Translate

środa, 21 stycznia 2026

Sławek Pezda Quartet - "Meditations"

Sławek Pezda Quartet

Sławek Pezda - saksofon tenorowy
Mateusz Gawęda - fortepian
Alan Wykpisz - kontrabas
Grzegorz Pałka - perkusja

Album: "Meditations" (2025)

Tekst: Piotr Banasiak

Polish Jazz Blog Editors' Choice

Kręte bywają drogi do osiągnięcia oświecenia i wewnętrznej harmonii. Bywa, że…

Ale po kolei.

Pan Sławek Pezda i Jego kompani to już starzy jazzowi wyjadacze i osobowości nieanonimowe, bardzo aktywne w krakowskim zagłębiu improwizacyjnym. To muzycy z bogatym dorobkiem, którzy z niejednego pieca audio-wypieki wyjmowali, w niejednym już projekcie artystycznie wzlatali, równocześnie o bankructwo finansowe się ocierając – jak to w jazzie. Ot choćby sam lider, który – niczym wielotwarzowy Światowid – rozmaite oblicza nam dotąd ukazywał. A to w grupie THE FLASH! pruł wściekle z punkową energią, a to w Cracow Jazz Collective współtworzył bigbandową orgię, a to ostatnio w duecie z Witkiem Ryciem pośród elektroniki i mis tybetańskich dronuje… Jak rzekłem, pozostali muzycy Quartetu też już mają wiele za uszami, np. obywają się świetnie i z sukcesami bez Pana Pezdy - jako Mateusz Gawęda Trio. Wszyscy koledzy współpracują ze sobą w różnych konstelacjach co najmniej od dekady – i to słychać. Ale o tym za chwilę.

Oj, kręte bywają drogi do osiągnięcia oświecenia i wewnętrznej harmonii. Bywa, że początkiem może być kataklizm… Posłuchajcie:

Kilka lat temu Panowie Pezda, Gawęda, Wykpisz i Pałka definitywnie doszli do wniosku, że już bez siebie żyć nie mogą. Ponadto poczuli, iż pora założyć zespół, który swoje muzyczne poszukiwania i eksperymenty silnie ukorzeni w pięknych dawnych czasach, kiedy powstawał spiritual jazz. Jak pomyśleli – tak zrobili.

W 2022 ukazał się debiutancki album kwartetu, zbiór coverów, hołd dla panasławkowych przewodników i idoli, dla bliskich Jego sercu gigantów saksofonowego tenoryzmu: „Tribute To Tenor Legends”. Słowo „hołd” jest tutaj kluczowe dla dalszego biegu wypadków. Otóż, debiut Ouartetu został niemiłosiernie schlastany na Polishjazzblogu w recenzji  pióra mojego kolegi Szymona Stępnika. Ten przesiąknięty złem osobnik, mający za nic spuściznę „Love Supreme”, kompletnie nie zrozumiał bałwochwalczego i dziękczynnego charakteru płyty, a jego nieprzejednana, ciężka spiżowa krytyka omal nie zakończyła kariery grupy!

Tekst Red. Stępnika był prawdziwym ciosem dla zespołu. Artyści byli załamani. Jeden z muzyków (nie powiem, który) na jakiś czas rzucił granie i został motorniczym tramwaju. Sam kilka razy widziałem go w zajezdni na Czerwonych Makach, gdy z obłędem w oczach wsiadał za stery „jedenastki”. Inny (nie powiem, który) rozważał operacyjną zmianę płci... A Pan Sławek? Co z Panem Sławkiem? – spytasz zlękniony Czytelniku.

Pan Sławek udał się na emigrację wewnętrzną, a właściwie w podróż duchową – do Australii. Od kilku już lat praktykując buddyzm, postanowił jeszcze bardziej zagłębić się w sobie w klasztorze Bodhinyana. Po dwóch miesiącach wrócił, zebrał kolegów. Spotkanie zakończono pełną determinacji i optymizmu konkluzją: „Wybaczamy Stępnikowi. Gramy dalej”

Owocem powyższych wydarzeń jest jeszcze ciepły, jeszcze pachnący masteringiem drugi album Sławek Pezda Quartetu: „Meditations”.

Oraz mój zachwyt tym albumem.

Już okładka płyty – mandala autorstwa Pani Karoliny Mularczyk – zapowiada niezwykłą muzyczną zawartość. Nadal penetrujemy imperium ducha w poszukiwaniu harmonii, balansu i prawdy. Nadal Państwo Koltrejnowie i Faraon Sanders patrzą na nas z góry. Ale ta podróż w głąb siebie teraz jest już wyłącznie nasza. NASZA.

Na dzieło to składają się cztery utwory skomponowane przez lidera, posadowione pomiędzy sześcioma w pełni improwizowanymi soundtrackami medytacyjnymi, nawiązującymi tytułami do praktyk buddyjskich – od skupienia porannego, do nocnego. Co ważne – każda z medytacji to jest zarejestrowany tzw. „pierwszy tejk”, bez kombinowania, wybierania, które podejście lepsze. Tak mnie poinformował Pan Sławek i nie mam powodu by Mu nie wierzyć – wystarczy spojrzeć na Jego zdjęcia. W naznaczonej minimalizmem powłoce cielesnej Pana Sławka kłamstwo po prostu już by się nie zmieściło…

Kwartetowe medytacje to modalne, wypływające z nicości i z wolna rozwijające się „rozmowy” muzyków. Czasem żywsze, silnie zrytmizowane, jak „Afternoon”, czasem statyczne, odpowiednio do pory, jak „Night ”. Wszystkie naznaczone zdecydowanym europejskim rytem. Bardzo mnie cieszy, że muzycy uniknęli pokus elektronicznomodularnych. Piękne, mięsiste akustyczne brzmienie. Dużo „powietrza” i przestrzeni. Generalnie narratorem jest saksofon, nie bojący się zagrać czasem melodyjnej frazy, ale też nie stroniący od sonorystyki. Pan Pezda nie ściga się z nikim, w kończącym album „Lonely Sax” od niechcenia po prostu obezwładnia… naturalnością i pięknem. A pozostałe instrumenty? „Evening” rozpoczyna głębokie fortepianowe OM , z którego wypływa saksofonowy medytacyjny oddech. W „Morning ” słyszymy piękną fortepianowo – saksową Gawędę. Perkusja Pana Pałki nawet we fragmentach statycznych gra kolorem lub podskórnym, życiodajnym pulsem („Midday”). No i kontrabas. „Night” - Panie Alanie. „Night”. Pan jesteś architektem tego utworu. I Pan się z tego nie Wykpisz.

Zasadniczo unikam stwierdzeń typu „intuicyjne porozumienie”, „połączenie dusz i myśli” pomiędzy improwizującymi muzykami – bo w nie nie wierzę. Wspólna improwizacja albo przyniesie odpowiedni efekt harmonicznoklimatyczny, powodujący u słuchacza określoną emocję, albo nie przyniesie. Na albumie „Meditations” artyści – doświadczeni, potrafiący słuchać się nawzajem i znający się jak łyse konie od lat – moim zdaniem taki efekt osiągnęli. Wszystkie improwizacje są po prostu interesujące i świetnie mi się w nie z a g ł ę b i a.

Ale drogi Słuchaczu – pamiętaj, że nie samą medytacją album stoi! Mamy jeszcze na tej płycie kawał porządnego dżezu!

W „Virya” muzycy niczym najczarniejsi Murzyni pędzą oszalałym postbopem w głąb gęstych od papierosowego dymu czeluści Village Vanguard, Pan Pałka mało pałeczek nie pogubi, a Pezdowy rozżarzony saksofon prędkość dźwięku osiąga. Pan Sławek gra na tenorze od 10 roku życia – i te lata praktyki po prostu słychać w Jego niewymuszonej wirtuozerii. Utwór „Hit” to przeplatanka nerwowej zespołowej ekspresji i prawdziwie rap-corowej riffowni. Ukojeniem będzie „After The Snow”, gdzie piękne saksofonowe septymy idealnie oddają krakowski zimowy smogowy spleen, a Gawędowe fortepiana rozpinają pajęczynę zamyśleń nad zmianami klimatycznymi, czy coś w tym rodzaju. Mainstreamowe oczywistości, ale na najwyższym poziomie!

Lektura uszna albumu poza doznaniami emocjonalnymi i dodatnioestetycznymi dostarcza też czasem przesympatycznych reminiscencyjnych okamgnień.

Otwierający płytę „Namo Tassa” rozpoczyna się dźwiękami niczym z turnieju rycerskiego A.D. 1380 powiedzmy. Za to w końcówce tego kawałka Pan Sławek na chwilkę „jedzie Acknowledgementowym Koltrejnem”, ignorując reguły harmoniczne. Mniam! Koniecznie przy tej okazji chciałbym zwrócić uwagę na podobieństwo pewnych aspektów „Namo Tassa” z albumem „Ascetic” projektu Mateusza Rybickiego. Dwa projekty artystyczne. Dwie różne drogi poruszania się po obszarze spiritualu. Dwa różne podejścia: buddyjskie oraz zapoczątkowane chrześcijańskim objawieniem. A środki wyrazu i ich efekt dźwiękowy uderzająco zbieżne :)

Moje kolejne okamgnienie to początek „Afternoon”. Artystyczny „efekt motyla”? Spójrzcie tylko - Pan Sławek przyszedł na świat w październiku 1988 roku. Dokładnie w tym samym czasie, w dalekiej Ameryce John Lourie i jego Salonowe Jaszczury nagrywali pamiętne arcydzieło „Voice Of Chunk”, a na nim kawałki „Bob The Bob” oraz „Bob The Bob Home”. I wyobrażam sobie, że właśnie o tej kosmicznokarmicznej koincydencji opowiadają dźwięki saksofonu otwierające „Afternoon”. Bzdura? No pewnie, że bzdura – ale jakże świetnie się to czyta :)

Reasumując. Czas przerwy po Stępnikowej hekatombie i australijski głęboki namysł Pana Sławka przyniosły owoce. Uważam, że na albumie „Meditations” otrzymaliśmy porcję znakomitej muzyki, gdzie bardzo udane zespołowe improwizacje zbalansowano i urozmaicono niebanalnymi utworami zakomponowanymi. Zarówno kompozycje jak i improwizacje (ze względu na swoją otwartą formę) aż się proszą o wykonania na żywo. Klasa, wirtuozeria i doświadczenie członków Quartetu Sławka Pezdy gwarantuje, że medytacje koncertowe mogą być dla uczestników niezwykłym przeżyciem. Czego i Artystom i Słuchaczom życzę!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też: