Krzysztof Komeda – fortepian
Tomasz Stańko - trąbka
Janusz Muniak - saksofony
Roman Dyląg - kontrabas
Andrzej Dąbrowski - perkusja
Album: "Krzysztof Komeda Quintet Live In Bled 1965"
Wydawca: GAD Records (2023)
Tekst: Piotr Banasiak
Ta recenzja powinna ukazać się już dawno. W końcu odkopywanie i publikacja koncertów Komedy ( i nie tylko ) w krajach demokracji ludowej i powszechnej szczęśliwości jest specjalnością GAD Records.
Niestety… praca, praca, przygoda w stacji RadioJAZZ.FM... no i to półtora roku zmarnowane w nowicjacie u Kamedułów...
Jeśli Szanowny Czytelniku – Słuchaczu jeszcze nie słyszałeś tego materiału i zastanawiasz się, czy wydać ciężko zarobione dwie dychy w sklepie internetowym GAD Records na zakup CD – wówczas zapewne będziesz szukał jakiejś recenzji.
Nie polecam.
Zarówno teksty w branżowych periodykach papierowych, jak i dostępne w sieci pseudorecenzje autorstwa Postaci Ze Wszech Miar Zasłużonych Dla Dżezuizmu Polskiego prezentują – poza kilkoma błędami faktograficznymi – kompletną merytoryczną i myślową pustkę. Cóż, takie mamy czasy. Wystarczy poprosić AI o kwerendę i edycję, a na końcu podpisać swoim ze wszech miar zasłużonym nazwiskiem. Nawet nie potrzeba płyty odfoliowywać – prawda?
A ja odfoliowałem i posłuchałem.
Czerwiec 1965. Bled. VI Jugoslovenski Festival Dżeza. Nasi już tam bywali, na poprzednich edycjach, choćby rok wcześniej Andrzej Dąbrowski w grupie Ptaszyna. Ale o tym – innym razem. Tamtego lata do Bledu zawitał Komendant Komeda ze Stańką, Muniakiem, Dylągiem i Dąbrowskim na pokładzie. Zachwycałem się koncertem w Pradze? O, żebym wiedział, co mnie czeka w Bledzie…
Na początek dowiadujemy się od pani konferansjerki, że Muniak ma na imię Jan, że Stańko zagra na trombince, a Dąbrowski na bubnach. Brzmi obiecująco. Kwintet zaprezentuje nam kompozycje „Cats” i „Svantetic”, które pół roku Komeda nagra na wiekopomną płytę „Astigmatic”.
Ze spiritualowego pianizmu wyłania się Utwór O Kotkach. Na kultowym albumie dżezuistyki polskiej „Kattorna” trwa 07:30, tutaj odtwarzacz każe mi się przygotować na 17:19. Grubo, Panowie, prawie tyle, co później w grudniu na Jazz Jamboree. No… zobaczymy…
Już brzmi słynny, dramatyczny temat, czekam kiedy ruszy sekcja i … zaskoczenie dla uszu przyzwyczajonych do albumowej, Carlssonowej motorycznonerwowej bossanovy. Andrzej Dąbrowski pruje zupełnie innymi podziałami, zamiast masywnego groovu prowadzi nas ostinantem cymbal – talerza. Za to Roman Dyląg już sygnalizuje tę opętaną basową figurę, jaka będzie na płycie „Astigmatic”. Do czasu. Tempo szybsze, niż w studio. Uwaga osoby z umytymi uszami! Jest smaczek! 01:10 – sekcja się zapędziła i delikatnie rozjechała, ale za momencik zawodowo wszyscy na siebie poczekają przez ułamek sekundy i ładnie jadą dalej :)
Pora na solówki. Sekcja gra na luzie, swinguje, ani śladu astygmatycznej rytmicznej dyscypliny, Dyląg zaczyna walking i swobodne wariacje okołowalkingowe. Stańko po swojemu, jak zwykle, z europejskim sznytem. Chwila oddechu, wraca temat, Dąbrowski znowu wali po cymbalu. I tak już będzie później. Każda solówka będzie grana na zrelaksowanym, coolowym podkładzie, zaś powracający temat przewodni prowadzić będą Dądrowski cymbalism pospołu z Dylągową kontrabasową ragą. Pora na Janusza Munika. Kwestią Twego gustu – Czytelniku pozostanie, kto bardziejszy: Muniak w Bledzie, czy Namysłowski pół roku później na albumie. Moim zdaniem Namysł zagrał bardziej horyzontalnie, po linii Partii i harmonii, zaś Muniak bardziej wertykalnie. Każdy zagrał INACZEJ i to „INACZEJ” jest kwintesencją definiującą dżezuizm.
Solo Komedy. Ach ten Komeda. Niby leader, a przez pół utworu jakby go nie było. A jak już ma swoją chwilę, to jest raczej powściągliwy. I akurat tutaj w solopianiźmie mało słowiański. Ale zanim zacznę się zastanawiać, czy Komeda w ogóle był wirtuozem pianistyki, zmienia się obraz dźwiękowy. Zostajemy sam na sam z „Guciem” Dylągiem, zrazu improwizującym w tempie kawałka, następnie odjeżdżającym swobodnie w impresję. Pałkę przejmuje Dąbrowski – soluje bardzo wrażliwie, sensualnie i kolorowo. Na koniec wszyscy powracają z tematem, lekko go dysonansując i rozpływają się w ostatnich nutach fortepianu.
Naprawdę warto posłuchać tej wersji „Kattorny”, jakże innej, swobodniejszej, jakże dalekiej od bardziej zdyscyplinowanego, sztywniejszego podejścia studyjnego.
Nawiasem mówiąc - Komedowe dylematy, wybory, decyzje... Przecież "Kattorna" jeszcze dzień, dwa przed wejściem do studia była zagrana na Jazz Jamboree w wersji niemal dwudziestominutowej. A jednak zapadła decyzja taka, a nie inna. Reszta to już historia.
Czy album „Astigmatic” zabrzmiałby zupełnie inaczej, gdyby zamiast sekcji skandynawskoteutońskiej Komeda miał do dyspozycji Dąbrowskiego / Dyląga w formie z Bledu ‘65 albo Ostaszewskiego / Bartkowskiego w formie z Pragi ‘64?
A propos Pragi. W recenzji albumu praskiego pochwaliłem sound, jakość nagrania. Nie wiedziałem, co mnie czeka.
Otóż drogi Czytelniku – brzmienie z Bledu to dopiero jest REWELACJA. Jeśli zaraz po „Live In Bled” puścisz sobie „Live In Praha”, to będziesz chciał łopatą wygarniać muł z głośników.
Uważam, że selektywne, dynamiczne i jasne brzmienie monofonicznego „Bledu” spokojnie wytrzymuje porównanie ze stereofonicznym „Astigmatic”!
Koniec zachwytów, milkną oklaski , rusza „Svantetic”.
Od razu słychać, że mamy do czynienia z przeanalizowanym już, przepracowanym materiałem kompozycyjnym. Uroczysty, elegijny powiew wsi mazowieckiej i staropiastowskiej wierzby w pamiętnej melodii zamknięty. Pierwej z wolna, potem na oberowym trzy czwarte, po bożemu, jak później na albumie. Następnie zgodnie z planem - popisy poszczególnych instrumentów. Na „Astigmatic” grafik był następujący: trąbka Stańki, sax tenor Namysła, piano Komedy, bębny Carlssona, powrót tematu, następnie do kasy po wypłatę i do historii dżezu – po wieczność.
W Bledzie soloizmy wistuje Muniak na saksofonie altowym. I od razu tworzy się AURA. Aura wysublimowanej tajemnicy, której strażnikami będą kiedyś Shorter i Garbarek. Muniak sprzedaje Koltrejna ECeeMowi. Koltrejn jeszcze o tym nie wie, bo akurat gdzieś tam na koncercie gra kolejną fantastyczną, półgodzinną interpretację „My Favourite Things”.
Ale my już wiemy wszystko. I „Gucio” Dyląg też już wie. A za chwile dowie się o tym John Densmore i opowie to kolegom z The Doors. Modalny duch „My Favourite Things” unosi się niczym poranna mgła nad Bledzkim Jeziorem. Dwa akordy. Sekcja Koltrejna w tamtych pięknych czasach. Dwa akordy. Linia basu w instrumentalnej części Doorsowego evergreenu „Light My Fire” z ‘67. Sekcja Koltrejna. Linia basu. McCoy Tyner wróci do tego dekadę później, na „Atlantic”. Bo wiedział co dobre, co z Ducha pochodzi. A „Gucio” Dyląg w czerwcu ‘65 walkuje pochodem na dwóch akordach, bo wie co dobre i co z Ducha pochodzi. Nie wiesz Czytelniku? To sobie posłuchaj. Choćby 04:42. Albo… 06:43.Tu nie ma przypadków ni koincydencji. Tu jest Duch wszechrzeczy.
Po Muniakowym odrealnionym graniu Tomasz Stańko zaczyna trąbkową tyradę pełną swobody z domieszką swojej – co prawda chłodem zdystansowanej - ale jednak dziczyzny. I już Komeda soluje. Słuchamy jak tworzą się podwaliny europejskiej dżezuistyki wysublimowanej. Ale ale, szukasz Słuchaczu pochodu akordów na jakim solowano później w studio? No właśnie… „My Favourite Things”… Tu nie ma przypadków. A tu naraz wszyscy zostawiają Dyląga z kontrabasem i ja już wiem, jestem przekonany, że na „Astigmatic” mogło być lepiej, z całym szacunkiem dla Guntera Lenza.
Dołącza na chwilę Komeda z Dąbrowskim, zbieramy oklaski i utwór na chwilę zastyga,w lodowatych, pojedynczych kroplach deszczu na talerzach perkusji. Andrzej Dąbrowski w swoim solo o wiele lepiej moim zdaniem „odczytał” narrację „Svantetic” niż później Carlsson, który poszedł bardziej w swoją rytmiczną stronę. Dąbrowski trzyma fajniejszy słing i koloryt. Na koniec oczywisty wielki finał ze wszystkimi aktorami tego dźwiękowego spektaklu, nagrodzony brawami publiczności.
Dwa utwory. 38 minut.
Nie będę Ci pisał Słuchaczu o lekkości, o wyobraźni, spontaniczności, o zawartości Komedy w Komedzie. To jest kwestia preferencji i subiektywnej oceny. To co usłyszałem – opisałem. Moje wrażenia starałem się wyartykułować.
Jeśli znacie i kochacie „Astigmatic”, a chcecie przekonać się po pierwsze, jak Komeda rozwijał swoje kompozycje w czasie raptem kilku miesięcy oraz po drugie, jak bardzo inaczej kultowy album polskiego dżezu mógłby wyglądać, gdyby… to warto sprawdzić. Dwie dychy.
Miłego sprawdzania!
Link: rzut ucha na muzykę pod tym linkiem, płyta CD dostępna na stronie wydawcy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz