Rafał Jackiewicz – saksofon altowy, kompozycje
Piotr Dziadkowiec – fortepian
Maciej Kitajewski – kontrabas
Przemysław Borowiecki – perkusja
Rafał Jackiewicz to wciąż młody, niezwykle zdolny saksofonista, który studiował w Gdańsku pod okiem legendarnego polskiego muzyka – Macieja Sikały. Po dobrze przyjętym debiucie z 2021 roku, albumie Sometimes (warto wrócić do jego recenzji pióra Szymona Stępnika na naszym blogu), artysta powraca z drugą płytą, nagraną – co warto podkreślić – z tym samym zespołem. Jedyną zmianą w składzie kwartetu jest pojawienie się na perkusji Przemka Borowieckiego, dawno niesłyszanego muzyka, który wsławił się grą w kultowej formacji 100nka.
Pomysł na płytę jest prosty i pięknie wyjaśniony już samym tytułem. Któż bowiem nie ulega magii morza, gdy siedząc w kucki na plaży lub spacerując jego brzegiem, zanurzamy się w generowanych przez nie dźwiękach? Dusza niemal natychmiast odnajduje wtedy spokój, a umysł zdaje się ulatywać gdzieś wysoko, hen – tam, gdzie horyzont dotyka harmonii sfer. Do niej tu, na twardej ziemi, możemy jedynie tęsknić i cieszyć się jej namiastką przez chwilę – na przykład wtedy, gdy odnajdujemy ją w sztuce. W tym przypadku: w muzyce.
Idea prosta, nienowa, ale bynajmniej niełatwa w realizacji. Nie od dziś wiadomo, że o ile „rżnąć” od ucha do ucha potrafią nawet niezbyt wybitni muzycy – a w hałasie łatwo ukryć wiele niedoskonałości – o tyle granie w dolnym rejestrze, w wolniejszych tempach, z umiejętnym posługiwaniem się ciszą, jest wyzwaniem znacznie trudniejszym. To sztuka, która zwykle przychodzi po latach doświadczeń i wspólnego grania.
I od razu chcę napisać jasno: misja została zakończona sukcesem. Przede wszystkim należy docenić decyzję lidera, który skomponował cały materiał muzyczny na płytę. Okazało się to podejściem niezwykle trafnym – muzyka ma jednorodny charakter, a jednocześnie pozostaje wyraźnie zróżnicowana. Udało się osiągnąć stylistyczną spójność i poczucie „flow”, dokładnie takie, jak podczas spaceru brzegiem morza: krajobraz, morze i nasze myśli nieustannie się zmieniają, ale całość pozostaje ciągła, nieprzerwana, spójna.
Mamy tu więc szereg ciekawych kompozycji, które – mimo różnic stylistycznych – nie odbierają muzyce tego falującego, morskiego charakteru. Dzięki temu albumu słucha się niemal jak jednej suity o transowym wymiarze. Pomaga ona umysłowi i ciału oczyścić się, dając wrażenie obcowania z prawdziwym morzem – takim, które nie tylko szumi, ale też uspokaja.
Byłoby to jednak za mało, by mówić o jazzie. Tym, co odróżnia jazz choćby od ambientu, jest bowiem wyraźnie słyszalny głos poszczególnych muzyków oraz poziom ich wzajemnej interakcji. I tu dochodzimy do kolejnej wielkiej siły tej płyty. Słuchanie brzmienia instrumentów jest czystą przyjemnością: delikatne, niemal wiatrem niesione frazy saksofonu altowego Rafała Jackiewicza; czułe pieszczoty klawiszy fortepianu Piotra Dziadkowca; kapitalny puls kontrabasu Macieja Kitajewskiego, przypominający dotyk fal o brzeg; oraz rewelacyjna, malarska, impresjonistyczna gra Przemysława Borowieckiego na perkusji – wszystko to potrafi zachwycić nawet wymagającego konesera.
Najlepsze momenty pojawiają się jednak wtedy – i szkoda, że nie jest ich jeszcze więcej – gdy słychać cały kwartet, grający z niemal telepatycznym, intymnym porozumieniem, godnym… tria. W tych chwilach muzyka nabiera niezwykłej głębi i – jak prawdziwe morze – nie tylko koi nerwy, ale wręcz kusi, by się w niej zanurzyć i odpłynąć w głąb: ku niezmierzonej przestrzeni, wielkiemu błękitowi i wielkiemu spokojowi.
Muzycy mają przed sobą jeszcze wiele lat grania i wiele odkryć, ale ważny krok został już wykonany. Znamy przecież klątwę drugiego albumu po udanym debiucie. Tutaj jednak druga płyta jest wyraźnym, udanym krokiem naprzód. To bardzo dobrze wróży na przyszłość. Muzykom należą się słowa uznania i szczere podziękowanie za muzykę, do której wracałem wielokrotnie – za każdym razem z tą samą, czystą przyjemnością.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz