Translate

sobota, 31 stycznia 2015

Ksawery Wójciński - The Soul (2014)

Ksawery Wójciński

Ksawery Wojcinski - double bass, piano, guitar, drums, percussion, voices

The Soul

FOR TUNE 0041




By Mateusz Magierowski

"Uderzyła mnie niezwykła szczerość tej muzyki...". Frazes jeden z wielu, jakie spotkać można w recenzjach płytowych. Tyleż łatwy do wykorzystania, że mówienie o szczerości w muzyce wydaje się bazować jedynie na swobodnych impresjach słuchacza, niekiedy w kategoriach szczerości danej muzyki interpretującego jej ekspresyjność, którą w estetyce free/impro odnaleźć można w dość sporych ilościach. Gdyby przyjąć takie kryteria, płycie, będącej bohaterką niniejszego tekstu wypadałoby przyznać w tej kategorii niekoniecznie najwyższą notę. Mam w tej materii zdanie diametralnie odmienne: "szczera" to właściwie bodaj najkrótsze i najbardziej esencjonalne określenie muzyki pomieszczonej na krążku muzyka, którego bez większej przesady określić można jedną z najważniejszych postaci rodzimej sceny improwizowanej. I rzecz wcale nie w tym, że stojąc na scenie z kontrabasem w dłoniach Ksawery Wójciński zazwyczaj sprawia wrażenie osoby bez reszty oddanej temu, co robi, a tytuł płyty ("The Soul") i niektórych spośród trzynastu zamieszczonych nań utworów ("Trinity", "Holiness", "Eternity", "Soul") odsyła słuchacza do sfery duchowości i transcendencji.

W tym miejscu ciężko nie sięgnąć po kolejny recenzyjny evergreen i nie napisać, że szczerości wymaga sama sytuacja solowego grania, szczególnie w sytuacji grania improwizowanego, kiedy zostając sam na sam z instrumentem i umysłem niezaprzątniętym precyzyjnie zdefiniowaną kompozycyjną strukturą nie można nie grać tego, co w przysłowiowej - nomen omen - duszy gra. Mogą grać w niej jednak rzeczy, które z dojrzałą muzyczną szczerością wiele wspólnego nie mają: efekciarstwo i próżna wirtuozeria, nadmierna gadatliwość (bądź też krzykliwość), zbytnie przywiązanie do pewnych klisz czy koncepcyjny chaos.

W muzyce zapisanej na "The Soul" tego nie ma. Nie ma krzykliwości i przegadania, bo choć Wójciński nie unika radykalniejszych w swej wymowie improwizacji, to umiejętnie przeplata ów idiom z transową narracją. Nie ma w niej efekciarstwa i instrumentalnych próżnych popisów, zalewających słuchacza falą iście barokowych ozdobników: "The Soul" to wręcz świetne antidotum na przesyt rozpasanej formy. Pomimo że podczas nagrania krążka Wójciński korzystał nie tylko ze swego nieodłącznego kontrabasu i własnego głosu, ale też fortepianu, perkusjonaliów i akustycznej gitary, to stworzona przezeń muzyka uderza przede wszystkim ascetyczną wręcz niekiedy prostotą formy, korespondującą jednak z bogactwem dźwiękowych barw. Nie ma w niej żadną miarą chaosu, jest za to frapująca dramaturgia, a jedynym muzycznym cytatem, do jakiego sięga kontrabasista, jest gospelowy song "Hold On Just A Little While Longer". "Hold On Just A Little While Longer" - do tego też namawiam tych, którzy muzyce zapisanej na krążku Wójcińskiego przypną łatkę "trudnej" i po chwili wyjmą płytę z odtwarzacza albo w ogóle jej doń nie włożą. "The Soul" ma swoje wymagania - potrzebuje ciszy, pełnej uwagi słuchacza i być może niejednokrotnego odsłuchu, ale sowicie za ten piękny trud wynagradza.

piątek, 30 stycznia 2015

Łukasz Górewicz - The String of Horizons (2015)

Łukasz Górewicz

The String of Horizons










By Maciej Nowotny

Bardzo, ale to bardzo brakowało mi na polskiej scenie jazzowej takiego projektu, jak najnowsze przedsięwzięcie Łukasza Górewicza. Bo chociaż żyjemy w okresie niezwykłego renesansu polskiego jazzu, to brakuje mi w nim projektów nawiązujących dialog ze współczesną muzyka popularną, na której wychował się i której język rozumie przeciętny słuchacz. To jest być może przyczyna, że chociaż mamy mnóstwo niekiedy wyśmienitych projektów inspirowanych bopem z przełomu lat 50tych i 60tych ubiegłego stulecia, free jazzem czy polską muzyką współczesną (Lutosławski, Penderecki, Szymanowski etc.), to na koncertach nie widać tłumów. Publiczność tęskni bowiem za czymś opowiedzianym nieco bardziej przystępnym językiem, a jednocześnie zrealizowanym na najwyższym artystycznym poziomie.

Zatem w Polsce trudno znaleźć odpowiedniki dla najnowszego projektu Górewicza, ale za granicą jest ich wiele i to takich łączących oryginalność koncepcji z wielkim sukcesem komercyjnym. Pierwsze porównania jakie przychodzą mi do głowy, to dokonania trębacza Nilsa Pettera Molvaera (“Khmer” czy “Hamada”) czy kontrabasisty Larsa Danielssona (“Melange Blue”). Podobnie jak u tych artystów, język Górewicza zbudowany jest na muzyce klasycznej i jazzie, ale nie brak w nim fascynacji elektronicznie generowanymi rytmami inspirowanymi współczesną muzyką taneczną i etniczną. Co najważniejsze, to wszystko nie brzmi banalnie, nie ma się poczucia, że słuchacz podąża ścieżką tysiące razy już wydeptaną. Co zresztą nie dziwi zważywszy na to, że jako muzyk Górewicz kształtował się pod silnym wpływem yassu, najbardziej ożywczego i oryginalnego prądu w polskim jazzie ostatnich dwóch dekad, grając w tak wyśmienitych i oryginalnych składach jak Maestro Trytony czy Ecstasy Project.

Ta skłonność do fuzji bardzo rożnych wpływów sprawia, że pisząc o muzyce Górewicza nasuwają się nam skojarzenia z takimi skrzypkami w jazzie, jak Jean Luc Ponty, Didier Lockwood, Jerry Goodman czy nasz niezrównany Michał Urbaniak. Jedno wypada podkreślić: mianowicie to, że chociaż na tej płycie Górewicz ostro melanżuje różne wpływy, to całość zachowuje niesłychaną artystyczną spójność, tworząc coś w rodzaju suity, która jak najlepszy thriller wciąga od pierwszych nut i trzyma w napięciu do ostatnich sekund nagrania. Kapitalne melodie, niecodzienny klimat, doskonałe wykonanie (aż trudno uwierzyć, że album jest solowy i Górewicz gra sam na wszystkich instrumentach!) sprawiają, że mamy do czynienia z przedsięwzięciem wyjątkowym, które jestem pewny wprawi w szczere zdumienie krytyków w naszym kraju i, mam nadzieję, w zachwyt naszą publiczność, i to nie tylko jazzową!


Tomasz Stanko – Polin (2014)

Tomasz Stańko

Tomasz Stańko - trumpet
Ravi Coltrane - saxophone
David Virelles - piano
Dezron Douglas - double bass
Kush Abadey - drums

Polin

POLIN Museum Of The History Of Polish Jews 001

By Adam Baruch

Polin, the Museum of the History of Polish Jews, commissioned this album from Polish Jazz trumpeter/composer Tomasz Stańko as part of the celebrations connected with the opening of the permanent exhibition of the museum. The album comprises of five original compositions by Stańko, performed by a quintet, which in addition to Stańko includes American musicians: saxophonist Ravi Coltrane, pianist David Virelles, bassist Dezron Douglas and drummer Kush Abadey, or in short the Ravi Coltrane Quartet. Virelles is also a member of Stańko's New York Quartet.

This is not the first time Stańko cooperates with a museum, as he also wrote music for the Warsaw Uprising Museum back in 2005 (see the "Wolność W Sierpniu" album). However, in contrast to that occasion, where the music can be contextually connected to the tragic Warsaw Uprising of 1944, the current album seems to have absolutely no connection whatsoever, neither to Jews, not their 1,000 years long history in Poland and certainly not to the cataclysmic epilogue of that history. Therefore the entire circumstance of this commission somehow misses the point completely.

The actual music, judged on its own merits, is of course what one might expect from a musician composer of Stańko's standing, i.e. professional, beautifully played and well recorded. Sadly not much more can be said about it, as Stańko seems to have run out of steam as a composer and mostly recycles ideas used previously, distancing himself from the unique rough sound and Polish melancholy, which characterized his music for decades, simply to embrace American mainstream, which leaves ambition, challenge and exploration to others. There are some traces of genius and thrill, but alas they remain just traces.

Of course this is still a beautiful Jazz album, timing just under forty minutes and full of nice melodic and inoffensive music, which sounds great when played in the background, but disappears like an early morning mist by noon. For people, who grew up listening to Stańko, the Icon, this is less than they probably expected?

czwartek, 29 stycznia 2015

Slawomir Jaskulke – Sea (2014)

Sławomir Jaskułke

Sławomir Jaskułke - piano

Sea

PRIVATE EDITION





By Adam Baruch

This is the sixth solo album by the Polish Jazz pianist/composer Sławomir Jaskułke and his third solo piano recording. The album presents a five-part solo piano suite, composed and performed by Jaskulke, using extensive sound effects, which make the music sound unusually spacey and full of reverb and echo.

The album follows the trend of its predecessor, and pursues a clear path away from the Jazz idiom, which was Jaskulke's initial playground, towards minimal music, characterized by repetitive patterns and ambient drone music. As much as I respect Jaskulke for his past achievements, this music does nothing to me, and in fact is quite difficult for me to listen to. The distorted sound and reverb are physically unpleasant after a few minutes getting progressively worse in time. I admit not being able to listen to the album in its entirety.

As usual in such cases, I blame myself entirely for not being able to like and appreciate this music. Jaskulke is an immensely talented musician and I hope that he'll find his way back to Jazz at some point in his life, wishing him all the best with whatever path he chooses to follow.

Domówka z Tetmajerem u Sylwii



W grudniu pojawiło się na facebooku wydarzenie, gdzie Michał Przerwa-Tetmajer zapraszał na premierę cyfrowej wersji swojej płyty. Przy okazji - każdy, kto w określonym czasie zakupi ją w internetowym sklepie Nuplays, będzie brał udział w losowaniu. Wygrana, to domowy recital artysty. I tak się zdarzyło, że to właśnie ja wygrałam to losowanie.

Koncert odbył się 24 stycznia w Ostrołęce, w mieszkaniu mojego partnera Daniela. Było to świetne, wręcz rewelacyjne spotkanie z muzykiem. Michał Przerwa -Tetmajer to bardzo miły, cichy, bardzo wyważony człowiek, świetnie się z nim dyskutuje. Rozmawialiśmy na tematy przeróżne: niestety, nie był to wywiad, więc nie spisałam wszystkiego, poza tym – była to właśnie luźna rozmowa, gdzie również my nieco o sobie opowiedzieliśmy. Po koncercie wiele wątków poruszyli też zaproszeni przeze mnie goście. Co zapamiętałam? Że z uczeniem się muzyki jest jak z nauką języków obcych – najpierw uczysz się liter, słówek, potem całych fraz, potem zaczynasz rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Ciekawa była też rozmowa o snach, teatrze ulicznym, tremie, kotach. Aż dziw bierze, że wszystko razem trwało najwyżej trzy godziny. 

Kulminacyjnym punktem programu był recital. Posadziliśmy muzyka na stołku, powiesiliśmy za jego plecami czarne tło fotograficzne, zapaliliśmy lampki i kilka świeczek. Zrobiło się ciemno, nastrojowo. Goście usiedli, gdzie się dało - przeważnie na podłodze, niektórzy sączyli wino. I popłynęły dźwięki gitary. To była prawdziwa jazzowa uczta. Michał zagrał kilka kompozycji z "Doktora Filozofii", kolejno: "Znak firmowy porywacza", "Astronautka", "Lewaroryzacja", "Kioski zabytkowe" oraz "Kosmos mnie zawsze niepokoił". Przetykał je premierowymi utworami, skomponowanymi, jak się nie mylę, jako solo na gitarze: "Grupa badawcza" (tytuł nie do końca mu się podobał, być może jeszcze go zmieni), "Jakie to ma znaczenie" (to też jest tytuł roboczy, utworu Tomka Sołtysa - wideo duetu z tą kompozycją pojawi się 17 lutego na YouTube). Usłyszeliśmy również "Taka jest budowa kości" i "Jak zostać uczonym". Na koniec (na bis) nawet zaśpiewał "Popołudniowy czas", własną kompozycję sprzed kilkunastu lat, ze słowami Grzegorza Gawlika.

Fot. Daniel Ejsmont
Goście, których zaprosiłam na recital nie są fanami jazzu, a już zwłaszcza tego świeżego, polskiego. A jednak muzyka Michała ich totalnie oczarowała. Moja córka podczas zdjęcia grupowego dotknęła instrumentu palcem wskazującym i powiedziała: "ściągam jej całą magię, żeby Michał ją znowu napełnił". Tak, bo ten wieczór był magiczny. Nie jestem krytykiem jazzowym, słucham po prostu jazzu od jakiegoś czasu. Z każdą nową płytą, koncertem czuję się bogatsza. Po tym wydarzeniu mogę mówić, że jestem milionerką. A co!

Autorka: Sylwia Larkiewicz

środa, 28 stycznia 2015

Nahorny Trio – Hope (2014)

Nahorny Trio

Włodzimierz Nahorny - piano
Mariusz Bogdanowicz - bass
Piotr Biskupski - drums

Hope

CONFITEOR 008




By Adam Baruch

This is a wonderful piano trio album by one of the Godfathers of Polish Jazz, pianist/composer Wlodzimierz Nahorny, and his partners: bassist Mariusz Bogdanowicz and drummer Piotr Biskupski. The album presents six original compositions by Nahorny and one mini-suite, which comprises of three folklore motifs arranged by him. In the accompanying booklet Nahorny tells the listener about the circumstances that brought each of these seven pieces of music to be created, as well as his deeply personal and moving memories of the panoramic view of the Holy City of Jerusalem, which always leaves a lasting impression on those who visit it. How blessed are we, who live nearby and are able to enjoy this breathtaking view more often than others.

It is truly invigorating to see (and hear) a musician, who seems to be completely unaffected by the tides of time and keeps bursting with ingenuity and talent despite his age. This album proves beyond any doubt that Nahorny is still a musician who is able to innovate and surprise even the strictest connoisseurs. His music is as beautiful as always with melodies full of romanticism and typical Polish melancholy, which he masterly and continuously molds into new musical jewels. His piano playing is nothing short of sensational with an astonishing level of space and freedom, which often bring fond memories of the early days of his career when he flirted with free form.

All the compositions on this album are quite remarkable. Although they are stylistically diverse and encompass many different Jazz sub-genres, they are all marked by Nahorny's personal touch, which has been his trademark since many years. The music is fresh and stimulating, fitting perfectly in the contemporary Polish Jazz scene, bursting with excitement and creativity.

The faithful rhythm section stands besides the Master at all times, providing the guidelines for his extended improvisations and ornamenting his performances with occasional short solos. Bogdanowicz and Biskupski are both veterans of the trade and they know exactly what is required of them under these circumstances: supporting the leader and not being obtrusive in any way. The many years that these musicians play together turns them into a well oiled unit, which is able to travel anywhere without a hitch.

Nahorny is a perfect representative of the Polish "old class" in the best positive meaning of that idiom. A Gentleman, an Artist and an Intellectual incorporated into one wonderful, warm person. Such class is very rare these days and therefore a figure like Nahorny is important as an example to be followed by the young generation, which definitely has the talent but sadly almost never such class. Thank you Maestro!

Charles Lloyd znowu w Blue Note



Po 30 latach przerwy legendarny amerykański saksofonista Charles Lloyd znowu wyda płytę w Blue Note. Wspaniała wiadomość sama w sobie (read this news in English), ale zapytacie co to ma wspólnego z polskim jazzem? Otóż ma i to niemało, bo prawykonanie "Wild Man Dance" miało miejsce w 2013 roku na wrocławskim festiwalu Jazztopad, którego zresztą od lat mamy przyjemność być patronem medialnym. Gratulujemy!!!

wtorek, 27 stycznia 2015

Maciej Fortuna/Krzysztof Dys – Maciejewski Variations (2014)

Maciej Fortuna/Krzysztof Dys

Maciej Fortuna - trumpet
Krzysztof Dys - piano

Maciejewski Variations

DUX 1151





By Adam Baruch

This is the second album by the Polish Jazz duo: trumpeter Maciej Fortuna and pianist Krzysztof Dys. However, in contrast to their debut release, which featured their original Jazz oriented compositions, this album is dedicated to the works of the great but sadly little known 20th Century Polish composer Roman Maciejewski. Maciejewski, who spent most of his adult life outside of Poland, was only recently re-discovered by the Polish Classical music scene and now apparently also beyond the strict circle of Classical connoisseurs. The album includes thirteen variations of themes composed by Maciejewski, three of which appear here as premiere recordings.

The themes serve as departure points for the various variations, in which Fortuna and Dys add their own layers of both improvisational and compositional extensions. The sensitive dialogue between the two musicians is the key element herein, being far more significant than the interpretation of the composed themes and yet it respectfully pays homage to the original music.

The performances of both players are of course virtuosic and elegant, which can only be expected in view of their previous recording legacy. Fortuna's trumpet playing is this time much "cleaner" than his somewhat "coarse" sound he uses in the Jazz idiom. Dys also sounds closer to Classical piano approach than on his previous recordings, which of course is quite natural in this case, as the music created here is only remotely related to what is usually associated with Jazz, at least for the majority of the audiences.

The music emerges really beyond genre specifics and limitations, being simply wonderfully crafted and aesthetically fulfilling, which is what great music is supposed to be. Fortuna and Dys prove that a passionate dialogue between two Master musicians can be more effective than an entire orchestra, which is playing plainly. Their mutual respect and understanding border on telepathy and often they sound like a one-man-band, driven by one common mind.

One may wonder why so many Polish Jazz musicians chose to deal with music that bridges Classical roots with Jazz? There is no clear answer to this profound question, but perhaps the new artistic music emerging in the 21st Century is simply eradicating the genre boundaries that enslaved it in the last Century? Only time will tell.

In the meantime we have here another sublime piece of music, which easily qualifies as one of the most interesting achievements on the Polish music scene in 2014, which this duo manages to pull off second time in a row. This is something that an honest music connoisseur should definitely not try and live without, if life is supposed to have a meaning.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Joanna Kucharczyk w Klubie Komediowym

Na warszawskiej mapie lokali przybył kolejny gotowy gościć dobrą muzykę, w tym jazz. Teatr Komediowy położony jest opodal placu Zbawiciela, który warszawscy hipsterzy uwielbiają tak ze względu na znajdującą się nań tęczę - to podpalaną przez zwolenników ciemnogrodu, to odbudowywaną przez cierpliwy magistrat - jak i krąg klimatycznych knajpek, kawiarni i klubów przytulonych do zjawiskowo pięknego kościoła projektu Józefa Piusa Dziekońskiego. Na parterze znajduje się całkiem zwyczajny acz elegancki bar, gdzie można wypić kawę, wódeczkę i przekąsić coś smacznego, flirtując z jedną z zalotnych warszawianek, a na dole - w wyremontowanych w skromnym industrialnym stylu piwnicach - znajduje się niewielka scena i miejsce na kilkadziesiąt osób. Na co dzień można tu obejrzeć tzw. stand-upy, czyli występy komików, ale tym razem zagościł tam jazz i myślę, że właściciele nie żałują. Sala bowiem była wypełniona po brzegi, a i ranga artystyczna wydarzenia znaczna.


Joanna Kucharczyk bowiem jest jedną z tych młodych wokalistek i wokalistów, którzy szeroką ławą wchodzą ostatnio w nasz jazz i całkiem odmieniają jego oblicze. Przy czym ta odnowa przebiega w różnych kierunkach: podczas gdy taka na przykład ELMA czy Grzegorz Karnas idą w kierunku, jak to lubi nazywać mój redakcyjny kolega Tomek Łuczak, struktur bardziej otwartych, o tyle Joanna, a także Monika Borzym (obie zaczynały edukację w tej samej szkole muzycznej na Bednarskiej) czy Wojciech Myrczek skłaniają się bardziej ku jazzowi tradycyjnemu, swingowi czy nawet neo-soulowi. Dla każdego coś miłego, chciałoby się podsumować, najważniejsze jednak, że wszystkie te poszukiwania, bez względu na kierunek, cechuje bardzo wysoki poziom czysto muzycznych umiejętności, a także profesjonalizm jeśli chodzi o traktowanie estradowego rzemiosła.

Jednym z jego elementów jest na przykład dbałość o to, by towarzyszący wokalistkom czy wokalistom muzycy instrumentalni byli z najwyższej półki i wnosili w dany projekt równie ważny artystyczny wkład. Bardzo to podnosi atrakcyjność takich przedsięwzięć, czego dobrym przykładem jest kwartet Kucharczyk, w skład którego wchodzą jedni z najbardziej utalentowanych młodych muzyków na naszej scenie: kontrabasista Max Mucha (współpraca z Damasiewiczem, Płużkiem czy Wanią), perkusista Karol Domański i czeski (lecz wykształcony w Polsce) pianista Vit Kristan (świetny własny album "Imprints" i współpraca z tak znaczącymi postaciami sceny za naszą południową granicą, jak Jaromir Honzak czy David Doruzka). Ten kapitalny band bardzo czujnie wspierał Joannę, nigdy nie przekraczając granicy, za którą wokalistka mogłaby się czuć usunięta w cień, a jednocześnie kiedy trzeba przejmując pałeczkę, by swoją grą wnieść w muzykę całkowicie niezależny głos i za pomocą samej tylko gry instrumentów rozbujać publiczność do ekstazy.


Nota bene Joanna potrafi też zaśpiewać sama, akompaniując sobie na fortepianie i tak właśnie rozpoczęła wczorajszy (25 stycznia 2015) koncert, śpiewając dobrze wszystkim znany standard "My One And Only Love". W opublikowanej na początku roku na naszym blogu recenzji jej debiutanckiej płyty "More" (link), z której piosenki stanowiły zasadniczą część koncertu, Adam Baruch słusznie skrytykował jej angielski akcent i wymowę. Nie wiem, czy był to pozytywny efekt tej krytyki i czy artystka poświęciła na ten element więcej czasu, ale stwierdziłem w nim olbrzymią poprawę. Jeśli zatem chciałbym się do czegoś przyczepić (a wiecie, że to dla mnie połowa przyjemności!), to do faktu, że śpiewając po angielsku dość wyraźnie słychać wpływ Gretchen Parlato czy Madelaine Peyroux. Także teksty chociaż mogące chwycić za serce i bezpretensjonalne w swojej prostocie, bardziej wymagającego (lub cynicznego słuchacza jak Wasz Uniżenie) mogły nieco bawić swym naiwnym dydaktyzmem. Zwłaszcza jeśli je zestawić z taką perełką jak znów zaśpiewany solo z własnym akompaniamentem i po polsku Jeriemiego Przybory "Mój List" (który pamiętamy w genialnym wykonaniu Magdy Umer). Tylko się zastanawiam, czy można z tego czynić zarzut artystce, bo gdzie są dzisiaj autorzy mogący wokalistom dostarczyć takiej jakości tekst?

Zwłaszcza, że wszystkie te zarzuty blakły całkowicie wobec dużo ważniejszych autentyczności, szczerości i niezwykłej emocjonalności, które całkowicie porwały publiczność. Joanna jest już dojrzałą artystką, która bazuje nie tylko na perfekcyjnym operowaniu muzyczną materią, lecz i na niezwykle charyzmatycznym scenicznym presence. Przypomna mi w tym trochę niezapomnianą Kalinę Jędrusik, która naturalny i żywiołowy erotyzm potrafiła łączyć z dzięcięcym wdziękiem i niewinnością. I właśnie gdy Joanna śpiewała po polsku, najsilniej poruszała moje emocje. Do tego stopnia, że przed oczami stanęła mi Barbara Streisand w "Narodzinach gwiazdy". I wiecie co? Kto wie, kto wie...

Autor: Maciej Nowotny

Jachna/Tarwid/Karch – Sundial (2014)

Jachna/Tarwid/Karch 

Wojciech Jachna - trumpet
Grzegorz Tarwid - piano
Albert Karch - drums

Sundial

FOR TUNE 0039




By Adam Baruch

This is the debut album by Polish Jazz trio fronted by trumpeter/composer Wojciech Jachna with two very young newcomers to the scene, pianist Grzegorz Tarwid and drummer Albert Karch. The album presents seven original compositions, one of which is repeated twice and another three times, producing ten tracks all together. The music includes individually composed pieces, others which are co-composed by Jachna and Tarwid and still others co-composed by all three members of the trio.

In the last decade Jachna has been slowly, but firmly establishing his position as one of the top Polish Jazz trumpet players. His work with the Sing Sing Penelope ensemble and his duets with drummer Jacek Buhl belong to some of the most impressive achievements of Polish Jazz during the last decade, which after all is densely populated in the trumpet department. In time he developed a unique voicing on both trumpet and flugelhorn, which for old people like me constantly bring fond reminiscences of the early days of Tomasz Stanko. Jachna is not imitating Stanko nor is he trying consciously to sound like him, but his way of phrasing and the "dirty", coarse tone are simply so characteristic, that the immediate resemblance is unavoidable.

The two youngsters share common music studies in Denmark, where hordes of young and talented Polish Jazz players go to polish their knowledge and chops, but most importantly they evidently share their talents and passion for music. Tarwid, who has been called a musical prodigy after winning several piano competitions at a ridiculous young age, proves that he is no gimmick and his piano work certainly fills the heart with hope for days to come. Karch, who studied with Polish Jazz drumming icon Czesław Bartkowski, is also quite a hot potato, as the music herein firmly confirms.

Together the trio is definitely one of the freshest and most impressive new ensembles on the Polish Jazz scene and this debut emerges as one of the most striking recordings released in Poland this year. Everything that makes Polish Jazz so unique and outstanding is reflected on this album: a search for new ways to express emotions, a complete freedom from conventions, a disregard towards obvious and boring musical methodology and at the same time a deep respect towards the music's profound tradition and aesthetics. As always, the fact that music of such magnitude can be produced by musicians of such remarkably young age is nothing short of astounding.

The true depth of this music can be fully appreciated only if one takes a much broader view of it, beyond the Jazz conventions. It is no less relevant as a component of improvised chamber music, an imaginary ambient soundtrack or any other open minded musical exploration, which is genre free and at the same time cross-genre.

Over the last decade I have invested a lot of emotions and hopes into Jachna's music and it makes me extremely happy that he was able to come up with this culminating work, which was unquestionably worth waiting for. His choice of partners and his persistency finally came into fruition, which should make him and his companions tremendously proud. Chapeau to all the Young Lions!

Zobacz też: