Piotr Schmidt - trąbka
Grzech Piotrowski - saksofon
Mimo Cinelu - instr. perkusyjne
Paweł Tomaszewski - fortepian
Michał Barański - kontrabas
Sebastian Kuchczyński - perkusja
Album: "Komeda's Songs Without Words"
Wydawca: SJ Records (2026)
Tekst: Piotr Banasiak
Cytując Pana Premiera: Pan Piotr Schmidt – wiadomo – postać znana. Dorobek już pokaźny, w jednych budzący podziw i szacunek, w innych – nieco odmienne uczucia.
Z ust zazdrośników słychać tu i ówdzie, ze Pan Piotr taki, że owaki, że trąbka czarna, że koniunkturalizm, że kapelusik, że merkantylny itd. itp.
Chwalić Boga, Pan Piotr zeszłorocznym WYBITNYM albumem „Ether” pokazał adwersarzom, iż mogą Go cmoknąć mniej więcej tam, gdzie słońce nie dochodzi. Po czym, rozliczywszy się artystycznie, spokojnie powrócił do swojej podstawowej specjalizacji. Tą specjalizacją jest produkcja wysokogatunkowego dżezu samochodowego, dająca rzeszom słuchaczy radość, zaś Panu Piotrowi – i tu kolejny atak szału branżowych zawistników – utrzymanie.
Produktów Pana Schmidta nie łykam pełnoasortymentowo, raczej wybieram dla siebie co ciekawsze kąski, zgodne z moim gustem i preferencjami. W konsekwencji w Jego dyskografii wyróżniam albumy, do których wracam chętnie, np. „Dark Forecast”, fragmenty „Komeda Unknown” , ale także i nieporozumienia, do których nigdy już nie wrócę, zwłaszcza te z kręgu elektrycznych. Generalnie uważam albumy Pana Piotra za dość nierówne. Nie inaczej jest w przypadku Niemego Komedy.
Album „Komeda’s Songs Without Words” jest zapisem koncertu, jaki Piotr Schmidt wraz zespołem zagrał latem 2024 w Tomaszowie Maz. w ramach Love Polish Jazz Festival. W zespole same znakomitości, wirtuozi, zagrane pierwszorzędnie, świetne, selektywne nagranie – nie dziwota, że zdecydowano to uwiecznić wydawniczo. Dobrym duchem wydarzenia był Szef festiwalu – Pan Krzysztof Balkiewicz. Jeśli jestem dobrze poinformowany, to właśnie Pan Balkiewicz dokonał wyboru utworów Komedy, jakie tego dnia zagrał zespół Pana Piotra. Ano właśnie…
Panie Krzysztofie – ja bym wybrał inne utwory.
Album zaczyna się FATALNIE.
Odsłuch „Z Ręką Na Gardle” i „Filiżanki Kawy” po prostu nuży. I niekoniecznie ma znaczenie, że Demarczykowego oryginału „Z Ręką…” też nigdy nie lubiłem. Wokalizy Pana Cinelu, saks Pana Piotrowskiego, długie solo Pana Piotra w „Filiżance…” No ładnie, sympatycznie. Ale jest maj, jest czerwiec. Słońce. A ja słucham tego materiału wędrując łąkami Lubelszczyzny, później plażami Zachodniopomorskiego. Nie mogę się zgrać z tymi dźwiękami, z ich elegijnością, z ich nieznośnie polską melancholią… Na dodatek w tych doprawdy rzetelnych, acz cokolwiek schematycznych wykonaniach prócz wyżej wymienionych momentów nie potrafię znaleźć dla siebie nic, co by we mnie pozostało na dłużej.
„Szara Kolęda” – już jest lepiej, ciepłe popołudnie w kawiarni pełnej gwaru durowych siódemek. Zrelaksowana trąbka i szarmancki saks. Podobnie dobre wrażenie, choć bardziej w mol, sprawi później na mnie „La Depart”. Dżez towarzyszący dobrej jakości.
„One Hundred Years” – czy w innych uwarunkowaniach, okolicznościach, przy innym managemencie ten potencjalny evergreen mógłby zająć w 1969 wierzchołek listy hitów „Billboardu”? Być może. Ale my jesteśmy teraz na koncercie w Tomaszowie i Zespół Piotra Schmidta proponuje nam brawurową latynoską, nieco zagonioną interpretację owgo utworu. Pan Cinelu w swoim żywiole. Wreszcie zaczynam dostrzegać obecność Panów Tomaszewskiego i Barańskiego. Nie do końca moja stylistyka, niemniej – szacunek za wprowadzenie mnie w rozedrgany, kinetyczny trans.
Po 5 kawałkach i 40 minutach muzyki już mam pewność w dwóch aspektach. Po pierwsze – co by się nie wydarzyło, i tak uwielbiam sound, artykulację i wyobraźnię Pana Piotra. Po drugie – wszystkie bez wyjątku solówy Pana Piotrowskiego są cudnej urody. Grzech nie posłuchać. A że puki co nie wystarczyło to, abym w trakcie odsłuchu doznał orgazmu intelektualnego, to już całkiem inna sprawa.
Halo! Ale to jeszcze nie koniec!
Oto zaczyna się „Ja Nie Chcę Spać”. Kto z Szanownych Słuchaczy pamięta sensualne wykonanie Kaliny Jędrusik? Pan? Pani w trzecim rzędzie? No to posłuchajcie. Zaczynają niewinnie, acz w subtelnie kołyszącym pulsie. Temat zagrany – jak większość tematów na tym albumie – unisono przez dmuchańce, bez wychylania się. A potem zaczyna się prawdziwa WYCIECZKA DŻEZOWA – Schmidtowa trąbka wiedzie nas w nieznane. Aż przyjemnie słuchać w oczekiwaniu, jakiż to nowy akord za chwile nastąpi, Pan Kuchczyński dodaje kolorowe i akcentowe smaczki. Pan Piotr łagodnie oddaje pałeczkę Panu Tomaszewskiemu i słyszymy świetną, błyskotliwą, wertykalną fortepianistykę. Nareszcie, Panowie! Wraca nam temat, ale pomysłowo zreharmonizowany z dur w mol. Dzieło wieńczy optymistyczne wyciszenie i zasłużone oklaski.
To był lewy hak na wątrobę.
A na koniec w moją recenzencką złośliwą mordę wyprowadzili prawy prosty.
Ruszają. Wprzódy zamglone, potem funkujące piano, ostinanto kontrabasu…
He he… Fanatycy moich tekstów zapewne pamiętają wiosenną recenzję koncertu Kwintetu Komedy w Bledzie i błyskotliwe spostrzeżenie o The Doors.
A teraz? A teraz od samego początku utworu „Nim Wstanie Dzień” wyobraźnia mojego lewego ucha słyszy lewą rękę Raya Manzarka grającą pochód basowy z „Riders Of The Storm” :) :) :)
Jest to doznanie tak wyraziste, że z rozbawieniem czekam, kiedy zamiast Edmunda Fettinga zaśpiewa Jim Morrison! Na szczęście Edmundem Fettingiem okazuje się Pan Piotr. Tym razem dęciaki nie grają razem, Pan Grzech krąży saksem wokół Pana Piotra, obiegając go w dialogu instrumentów to z lewa na prawo, to z dołu do góry. A w okolicy 4 minuty rozpoczyna się Grzechopiotrowska wyprawa w toniczne ostępy i dzikości, którą kontynuować będzie z powodzeniem Pan Tomaszewski. 12 minut pulsującej, psychedelicznej muzyki w sam raz na hippiesowskie spendy na Zachodnim Wybrzeżu w latach 1966-69, a może nawet i na imprezy po godzinach w biurach ZAIKSu!
Co by było, gdyby John Coltrane zagrał razem z Grateful Dead? W zasadzie, po co mi to wiedzieć, skoro mam pod ręka „Nim Wstanie Dzień”…
Uprzedzając pytania. Tak. Był orgazm.
63 minuty. Dwa utwory świetne. Trzy dobre. Dwa do skipowania. Szkoda, że na CD nie weszło (dostępne na analogu) „Naughty Bill”. Moim zdaniem album zyskałby na atrakcyjności. Jest w porządku Panie Piotrze, acz całościowo nie rzuciło na kolana.
Jeszcze jedno ode mnie, korzystając z okazji.
Andrzej Lepper przez dekady mantrował: „Balcerowicz musi odejść!”
Ajatollah Chomeini rezydując w świętym mieście Kom przez dekady mantrował: „Trzeba obalić Szacha!”
A ja od kilku lat mantruję „Piotr Schmidt powinien nagrać album z Bartkiem Pieszką!”
To jak będzie? Panie Piotrze?
Podpisano: Życzliwy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz