Translate

środa, 14 stycznia 2026

Scandinavian Art Ensemble w/ Tomasz Stańko - "The Copenhagen Session Vol. 2"

Scandinavian Art Ensemble w/ Tomasz Stańko

Johanna Elina Sulkunen: wokal
Tomasz Dąbrowski - trąbka
Snorri Sigurðarson - trąbka
Thomas Hass - saksofon
Martin Fabricius – wibrafon
Artur Tuźnik – pianino
Richard Andersson – kontrabas
Radek Wośko – perkusja
Tomasz Stańko – trąbka

Tytuł: "The Copenhagen Session Vol. 2"

Wydawca: April Records (2025)

tekst: Szymon Stępnik

(Zdanie Odrębne - Maciej Nowotny) Z Redaktorem Stępnikiem znamy sie od lat i łączy nas jazzowa przyjaźń. Wszakże jego recenzja tego albumu wprawiła mnie w osłupienie! Przy czym nie chodzi o to, że Szymonowi muzyka się NIE podoba. W naszej Redakcji zawsze trzymamy sie bowiem zasady, że oceny muzyki redaktorów są formułowane niezależnie, a kolektyw szanuje różne punkty widzenia, nawet jeśli są one całkiem rozbieżne. Problem w tym, że zupełnie nie przemawia do mnie argumentacja. 

Po pierwsze zarzut o braku "przełomowości i (...) eksperymentalizmu", zupełnie nie trafiony, bo Stańko w okresie kiedy nagrywał tę muzykę świadomie odszedł od tego kierunku, który jego zdaniem wyczerpał swoją dynamikę. Lata pokazały, że była to decyzja jak najbardziej artystycznie słuszna. 

Nie zgadzam się także z argumentem, że zespół "gra pod Stańkę" i brakuje "synergii". Muzyka jest zagrana bardzo swobodnie, niemniej słychać każdy indywidualny głos, każdy instrument ma szansę wybrzmieć, zaznaczyć swoją obecność. W istocie to, co wprawia w autentyczny zachwyt to niezwykła otwartość Mistrza, który nie tylko przy tej okazji, ale i bardzo wielu innych był skłonny spotkać się, niemal bez przygotowania, z gronem niezwykle utalentowanych muzyków i dzielić się z nimi swoim talentem i charyzmą. W efekcie powstało nagranie wybitne, unikalne, które doceniamy tym bardziej, że lata mijają, a niewielu muzyków nie tylko w Polsce, ale i na świecie jest w stanie osiągnąć w spotkaniach z młodzieżą podobny efekt jak Tomasz.

Wisienką na torcie tych zarzutów jest krytyka "April Moon". Jedyny wokalny utwór na płycie Szymon określił jako "kicz" i utwór nie pasujący do koncepcji albumu, podczas gdy jest to w odczuciu piszącego te słowa, kto wie czy nie najbardziej poruszający utwór na płycie, świetnie wpasowany w ciemną, mroczną, bluesową atmosferę albumu, który stanowi wspaniałe połączenie skandynawskiego i słowiańskiego podejścia do do jazzu. Gorąco polecam osobiste spotkanie z muzyką i zadecydowanie do której z wyrażonych opinii jest Wam bliżej.

Recenzja Szymona Stępnika:
W muzyce jazzowej zaskakująco dużo jest nagrań archiwalnych, które przez lata złożone były w szufladzie. Wystarczy choćby wspomnieć polskie GAD Records robiące kapitalną robotę na rynku polskim. Wydania te są jednak różnego poziomu - od nieudanych eksperymentów, które słusznie zostały schowane przed światłem dziennym, aż po perełki, które zachwycają do dziś.

Kopenhaskie sesje nagrane z Tomaszem Stańko są gdzieś pomiędzy. Nie podzielam zachwytu odnośnie genialności pierwszej części nagrań. Nie są to też złe utwory, wręcz przeciwnie! Brakuje mi w nich przełomowości i większej dozy eksperymentalizmu. Mistrz miał w swojej dyskografii wiele więcej ciekawszych pozycji. Druga część kompilacji niczym więcej, jak kontynuacją pierwszej. Jeżeli podobała się Państwu volume 1, volume 2 dostarcza więcej tego samego.

Niemal w każdej nucie słychać typową dla Skandynawii przestrzeń, którą Stańko świetnie wykorzystuje. Nie da się ukryć, że płyta emanuje klimatem i nawet nie znając tytułu i historii nagrania, łatwo umieścić je na geograficznej mapie.

Niestety, pomimo świetnego nastroju, nie ma synergii pomiędzy muzykami. Wszyscy ewidentnie grają pod Stańko, który zdaje się rozdawać karty. Czasem aż mrozi krew w żyłach, że Ci wszyscy wspaniali artyści nie oddali się jakiemuś lekkiemu szaleństwu. Momentami akompaniament nie brzmi więc jak orkiestra jazzowa, a bardziej jak klasyczna, co dla mnie stanowi ogromny minus.

Jedynym muzykiem, który oprócz Stańko stara się dać więcej duszy nagraniu, jest Artur Tuźnik. Wspaniale operuje między tworzeniem tła dla gry lidera, a chęcią dodania czegoś od siebie. Pianista świetnie potrafił odnaleźć się w takich warunkach i kiedy tylko pojawia się dźwięk klawiszy, nagranie zyskuje dodatkową warstwę artyzmu.

Niektóre pomysły są też nietrafione. Wokal w Aprill Moon jest niepotrzebny i został dodany na siłę. Wokalistyka jazzowa jest o tyle trudna, że łatwo zrobić z niej kicz. Tutaj nie można co prawda iść tak daleko, ale brak sensowności umieszczenia jest chyba jeszcze gorsze, niż zarzuty co do jakości. Utwór i styl śpiewania zupełnie psują klimat płyty.

Dla kogo jest ten album? Z pewnością dla fanów mistrza Stańko, którzy pragną jeszcze mocniej wgłębić się w jego twórczość. Jest też potrzebny dla pozostałych miłośników polskiego jazzu, którzy powinni pamiętać o jego korzeniach. Bo, choć to oczywiste, Stańko był geniuszem, a to nagranie stanowi tego potwierdzenie. Różnorodność, dynamika i - momentami - subtelność w grze to coś naprawdę niespotykanego oraz jedynego w swoim rodzaju. Jeżeli ktokolwiek zadawać sobie będzie jeszcze pytanie: “dlaczego Tomasz Stańko wielkim jazzmanem był?”, ta płyta powiinna rozwiać jakiekolwiek powstałe wątpliwości.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz też: