Adam Makowicz – fortepian
Krzysztof Medyna – saksofon tenorowy
Tytuł płyty: "New York Flavors"
Link do muzyki na Bandcamp
24 listopada 2010, Polska Filharmonia Bałtycka w Gdańsku, koncert duetu Joshuy Redmana i Brada Mehldaua. Byłem niedługo po osiemnastce i jazz dopiero zaczynał mnie na dobre wciągać. Szedłem bez oczekiwań, ba, z lekkim powątpiewaniem – fortepian i saksofon, „pewnie będzie nudno". Wyszło dokładnie odwrotnie: tamten wieczór do dziś uznaję za najlepsze jazzowe dźwięki, jakie słyszałem na żywo. To on przypieczętował, że jazz potraktuję jednak na poważnie, a nie na żarty, ze studiami na akademii muzycznej włącznie.
Piszę o tym nie bez powodu. „New York Flavors" to dokładnie ten sam zestaw, fortepian i saksofon tenorowy, który ujął mnie blisko szesnaście lat temu. Trudno więc, żebym podszedł do tej płyty obojętnie.
Sami muzycy zapowiadają: „Ten rodzaj jazzu, który proponujemy słuchaczom, to muzyka dwudziestego wieku – nie tylko w warstwie stylistycznej, ale także w ekspresji, która czerpie z bluesowej tradycji". Trzeba przyznać, że słowa te pokrywają się z zawartością krążka co do joty. Repertuar wypełniają same dobrze znane standardy, które ogrywane są chyba na każdym jam session. W czasie odsłuchu miałem wręcz wrażenie, jakbym zwiedzał muzeum. Odkrywcza ta muzyka nie jest, ale — jak wynika z deklaracji samych zainteresowanych — wcale taka być nie miała.
Sound saksofonu tenorowego jest przy tym mocno oldschoolowy i rasowy. Od pierwszych fraz przywodzi na myśl swoisty miks mistrzów gatunku: Bena Webstera, Colemana Hawkinsa, Lestera Younga. O odniesieniach do współczesnych saksofonistów nie ma nawet co wspominać, bo próżno ich tu szukać. Co ciekawe, trudno uchwycić choćby sznyt lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych – najwyżej odrobina Benny'ego Golsona gdzieś się przemyka. Nie inaczej rzecz się ma z fortepianem. Adam Makowicz gra tak, jak grało się w czasach, do których ta muzyka tęskni – z rozmachem, gęstą fakturą i tą dawną, wirtuozerską swobodą. To pianistyka zakorzeniona w tradycji równie głęboko co saksofon Medyny, więc obaj muzycy spotykają się dokładnie w tym samym miejscu na osi czasu.
To chyba największy atut tej płyty. Praktycznie w każdym dźwięku słychać, że obaj panowie są w tej stylistyce zanurzeni bez reszty, a przy tym nie na pokaz. Bije z tego szczera, wręcz dziecięca miłość do mainstreamowego jazzu w wydaniu sprzed wielkiej rewolucji, którą przyniosła era Charliego Parkera i Dizzy'ego Gillespiego. Do tego dochodzi rzecz, która broni płytę przed byciem jedynie muzealnym eksponatem. Zapowiadana przez muzyków bluesowa ekspresja nie jest pustą formułką z okładki – ona z tych nagrań rzeczywiście płynie i nadaje im ciepło oraz oddech, których takim powrotom do przeszłości nierzadko brakuje.
Nie powiem, żeby ten duet porwał mnie tak, jak swego czasu porwało mnie spotkanie Mehldaua z Redmanem, ale też nie o to tutaj chodzi. „New York Flavors" to solidna migawka dotychczasowej drogi dwóch tak zasłużonych dla naszej sceny artystów. Jeśli ktoś szuka rasowego grania spod znaku lat trzydziestych i czterdziestych ubiegłego wieku, to o lepszą współczesną propozycję będzie trudno. Komu bliski ten świat, ten z pewnością się nie zawiedzie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz