi w swoich utworach pozostawiła jedynie fortepian i mnóstwo przestrzeni do zagospodarowania. I to wszystko wypełniła głosem, którego używa zupełnie inaczej niż na poprzednich płytach. Inna artykulacja, inna emisja, o niebo więcej głębi. Ach, te fantastyczne nagłe przeskoki, o oktawę, o dwie. Ach te unisona! Ach te melizmaty – i to wszystko jakże naturalne, jakby od niechcenia. Ach, ta ekspresja w „Stardust Crystals” i emocje niebywałe w „Seagull”!

Tato?

Ooooo Pani Jadwigo… cóżeś Ty mnie uczyniła, że słucham Cie coraz głośniej i cofam się do czasów, gdym młodym będąc i naonczas jeszcze wrażliwym, duszę mą zbolałą przy takiej muzyce schizofrenicznymi pazury rwałem…

Czy Kate Bush chciałaby zaśpiewać „What Seems To Be?”

Czy Tori Amos albo Beverly Craven chciałyby zaśpiewać „Little Things”??

Czy Elisabeth Fraser w pierwszej minucie dwudziestej piątej sekundzie „Love Is Here To Stay” nie chwyciłaby się za głowę i pomyślała – dlaczego tego nie miałam na „Victorialand”?

Czy Ewa Wanat gdzieś tam z góry uśmiecha się, słysząc Jadwigowe nowisingeryzmy w bossa novie „Tiki Taka”?

Taaato…

Cóześ mi Pani Jadwigo uczyniła, że ja – stary zgorzkniały dziadyga i cynik – w połowie „Rebirth”, gdy Twój głos wchodzi, ryczę jak bóbr i chusteczek nie nadążam…

I te Twoje sztuczki czarodziejskie, by jakże smutny „After The End” zakończyć jednym jedynym, kojącym D dur…

Album „Lonely Island” faktycznie najlepiej jest odkrywać intymnie, w samotności. I GŁOŚNO.

Tato!

Za oknem śnieg i mroźna zawieja. Leżę na sofie przy kominku, herbatę z cytryną popijam, a przy oknie Pani Jadwiga gra dla mnie „Old Redwood Tree” na białym fortepianie. Patrzy na mnie wielkimi, brązowymi oczami i melodyjnie szepce:

„Piotrze! Tak bardzo się cieszę!

Tak bardzo chciałam, żebyś to właśnie Ty napisał tę recenzję!

Posłuchaj…”

Tata!

Otwórz oczy!

No otwórz!

Pobawimy się w szpital???

Dobrze Kochanie! A co sobie puścimy? Może to niebieskie? Z Panią Ito?

Dobla!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też: