Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacaszek Michał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacaszek Michał. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 czerwca 2021

Impro Session #5 - improwizowany dzień z Bocian Records !!!

 By Andrzej Nowak

Trzy nowe albumy spod Bocianich skrzydeł to jak zwykle nagrania różnorodne, intrygujące, stawiające pytania i dające uroczo niejednoznaczne odpowiedzi. Kwartet w składzie międzynarodowym (choć po prawdzie krajowym), trio, które jest post-elektronicznym rozwinięciem pewnego duetu, wreszcie dwa septety grające wspólny koncert pod światłym przywództwem jednego kompozytora, choć owa wspólnota nie dotyczy ani miejsca akcji, ani tym bardziej jej czasu. Dwie pierwsze płyty nie mają tytułów własnych, ta trzecia ma, ale nie jest on zrozumiały w żadnym języku świata. Ot, cały Bocian! Przewrotne ptaszysko!


Casting Lots - Casting Lots (2021)

Gosia Zagajewska - voice
Ray Dickaty - tenor saxophone
John Cornell - cello
Piotr Dąbrowski - percussion

BOCIAN 2021

Improwizujący kwartet, który łączy saksofon, wiolonczelę i instrumenty perkusyjne z głosem kobiecym nie wydaje się być zjawiskiem szczególnie nowatorskim w ponad półwiecznej historii gatunku, ale wiele wskazuje na to, iż pod nazwą Casting Lots (Ray Dickaty, John Cornell, Piotr Dąbrowski i Gosia Zagajewska) kryje się naprawdę fascynująca przygoda muzyczna. 

Elementów, które konstytuują jakość tego przedsięwzięcia artystycznego, jest wiele. Muzycy zdają się mieć spory dystans do generowanych dźwięków i swojej pozycji artystycznej w kwartecie. Nie eskalują napięcia, gdy nie jest to konieczne, dużą wagę przywiązują do niuansów brzmieniowych i dramaturgicznych. W dalece uroczy sposób dzielą się na okazjonalne duety i tria, rzadko zaś używają całego kwartetu, który de facto eksploduje siłą free jazzowego combo dopiero w końcowych momentach płyty. Na osiem improwizacji, zawartych na krążku, składają się zarówno szczęśliwe miniatury, jak i pełne niepokoju dłuższe formy narracji. Wreszcie ważnym składnikiem tej wielokolorowej mikstury jest wokalistka, która - mimo młodego wieku - zdaje się, że zwiedziła już cały świat.

W drugiej ekspozycji jej głos smakuje dalekim wschodem, niosąc nam wszakże bardzo bliskie emocje. W kolejnym wokalistka prawie krzyczy, nawołując pobratymców do walki zgodnie z północnym zewem natury. Z kolei w części szóstej śpiewa jakby mimochodem, buduje narrację zatrwożonym, post-średniowiecznym tembrem na tle skruszonego baroku wiolonczeli. Zagajewska pełna jest temparamentu, stosuje wszelkie dozwolone środki, by wzbudzić nasze emocje. Gada, recytuje, sylabizuje, wpada w kompulsywne mantry, z których wybudza się z ptasim szczebiotem. Gdy trzeba rysować frazy na wdechu i powstrzymywać się od działań, jest równie wyrazista. Każdy z jej partnerów równie doskonale panuje zarówno nad rzemiosłem dźwiękowym, jak i sposobem kreowania dramaturgii. Często wolą przemilczeć jakiś niuans, niż wydać z siebie zbędny dźwięk. 

Pośród miniatur zachwyca szczególnie część czwarta. Przypomina pokutną modlitwę zapomnianego przyczółka boskości. Barokowe cello, szelest perkusjonaliów i głos dobywający się z nieznanej przestrzeni. Wśród nerwowych długasów warto zwrócić uwagę na część piątą, budowaną mozolnie z małych elementów. Zaczyna saksofon i perkusja, potem w ich tok myślenia wślizguje się wiolonczela, a na samym końcu głos, który kobiecą lirycznością fantastycznie temperuje męskie ciągoty do stawiania murów i zasieków. Cokolwiek by jednak nie powiedzieć, duże brawa za każdy odcinek tej płyty.


Jacaszek/Podpora/Kohyt - Jacaszek/Podpora/Kohyt (2021)

Michał Jacaszek - field recordings, electronics
Katarzyna Podpora - piano, objects, zithers, gramophone, voice
Max Kohyt - piano, double bass, tape, percussion

BOCIAN 2021

Rok temu Katarzyna Podpora i Max Kohyt nagrali bystry, multiinstrumentalny album, który koncentrował się na preparowaniu dźwięków różnych instrumentów i przedmiotów (fortepian, instrumenty perkusyjne i strunowe, obiekty różnej maści i elektroakustycznej proweniencji), w duchu całkiem kolektywnej improwizacji. Dziś powracają pod rękę z Jacaszkiem, krajowym magiem subtelnej elektroniki i niebanalnego field-recordingu. 

Pierwsza z dwóch kilkunastominutowych opowieści, zawartych na czarnym krążku, rodzi się w mgławicy dźwięków elektroakustycznych, elementów field recordings, mikro elektroniki i efektów wytężonej pracy instrumentów akustycznych. Mikrobiologia zdarzeń fonicznych, echo i ucho wielogatunkowych historii, molekularna pajęczyna dźwiękowych koincydencji. Dużo drobiazgów, nano sampli, ale także chmury ambientu.

Znacznie ciekawiej zdaje się dziać na drugiej stronie winyla. Drobne plamy fonii plecione z elektronicznych usterek, z której wyłaniają się pierwsze żywe dźwięki, najpewniej płynące wprost z pudła preparowanego fortepianu. Całość lepi się w zmysłowy post-ambient inkrustowany akustycznymi drobiazgami. Filigranowe minimal impro, które z biegiem minut kojarzyć się zaczyna ze swobodną improwizacją, jakże konkretną instrumentalnie, uprawianą w warunkach niemal domowych na przełomie lat 60. i 70. na ziemiach podległych Królowej Matce (choćby formacja People Band). Pulsująca opowieść, niepozbawiona akcentów syntetycznych, tli się niczym gasnąca świeca, która wieńczy swój żywot w poświacie nadchodzącego poranka. 


Anthony Pateras - Pseudacusis (2021)

Live Septet:

Lucio Capece - saxophone, bass clarinet
Krzysztof Guńka - saxophones
Anthony Pateras - piano
Deborah Walker - cello
Lizzy Welsh - violin
Mike Majkowski - double bass
Riccardo La Foresta - percussion

Tape Septet:

Scott McConnachie - saxophones
Aviva Endean - clarinets
Judith Hamann - cello
Anthony Pateras - electronics
Erkki Veltheim - violin
Jonathan Heilbron - double bass
Maria Moles - percussion

BOCIAN 2021

Czas na intrygujący spektakl muzyki współczesnej, cokolwiek rozumiemy pod tym tajemniczym szyldem. Będzie zatem koncept wymagający szczegółowego opisu, będzie coś na kształt prawykonania, i to na zacnym festiwalu, wreszcie moc bardziej niż udanych dźwięków. Będzie oczywiście twórca, kompozytor Anthony Pateras, będzie dzieło pod nazwą "Pseudacusis", a także aparat wykonawczy, i to podwójny.

Chronologia wydarzeń jest następująca - najpierw w Australii, w miejscu zwanym niezwykle frapująco (Gold Tony Love’s Audio Hell, Castlemaine), zagrał pewien septet (Tape Septet). Jakiś czas później, dokładnie 27 września 2019 roku, na 17. edycji Festiwalu Sacrum Profanum w Krakowie, wystąpił kolejny septet (Live Septet). Wedle wszelkich znaków na niebie, ziemi i w piekle, muzycy w Krakowie grali na żywo do nagrań pierwszego septetu, którego australijski strumień dźwięków słyszeli z taśmy. W opisie całego procesu nie padło słowo dyrygent, a jedynie kompozycja, zatem można przypuszczać, iż septet na żywo improwizował (według jakiegoś scenariusza?) do nagrań septetu z taśmy. Zwał, jak zwał - siedem części trwa na nośniku CD dokładnie 49 minut i 17 sekund. Poniżej relacja recenzenta, na poły zachwyconego słuchanymi dźwiękami, na poły istotnie skonfundowanego poznawczo.

Początek koncertu zdaje się być wyjątkowo delikatny, jakby artyści chcieli obiecać nam kameralną podróż po bezdrożach elektroakustyki. Przyszłość wszakże pokaże, iż nie jest to trop właściwy. Minimalizm, repetycja, bystry suspens, nieoczywiste frazy i pełna gotowość podwójnego aparatu wykonawczego, by zaskakiwać, to atrybuty tej części koncertu. Narracja sprawia wrażenie bardzo płynnej, przypomina rozhuśtaną mgławicę dźwięków, na ogół niedających się przypisać ani do akustycznych instrumentów, ani do ich post-elektronicznej postaci. Z każdą sekundą dość spokojnej opowieści rośnie wrażenie, iż dźwięk z taśmy stara się dominować na frazami, granymi przez żywe instrumenty. Pierwsza część urywa się bardzo gwałtownie i po chwili ciszy zostajemy wtłoczeni na dłużej w jeden strumień dźwiękowy, który jedynie od czasu do czasu przerywany będzie nanosekundami ciszy.

W trakcie trzeciej części instrumenty strunowe, te żywe i pewnie także te z taśmy, zaczynają intrygująco lepić post-ambientowy strumień dźwięków. Flow gęstnieje, zaczyna się zmysłowo syntetyzować i po czasie przeformatowywać w zwalisty dron. Na początku kolejnej części elektronika bierze sprawy w swoje zapocone dłonie i daje do wiwatu. Masywna, zwalista syntetyka drąży skałę. Szczęśliwe kolejna partycja kompozycji daje jakby nowe życie akustycznym dźwiękom. Mimo przewagi mocy nad fonicznymi subtelnościami, bez trudu przedostajemy się do części szóstej koncertu.

Tu koncepcja Paterasa stawia na intensywność - basowe plamy, wyjątkowo wzdęte saksofony i klarnety, pobłyskujące perkusjonalia, wreszcie mnogość akustycznych fraz, która zostaje natychmiast dekonstruowana strumieniem elektroniki. Monumentalność narracyjna godna pochwały, acz znacząco determinująca możliwości poznawcze odbiorcy. Oto konglomerat żywej akustyki zmiksowanej z nagraną akustyką, podlany gęstym sosem chwilami wręcz plądrofonicznej elektroniki. Im dalej brniemy w tę dźwiękową otchłań, tym bardziej mamy wrażenie, że arsenał dostępnych środków jest tu tak duży, iż mag kompozytor, mag nieistniejący dyrygent nie może zapanować na emocjami swojej nadkreacji. Wielka orkiestra pod batutą brnie aż do samego końca, a recenzent notuje w swym wygniecionym kajeciku, iż najbardziej podobał mu się pierwszy kwadrans koncertu w Krakowie.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Rimbaud - Rimbaud (2015)

Rimbaud

Tomasz Budzyński - voice
Mikołaj Trzaska - horns
Michał Jacaszek - electric power

Rimbaud

GRAM1502




By Bartosz Nowicki

Sama obsada twórców tego przedsięwzięcia może budzić ekscytację. Trzej niezwykle doświadczeni, utalentowani i uznani, także poza granicami naszego kraju muzycy: Mikołaj Trzaska, Tomasz Budzyński i Michał Jacaszek oddają hołd jednemu z bodaj najbardziej charyzmatycznych poetów w historii. Podziwianemu i znienawidzonemu Arthurowi Rimbaud. Ta mieszanka wybuchowa, która ponad miesiąc temu eksplodowała ze spodziewanym hukiem, zasłużenie wywołała wielkie emocje wśród słuchaczy i recenzentów. 

Ścieżka dźwiękowa przygotowana przez super-trio Jacaszek-Trzaska-Budzyński z pewnością obudziłaby Paryż, będąc adekwatnym akompaniamentem dla niesionego karnawałowym szałem pijanego korowodu, wylewającego się z zaułków i rynsztoków francuskiej stolicy, opisywanego z namiętnością przez Rimbauda ("Paryż się budzi"). Bluźnierstwo, pogarda dla piękna, zgniły oddech nieboszczyka, fascynacja brzydotą, dekadentyzm, witalizm i taniec śmierci, ujęty w kwiecistość słowa został przez muzyków przytoczony z przepychem, zamieniając bogactwo słów w bogactwo dźwięków.

Za stronę muzyczną tego przedsięwzięcia odpowiada przede wszystkim Michał Jacaszek, który po wyciszonym "Katalogu drzew" uderza tu z brutalnością, o którą do tej pory ledwie ocierały się jego solowe kompozycje. W aranżacjach nie brakuje stałych elementów jego producenckiego warsztatu, a posługuje się nim według tego samego modelu co w autorskich nagraniach, zderzając intymność ciszy z gwałtem hałasu. Preparowane lub zarejestrowane żywe instrumenty, (tu wyciszający i liryczny fortepian), po których z reguły następuje wybuch cyfrowego hałasu unoszonego transowym krokiem ciężkich dropów, to przepis ogrywany już na wiele sposobów przez Jacaszka. To również, wypisz wymaluj, schemat wydrenowanej już estetyki power electronics, której chyba najbardziej rozpoznawalnym ambasadorem jest Ben Frost.

W tym burzliwym zgiełku hałaśliwych faktur i przysadzistej motoryki świetnie odnajduje się Mikołaj Trzaska. O jego kunszcie niech świadczy fakt, że niemal w każdym z utworów posługuje się inną artykulacją, chętnie wymieniając klarnety z saksofonami. Zdarza mu się wręcz "ryczeć", aby przebić się pośród szalejących noise'ów Jacaszka ("Armata", "Jesteście fałszywymi murzynami"). Innym razem jego wypowiedź przybiera formę transowo-plemienną, idealną wręcz dla niskich skal klarnetu ("Potop"). Zaprasza też słuchaczy do dekadenckiego walca w "Matinee d'ivresse" i hipnotyzuje mięsistymi burdonami ("Phrases"). A pozostawiony mu skrawek przestrzeni wykorzystuje z niezwykła brawurą. 

W pierwszych chwilach na wieść o zawiązaniu się projektu Rimbaud i jego składzie personalnym, moje obawy skupiły się na obsadzie wokalu, za którym stanął inicjator całego przedsięwzięcia Tomasz Budzyński. To nie pierwszy przypadek, w którym aranżacja wokali, jak i sama barwa wokalistów w projektach z pogranicza sludge i power electronic budzi u mnie mieszane odczucia. Nie rzadko chcąc osiągnąć ekstremalną intensywność wokaliści w swoim zacięciu wypadają nazbyt groteskowo. Przykładem niech będzie grupa The Body i ich ostatni album "I Shall Die Here". Również wokalizy Budzyńskiego są motywem będącym dla mnie największym dysonansem projektu Rimbaud. W oswojeniu tego kluczowego elementu płyty nie pomaga na pewno afektacja, z jaką wokalista wyrzuca z siebie strofy poezji. Rozbuchana charyzma Budzyńskiego, przeniesiona żywcem z punkowego depozytu Armii, niebezpiecznie balansuje na granicy zmanierowania, przerysowania i patosu. Sęk jednak w tym, że trudno wyobrazić sobie lepszą interpretację awanturniczej poezji Rimbaud, niźli dramatyczny skowyt szaleńca, w jakiego wciela się Budzyński. Po kilkunastu przesłuchaniach zdołałem pogodzić się z jego manierą, co pozwoliło mi na pełniejszą i przyjemniejszą recepcję albumu.

Projekt Rimbaud łączy trzy wcale nie tak bliskie sobie muzyczne światy i jest poniekąd spełnieniem mojego marzenia o usłyszeniu kooperacji Bena Frosta z Matsem Gustafssonem. Michał Jacaszek z Mikołajem Trzaską owo wyobrażenie o sesji dwóch muzycznych rzeźników realizują z nawiązką. Sęk w tym, że w moim marzeniu nie było miejsca na głos. Ale to pomimo wokalnego skansenu, jaki w motoryczną estetykę power electronics wprowadza wokalista Rimbaud, właśnie on może czuć się największym beneficjentem sukcesu tej płyty. To na Budzyńskim bowiem spoczęła największa odpowiedzialność i to on jako pomysłodawca projektu, a przede wszystkim interpretator i wykonawca słów poety, został wystawiony jako pierwszy na krytykę. Odwaga artystyczna pozwoliła mu jednak zrealizować się w tak dla jego twórczości ekstremalnie odmiennych rejonach muzycznych. Świetna praca kolektywna z pewnością obroniła ten koncept, zamazując jego słabe punkty, pozwalając skupić uwagę na muzycznym rozmachu przedsięwzięcia.

Słowa Rimbaud chyba nigdy jeszcze nie wybrzmiały tak donośnie, bo nawet znany z upodobania do ekstremalnych form wyrazu John Zorn uciekł swoją interpretacją poezji Francuza w wykoncypowaną fabularyzację (Tzadik, 2012). Trio Budzyński/Trzaska/Jacaszek ze szczerością i charyzmą zrealizowało swój autorski plan, z tarczą wychodząc z konfrontacji z lawiną oczekiwań i wyobrażeń publiczności.

czwartek, 22 stycznia 2015

Jacaszek & Kwartludium - Catalogue Des Arbres (2014)

Jacaszek & Kwartludium

Michał Jacaszek - compositions, production
Dagna Sadkowska - violin
Michał Górczyński - clarinet & bass clarinet
Piotr Nowicki - grand piano
Paweł Nowicki - percussion

Catalogue Des Arbres (2014)


Touch TO 94

By Michał Pudło

Wspólny koncert Michała Jacaszka i zespołu Kwartludium w trakcie festiwalu Unsound z 2013 roku był pierwszą prezentacja materiału z "Catalogue Des Arbres". Pamiętam dokładnie atmosferę występu – elektroniczne płaszczyzny i nagrania terenowe kreowały organiczną wręcz przestrzeń, w ramach której instrumentaliści Kwartludium improwizowali, nawiązywali dialog i uzupełniali tkankę muzyczną odpowiednimi detalami. Niebagatelne znaczenie miały też wizualizacje – publiczność i sala koncertowa pokryte zostały zarysem leśnych koron z przebijającymi nieśmiało promieniami słońca. Ogólna urokliwość tuszowała lekkie potknięcia ze sprzętem, a może nawet kilka startych klisz i naiwnych rozwiązań właściwych gatunkowi (współczesna klasyka zbudowana na field recordingu). Wnioski nasuwały się same: Jacaszek wyraźnie skręca w stronę szeroko pojętego impresjonizmu i nieco bardziej złożonej kompozytorki.

"Catalogue Des Arbres" jest właśnie próbą przełożenia "impresji" na muzykę. Skąd tytuł i koncept albumu? Jacaszek nie ukrywa (bo wiele do ukrycia nie ma), że inspirował się dorobkiem Oliviera Messiaena, a raczej fragmentem jego dorobku – cyklem miniatur fortepianowych "Catalogue D'oiseaux", powstałym z fascynacji ornitologicznych. Messiaen był wyjątkowym przypadkiem w historii XX-wiecznej klasyki. Synestetyk, wybitny nauczyciel kompozycji, zafascynowany ptasimi trelami do tego stopnia, że najpierw, na początku lat 50., napisał krótką, przeznaczoną do ćwiczeń w konserwatorium kompozycję na flet i fortepian ("Le Merle Noir"), by następnie w 1958 roku ukończyć obszerny siedmioksiąg, zbierający transkrypcje ptasich melodii z różnych zakątków Francji.

Sednem albumu Jacaszka są terenowe nagrania poszumu rozmaitych gatunków drzew i roślin (francuskojęzyczne podtytuły utworów przeważnie dookreślają jakich). Skoro Messiaen katalogował ptasie trele, to czy możliwe jest katalogowanie dźwięków drzew? Wydobywanie ich dźwiękowej "tajemnicy"? Czy słuchacze mogą rozróżnić szelest dębu od brzozy? Dzikiego bzu od topoli? Skoro każdego dnia aura, wilgotność, prędkość wiatru płatają nam figle, odmieniają efekt pomiaru, są czynnikiem losowości? Inspiracja "Katalogiem ptaków" jest bardzo luźna również w tym znaczeniu, że Jacaszek, wbrew nazwie albumu, wcale katalogu tworzyć nie zamierza. Różnorodność i przetworzenie nagrań terenowych zwalniają słuchacza od przymusu zgadywania.

Gra polega raczej na rozbudzaniu wyobraźni. Tytuł utworu podpowiada "łąkę", co widzisz? Podpowiada "ogród", co widzisz? Jest też "księga jeziora", "królestwo dębów i brzóz". Drobne różnice unifikują "Catalogue…" – wytworzona w pierwszym utworze atmosfera, kiedy to ponad szumem topoli słyszymy rezonujący fortepian, ćwierkający klarnet i cytat z „L'alouette Lulu” (skowronek borowy, ptaszek z trzeciej księgi „Catalogue D’oiseaux”), ten liryzm i pewnego rodzaju majestatyczność, naiwność i afirmacja, zostają z nami do końca.

Jacaszek i muzycy Kwartludium wspomagają się fortepianowymi cytatami z „Catalogue D’oiseaux” i robią to w sposób inteligentny – nigdy nie cytują bezpośrednio fragmentów ptasiej transkrypcji, lecz sekwencje akordów, które budują tło miniatur (katalog Messiaena wcale nie składał się jedynie z ptasich trelów, lecz również rekonstruował środowisko). Co sprawia, że „Katalog drzew” korzysta obficie z messiaenowskiego języka – słychać to momentalnie. Niestety wszystko, co spłodził Olivier Messiaen, w obcych kontekstach pozostanie fundamentalnie messiaenowskie, a nawet przebije się na wierzch, jak w żadnym innym znanym mi przypadku. Pomimo oczywistego faktu cytowania, słuchając „Catalogue Des Arbres” trudno momentami pozbyć się wrażenia, że mamy do czynienia raczej z kompozycją Francuza w uproszczonej, elektronicznej oprawie, niż autorskim dziełem zainspirowanego Polaka.

W każdym razie powyższy zarzut to szczegół, który nie rzuca zbyt długiego cienia na „Katalog drzew”. Inną sprawą jest kwestia koncepcji. "Zestaw ośmiu pejzaży dźwiękowych – ukrytych, szemrzących pieśni moich ukochanych drzew" – mówi Jacaszek. Ale czy drzewa mogą opowiadać interesujące historie? Swego czasu John Cage wykonywał utwór na amplifikowane kaktusy (ale chyba nie były zbyt rozmowne). Album broni się dobrze jako próba ujęcia impresji w zgodzie z zasadami współczesnego, klasycyzującego improvu, ma też świetne momenty instrumentalne (brawo Kwartludium). Wydaje mi się jednak, że to na wysokości "Glimmer" Jacaszek złapał brzmienie, które windowało go do grona najbardziej wyjątkowych rodzimych producentów.

Zobacz też: