Translate

środa, 25 lutego 2026

Ania Karpowicz & Dominik Strycharski – „SYRENA:RE”

Ania Karpowicz & Dominik Strycharski – „SYRENA:RE”

Muzycy:
Anna Karpowicz – flety poprzeczne
Dominik Strycharski – flety proste, elektronika

Tytuł płyty: SYRENA:RE

Wydawca: Fundacja Słuchaj, 2026

Materiał: Nagranie: Hashtag Lab (2024)
Realizacja: mixing & mastering – Dominik Strycharski

Autor tekstu: Mariusz Olczyk [MO]


To nie jest jazz.
I dobrze.

Nie wiem, co na to redaktorzy i czytelnicy Polish Jazz Blog, ale spróbujmy.

Jeśli ktoś włączy tę płytę, spojrzy na okładkę ze starym szelakiem, licząc na rekonstrukcję przedwojennego brzmienia, szybko zrozumie, że to nie ta historia. Improwizacja i sposób pracy z archiwum mogą zaskoczyć – bo to nie jest próba wiernej rekonstrukcji.

Ale przecież improwizacja nie jest własnością jednej sceny czy środowiska. Czasem po prostu wymyka się klasyfikacjom – podobnie jak samplowanie, które nie musi być wyłącznie narzędziem kultury klubowej.
 
Głos

SYRENA:RE zaczyna się od głosu sprzed stu lat.

Nie jako cytatu. Nie jako ozdobnika. Archiwalne nagrania wytwórni Syrena Rekord – głosy kantorów i śpiewaczek – mogłyby zostać w archiwum. Tutaj stają się materiałem kompozycyjnym. Trzaski nie są czyszczone. Szumy nie są wygładzane. Słychać czas.

Syrena Rekord była pierwszą polską wytwórnią fonograficzną. Dokumentowała dźwięk międzywojennej Warszawy aż do wybuchu II wojny światowej.

Dominik Strycharski tnie te nagrania, zapętla, filtruje, zagęszcza. Archiwum przestaje być dokumentem i staje się instrumentem. Pojawiają się też subtelne elementy współczesnego brzmienia.

Artyści od początku szukają równowagi między taśmą a grą na żywo. Wiele tych archiwalnych nagrań jest dziś lekko odstrojonych i zamiast je „konfrontować”, zdecydowali się „podbić” ich wartości brzmieniowe.
 
Dwa flety

Na tym tle pojawiają się flety.

Metalowy i drewniany. Poprzeczny i prosty. Dwa światy, które w teorii łatwo zaszufladkować.

Tutaj nie ma popisu. Nie ma pojedynku. Nie ma wyścigu. Wirtuozeria odłożona jest na bok. Jest za to konsekwentna praca z materiałem archiwalnym.

Flety nie próbują zagłuszyć archiwum. Czasem grają tę samą frazę (wchodzą w unison), czasem ją lekko przesuwają lub rozstrajają, czasem milkną. Flet poprzeczny Ani Karpowicz często buduje przestrzeń poprzez długie, stabilne dźwięki i subtelne zmiany barwy, podczas gdy flety proste Strycharskiego częściej wchodzą w dialog z rytmem zapętlonych sampli. Ich rola zmienia się w zależności od utworu. W tej muzyce – jak podkreśla Ania Karpowicz – improwizacja to w 80% słuchanie i w 20% granie. Ta proporcja wyraźnie porządkuje relację między fletami a archiwum.

Ania Karpowicz od lat pracuje na styku muzyki współczesnej i improwizowanej, często wychodząc z instrumentem poza salę koncertową. Dominik Strycharski porusza się między teatrem, elektroniką i sceną improwizowaną. Oboje mają za sobą projekty bardzo różne. A jednak tu się spotkali. Z inicjatywy Ani, z energią Dominika.

Pięć momentów

Album układa się z pięciu wyraźnych części.

„Ribono” – słowo znane z modlitw, przywołujące „Władcę świata” – otwiera płytę w sposób skupiony i statyczny. Zapętlony głos buduje napięcie bez wyraźnej kulminacji. Flety reagują, dopowiadają, czasem zagęszczają przestrzeń.

„Lejl”, czyli noc, przynosi zawieszenie. Powracający sopran nie napędza muzyki, tylko ją unieruchamia w pewnym punkcie. Repetycja buduje jednolitą fakturę. Muzyka nie prowadzi do kulminacji, tylko utrzymuje napięcie.

„Drejdl” – bączek – wnosi ruch. Pojawia się wyraźniejsza motoryka, krótsze gesty, większa intensywność. Warstwa taśmy staje się bardziej rytmiczna i dynamiczna, flety reagują szybciej, ostrzej. To najbardziej dynamiczny moment płyty – bez jazzowego groove’u, ale z wyraźnym napędem.

„Devarim”, czyli słowa, zwalnia. Mniej zagęszczenia, więcej ciszy między zdarzeniami. Głos archiwalny brzmi czytelniej, mniej przetworzony. Flety ograniczają materiał i pracują oszczędniej. To fragment najbardziej skupiony, wyraźnie osadzony w żydowskiej tradycji wokalnej.

„Ohn” – czyli „bez” – zamyka całość przez redukcję. Archiwum stopniowo znika. Elektronika wycofuje się. Zostają same flety i surowe brzmienie instrumentów. W ostatnich minutach oboje muzycy śpiewają do instrumentów, wydobywając lekko odstrojone tercje. Z dwóch wykonawców powstaje osobliwy kwartet wokalno-instrumentalny. Jest wygaszenie.
Podwórko

W „Ohn” słyszę coś jeszcze.

Może to tylko moje skojarzenie, ale pojawiają się brzmienia fletów przypominające ptaki, echo w otwartej przestrzeni, naturalny pogłos. Można to zignorować. Można uznać za projekcję wyobraźni. Ale ta płyta zostawia miejsce na takie skojarzenia.
Wracając do płyty, łapię się na tym, że te brzmienia zaczynają powracać także w innych fragmentach płyty…
 
Doświadczenie

Przy kolejnych odsłuchach patrzyłem na tę płytę różnie: jako eksperyment i jako współczesną interpretację archiwalnych nagrań. I można oczywiście próbować to uporządkować.

Co można powiedzieć o SYRENA:RE?

Nie jest jazzem w klasycznym sensie.
Nie jest akademicką, ściśle notowaną kompozycją.
Nie jest ambientem, choć mogłaby nim być.

To improwizacja zbudowana na pamięci i na uważnym słuchaniu.

Słychać doświadczenie sceny improwizowanej: brak hierarchii, brak lidera, brak zapisanych partii. Muzyka powstaje w chwili grania i nie udaje, że jest czymś raz na zawsze zamkniętym.

Czy to wystarczy, by umieścić ją w rubryce „Polish Jazz”?
Nie wiem.

Ale wiem, że warto jej słuchać.
 
Co zostaje?

Słuchając tych nagrań dzisiaj, trudno całkowicie odciąć się od wiedzy o tym, co wydarzyło się kilka lat później. Te głosy powstały przed katastrofą, ale współczesne ucho słyszy je już inaczej. Pojawia się cień niepokoju – nie wynikający z samej muzyki, lecz z historii, którą nosimy w pamięci. To trzeci plan tej płyty.

SYRENA:RE nie rekonstruuje dawnej Warszawy. Sprawdza, czy głos sprzed stu lat może funkcjonować we współczesnym języku improwizacji.

Może.

W mojej ocenie to jedna z ciekawszych prób pracy z archiwum w polskiej muzyce improwizowanej ostatnich lat.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też: