Translate

wtorek, 16 stycznia 2024

Woda - Woda (2017)

WODA

Adam Witkowski - guitar, DIY electric rababa,
Krzysztof Topolski - drums, synth, underwater soundscapes

"Woda (2017)

Autorka tekstu: Marta Kazimierczak



Zanurzam się w ciemnej wodzie. Mam na sobie maskę tlenową, skafander nurka. Słyszę szumy głębin i bicie własnego serca. Opuszczam się niżej, w czernio – granat. Przesuwam morską zgniłą roślinność – przepływam w głąb.

A nie, jednak siedzę w aucie i odsłuchuję płytę WODA, Krzysztofa Topolskiego i Adama Witkowskiego. Na zewnątrz zawierucha śnieżna, siedzę bez ogrzewania, żeby akumulator nie siadł. Ale całe szczęście rozgrzewa mnie energetyczny rytm piosenki nr 2, CIERNISKO. Poszłabym w chaotyczne tany z tą monotonną, ale wkręcającą perkusją i trochę nieskładną w 4-tej minucie improwizującą gitarą. Utwór wprowadza mnie, ni to w amok, ni to w medytacje, mimo że nadal siedzę w zimnym aucie. Instrumentalne znane dźwięki przeplatane są z takimi, imitującymi świat wodny. (Niebywałe, ale zabieg artystyczny! Pewnie dlatego płyta nazywa się woda.) Trochę ironizuję, ale faktycznie czuję się jak w mrocznej, podwodnej maszynie i mam wrażenie, że przemierzam oceaniczne przestrzenie, pewnie w jakimś celu.

Hydrozagadka. Trochę orientalny free jazz, zabawa muzyczna.. Ale tu nic nie umiem sobie wyobrazić. Klimat kojarzy mi się z czasami przedpandemicznymi, z szalonymi abstrakcyjnymi jam sessions, w łódzkim klubie Pop’n’Art, kiedy po pracy w biurze szłam pobyć z ludźmi. Nawet nie porozmawiać, ale właśnie po to by wspólnie grać spontanicznie, bez celu i bez nut. W 4-rtej minucie, hydrozagadka mnie do siebie przekonała i czuję jej energię. Ten utwór tak naprawdę jest dla mnie zagadką, czemu właściwie jest na tej płycie. Osobiście nie widzę tu połączenia z wodnym światem. ……. Ale może być, - fajny. Dobre 4 z plusem.

Przechodzimy dalej. Oblężenie Sopotu. Już wróciliśmy pod wodę. Wciskam ważne przyciski w kokpicie. Udaję, że wiem co robię. Jestem znów w łodzi podwodnej, płyniemy. Maszyna rzęzi, elektrony przepływają. Nie słyszę własnych myśli. Próbuję porozmawiać z kapitanem, ale dolatuje do mnie co któreś słowo. O coś się mnie pyta, a ja z uśmiechem potakuję, kompletnie nie wiedząc o czym była mowa.

Plug in the water. Stukające krople deszczu, albo to jest gotująca się w metalowym kubku woda. I zaczyna się free jazzowe, elektryczne szaleństwo, z szumami i przesterami. Niby błędy i wpadki, ale nie. Mają swój charakter i nostalgię za czymś. Pewno za przeszłością. Za orientalnym krajem. Celowałabym w Egipt lub Maroko. Gdzie chodziło się po rozgrzanym targu, zaraz obok pustyni. Oglądało się ręcznie wykonane dywany i ozdoby, próbowało się przepysznych owoców, niesuszonych fig na przykład. Niektórzy sprzedawcy, na wiklinowych talerzach powystawiali owoce morza, krewetki i ośmiornice. Tłum ludzi w burkach otoczył Cię z każdej strony. Przechodnie niecierpliwie lecą ogarnąć sprawunki, przepychają się i trącają ramieniami. Suche powietrze w nozdrzach. Szukasz oazy z wodopojem i palmami. Szukasz cienia, chłodu i odpoczynku. Chcesz się napić słodkiej wody i odetchnąć, pełną piersią tlenu. Powietrze napełnia płuca i głowę. Nie ma Cię.. Jest muzyka.

poniedziałek, 15 stycznia 2024

Aga Derlak - "Parallel "

Aga Derlak

Aga Derlak – fortepian
Basia Derlak – wokal
Jerzy Małek – trąbka
Wojciech Lichtański – saksofon altowy
Marcin Kaletka – saksofon tenorowy
Michał Kapczuk – kontrabas
Szymon Madej – perkusja
Dawid Lubowicz – skrzypce
Mateusz Smoczyński – skrzypce
Michał Zaborski – altówka
Krzysztof Lenczowski - wiolonczela

"Parallel" (2023)

Wydawca: Echo Production

Autor tekstu: Robert Kozubal

Z tą płytą mogłoby być tak:

do małego sklepu muzycznego, który prowadzi znany wszystkim w mieście Człowiek Który Się Zna wchodzi młodzieniec o spłoszonym spojrzeniu, cały niewinny jak mazowiecki, wiosenny poranek. Wyjmuje z uszu dudniące słuchawki, uśmiecha się, bo spostrzega, że tym razem nie buszują tu stali, niemodnie odziani bywalcy, których się wstydzi, bo oni też się znają, toteż spieszy wprost do lady i dopadłszy jej stawia pytanie, które każdy raz w życiu zadać musi: ja bym chciał posłuchać dżazu lecz się nie znam i nie wiem od czego zacząć. Co pan poleci?

Człowiek Który Się Zna taksuje go z wyższością wzrokiem, potem pewnym ruchem wyjmuje płytę, lekko puka palcem jej tekturową, białą okładkę z piękną damą i powiada: to bym polecił. Zapada krępująca cisza, bo młodzieniec nie przygotował sobie żadnych pytań dodatkowych i właśnie je układa, gdy wyręcza go sprzedawca: to jest „Parallel” trzecia płyta Agi Derlak, fenomenalnej pianistki, kompozytorki parającej się edukacją muzyczną, którą nagrała ze swoim septetem i z Atom String Quartet.

Tyle trudnych słów na raz. Kwartet, septet, Derlak, atom i w dodatku string. Młody człowiek zapomniał języka w gębie. Właściciel to wie, bo niejeden gołowąs stawał przed nim z podobnym życiowym dylematem, więc zaczyna wygłaszać:

Po pierwsze, wydaje mi się, że to głęboko przemyślana muzyka, taka tip-top, akuratna w każdym dźwięku. Jest trochę tak, jakby cię ktoś prowadził za rękę po galerii i pokazywał najładniejsze obrazy. Po drugie, nie ma tam ani chwili odpoczynku, jest z dołu do góry i z góry na dół, głośno i cicho, szybko i wolno, mocno i łagodnie. Po trzecie - i to ci się może głównie spodobać - choć zmian tempa, zawrotów i zawijasów na płycie jest bez liku, to przecież klamrują się zawsze melodyjnie, do czego ucho samo się nadstawia. Po czwarte, masz tu jedenaścioro doskonałych fachowców, którzy wprawdzie odważnie i ochoczo używają swoich instrumentów, dzięki czemu na płycie raz przewodzi trąbka, innym razem saksofony, a ostatni dziewiąty utwór to prawdziwy popis sekcji rytmicznej, gdzie perkusja na koniec pięknie niesie cię w siną dal – jednak od pierwszego do ostatniego dźwięku nad wszystkim króluje fortepian liderki, co słychać już w pierwszym, tytułowym, dynamicznym utworze, który pokazuje też moc całego jej zespołu. Po piąte, posłuchasz kilku piosenek z tekstami autorki płyty, a zaśpiewanych wzorzyście przez jej siostrę, Basię Derlak – ale i one mają mnóstwo wariacji, zakrętów i improwizacji instrumentalnych. Po szóste, Atom String Quartet maluje wyśmienite tło tej muzyce, więc momentami dzięki niemu robi się tak po polsku, rzewnie, że wspomnisz tę muzykę, gdy tylko gdzieś w oddali ujrzysz pochylone przydrożne wierzby i słońce w zachodzie. Po siódme, Aga Derlak ściga się trochę ze swoim talentem – wszak jej pierwsza płyta dostała od razu „Fryderyka”, ale zapewniam, że się nie zawiedziesz, daje sobie doskonale radę z tym ciężarem. Po ósme, dość gadania, to po prostu świetna płyta, więc ją ci pakuję, taak?

- A nie, nie dziękuję panu, bo mam ją już tutaj w strimingu – odpowiada młodzieniec gmerając przy smartfonie. Szybko wciska słuchawki w uszy i jeszcze szybciej wychodzi, a w zasadzie uchodzi.

- O tempora, o mores – złorzeczy pod nosem Człowiek Który Się Zna odprowadzając jego plecy złym wzrokiem, po czym puszcza głośno z CD „Present Past”, ulubiony utwór z płyty Agi Derlak, gdyż uważa, że jest wybitny.

Tak. Tak właśnie z tą płytą mogłoby być.

sobota, 13 stycznia 2024

Podcast: Michał Barański w Audycji "Muzyka, która leczy" w RadioJAZZ.FM


Redaktorzy bloga Polish Jazz Maciej Nowotny i Paweł Ziemba zapraszają do odsłuchania podcastu z piątkową audycją "Muzyka, która leczy", której gościem był Michal Baranski. Zapraszamy do słuchania "na żywo" w każdy piątek 19.00-20.00 w RadioJAZZ.FM.

piątek, 12 stycznia 2024

Michał Barański - "Masovian Mantra"

Michał Barański

Skład:
Michał Barański – kontrabas, g. basowa, głos, beatbox, instrumenty klawiszowe
Michał Tokaj – fortepian, Fender Rhodes, syntetyzator, organy Hammonda
Łukasz Żyta – perkusja
Shachar Elnatan – gitara, śpiew
Kuba Więcek – sax altowy, syntetyzator
Kacper Malisz – skrzypce
Joachim Menzel – Lira korbowa
Jan Smoczyński – akordeon
Olga Stopińska – wokal
Bodek Janke - tabla
Dziadek Tadek - recytacja

„Masovian Mantra” (2022)

Seria: Polish Jazz Vol. 88

Wydawca: Polskie Nagrania/Warner 

Tekst: Paweł Ziemba

Charles Mingus powiedział kiedyś: „UCZYNIENIE SKOMPLIKOWANEGO PROSTYM JEST CZYSTĄ KREATYWNOŚCIĄ”. Trudno się z tym nie zgodzić! Zapewne wielu z nas doświadczyło bólu i porażki nad rozwiązywaniem zagadnień, które z pozoru wydawały się proste. TAKIE doświadczenie uczy pokory, ale również szacunku i uznania dla dzieła.

Michał Barański to muzyk totalny. Przez lata funkcjonowania w różnych formacjach zyskał reputację jednego z najlepszych polskich basistów. Pojawiał się w nagraniach wielu polskich i zagranicznych gwiazd jazzu, prezentując się jako osoba o wyjątkowej wrażliwości oraz wirtuozerskich umiejętnościach. Pomimo tak bogatej w doświadczenia muzyczne kariery, dopiero w wieku 38 lat zdecydował się na wydanie swojej debiutanckiej płyty.

Być może fakt, że Barański dość późno (w porównaniu z młodszymi kolegami z branży) zdecydował się na nagranie swojego albumu, nie był przypadkowy.

Zawód kontrabasisty zapewne powoduje, że zawsze odczuwa się brak czasu na własne projekty. Przecież bas to podstawowy instrument każdego zespołu, tak więc muzyk kontrabasista, a do tego tak znakomity (uznany w ankiecie Jazz Forum za mistrza tego instrumentu), nie narzeka na brak możliwości grania.

Może na ten album, a zwłaszcza jego muzyczną zawartość, powinniśmy spojrzeć jak na butelkę wyśmienitego wina, które lepiej smakuje, gdy najpierw przez wiele miesięcy leżakuje w beczce, potem oddycha po otwarciu, ma właściwą temperaturę i wtedy dopiero uwalnia wszystkie swoje aromaty, a my dowiadujemy się o nim więcej, niż tylko ile kosztuje i z jakich jest winogron.

Właśnie dlatego powinniśmy docenić fakt odłożonej w czasie decyzji o nagraniu tego albumu, będącego wynikiem wielu lat studiowania, poszukiwania własnej drogi rozwoju oraz kształtowania muzycznej osobowości. Myślę również, że naturalna skromność i pokora wzmacniały przekonanie Barańskiego, że aby coś przekazać - trzeba mieć coś do powiedzenia.

Pomimo faktu, że bohater recenzji pochodzi ze Śląska, mazowiecka nuta wydaje mu się bliższa i bardziej inspirująca. Nic więc dziwnego, że właśnie te dźwięki, układy rytmiczne stanowiły fundament do stworzenia tego albumu - mazurki bywają zawiłe rytmicznie i melodyjnie, co stanowi doskonałą bazę do grania jazzu. „Masovian Mantra” to przykład kreatywnego podejścia do tworzenia muzyki korzystającej z bogactwa i dziedzictwa folkloru w jak najbardziej współczesny sposób.

Dając sobie czas na pełne skonsumowanie dźwięków wylewających się z tego krążka, z pełnym przekonaniem mogę napisać, że „Masovian Mantra” jest wyjątkowym projektem. To prezentacja bogactwa brzmieniowego jakie posiada w swoich zasobach instrumentalista, kompozytor, lider Michał Barański. Od dawna piszemy, że muzyka jazzowa w okresie ostatniej dekady bardzo się zmieniła. Jednym z elementów tej zmiany jest fakt, że częściej gra się rytmy nieparzyste, a takie granie wymaga trochę innej wiedzy, a przede wszystkim - umiejętności.

Zastosowane przez Barańskiego niemal matematyczne rozwiązania powodują, że muzyka zaczyna wybrzmiewać inaczej, ale zarazem nie jest pozbawiona naszej mazowieckiej melodyjności. Od wielu lat obserwujemy odrodzenie polskiej muzyki ludowej. Wielu wykonawców wpisuje folklor na stałe do swojego muzycznego CV. To co odróżnia album Barańskiego od innych płyt tego typu to współczesny język. Mieszają się tu jak w tyglu: Funky, RAP, Ambient, zmiany rytmiczne… wszystko co dziś otacza nas w sferze dźwięków. Barański korzysta z wielu doświadczeń i inspiracji, nadając muzyce jedną formę - muzyki jazzowej.

Otwierający płytę głos Dziadka Tadka może pozornie mylić. Brzmi jakby miał to być RAP, a tak naprawdę to inspiracja i początek wejścia do frazy Konkolowej. Okazuje się, że te pozornie dwa odległe światy muzyczne, przy zastosowaniu odpowiedniego łącznika (rytm), znakomicie się przenikają.

Mimo faktu, że możemy obcować z muzyką reprezentującą dwie kultury: indyjską i polską oraz że mieszają się elementy jazzu zachodniego z jazzem europejskim, album nie określa granic ani ich nie wyznacza. „Masovian Mantra” to muzyczny przykład „globalnej wioski”. Łatwość przenikania, nakładania się wielokulturowych elementów realizuje się tu w sposób naturalny. Z teorii muzyki i jej podstawowych założeń wiemy przecież, że muzyka indyjska jest jedną z najuboższych w harmonię. Z drugiej strony jest jedną z najbogatszych, najpełniejszych, jeśli chodzi o rytm. Te różne z pozoru elementy tworzą nowy wymiar, nadając muzyce nowego znaczenia. Fakt ten jest zupełnie nowym zjawiskiem na naszej scenie muzycznej.

Pomimo tego, że w nagraniach słuchacz odnajdzie wiele elementów folklorystycznych, „Masovian Mantra” nie jest nudna, ani też standardowa w swojej formie. To przykład nowoczesnego podejście do procesu realizacji zamierzeń twórczych kompozytora. Nie znajdziemy tu powszechnie znanego modelu opartego na temacie i następujących po nim solowych popisów. W zamian, odnajdujemy zdecydowanie szersze spojrzenie na możliwości interpretacyjne i udział poszczególnych instrumentalistów w procesie tworzenia muzyki. Tematy są ciekawe, o znacznie bardziej rozpisanych przez kompozytora partiach, a jednocześnie ze sporymi obszarami do wypełnienia przez wykonawców, co realizuje się często w dość zaskakujących momentach. Muzyka zawarta na krążku, to swoista historia opowiedziana trochę innym językiem niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, ale mimo tego zrozumiała dla nas bez względu na znajomość reguł.

To co mnie pozytywnie zaskoczyło, a jednocześnie przyniosło bardzo ciekawy efekt, to umiejętności kompozytorskie Barańskiego. Jego muzyka jest różnorodna, kolorowa, rytmiczna, a momentami nawet transowa. Słychać, że lider jest bardzo doświadczonym artystą, doskonale poruszającym się w wielu obszarach jazzu i dokładnie rozumiejącym, co chce osiągnąć w każdym z utworów (dokąd zmierza i dlaczego).

Elementem zasługującym na uwagę jest dość duży udział i sposób zastosowania elektroniki. Michał Barański rozszerzył swoje kompetencje muzyczne o umiejętność obsługi i korzystania z indyjskiej perkusji wokalnej oraz beatbox’a. Z jednej strony nic w tym nowego. Przecież od lat w nowoczesnym jazzie elektronika stanowi istotny element tworzenie muzyki. Jednak w przypadku „Masovian Mantra” elektronika bardzo wyraźnie pełni rolę kolejnej warstwy dźwiękowej, tworzącej „background”. To łączenie brzmień elektronicznych, beatów z klasycznie brzmiącymi instrumentami wypada bardzo efektownie i nowocześnie. Na krążku pojawiają się elementy muzyki ambient, a całość brzmi dynamicznie, pulsuje i faluje.

Obok pojawia się Konakol – technika oparta na matematycznych schematach rytmicznych, pochodzących z Indii. Ten z pewnością słyszalny element muzyki indyjskiej, został doskonale włączony w charakter całej płyty.

Konakol słychać we wszystkich dźwiękach i kompozycjach Barańskiego. W niektórych utworach wybrzmiewa on delikatnie łącząc się z kujawiakami po to, aby w kolejnym wybrzmieć pełną mocą. Ta charakterystyczna technika to nic innego jak inny sposób myślenia o rytmie niż ten, do którego my - Europejczycy jesteśmy przyzwyczajeni.

Wydawałoby się, że nierytmiczność i nieparzystość w muzyce jest nam znana (przecież polska muzyka ludowa jest często grana na 3), ale ta nieparzystość w wydaniu indyjskim wnosi wiele nowego i nieoczywistego.

Ciekawym przykładem jest utwór „Leciały Żurawie”. Olga Stopińska to specjalistka od śpiewu w stylu kurpiowskim, a zaproszenie jej do współpracy okazało się doskonałym wyborem. Wykonana przez nią nostalgiczna kompozycja to wyjątkowy przykład połączenia polskiej muzyki ludowej z nieparzystymi rytmami systemu Konakol.

Nie bez znaczenia jest lista muzyków zaproszonych przez Michała Barańskiego do nagrania płyty. Trzon stanowi sekcja rytmiczna, w skład której obok samego lidera wchodzą: Michał Tokaj - fortepian i Łukasz Żyła - perkusja. Ta trójka zna się bardzo dobrze i wzajemnie inspiruje. Dodatkowo Barański zdecydował o rozszerzeniu sekcji, o gitarzystę jazzowego Shachar Elnatana, pochodzenia izraelskiego. Decyzja ta spowodowała, że muzyka zyskała solidne wsparcie rytmiczne, oraz bardzo ciekaw etniczne oraz bliskowschodnie brzmienie. Gra Elnatana znacząco wykracza poza to, do czego przywykliśmy słuchając polskich albumów jazzowych.

Ciekawym zabiegiem jest zaproszenie do udziału w realizacji wybranych utworów gości. Kacper Malisz – skrzypek jazzowy młodego pokolenia o bardzo silnych korzeniach polskiej muzyki ludowej, członek kapeli Maliszów, jak również laureat ostatniego konkursu Zbigniewa Seiferta. Joachim Mentzel to kolejna osobowość polskiej sceny jazzowej, grający na lirze korbowej - bardzo rzadkim i nie łatwym w zastosowaniu jazzowym instrumencie. Ten skład zaproszonych do nagrania płyty gości uzupełniają jeszcze: Kuba Więcek grający na saksofonie, Jan Smoczyński na akordeonie oraz Bodek Janke na tabli jak również wspomniana wcześniej Ola Stopińska – wokal.

„Masovian Mantra” jest eleganckim amalgamatem nowoczesnego jazzu korzystającego bardzo umiejętnie z wpływów folklorystycznych - zarówno polskiego folkloru, jak i indyjskiej techniki perkusji wokalnej Konnakol. To przykład płyty skłaniającej do refleksji związanej z uniwersalnością muzyki. Prowokuje do rozważań nad rolą muzyki we współczesnym świecie. Mimo faktu, że posługujemy się określeniami opisującymi rytm z perspektywy modelu indyjskiego bądź europejskiego, „Masovian Mantra” jest przykładem muzycznej integracji i spójności: nie ma znaczenia skąd przybywasz; ważne jest z jakimi intencjami oraz z jak bardzo otwartym rozumem i sercem.

Wbrew pozorom, muzyka zawarta na krążku, wymaga od słuchacza poświęcenia jej uwagi. Nie jest to muzyka do samochodu, aczkolwiek nie oznacza to, że nie można jej słuchać podczas jazdy. To album koncepcyjny, zapraszający słuchacza do głębszego zanurzenia się w rytm, melodykę i muzyczny przekaz.


środa, 10 stycznia 2024

Tomasz Chyła Quintet - „Music We Like to Dance To”

Tomasz Chyła Quintet

Tomasz Chyła – skrzypce
Emil Miszk – trąbka
Krzysztof Hadrych – gitara
Konrad Żołnierek – kontrabas, gitara basowa
Sławek Koryzno – perkusja

„Music We Like to Dance” (2023)

Wydawnictwo: Alpaka Records

Autor: Jędrek Janicki

Możecie się ze mną zgadzać lub nie (nawet nasz Naczelny pozwala nam na odważne sądy – Polish Jazz, wolne media ha!), lecz w Polsce zawsze brakowało grania jazz-rockowego. Niby pojawiały się jakieś delikatniutkie kapelki z nurtu fusion, które opierały się na wirtuozersko-wymuskanych rifficzkach (bo przecież nie solidnych riffach!) wygrywanych na tle monotonnej jak piłkarska Serie B pracy sekcji rytmicznej. Chlubnym wyjątkiem zawsze był zespół Niechęć, który, jak chłopaki sami twierdzą, jest raczej kapelą rockową z jazzowym instrumentarium. Samą Niechęcią człowiek jednak nie żyje, a oczekiwanie na ich kolejny album umiliło mi nowe nagranie kwintetu skrzypka Tomasza Chyły. „Umiliło”, co ja w ogóle bredzę, ci panowie po prostu rozerwali mi łeb!

I choć już poprzednia studyjna płyta kwintetu, zatytułowana przesadnie górnolotnie da Vinci (to ten włoski aktor??), zwiastowała nadejście ery rockowej, to jednak cała ta kumulowana energia z niezwykłą wręcz mocą wystrzeliła ku górze dopiero na Music We Like To Dance To. I choć wiem, że na płycie tej grają mistrzowie swoich instrumentów co się zowie (trębacz Emil Miszk, kontrabasista i basista Konrad Żołnierek oraz perkusista Sławek Koryzno), to dla mnie jednak album ten jest porywającym show dwóch innych wymiataczy – gitarzysty Krzysztofa Hadrycha i lidera całego zamieszania, czyli skrzypka Tomasza Chyły. Ten pierwszy balansuje na krawędzi rocka progresywnego spod znaku Roberta Frippa – gitarzysty rockowego, który być może jako pierwszy porzucił w tego typu graniu bluesa i uciekł w stronę jazzu i awangardy, nie stroniąc przy tym od naprawdę ciężkich brzmień. Hadrych absolutnie nie jest jednak w nawiązywaniu do tradycji odtwórczy! Wszak dodaje on do solówek bardzo wiele przesteru, sporo nieczystości, brzmień znanych bardziej czasami być może z estetyki noise, a wyjątkowa ognistość jego gry sprawia, że ta mieszanka to istny ładunek wybuchowy. O zaszczytne miano „sergioleonowskiego Johna Mallory’ego” z Hadrychem zaciekle walczy jednak sam Chyła. Ten bohater z kolei przypomina o starym dobrym Mahavishnu Orchestra – swoją grą nierzadko nadaje dynamikę i napędza poszczególne struktury. Jego rola jest jednak chyba nieco inna niż Hadrycha. Tak naprawdę ci muzycy wcale ze sobą nie walczą, a raczej założyli specyficzną spółkę – pozostając w klimacie mistrza Leone, dogadują się niczym Clint Eastwood i Eli Wallach z początkowej części filmu Dobry, zły i brzydki. Chyła dzieło zniszczenia rozpoczyna, podkłada dynamit, podpuszcza swojego młodszego kumpla. Tego, jak się pewnie domyślacie, zbyt długo namawiać nie trzeba. Ich muzyczny plan rozwałki jest jednak precyzyjnie przemyślany. Co więcej, wydaje się, że w pewnym sensie kontrolują oni nawet przypadkowość, a na pewno starannie wyznaczają ramy tego, w którym momencie może się ona pojawić.

Music We Like To Dance To zdecydowanie zapełnia pewną lukę w polskiej przestrzeni muzycznej. Jest niczym powiew ognistego, lecz krystalicznie świeżego wiatru. Kwintet Chyły staje się coraz lepiej funkcjonującym bandem, którego brzmienie po prostu porywa. Dołóżcie do tego naprawdę niezłe kompozycje i oto mamy prawdziwego, by posłużyć się językiem hiphopowego podziemia, bangera!

wtorek, 9 stycznia 2024

Big Band Wydziału Jazzu w Nysie - "Singing and Swinging"

Big Band Wydziału Jazzu w Nysie 

Wokaliści (Judyta Pisarczyk, Daniel Cebula-Orynicz, Kinga Hyra, Angelika Kaschuba i Kamil Klimek)
Trębacze (Paweł Siembida, Łukasz Folwarczny, Roman Bakovskyi, Piotr Schmidt, Michał Kurda) 
Saksofoniści (Angelika Kaschuba, Karol Czech, Jakub Krasoń, Marcin Trędowski, Franciszek Hajduk) 
Puzoniści (Olof Knockenhauer, Szymon Klekowicki, Florian Jendrosek, Filip Czank)
Pianiści (Przemysław Raminiak, Ireneusz Krosny, Paweł Ramilowski)
Gitarzyści (Jakub Mizeracki, Grzegorz Ciesielczyk)
Basiści (Roman Chraniuk, Arkady Ptak, Michał Woźniak) 
Perkusista Aleksander Burczyk
Dyrygent Piotr Schmidt

"Singing and Swinging" (2023)

Wydawca: SJ Records

Autor: Maciej Nowotny

Muzyka na tej płycie została nagrana przez Big Band Wydziału Jazzu istniejącego przy Państwowej Akademii Nauk Stosowanych. Tak. Serio. Taki wydział jazzu instnieje, co więcej w Nysie, miasteczku które znam (bo pochodzę z pobliskiego Wrocławia) i które liczy w porywach niewiele więcej niż 40,000 mieszkańców. Zajrzałem na odpowiednią stronę w internecie  i odkryłem ze zdumieniem, że życie na tym zagubionym w galaktyce wydziale jazzu nie tylko rzeczywiście istnieje, że nie jest to jakiś żart, ale że jest to życie bujne, ciekawe i na naprawdę wysokim poziomie. Wow. Po prostu wow. I uznanie oraz szacunek dla wszystkich stojących za tą inicjatywą ludzi, bo jest to jedna z piękniejszych jazzowych opowieści, jakie słyszałem w Polsce w ostatnich latach.

Ale to nie koniec sensacji, bo muzyka na tej płycie jest grana przez - uwaga - big band! Zebranie big bandu w tych czasach, gdy ciężko jest zebrać kwintet czy nawet kwartet, jest czymś obłędnym. Ktokolwiek zdecydował się to finansować jest dla mnie bohaterką lub bohaterem i powinien stać się nim nie tylko w maleńkiej Nysie, ale i w wielkiej Polszcze, bo jest to wyczyn nie tylko artystyczny, ale organizacyjny, logistyczny i finansowy najwyższych lotów.

A skoro o wymiarze artystycznym mówimy, to chociaż muzyka na tej płycie trwa niewiele więcej niż pół godzinki, to wcale nie jest to jakieś szkolne granie, zespołu zebranego z nie wiadomo jakich muzyków. Odwrotnie, jest to po prostu kawał dobrze brzmiącego jazzu, w którym znajdziemy smaczki nawet dla koneserów, pomimo tego, że nie jest to nagranie bez wad i na pewno w wielu elementach mogłoby brzmieć lepiej. 

To, co na pewno może się podobać wielu słuchaczom to repertuar składający się z dobrze znanych standardów, w których wykonaniu kluczem do uwagi słuchaczy jest autentyczność i entuzjazm wykonawców. Szczególnie wokaliści stanęli przed trudnym zadaniem mierząc swe siły z piosenkami, który pamięta niemal każdy z interpretacji Franka Sinatry, Anity O'Day, Elli Fitzgerald i innych gwiazd złotej ery jazzu. Generalnie wszystkie wykonania młodych artystów trzymają poziom i wychodzą oni obronną ręką z konfrontacji z legendami przeszłości, a piszący te słowa chętnie usłyszałby taką na przykład Judytę Pisarczyk czy Kingę Hyrę ponownie w jakimś bardziej współczesnym jazzowym repertuarze.

Także wśród instrumentalistów znajdziemy nie tylko młodych i utalentowanych muzyków, ale także już uznanych artystów, jak dawno nie słyszanego pianistę Przemysława Raminiaka, eks-gwiazdę legendarnego trio RGG czy młodego puzonistę Szymona Klekowickiego albo utalentowanego gitarzystę Jakuba Mizerackiego. Inni mają wszelkie szanse pójść ich śladem, i chociaż przed nimi jeszcze wiele lat nauki i ćwiczeń, podobnie jak przed wokalistami, to na tym nagraniu pokazali się z najlepszej strony. Niemała w tym zasługa - jak mniemam - trębacza jak i dyrygenta zespołu Piotra Schmidta, któremu należą się wyrazy uznania za zarażenie młodzieży miłością do jazzu z czego wielkie w przyszłości dla polskiej kultury niech wynikną pożytki. 
 

poniedziałek, 8 stycznia 2024

Sonorismo - "Personal Voice"

Sonorismo

Krzysztof Gradziuk - perkusja i zabawki
Łukasz Ojdana - fortepian Fender Rhodes i efekty
Pauli Lyytinen - saxofon tonorowy i elektronika

"Personal Voice"

Wydawnictwo: Music Corner Records/VoiceMusic  (2023)

Autorka tekstu: Hanna Raya

Sonorismo - multi przestrzenna, oniryczna historia opowiedziana perkusjonaliami, frazowaniem saksofonu oraz miękkim brzmieniem fortepianu Fendera. Jestem pewna, że każdy słuchacz tego ”solowego” debiutu Krzysztofa Gradziuka, znanego z tria RGG, bez wahania wykupi nie jeden bilet na koncert tego projektu.

Przenieśmy się w czasie do studia, gdzie w ciągu trzech i pół godziny bardzo doświadczeni muzycy jazzowi, nauczyciele oraz kompozytorzy pod presją uciekającego samolotu nagrali materiał na co najmniej dwie nieprzeciętne płyty.

Muzyka momentami niesie poczucie grozy, które łagodzi subtelny ciepły dźwięk fortepianu - prowadzony przez Łukasza Ojdanę - oraz “zabawki” perkusyjne jak nazywa je Gradziuk. Muzyka jakby malowała pejzaże, gdzie w mroku przenika z oddali strumień światła. Perkusja pewnie i płynnie porusza się między frazami saksofonu Pauli Lyytinen’a, często stając się dominantą wciąż harmonijnej melodii. Można odnieść wrażenie, że jest się uwodzonym spokojem jakieś odległej bajecznej i czasami elektronicznej krainy, który nie trwa długo. Rytmiczny taniec budzi.

Wielowarstwowość tego albumu odnosi się również do pewnego uniwersum, jest on bowiem hołdem złożonym zmarłemu Tacie Pana Krzysztofa. Przyznam się, że w komentarzu na brudno do utworu - ballady - M.01.01.1951-07.10.2022 - napisałam: “chcę aby on nigdy się skończył”.


piątek, 5 stycznia 2024

Robert Świstelnicki - „Piosenki miłosne wczesnej postkomuny i późnego kapitalizmu”

Robert Świstelnicki

Grażyna Auguścik – wokal
Jorgos Skolias – wokal
Wojciech Myrczek – wokal
Natalia Kordiak – wokal
Klara Cloud – wokal
Marcin Pater – wibrafon, glockenspiel
Paweł Palcowski – trąbka, flugelhorn
Maciej Kitajewski – kontrabas
Paweł Urbański – gitara elektryczna
Robert Świstelnicki – fortepian, gitara akustyczna
Adam Bławicki (gościnnie) – saksofon tenorowy
Monika Szemelak (gościnnie) – skrzypce
Alicja Guściora (gościnnie) – altówka
Palina Horbach (gościnnie) – wiolonczela

„Piosenki miłosne wczesnej postkomuny i późnego kapitalizmu” (2023)

Tekst: Maciej Nowotny

Wydawca: SJ Records

Podobno można znaleźć u Ciorana taką anegdotę, że kiedy szykowano dla Sokratesa cykutę, ten uczył się arii na flet. "Do czego ma Ci to służyć?" zapytano. "Do tego, żebym umiał zagrać tę arię, nim umrę". Ta anegdota przypomniała mi się w tę Wigilię roku 2023, gdy miałem okazję rozmawiać chwilę z Robertem Świstelnickim, który sam jest filozofem, a pracę doktorską pisze z Kanta. I podobne jak uczniowie Sokratesa miałem ochotę wyrazić zdziwienie po co akademikowi, filozofowi wykładającemu na amerykańskim uniwersytecie Northwestern, zajmujacemu się poza tym historią polityki i germanistyką, pisanie piosenek i muzyki? Ale jeszcze wrócimy do Ciorana.

Najpierw przyjrzyjmy się bliżej płycie, która zdaniem piszącego te słowa, jest być może największą muzyczną sensacją w polskim jazzie w tym roku 2023. Ciężko czym innym niż metafizyką wytłumaczyć, że ledwie zauważony debiutant, który w 2022 roku wydał swój pierwszy album "Piosenki", już następnego roku zdołał zaprosić do nagrania swojego kolejnego materiału plejadę najlepszych polskich wokalistów i równie wyśmienitych muzyków. Bo o ile pierwsza płytę wypełniały melorecytacje Roberta, o tyle na drugiej użył swoich tekstów, lecz poprosił o ich zaśpiewanie innych wokalistów, co okazało się strzałem w dziesiąstkę. Nie byłoby to zapewne możliwe gdyby nie łut szczęścia czyli spotkanie po jednym z koncertów na Śląsku z Wojciechem Myrczkiem.

To, że tych dwóch artystów - Świstelnicki i Myrczek - przypadło sobie do gustu jest dla mnie zdumiewające. Myrczek to jeden z najciekawszych głosów w młodym polskim jazzie, ale do dzisiaj kojarzyłem go raczej z polską wersją Sintary czy śpiewaniem w neoswingowym stylu a la Michael Buble czy Kurt Elling. Nie żeby było w tym coś złego, ale nie było to nic specjalnie oryginalnego. Natomiast tutaj okazało się, że swingujący perfekcyjnie wokal Myrczka idealnie wręcz pasuje do nieco absurdalnego poczucia humoru tekstów Świstelnickiego i nowocześnie zagranego jazzu służącego jako akompaniement.

Jak każdy genialny pomysł idea Świstelnickiego jest bowiem prosta: do charyzmy wokalisty posiadającego silną indywidualność i swój własny język wypowiedzi, dodać mocny, ważny społecznie tekst, jak to czynili Okudżawa, Leonard Cohen, Jacques Brel, Jonni Mitchell czy Bob Dylan, a następnie pozolić tym słowom wybrzmieć z towarzyszeniem nowoczesnego, najwyższej jakości jazzowego grania z jego wolnością. W rezultacie powstała mieszanka mająca wybuchową siłę dynamitu. O Myrczku już pisałem, a niedowiarkom rekomenduję go posłuchać na przykład w znajdującej się na albumie podzielonej na trzy cześci "Klaudii", którą z oszałamiającą dezynwolturą zaczyna jako swingujący szlagier, a kończy w atonalnym odjeździe.

Równie fascynujące jak spotkanie z Myrczkiem były teksty piosenek napisane przez Świstelnickiego dla pozostałych wokalistów. Szczególnie głos Jorgosa Skoliasa - brudny, korzenny, jaby ze środka środka ziemi - idealnie wręcz pasuje do niepokojących, nieszablonowych, pełnych skojarzeniowych gierek, tekstów Świstelnickiego. Ale także Grażyna Auguścik i Natalia Kordiak, obie posiadaczki ogromnej charyzmy, dysponujace przy tym potężnymi głosami (nie taka częsta sprawa u naszych wokalistek jazzowych) i pełnym zestawem środków sonorystycznych, sprawiły że dosłownie każdej piosenki na tej płycie słucha się z tym bezcennym dla jazzu uczuciem odkrywania czegoś nowego, świeżego i niespotykanego.

Wiele można by pisać jeszcze o wokalnym i literackim aspekcie tego nagrania, ale skromne ramy tego teskstu na blogu wymagają by nie zwlekając wspomnieć zaangażowanych w projekt muzyków. Zwłaszcza, że jak wyznaje Świstelnicki, geneza płyty zaczęła sie na kanapie u gitarzysty Pawła Urbańskiego. Ze wspólnych wielogodzinnych sesji grania ad libitum zrodził się oryginalny język muzyczny łączący pewną naiwność z wirtuozerią, co w rezultacie zaowocowało rzadko spotykaną jednością słowa i muzyki. Zasługuje to na zauważenie, bo pomysły muzyczne Świstelnickiego nie są banalne, a ich diapazon sięga od wspomnianego już Sinatry aż po... Stockhausena. Podkreślmy zatem, że bez wibrafonu Marcina Patera, kontrabasu Macieja Kitajewskiego, trąbki Pawła Palcowskiego i wsparcia pozostałych muzyków, sukces tak ambitnego projektu byłby niemożliwy.

Podsumowując, jak w rozmowie ze mną zauważył Świstelnicki, "płyta miała być jak wspólny sen". Odważnie postawiony cel, który w mojej ocenie zrealizowali nagrywając jedną z najciekawszych płyt jazzowych ostatnich lat. Co szczególnie ciekawe, udało się tu liderowi i współpracującym z nim wokalistom i muzykom  znaleźć rzadko spotykaną równowagę między tym co osobiste, natchnione, eskstatyczne, a tym co spoleczne, aktualne, a zatem ciekawe i ważne nie tylko dla samego artysty. Powstało coś unikalnego, w czym od strony jazzowej pobrzmiewa "magiczny realizm" Billa Frisella, do którego języka udało się dodać teksty, których nie powstydzili by się tacy luminarze polskiego tekściarstwa jak Wojtek Młynarski, Agnieszka Osiecka czy Jan Wołek. Zatem wracając do Ciorana, mam nadzieję, że czytelnicy tego tekstu nie muszą już tracić czasu na pytanie dlaczego warto się zapoznać z tą muzyką.

wtorek, 2 stycznia 2024

Otwieramy nową REKRUTACJĘ!!! - 3,000,000 odsłon bloga Polish Jazz



Hej, czy kochasz muzykę, lubisz się dzielić swoja pasją z innymi, piszesz lub chcesz zacząć pisać, chcesz zostać częścią małej, ale megazajaranej sztuką społeczności??? To dobrze się składa, bo do naszego zespołu szukamy kilku nowych osób!!!

Na czym polega zabawa? My podsyłamy Ci płyty bądź linki do muzyki, Ty o niej piszesz, a my to następnie publikujemy na naszym blogu. Kim jesteśmy? Prawdopodobnie najstarszym i najbardziej czytanym blogiem poświęconym wyłącznie polskiemu jazzowi i muzyce improwizowanej. Prawie 3,200 zrecenzowanych płyt! I niemal 3,000,000 odsłon stron! To dużo! Oczywiście jak na jazz, do tego polski, i fakt że nigdy nie zamieszczaliśmy nagich zdjęć artystów i artystek, o których piszemy na naszych łamach :-) Chociaż niektórzy z nas to dobrze rozpoznawalne osoby w jazzowym światku i piszemy nie tylko na blog, ale także w różnych innych miejscach, prowadzimy własne audycje radiowe etc. to przede wszystkim jesteśmy amatorami sztuki. Dlatego nie musisz być profesjonalistą, nie musisz być też od razu specjalistą od jazzu, ważne żebyś chciała/chciał słuchać muzyki i dzielić się tą pasją. 

Podkreślmy wszakże jedno: wszyscy piszemy na blog całkowicie na zasadzie wolantariatu. Za napisane teksty nie otrzymujemy pieniędzy, co ma tę swoją dobrą stronę, że możemy być całkowicie w swoich opiniach niezależni.

A zatem, jeśli brzmi to dla Ciebie ciekawie, napisz do nas, podeślij próbki swoich tekstów, spróbuj, a my pomożemy. Kontakt do Maciej Nowotny na adres: polish.jazz.blog@gmail.com

Lista autorów publikujących na naszym blogu (wyboldowani - aktywni teraz):

sobota, 30 grudnia 2023

Best of Polish Jazz 2023 wg Pawła Ziemby

Płyty roku:

Tomasz Chyła Quintet „Music We Like to Dance” to jeden z najciekawszych zespołów, który obserwuję od kilku lat. Ich muzyka zaskakuje świeżością i ekspresją. Przywołuje we mnie wspomnienia najlepszych kawałków Mahavishnu Orchestra z niezapomnianym Jerry Goodmanem na skrzypcach. Z drugiej strony oferuje słuchaczom najistotniejsze elementy muzyki jazzowej – spontaniczność i interpretację.
Pomimo faktu, że ten rodzaj grania nie jest tym, który jest mi bardzo bliski, doceniam ten album za umiejętność korzystania i łączenia wielu gatunków muzyki. Znajdziemy tu wiele prog-rockowe riffów, piękne melodie, ciekawe aranżacje. Kompozycje brzmią nowocześnie a mimo to nie są pozbawione melodyki co obok wcześniej wymienionych, uważam za ogromny walor tego albumu.

Maciej Obara „Frozen Silence” to trzecia płyta nagrana dla wytwórni ECM i moim zdaniem najlepsza. Obara zaskakuje jako kompozytor i lider. Melodyjne wyczucie, brzmienie oraz klimat kompozycji powodują, że album pochłonia słuchacza w całości. Album zrealizowany jest w bardzo ciekawej formie dialogów. Fantastyczna współpraca duetów Wania – Obara jak również Ole Morten Vågan i Gard Nilssen. Muzyka jest wielopłaszczyznowa, co nadaje jej bardzo nowoczesny charakter. Wyczucie, intuicja, współbrzmienie to elementy charakteryzujące świetnie współpracujących ze sobą muzyków Nie mam wątpliwości, że ta muzyczna opowieść poprowadzi słuchaczy w ich wewnętrzny świat sprawiając, że każdy przeżyje tę muzykę inaczej.

Stanisław Aleksandrowicz „Pieśń o Bębnie” - płyta zaskakuje swoim szerokim spectrum stylistycznym. Muzyka zagrana jest przez oktet składający się z kwartetu jazzowego plus kwartet smyczkowy a całość wsparta została analogowymi brzmieniami elektronicznymi. „Pieśń o Bębnie” to album koncepcyjny, zainspirowany wierszami Zbigniewa Herberta. Całość składa się z 9 części co powoduje, że sporo się tu dzieje. Zastąpienie wokalu bogatym instrumentarium jest trafnym i ciekawym posunięciem. Kompozycje Aleksandrowicza są ciekawe i pozostawiają zbalansowaną przestrzeń na improwizacje solistów. Lider nie zasypuje nas swoimi solowymi popisami na bębnach co jest dużym plusem albumu.

Petera Sextet „Władca Algorytmów” muzyka na płycie sprawia wrażenie bardzo spontanicznej, jakby powstałej w wyniku potrzeby chwili. To muzyczny manifest. Zwrócenie uwagi na ilość funkcjonujących wokół nas bodźców, informacji, które bardzo szybko mogą powodować dezinformację i kompletne zagubienie. Swoboda, nieograniczona możliwość wypowiedzi pozwoliły na stworzenie muzyki będącej jakby krzykiem współczesności coraz bardziej podporządkowanej technologii i sztucznej inteligencji. Kompozycje doskonale obrazują natłoku form i dostępnych stylistyk w otaczającym nas świecie, mieszając je w bardzo przeróżny sposób. Z drugiej jednak strony, muzyka zawarta na krążku wybrzmiewa spójnie, niosąc ze sobą jakby promyk nadziei na przyszłość. Sextet Patery brzmi bardzo współcześnie, brakuje tu cudownych melodii a mimo to, intryguje i zwraca uwagę odbiorcy.

Piotr Lemańczyk Electric Band feat. Leszek Możdzer „Inherited Dream” to muzyka charakteryzująca się dużym bogactwem dźwięków. Mimo faktu, że album ten przywołuje we mnie wspomnienia nagrań Chick’a Corea Electric Band z Johnem Patitucci to jednak nie ten szczegół zdecydował o wyborze tego albumu. Na uwagę zasługuje gra każdego z zaproszonych muzyków. Dużym zaskoczeniem dla słuchaczy może być udział Leszka Możdzera grającego na różnych instrumentach klawiszowych. Doskonałe sola gitarowe Marcina Wądołowskiego podkręcają całość, nadając utworom dynamiki. Kompozycje są spójne stylistycznie a gra lidera na sześciostrunowej gitarze basowej robi wrażenie. Myślę, że płyta byłaby jeszcze ciekawsza, gdyby w nagraniach pojawiło się więcej spontaniczności w grze wszystkich muzyków.

Muzyk Roku: Maciej Obara

Starając się dorównać językiem wypowiedzi bliskim formie jaką posługuje się Pan Maciej Obara będę oszczędny w słowach a jednocześnie konkretny. Dojrzałość artystyczna, spójność estetyczna, indywidualizm. (fot. Albert Zawada/AG)




Muzyczny debiut roku: Michał Aftyka Quintet „Frukstrat”

Bez nadmiernego indywidualizmu i usilnych prób wyróżnienia się, co niestety w dzisiejszych czasach jest dość powszechne, Aftyka proponuje ciekawe kolektywne granie. Kompozycje są spójne stylistycznie oraz melodyjne a improwizacje żywiołowe i spontaniczne. Z dużym zainteresowaniem będę obserwował dalsze poczynania kwintetu.




Muzyczne zaskoczenie Roku: Jacek Rodziewicz „Muzyka Moja i Nasha”

Takiego grania brakuje na naszej jazzowej scenie. Rodziewicz zaskakuje świeżością oraz muzyczna wyobraźnią. Przypomina, że w muzyce jazzowej ważny jest rytm a nie tylko improwizacja. Najnowsza propozycja Piotra Rodziewicza doskonale wpisuje się w nujazzową stylistykę





Wydarzenie Roku: Enter Enea Festival
Świetna organizacja, bardzo ciekawy program doskonale zbalansowany pod względem artystycznym i stylistycznym na każdy dzień festiwalu. Dobra i właściwie zorganizowana oprawa medialna całości wydarzenia. Przyjemna, piknikowa formuła festiwalu zorganizowanego w plenerze. Tegoroczna lista zaproszonych artystów robiła wrażenie. Nie brakowało ciekawych gwiazd najwyższego formatu z zagranicy, jak również przedstawiciele naszej krajowej sceny jazzowej.

Zobacz też: