Muzycy:
Adam Jarzmik – fortepian, kompozycje
Jakub Łępa – saksofon
Marcin Elszkowski – trąbka
Tymon Trąbczyński – kontrabas
Piotr Budniak – perkusja
Tytuł płyty: "A Piece of a New Day"
Wydawca: SJRecords
Premiera: 15 maja 2026
Autor tekstu: Mariusz Olczyk [MO]
Link do muzyki
„A Piece of a New Day” można byłoby opisać bardzo prosto: pandemia, wojna za wschodnią granicą, narodziny dziecka, osobisty przełom. Wszystko to pojawia się w materiałach towarzyszących płycie i ustawia słuchacza wobec konkretnych zdarzeń. Sam Adam Jarzmik pisze o kompozycjach powstałych w czasie napięć, skrajnych emocji i narodzin syna, a także o płycie jako zapisie osobistej drogi.
Ale najciekawsze w tym albumie jest chyba coś innego. Nie to, że układa się w opowieść od jednego wydarzenia do drugiego, lecz to, że takiego porządku właściwie nie ma. Każdy nowy dzień składa się z fragmentów, które nie muszą do siebie pasować. Obok wojny może pojawić się narodzenie dziecka. Obok zmęczenia – czekanie na piątek. Obok snu – zwykła nocna aktywność. Zdarzenia nie ustawiają się w kolejce. Po prostu dzieją się tego samego dnia.
Dlatego układ tej płyty nie przypomina gotowej historii. Bardziej montaż: kilka stanów, kilka sytuacji, kilka zdarzeń ustawionych obok siebie. I pytanie najważniejsze: czy to słychać w muzyce?
Kawałki
Słychać, choć nie w sposób dosłowny. Otwierające album „At The End” od razu rozbija prostą logikę, bo płyta zaczyna się od końca. Nie jest to jednak efektowny paradoks. Muzyka brzmi raczej tak, jakby coś wydarzyło się wcześniej, poza kadrem, a zespół pojawił się chwilę po zdarzeniu. Utwór stopniowo gęstnieje, sekcja porządkuje ruch, fortepian trzyma konstrukcję, a saksofon nie naciska, tylko cierpliwie prowadzi linię.
Tytułowe „A Piece Of A New Day” jest bardziej ruchliwe, ale nie przynosi prostego rozwiązania. Fortepian rozpoczyna motywem, do którego dołącza sekcja i instrumenty dęte. Główna opowieść przechodzi przez kontrabas, później przez trąbkę, płynnie i bez popisów. Improwizacje nie rozbijają formy, raczej ją scalają. Jarzmik dobrze pilnuje proporcji: zostawia przestrzeń solistom, ale nie pozwala, żeby muzyka zamieniła się w serię niezależnych solówek.
Dobrze działa też przewrotność kolejności. „Introduction” pojawia się dopiero jako trzeci utwór, więc nie jest zwykłym wprowadzeniem, lecz zmianą w słuchaniu. „Time Of War” nie idzie w ilustrację wojny – nie ma marszowości ani filmowej kulminacji, jest raczej stan napięcia. Nie wiem, czy chodzi tu o wojnę wprost. Bardziej o gwałtowną zmianę. Końcówka, z mocniej pracującą perkusją i dętymi, rzeczywiście przynosi poczucie zagrożenia.
Po nim przychodzi „Ballada O Tobie”, spokojniejsza, ale nie ozdobna. Nie jest ładnym przerywnikiem, tylko próbą uchwycenia czyjejś obecności. Saksofon gra tu z dużą delikatnością, fortepian przejmuje narrację bez dominowania, a sekcja rytmiczna zostawia przestrzeń. To jeden z tych momentów, w których album pokazuje, że osobiste zdarzenie może istnieć obok zdarzeń historycznych bez konieczności ich komentowania. Dla mnie to najpiękniejszy utwór na płycie.
„More Dreams” najlepiej pokazuje zespołowość kwintetu. Trąbka i saksofon nie są dodatkiem kolorystycznym do fortepianu, lecz pięknie współgrają. Sekcja nie tylko podtrzymuje puls, ale – przede wszystkim – organizuje napięcie. To nie jest utwór linearny, raczej kompozycja oparta na przechodzeniu między stanami: są kulminacje, zwolnienia, powroty. Sen nie jest tu spokojem, tylko zmiennością.
Potem pojawia się „Waiting For Friday” – świetny tytuł, bo po większych tematach wprowadza coś zwykłego: czekanie na koniec tygodnia. A finałowe „Nightlife” nie zamyka płyty wielką puentą. Dopisuje tylko kolejny element codzienności – życie po godzinach.
Instrukcja?
Nie jestem pewien, czy potrzebujemy kompozytorskich podpowiedzi. Muzyka powinna umieć obronić się sama i „A Piece of a New Day” się broni. Nawet bez wiedzy o pandemii, wojnie, narodzinach dziecka i osobistym czasie, z którego powstały te kompozycje, słychać tu dobrze napisany, świetnie zagrany album kwintetowy. Słychać brzmienie zespołu, klarowność form, umiejętność budowania napięcia. To jazz oparty na kompozycji, interakcji i zaufaniu do zespołu.
A jednak takie podpowiedzi bywają ciekawe. Nie dlatego, że mówią nam, co mamy usłyszeć, ale dlatego, że odsłaniają zaczyn. Pokazują, kiedy ta muzyka się rodziła, z jakiego nagromadzenia zdarzeń, doświadczeń. Pandemia, wojna za wschodnią granicą, narodziny dziecka – to brzmi jak gotowa historia, ale życie nie układa się tak czysto. Nie ma najpierw jednego, potem drugiego, potem trzeciego. Wszystko przychodzi naraz albo jest obok siebie.
I może dlatego przewrotność tytułów jest tu tak ciekawa. „At The End” otwiera płytę. „Introduction” pojawia się dopiero jako trzeci utwór. „Time Of War” sąsiaduje z „Balladą O Tobie”. Po snach przychodzi czekanie na piątek, a na końcu nie ma wielkiej puenty, tylko „Nightlife”. To nie jest linearny scenariusz. To raczej sposób myślenia o codzienności.
Codzienność
Bo codzienność właśnie tak wygląda. U sąsiadów jedno dziecko zdaje maturę, a u innych córka ciężko choruje. Sto dwadzieścia kilometrów od domu ludzie nocują w lasach. Pół dnia drogi ode mnie trwa wojna. A wczoraj przyszła wiadomość o śmierci Sonny’ego Rollinsa, dzień przed rocznicą urodzin Milesa Davisa. Nie da się tego uporządkować w jedną opowieść, która miałaby początek, rozwinięcie i zakończenie. Można jedynie przyjąć, że każdy dzień składa się z fragmentów, które nie muszą do siebie pasować.
„A Piece of a New Day” nie tłumaczy tej codzienności. Opis podpowiada okoliczności, a muzyka pokazuje mechanizm: dzień nigdy nie jest jednorodny. Zawsze składa się z kawałków. Czasem zwyczajnych, czasem trudnych, czasem nie do pogodzenia z innymi kawałkami.
Ciąg dalszy
„A Piece of a New Day” nie zrywa z tym, od czego Jarzmik zaczynał. To nadal jazz oparty na kompozycji, zespołowym brzmieniu i szacunku dla tradycji. Już „Euphoria” była opisywana jako płyta młodego zespołu, który nie szuka rewolucji, lecz potrafi budować własny język na mainstreamowym fundamencie. Nowy album idzie tą samą drogą, ale nie jest powtórką.
Jarzmik nie opowiada uporządkowanej historii. Raczej pokazuje, że porządek jest czymś, co dopowiadamy później. W tym samym dniu wszystko dzieje się naraz albo obok siebie: sprawy wielkie, prywatne, zwykłe, przypadkowe.
Od kilku dni słucham tej płyty codziennie i każdego dnia zatrzymuje mnie inny jej fragment. Może więc tytuł działa także na poziomie samego słuchania – tę płytę poznaje się kawałkami.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz