Odpoczno
Joanna Szczęsnowicz – śpiew, basy, elektronika
Marcin Lorenc – skrzypce
Marek Kądziela – gitara
Piotr Gwadera – perkusja
Gościnnie:
Joanna Gancarczyk - śpiew w "Srebro Ryb"
Paweł Cieślak - syntezatory, elektronika, chór
Album: "Dryf"
Wydawca: Audio Cave (2022)
Tekst: Piotr Banasiak
Ta recenzja powinna ukazać się już dawno. Przecież "Dryf" werdyktem Polskiego Radia został nagrodzony Folkowym Fonogramem Roku 2022! .
Niestety… praca, praca, przygoda w stacji RadioJAZZ.FM... no i to półtora roku pod żaglami Daru Młodzieży... Biskaje, Galapagos... Przylądek Horn...
Niemniej – udało się!
Odpoczno już od ponad dekady niezwykle udanie i kreatywnie żeni ludowiznę i spuściznę, tradycję i modernizm, spontan i głęboką erudycję, dziką improwizację i profesjonalne studyjne cwaniactwo – krótko mówiąc jest zespołem dżezowym. Co więcej, ich debiutancki album doczekał się prawdopodobnie najlepszej merytorycznie i literacko recenzji, jaka kiedykolwiek powstała na ziemiach polskich. I tak jak w historii każdego wielkiego zespołu dżezowego, również u Odpocznian nastąpił okres burz i wydarzeń dramatycznych.
Już singiel „Srebro Ryb”, opublikowany wiosną 2020 roku zwiastował zmiany w muzyce kwartetu. W tym samym - przypomnijmy: pandemijnym - czasie rozeszły się drogi panów muzykantów i Pani Joanny Gancarczyk. Pozostały tercet na chwilę zawisł w próżni niezdecydowania. Na szczęście – o czym wspominała już ww genialna recenzja – Panią Joannę zastąpiła Pani Joasia, która stałą się prawdziwym Kazimierzem Odnowicielem zespołu. Pani Szczęsnowicz do tego już cokolwiek zgrzybiałego towarzystwa wniosła nową energię, entuzjazm (którego na szczęście nie zabił polski system kształcenia muzycznego) oraz kupę świetnych melodii tradycyjnych – aż proszących się o twórcze opracowanie. A że trafiła na fachowców, to i zaiskrzyło…
I tu się zaczyna moja historia z „Dryfem”.
Najpierw we wrześniu 2022 Odpoczno zaatakowało społeczeństwo „Polką Wodną” – wprawiając mnie w konsternację. Co to ma być?! Techno z Odrzywołu?!
Album zdobyłem praktycznie w dniu premiery. Spoconymi z niepokoju rękoma folię rozdzieram, do odtwarzacza wrzucam…
Czy Wy sobie ze mnie jaja robicie? Prawie pięć lat czekania i tylko 8 kawałków? 31 minut muzyki? Jak na jakimś albumie hardkorowym?
Włączyłem – i dopiero zaczął się hardkor.
31 minut nawałnicy dźwiękowej, gonitwy akordów, skrzypcowego zapamiętania, nawalania garów, rozpychających się gitar, noizzzzów, elektronicznego szlamu i pięknych melodii.
Wyłączyłem.
Łyk wody.
Jeszcze raz włączyłem.
31minut harmoniczno – emocjonalnego chaosu uginającego się pod ciężarem własnej produkcji. Ani chwili wytchnienia. Ani śladu przestrzeni i powietrza z debiutu.
Wyłączyłem.
To nie jest dżez. To jest kurna jakieś qui pro guo.
Uszy już od lat odwykłe od jungle-techno, od industrialu, od noise-core… uszy już od lat nawykłe do selektywnego, zrelaksowanego dżezu samochodowego – odmówiły współpracy.
Trudno. Na szczęście pozostał rozum, który podpowiedział – przyjdzie wiosna, uszy Odpoczno, posłuchasz jeszcze raz, tylko nie rozważaj tego w kategoriach grania dżezowego. Po prostu – potraktuj to jak zwykłe wydarzenie muzyczne.
Przyszła wiosna. Któregoś dnia „Jade Se Jade” trasą S7 z Warszawy do domu. Włączyłem „Dryf” – i nastąpiło PIERWSZE OLŚNIENIE. Matko jedyna – tego się słucha jak jakiegoś greatest hits! To jest 8 potencjalnych singli. To jest diamentowy, unurzany głęboko w tradycji i olśniewający inteligencją POP! Ta konstatacja była tak uderzająca, że przez chwilę nawet w aucie zgasły mi światła, bowiem z wrażenia przekroczyłem prędkość światła.
Receptura „Dryfu”, podobnie jak na albumie debiutanckim opiera się rozpracowaniu i opracowaniu na nowo architektury melodii tradycyjnych. Duch Juliana Jarząba, Stanisława Wolskiego i innych wiejskich muzykantów unoszą nad płytą. W efekcie ponownie otrzymujemy porcję niesłychanego amalgamatu dawnych skrzypcowych opowieści i groove z okolic Łęczycy, Mogielicy i Opoczna, w zderzeniu z gitarowym szaleństwem wspomaganym opasłym katalogiem elektroniki. Receptura podobna – ale wykonanie w porównaniu z debiutem daleko odważniejsze i ogromnie przekraczające granice estetyki i poznania.
Każdy utwór to odrębna wielowątkowa i niezwykle intensywna historia dźwiękowa, każdy utwór to jedna wielka emocjonalna kulminacja.
Nad wszystkim hen, wysooooko Lorencowe skrzypcowanie, w zapamiętaniu na okrągło grające przecudnej urody melodie. I równie heeeen w przestworzach Joasiny wokal, jakże inny od Joannowego. Pani Gancarczyk brzmiała potężnie i rześko, jak widok puszczy prastarej i pól pszenicy po porannym deszczu, pajdą czerstwego, zdrowego chleba zagryziony. Pamiątką tego jest „Srebro Ryb”, które pięknie wpasowało się we fresk albumu. Pani Szczęsnowicz to dźwięczna młodość pełna tkliwości i niepokoju, to skowronek świtający nad dziewiczą łąką w przedsłonecznym brzasku. Posłuchaj Czytelniku „W Lecie”, żeby stwierdzić, że mam rację.
Zatem kręgosłup każdej kompozycji to obłędne skrzypcowe figury splecione z podniebnie szybującymi zaśpiewami.
A co w dole?
W dole, buzuje Kądzielowo – Gwaderowo – Cieślakowe piekło.
Na początek pierwsze słowo-klucz: REHARMONIZACJA.
Mógł Pan Premier Donald mówić o prawie „takim, jakim my je rozumiemy”? No to mogę i ja. Oto moja prywatna definicja reharmonizacji: Pan Marcin gra ciągle tę samą melodię, ale pozostałe instrumenty co i rusz zmieniają w podkładzie następstwo akordów. Z efektem olśniewajacym.
Nie ma już basów smykowych, są ciężkie syntezatorowe burdony, głębokie niczym pedałowe basy w kościelnych organach. I to jest fundament, na którym Pan Kądziela osadza gmach całego swojego gitarowego kunsztu. Duńska szkoła jazdy, wyobraźnia i swoboda w interpretacji tradycji oraz implementacji melodii. Gitara wszechobecna i brzmieniowo odważna. O brzmieniu za chwilę.
Drugie słowo-klucz: GWADERYZM.
Warto dokonać osobnego odsłuchu „Dryfu” specjalnie po to, żeby prześledzić, co wyprawia Pan Piotr na garach w każdym kawałku. Sygnalizowałem to już w recenzji płyty debiutanckiej, ale na drugim albumie Gwadera to już kompletnie osobny byt, decydujący o dramaturgii poszczególnych utworów. Każdy utwór to kilkanaście błyskotliwych patentów na granie, na podziały rytmiczne, akcentowanie, kolorystykę, na wprowadzanie podskórnego niepokoju. 4/4, 3/4, 5/4, 11/9, 7/13. Czasem zdaje się, że perkusja łoi wpoprzek metrum, tak jak w „Koprze”, „Srebrze Ryb” albo w „Po Kolana”. Niesamowita inteligencja, czujność spleciona z inklinacjami transowymi.
Trzecie słowo-klucz: TRANS/AURA.
Ludyczny, intuicyjny trans był jednym z faktorów albumu debiutanckiego. Tak jest i na „Dryfie”. Zapętlone melodie skrzypiec. Obsesyjny gitarowy riff w „Koprze”. Sekcja w „Do Kina”. Teksty Pani Joasi. Nawiasem mówiąc – jakim sposobem ta dziewczyna tak zatopiła się swoimi lirykami w tradycję… Szacunek. Pani Joasia co i rusz opowiada o tańcu, albo jakimś zielu.. Tak tak Pani Joasiu – nie wchodząc w szczegóły – to są czynniki zdecydowanie transotwórcze. I jeszcze jedno – teksty Pani Szczęsnowicz pospołu z niespokojną, wiecznie rozedrganą muzyką tworzą dla mnie dziwną, specyficzną aurę. Aurę niepokoju, aurę niejasnych przeczuć, aurę pełnego ciekawości oczekiwania na nieznane i jednocześnie aurę przeświadczenia, że za chwilę stanie się coś nieodwracalnego…
Moja czysto subiektywna opinia: „Dryf” to osiem opowieści o budzącym się uczuciu i towarzyszącym temu huraganie emocji.
Czwarte słowo-klucz: BRZMIENIE.
No tutaj to już mamy kompletne wariactwo. Wiadomo, że Marek Kądziela używa przeważnie od 11 do 98 efektów gitarowych naraz. W ten sposób doświadczamy oniryzmów takich jak na początku „W Lecie”, chorusowych forejdyzmów w „Kukułce”, wspomnienia noisów made in Butthole Surfers na początku „Po Kolana” i generalnie wszystkiego, co może nas rozmarzyć, zaskoczyć, pospołu ze wściekłym wygrzewem bazowym. O puszczaniu gitary od tyłu już nawet nie wspomnę, bo to jest buła z masłem.
Ale to nie wszystko. Jest jeszcze Paweł Cieślak, który stał się dla Odpocznian Philem Spectorem, żeby nie powiedzieć Trevorem Hornem. Pogłosy i echa, majstrowanie przy wokalach, jakieś drobne sample, szczególiki i didaskalia typu zmodulowanie Gwaderowego rimshotu od 44 sekundy „Srebra Ryb”– normalka i chleb powszedni, to już było na debiucie. Ale tym razem Phil Cieślak zagospodarował elektroniką, syntezatorami, sekwencerami, arpeggiami, efektorami KAŻDY centymetr sześcienny objętości brzmieniowej. Brzmienie „Dryfu” jest potężne, gęste, wręcz lepkie. Barok kompozytorski utopiony w mięsistym soundowym rococo.
Niech Cię Słuchaczu nie zwiodą początki „W Lecie” czy „Kukułki” – to tylko drobne chwile. Tak jak w sferze kompozycji nie ma miejsca na wytchnienie, tak w sferze aranżu i brzmienia nie ma miejsca na powietrze. W każdym z ośmiu utworów w obu sferach dzieje się bardzo dużo. Czy oby nie za dużo?
„Dryf” PORAŻA INTENSYWNOŚCIĄ. Półgodzinny seans „Dryfu” to soniczny atak na uszy i emocjonalny atak na duszę.
Powiem dość odważnie. Seans „Dryfu” może słuchacza wyczerpać dokładnie w takim stopniu, jak seans albumu „Pornography” dżezowego tria The Cure – choć to są kompletnie inne światy.
I w zasadzie mógłbym moje przemyślenia zakończyć poradą: najlepiej słuchać tych utworów pojedynczo, osobno – jak singli. Bo każdy z nich – od oberowego „Dryfu” do epickiego „Po Kolana” - jest osobną, zwartą, bardzo intensywną opowieścią, po której trzeba zrobić sobie troche przerwy, żeby wysłuchać następnej.
Ale tak nie zakończę – bo ta historia ma jeszcze dalszy ciąg.
W maju 2024 zobaczyłem Odpoczno na żywo, na koncercie w Warszawie. I nastąpiło DRUGIE OLŚNIENIE.
Ludzie – co oni zrobili ze zdawało by się zwartych, zamkniętych do imentu zakomponowanych utworów!
Niektóre kawałki wyewolułowały w rozimprowizowane, psychedeliczne jamy. Pan Lorenz – konferansjerka, szaleństwo i zapamiętanie. Pani Joasia – spontan, śpiew słowika i subtelna elektronika. Pan Kądziela – jak zwykle, brak słów. Poluzowało się tu i tam, trochę dżwiękowego blichtru zniknęło, pojawiło się powietrze.
Było świetnie! Ludziska w Studiu Lutosławskiego tańczyli, z wspomnienie absolutnie szamańskiej gry Pana Gwadery zabiorę do grobu.
To jest ŻYWA MUZYKA. To jest dżez jak diabli!
PS. Jeszcze trzy lata temu byłem przekonany, że po czymś tak intensywnym, po takiej kulminacji jak „Dryf” zespół Odpoczno niczego już nie nagra. Na szczęście grają razem do dzisiaj. Pojawi się wydawnictwo kolędowe. Niemniej pytanie CO DALEJ? pozostaje aktualne. Nie wiem, jaki mają pomysł na siebie, barokowa muzyka pop, którą poczęstowali świat na „Dryfie” wydaje mi się idiomem perfekcyjnym, idealnym artystycznie – tutaj już nic więcej zdziałać się nie da. Na dodatek moim zdaniem jest to zbyt inteligentne na obecnego konsumenta muzyki rozrywkowej. Nie wiem, ja bym poszedł w trans… Bardzo Wam Odpocznianie kibicuję i sam jestem ciekaw: CO DALEJ?
I tylko echo w lesie o świcie odpowiada mi: co dalej… o dalej… dalej… dalej… alej… alej...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz