Muzycy:
Jan Smoczyński – syntezatory, elektronika
Łukasz Poprawski – saksofon
Michał Miśkiewicz – perkusja
gościnnie: Zuzanna Malisz na barabanie i zakrzyki
Tytuł płyty: "Fryderyk"
Wydawca: Tokarnia Music Production (2025)
Realizacja: Jan Smoczyński (Studio Tokarnia)
Autor tekstu: Mariusz Olczyk [MO]
To nie jest pierwsza próba.
Muzyka Fryderyka Chopina od dawna krąży w jazzie, ale rzadko bywa traktowana w ten sposób. Sięgali po nią Mieczysław Kosz, Andrzej Jagodziński, Leszek Możdżer czy Adam Makowicz. Najczęściej punktem wyjścia był fortepian i czytelna relacja z oryginałem.
Początek: impuls
Historia zaczęła się od zaproszenia na Expo 2025 w Osace. Jak mówi Jan Smoczyński: „Nie mamy Chopina, ale za chwilę możemy mieć”. Z kilku utworów powstał cały materiał.
W wersji koncertowej projekt stał się czymś więcej niż koncertem – do tria dołączyła japońska artystka Phew i tancerka Mayu Shirai. Powstał rodzaj performansu, w którym muzyka, ruch i opowieść funkcjonują równolegle (zapis koncertu z Osaki można obejrzeć tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=VUURsCZ6mbs )
I to ważne: już na tym etapie widać, że nie chodzi o „zagranie Chopina inaczej”, ale o zbudowanie z niego nowej całości.
Nie interpretacja, tylko przetwarzanie
„Fryderyk” nie jest próbą grania Chopina „po jazzowemu”. To raczej praca na materiale – wybieranie fragmentów i budowanie z nich nowych struktur.
Zostaje melodia, czasem tylko linia basu, czasem układ akordów. Reszta znika. Tempo się zmienia, brzmienie również. Część materiału jest zapętlana, odwracana, przestawiana.
To bliższe montażowi niż aranżacji.
Pierwszy efekt dla słuchacza jest prosty: nie zawsze wiadomo, czego się słucha. Pojawia się moment zawahania – czy to jeszcze Chopin, czy już zupełnie inny materiał. Chopin nie znika, ale przestaje być oczywisty. Trzeba go raczej wychwycić niż rozpoznać od razu.
I właśnie to decyduje o charakterze tej płyty.
Redukcja zamiast ozdobników
Najważniejszym zabiegiem jest uproszczenie.
U Chopina muzyka opiera się na ruchu – figuracjach, pasażach, ciągłym przepływie. LIS tę warstwę często usuwa.
W etiudzie f-moll ruch fortepianu zostaje zastąpiony pulsującym tłem i swobodną improwizacją. Nie ma już wirtuozerii – zostaje struktura. Chopin nie brzmi jak Chopin, ale jego układ harmoniczny nadal organizuje całość.
To samo dzieje się w walcach. Znika taneczność, metrum przestaje być oczywiste, a melodia pojawia się tylko fragmentami. „Minutowy” walc zwalnia i rozpada się na powtarzalne elementy. To, co było błyskotliwą miniaturą, zamienia się w spokojną, repetycyjną formę.
W większych formach skala zostaje ograniczona. Koncert e-moll redukuje się do kilku taktów, które działają jak pętla. Znika orkiestra, zostaje kameralna improwizacja.
Znane motywy
Najciekawiej działa to tam, gdzie materiał jest najbardziej rozpoznawalny.
Marsz żałobny pozostaje prawie niezmieniony melodycznie, ale zmienia się jego otoczenie. Brzmienie staje się surowsze, mniej ceremonialne. Ta sama melodia przestaje pełnić swoją pierwotną funkcję.
Z kolei etiuda „Rewolucyjna” zachowuje energię, ale buduje ją inaczej – nie przez wirtuozerię fortepianu, tylko przez napięcie całego zespołu. To najbardziej intensywny moment płyty i jej wyraźna kulminacja.
Co zostaje
To nie jest muzyka łatwa. Nie prowadzi słuchacza za rękę i nie oferuje oczywistych punktów odniesienia.
A jednak coś zostaje.
Chopin jest obecny nie jako temat, ale jako struktura – przede wszystkim harmoniczna. To ona spaja całość, nawet wtedy, gdy powierzchnia dźwiękowa zmienia się całkowicie.
Dlatego ta płyta działa jak rodzaj muzycznej zagadki. Słuchacz porusza się między tym, co znane, a tym, co dopiero się kształtuje.
To jedna z tych płyt, które burzą przyzwyczajenia. Pokazuje, że muzykę Chopina można nie tylko interpretować, ale też rozłożyć i zbudować od nowa – bez utraty jej wewnętrznej logiki.
Nie wszystko jest tu od razu czytelne. Ale właśnie dlatego chce się wracać.
To płyta, która narusza status Chopina jako muzycznej „świętości”, ale nie robi tego przez prowokację. Zamiast podważać – zmienia sposób słuchania. Pokazuje, że ten materiał można nie tylko interpretować, ale też rozkładać i budować na nowo. W tym sensie bliżej jej do formy performansu dźwiękowego niż do klasycznego jazzu.
Po miesiącach słuchania Chopina w wersji „klasycznej” (zwłaszcza w okresie konkursowym), ta płyta działa jak zmiana perspektywy. „Fryderyk” LIS-u nie próbuje być wierny ani efektowny. Sprawdza raczej, ile Chopina można usunąć – i co wtedy jeszcze działa.
Okazuje się, że całkiem dużo.
I to jest jego największa siła.
.png)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz