Maciej Dymek – instrumenty klawiszowe
Paweł Kowalski – perkusja
Bartosz Smorągiewicz - saksofony
Wydawca: Music And More Records
Tekst recenzji: Mateusz Chorążewicz
Debiutancki album formacji DR ZOLO od pierwszych minut jasno sygnalizuje, że nie będzie tu ani gładko, ani bezpiecznie. „Trickster Music” porusza się w estetyce jazz punka, gdzie energia, zadziorność i pewien kontrolowany chaos są ważniejsze niż dopieszczone harmonie czy klasycznie rozumiana jazzowa narracja. To płyta, która bardziej prowokuje niż zaprasza i raczej stawia opór niż stara się przypodobać.
Najmocniejszym filarem brzmieniowym są syntezatory. Momentami odnosi się wręcz wrażenie, że to one stanowią trzon całej konstrukcji albumu, a perkusja i saksofon pełnią funkcję satelitów krążących wokół jednego, potężnego źródła dźwięku. Perkusja dokłada do tego masywny, gęsty puls, który razem z klawiszami buduje zwartą ścianę dźwięku. Saksofon nie ginie w tym wszystkim, jest dobrze słyszalny, ale funkcjonuje jakby za lekką mgłą brzmieniową. Nie jest instrumentem pierwszoplanowym i raczej nie próbuje nim być, co akurat w tej estetyce działa na korzyść całości.
Brzmieniowo saksofon Bartosza Smorągiewicza jest wyraźnie nie jazzowy. Bliżej mu do punkowej ekspresji niż do improwizacyjnej finezji znanej z klasycznego jazzu. Ta surowość i bezpośredniość dobrze wpisuje się w charakter materiału i sprawia, że instrument ten pełni rolę bardziej teksturalną niż solistyczną. Nie ma tu popisów ani prób „udowadniania”, że saksofon nadal rządzi.
Kompozycje to głównie krótkie, 3-4 minutowe formy, oparte na prostych, niewyszukanych harmoniach. Zespół często miesza struktury, dzieląc utwory na kilka części, co wprowadza pewne urozmaicenie i chroni materiał przed całkowitą przewidywalnością. Z drugiej strony, cały album jest dość jednolity brzmieniowo. Owszem, pojawiają się fragmenty bardziej energetyczne i momenty wyraźnie wyciszone, ale z jakiegoś powodu nie dochodzi tu do realnego przełamania estetyki. Możliwe, że to efekt dominacji syntezatorów, które momentami zdają się mówić reszcie zespołu: „spokojnie, ja to tu wszystko ogarnę”.
Na wewnętrznej stronie okładki czytamy hasło „Rules are toys. We just broke a few”. Brzmi bojowo i efektownie, choć pojawia się wątpliwość, czy nie mamy tu do czynienia z deklaracją nieco większą niż faktyczny ciężar artystyczny albumu. „Trickster Music” rzeczywiście wykracza poza jazzowy mainstream, ale podobna estetyka od pewnego czasu funkcjonuje już na polskiej scenie. Wystarczy wspomnieć zespoły takie jak Ciśnienie czy Nene Heroine, które w tym obszarze nie tylko łamią zasady, lecz potrafią wyrzucić je przez okno bez wcześniejszego informowania o tym w przypisie do okładki. Na tym tle DR ZOLO raczej delikatnie nagina reguły, niż faktycznie je demoluje. Trochę jakby ktoś krzyknął „REWOLUCJA!”, po czym grzecznie zapukał do drzwi, żeby upewnić się, czy na pewno można wejść.
Nie znaczy to jednak, że projekt jest pozbawiony wartości. Słychać tu indywidualne podejście i kilka pomysłów, które mają potencjał rozwojowy. Problem w tym, że na ten moment są to raczej zalążki niż w pełni ukształtowany język. Pracy wymaga zarówno sama koncepcja, jak i strona wykonawcza. Przykładowo, zdarzają się momenty, w których muzykom rozjeżdża się wspólny puls. Fakt, że album nagrywany był „na setkę”, częściowo to tłumaczy, jednak w niektórych momentach rozjazdy są na tyle wyraźne, że trudno uznać je za w pełni świadomy zabieg estetyczny. Improwizacyjna swoboda swobodą, ale metronom też nie gryzie, a czasem potrafi być najlepszym przyjacielem zespołu.
„Trickster Music” to debiut w najczystszej postaci. Pierwsze koty za płoty, kilka zadrapań, parę odważnych ruchów i sporo materiału do przemyślenia. To płyta, która pokazuje kierunek, ale jeszcze nie cel. Jeśli zespół popracuje nad większą różnorodnością brzmieniową, precyzją wykonawczą i pozwoli sobie na odrobinę mniej deklaracji, a trochę więcej realnego ryzyka, kolejny album może być znacznie ciekawszy. Na razie Trickster bardziej puszcza oko, niż faktycznie robi psikusa.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz