Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mazzoll Jerzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mazzoll Jerzy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 lipca 2026

Mazzoll Burnos Zieniawa - "Bromberger Strasse"


Mazzoll Burnos Zieniawa

Jerzy Mazzoll - klarnet basowy, metal klarnet
Szymon Burnos - keyboard, elektronika, nagrania terenowe
Liliana Zieniawa - perkusja

Album: "Bromberger Strasse"

Wydawca: Mazzoleum (2026)

Tekst: Piotr Banasiak

Polish Jazz Editor's Choice


Zaprawdę powiadam Wam – być może Album Roku.

Ale po kolei.

sobota, 9 maja 2026

Piotr Komosiński, Jerzy Mazzoll - "Pory"

Piotr Komosiński, Jerzy Mazzoll

Piotr Komosiński - kompozycje, kontrabas, pianino, kalimba, grzechotka, elektronika
Jerzy Mazzoll - klarnet basowy, klarnet metalowy, klarnet hebanowy A

gościnnie:
Franciszek Komosiński - pianino (2, 3, 7, 9, 13)
Ulka Murawko - wibrafon (10)
Waldemar Knade - altówka (8)

Album: "Pory" (2025)

Tekst: Maciej Nowotny

Polski jazz rozwija się nie tylko dzięki muzykom jazzowym, ale także dzięki ludziom przychodzącym z zewnątrz – z punka, alternatywy, folku, klasyki, elektroniki, nawet popu. Takie transfery są szansą dla jazzu na odnowienie języka, na uniknięcie pułapki petryfikacji, zamykania się w swoich ramach i zapatrzenia w chwalebną przeszłość. Jako przykłady można tu podać ostatnie płyty takich muzyków jak Maciej Gołyźniak, Waldemar Knade i właśnie Piotr Komosiński, o którym chcę opowiedzieć w tym tekście. Komosiński to basista, kompozytor, producent, obecny na naszej scenie już od 30 lat, który kilka lat temu zaczął zerkać na jazzową stronę mocy i albumem „Wietrzne historie” zdobył serca wielu jazzowych słuchaczy. W 2025 powrócił kolejną płytą zatytułowaną „Pory”, a tekst ten powstaje m.in. z powodu wydania tego krążka na winylu, a jazz na winylu to coś co tygryski lubią najbardziej, prawda?

piątek, 16 stycznia 2026

Szturomski / Wośko / Chamoun / Szczyciński / Mazzoll – „Ptaki Polski”

Szturomski / Wośko / Chamoun / Szczyciński / Mazzoll – 

Muzycy:
Michał Szturomski – elektronika, sampling, produkcja
Miłosz Wośko – instrumenty klawiszowe
Adeb Chamoun – instrumenty perkusyjne
Maciej Szczyciński – kontrabas
Jerzy Mazzoll – klarnety
Filip Kosior – narracja
Aleksandra Kornelia Maj – teksty popularnonaukowe

Tytuł płyty: „Ptaki Polski”

Wydawca: Requiem Records (2025)

Autor tekstu: Mariusz Olczyk


Ptaki Polski wymykają się jazzowej etykiecie – muzyka rozwija się tu zgodnie z logiką przyrody, niemuzycznego gatunku. To w pewnym sensie odwrócenie projektu „Sowy Polski. Podział gatunkowy”: tam solowa elektronika, tu wspólne muzykowanie i żywa improwizacja.

To projekt, w którym Michał Szturomski wraz z zespołem próbuje przełożyć strukturę natury na strukturę dźwięku. Ale nie wprost. Tu nie muzyka ilustruje ptaki, ale to ptaki inicjują muzykę, jakby to one otwierały okno.

poniedziałek, 9 grudnia 2024

Kulczycki / Mazzoll - Od kuchni (2024)

Kulczycki / Mazzoll

Rafał Kulczycki: fortepian kuchenny, zoom, mikrofalówka, ekspres do kawy, sałatka
Jerzy Mazzoll: klarnet basowy, klarnet B nierdzewn

"Od kuchni" 

wyd. Antenna Non Grata (2024)

Tekst: Szymon Stępnik

Mówi się, że Kind of Blue zostało zarejestrowane w ciągu jednego dnia, a Bitches Brew w ciągu zaledwie dwóch. Freddie Mercury napisał “Crazy Little Thing Called Love” leżąc w hotelu w wannie, a Elton John “Your Song” w 20 minut na kuchennym blacie. Czasem trzeba niewiele, by stworzyć wybitne dzieło, a wystarczy zarejestrować pierwotny pomysł, inspirację. Z takiego założenia wyszli Jerzy Mazzol i Rafał Kulczycki serwując nam intrygujący album “Od kuchni”.

Jak sama nazwa wskazuje, krążek został w całości zarejestrowany w kuchni któregoś z Panów (sądząc po tym, że to Rafał Kulczycki obsługiwał serwis do kawy i mikrofalówkę, miejsce należało chyba do niego). Poza muzyką słyszymy rozmowy, najczęściej dotyczące jakichś muzycznych poszukiwań. Czasem pojawiają się kobiety, które stanowią dla muzyków publiczność. Atmosfera jest luźna, żartobliwa. Słychać, że zgromadzenie dobrze czuje się w swoim towarzystwie.

Same utwory prezentują wysoki poziom, jak to w przypadku wszystkiego, co jest sygnowane nazwiskiem Mazzolla. Każda ścieżka jest inna i eksploruje zupełnie różne pomysły. Zdecydowanie najlepszą pozycją jest “Rondo”, które jest też najdłuższe na albumie.

Niestety, “Od kuchni” jest bardzo krótkie. Całość trwa zaledwie ok. 25 minut i pozostawia spory niedosyt. Mam wrażenie, że to swoiste “best of” przedmiotowej sesji nagraniowej, a słuchacz musi obyć się ze smakiem co do reszty. Wiele utworów mogłoby być fajnie rozwiniętych, podczas gdy na płycie urywają się w najciekawszych momentach.

Produkcja dźwiękowa również nie stoi na wysokim poziomie. Klarnet zdecydowanie wybija się ponad pianino, co momentami mocno irytuje. Z drugiej strony jest to niemal pół - amatorskie nagranie z miejsca, które nawet nie jest studiem muzycznym, także nie można posiadać wygórowanych oczekiwań.

“Od kuchni” to całkiem smaczne danie zaserwowane przez Mazzolla i Kulczyckiego. Nuty smakowe pojawiające się na albumie są intrygujące i różnorodne, choć momentami niektóre z nich zbyt bardzo górują nad innymi (wspomniane wyżej kwestie produkcyjne). Kiedy już spożyjemy go do końca, dochodzimy do wniosku, że mieliśmy do czynienia jedynie tylko z przystawką. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że panowie ugotują nam kiedyś jeszcze pełnoprawny album.


poniedziałek, 11 marca 2024

Mazzoll & Daktyle - "T...se T...se"

Mazzoll & Daktyle

Jerzy Mazzoll – klarnety, głos
Maciej Jaciuk – elektronika, daxofon
Marek Sadowski – elektronika, perkusjonalia

"T...se T...se"

Wydawca: Antenna Non Grata (2023)

Tekst: Maciej Nowotny


Od czasu do czasu człowiek, a nawet  recenzent może, ba, powinien sobie pozwolić na recenzję subiektywną i zdjąć maskę kogoś kto nie ma indywidualnych preferencji czy osobistych sympatii. I właśnie tę maskę zdejmuję dzisiaj chętnie przyznając, że Mazzolla osobiście znam, że właściwie od zawsze jego muzykę bardzo lubię i z niecierpliwością czekam na jego projekty, ponieważ to co jest w jego twórczości NIEZMIENNE to fakt, że nieustannie zarówno ta twórczość jak i sam artysta ZMIENIA SIĘ. W kraju, w którym najwybitniejsi jazzmani i jazzmanki to tacy, którzy od kilku dekad klepią ciągle to samo (chociażby i to brzmiało świetnie) to już jest BARDZO DUŻO.

Ale do rzeczy, jaki jest najnowszy album Mazzola? Oprócz Mazzola grającego na klarnetach, ale też używającego swojego głosu usłyszymy tu Marka Sadowskiego odpowiedzialnego za elektronikę, perkusjonalia, misy i Maćka Jaciuka także parającego się elektroniką, a poza tym efektami specjalnymi i posługującego się daksofonem. Nie ma co ukrywać, że cała muzyka obraca się tu wokół Mazzola, który jest szamanem odprawiającymi ze swoimi pomocnikami ten dziwny rytuał. Słowami kluczami mogącymi otworzyć drzwi do tej muzyki są: improwizacja, trans i rytm. Z jednej strony są to elementy stałe w twórczości tego artysty, z drugiej strony udowadnia on że oryginalość w muzyce to możliwość kreowania nieskończonych permutacji. Świeżość nagranie zyskuje tak dzięki spotkaniu różnych muzycznych indywidualności, a o zapraszanie ciekawych muzyków do swoich projektów Mazzoll bardzo dba, jak i dzięki temu że sam materiał jest wierną fotografią Mazzolla w tym momencie jego życia, tak artystycznego jak i osobistego.

Zrozumienie tego, że dla Mazzolla jak np. dla takiego późnego Coltrane'a granie jest zawsze czymś niesłychanie indywidualnym, zaproszeniem słuchaczy do przestrzeni osobistej, a jednocześnie doświadczeniem duchowym i transcendentalnym jest kluczem do czerpania tego co najlepsze z tej muzyki. Analizując  ją, rozbierając na poszczególne elementy, dekonstruując tracimy niestety to co najważniejsze czyli żywego człowieka spotykającego innych ludzi aby tu i teraz wydobywać z ciszy i zgiełku muzykę. Ten spontaniczny akt przemawia do słuchacza najlepiej wtedy, gdy towarzyszy mu odrobina wiary i chęci traktowania muzyki jako epifanii. Jeśli ktoś tego nie potrafi albo nie chce może tu słyszeć jedynie zestaw mniej lub bardziej kakofonicznych dźwięków, zagranych w nieco chaotyczny sposób i irytujących swoją powtarzalnością. Co byłoby opinią tyleż uprawnioną, co świadczącą o słuchaczach (a nawet wielu krytykach), którzy w naszych czasach traktują muzykę najczęściej jak tampon higieniczny, a nie jako część odwiecznego misterium człowieczeństwa.


poniedziałek, 5 lutego 2024

Waldemar Knade „Stories”

Waldemar Knade

Waldemar Knade – altówka (1,3-7,9,10,12,13,15,17), instrumenty klawiszowe (1-6,8-14,16,17), muzyka
Jorgos Skolias – śpiew, kompozycje i teksty (3,8,10,12-14)
Jerzy Mazzoll – klarnet basowy (1,6,8-10,14,15), klarnet metalowy (3,12)
Michał Rybka – gitara basowa (3,8,10,12,14)
Cezary Konrad – perkusja (1-3,6,8-15), instrumenty perkusyjne (6)

gościnnie:
Ewelina Wiżentas – śpiew (4), wokalizy (4,6,17)
Łukasz Fijałkowski – gitara (1,9)
Bogdan Mizerski – kontrabas (7)
DJ Paulo B.O.K. – scratch (8)

„Stories” (2023)

Tekst: Maciej Nowotny

Jak grom z jasnego niebia: tak mniej więcej wyglądało moje spotkanie z muzyką Waldemara Knade. I czuję się nieco zawstydzony tym, że jego nazwisko słyszę po raz pierwszy. Jendak wielu czytelników tego bloga i wielbicieli jazzu może się znaleźć w podobnej sytuacji, zatem zanim podzielę się z Wami wrażeniami z odsłuchu tej muzyki, kilka informacji o samym twórcy. Knade z wykształcenia jest muzykiem klasycznym i posługuje się bardzo rzadko w jazzie spotykanym instrumentem czyli altówką. Przez kilkanaście lat pracował w bydgoskiej filharmonii jako muzyk orkiestrowy, ale oprócz tego trochę jak Dr Jekyll, wieczorami nocami wiódł zupełnie inne muzyczne życie. Oprócz muzyki klasycznej interesował go bowiem rock i jazzowo-rockowe pogranicze. Trudno mi było w naszej krótkiej rozmowie odtworzyć meandry jego zainteresowań i kariery poza muzyką klasyczną, ale pojawiają się tam takie nazwy klucze jak Labolatorium, Włodzimierz Kiniorski, Milo Kurtis, Bogusław Raatz czy Krzysztof Ścierański. Jakoś te muzyczne peregrynacje, chociaż rozciągnięte w czasie i z zewnątrz wyglądające na nieco chaotyczne, musiały być ważne, bo pozwoliły zebrać doświadczenia, nawiązać garść istotnych relacji osobistych i wykrystalizować pewne idee. Ale jak stwierdza sam Knade właściwie dopiero po zakończeniu kariery muzyka, w momencie przejścia na emeryturę, mógł zostawić za sobą bagaż wykształcenia i zacząć grać muzykę, którą kocha najbardziej, spontaniczną, płynącą prosto z serca.

Impulsem był zakup syntetyzatora marki korg. Z jednej strony to prosty instrument, ale dający niemal nieograniczone możliwości eksperymentowania z brzmieniem i właśnie tego instrumentu na płycie jest najwięcej, a nie altówki. Z pomocą prostych dźwięków syntetyzatora udało mu się wyczarować fascynujący i zaskakująco spójny dźwiękowy świat. To co sprawia, że jest on unikalny to brzmienie. Obcowanie z tą muzyką przypomina zanurzenie się w ciemnej, gęstej wodzie wypełniającej niezwykle głęboką jaskinię. Oprócz autora muzyki i grających, a także śpiewających artystów słowa uznania należą się zatem także miksującemu materiał Mirosławowi Worobiejowi, który nie tylko nie uronił z muzyki ani nuty, ale potrafił oddać magię przestrzeni, która ją ożywia, być może dzięki temu, że była nagrywana w niezwykłych pod względem akustycznym pomieszczeniach Pałacu w Lubostroniu.

Jednak kluczem do sukcesu tego projektu, oprócz unikalnej wybraźni autora, który umiejętnie połączył wrażliwość muzyka o klasycznym wykształceniu, z doświadczeniem pisania i grania muzyki teatralnej, a także fascynacją jazzrockiem, było zaproszenie do współpracy niezwykłych gości. Największy wkład wnieśli Cezary Konrad grający na perkusji, Jerzy Mazzoll na klarnecie basowym i operujący swoim głosem Jorgos Skolias. Szczególnie obecność Skoliasa sprawiła, że muzyka zyskała oniryczny, duchowy, transcendentalny wymiar. Chociażby  jak w zdumiewającej pieśni "Mehri Tora", gdzie głos Skoliasa, wibrujący od emocji, sprawia że chociaż znaczenia śpiewanego po grecku tekstu możemy sięe tylko domyślać (wg Knade tekst mówi o trudnej relacji z ojcem), to jednak czujemy że emocje są bardzo nam bliskie, pierwotne i zrozumiałe.

W rezutacie dostaliśmy niezwykle osobistą płytę, gdzie tak zaproszeni muzycy jak i pozostali goście (np. wspaniała w piosence "Anioł Pański" wokalistka Ewelina Wiżentas), dodali swoją część tworząc jazzrockową czarną operę jakich dawno w Polszcze nie słyszano. Jest tu przestrzeń, jest dźwięk, jest wolność, pokazująca że muzyczna młodość nie ma nic wspólnego z wiekiem metrykalnym. To pozwala mi mieć nadzieję, że ten "grom z jasnego nieba" nie będzie zjawiskiem jednostkowym, a Waldemar Knade na dłużej i z równym artystycznym sukcesem gościć będzie na bliskiej memu sercu jazzowej niwie.


piątek, 24 lutego 2023

Jerzy Mazzoll - Być (2022)

Jerzy Mazzoll

Jerzy Mazzoll – klarnety, flet, głos
Michał Szturomski - aranżacje, gitary el., syntezatory, sampling, perkusjonalia, field recording

Gościnnie:
Miłosz Wośko - fortepian, organy
Franciszek Pospieszalski - kontrabas
Piotr Machałowski - gitara basowa
Igor Nikiforow - perkusja
Artur Chaber - instr. perkusyjne

Być (2020)

Wydawnictwo: Wytwórnia Krajowa

Tekst: Piotr Banasiak

" ... prawda, że piękne? Śpiewał niezapomniany Mieczysław Fogg. A teraz o uwagę prosimy Panią Halinę Kozłowską z Pszczyny. W dniu 70 urodzin... (...) ...a dla Szanownej Jubilatki wybraliśmy tak lubianego przez państwa Jerzego Mazzolla! Będzie to utwór ze szlagierowego albumu "Być" pod tytułem..." STOP! Pobudka! A w zasadzie... do diaska, właściwie dlaczego nie??? Ale najpierw zajrzę do pamiętnika.

Upalny lipiec 1988. Leżę przed namiotem na Polanie Śnieżnej w Międzygórzu, przeglądam Magazyn Muzyczny, a w nim artykuł o wielce obiecującej gdańskiej kapeli Snukaski. Ze zdjęcia patrzy na mnie hardo i wyzywająco pewny siebie dziewiętnastolatek. Jaszcze nie wiem, że to Pan Jerzy. Ale za kilka lat się dowiem.

Chłodnawy maj 1997. Yass jest już zjawiskiem powszechnym, Bydgoski "Mózg" miejscem kultowym, a Mazzoll artystą ikonicznym, z poważnym dorobkiem, w którym jak diament błyszczy album "a". Zbieram wszystko, w czym Pan Jerzy się pojawia, najpierw na kasetach.. później na CD.. Mogę Go zobaczyć w tv, poczytać o Nim w różnych TylkoRockach i innych Machinach, a nawet w legowisku ówczesnej awangardy i podziemia - JazzForum. Mazzoll & Arythmic Perfection z Kazikiem. Tak. Byłem w "Eskulapie" na tym koncercie. Legendarny, transcendentalny gig. Ale ja wyszedłem z niego zły. Przez całą sztukę mój Idol siedział, a potem stał - niezmiennie odwrócony do mnie czterema literami. Do mnie! Po koncercie, obrażony, powiedziałem Mu: "oooo Ty Mazzollu jeden Ty!". Tak Mu powiedziałem! Tzn. w myślach Mu powiedziałem. Rozumiecie, Mazzoll chłop wysoki, krewki i bezpośredni. Jeszcze bym w zęby zarobił. Poza tym, gdzie w tamtych czasach by mnie yassowe goryle przed Mazzollowe oblicze dopuściły...

Obrażony czy nie, przez kolejne dekady śledziłem Artystę: co u Niego, co nagrywa, z kim koncertuje, z kim ma znowu na pieńku itd. itp. I tak Pan Jerzy swoją pełną meandrów drogą życiową, swoim talentem, bezkompromisowym i niezłomnym charakterem na mój szacunek i podziw wieczny zapracował.

No i mamy lato 2022, a ja słucham najnowszego Mazzollowego dzieła. Jakże dalekiego od Jego wieloletnich podróży bezdrożami awangardy, labiryntami harmonii i obrzeżami sonorystyki. Jakże pełnego harmonii, ducha i piękna. Pierwszy wniosek: drodzy Państwo, wydaje mi się, że Pan Jerzy po prostu ponownie się zakochał. W żonie się zakochał - na dodatek we własnej żonie! W potomstwie się zakochał, w rodzinie. W całym świecie się zakochał, w ludziach się zakochał. Co tam - nawet i siebie chyba trochę bardziej polubił. A słuchając tych kilku krótkich urywków z field recordingu, które porozrzucane tkwią w różnych miejscach albumu i widząc, gdzie zostały nagrane, nasuwa mi się drugi wniosek. Otóż przypuszczam, iż Pan Jerzy odkrył, że Ktoś tam na górze też bardzo Go lubi. Na dodatek ten Ktoś postawił na Jego drodze Michała Szturomskiego.

Pan Szturomski już od lat pisze własną, niezależną, ciekawą historię - jako muzyk i producent. Jeśli dobrze pamiętam, obaj artyści spotkali się w intrygującym projekcie dźwiękowym Provinz Posen, które to spotkanie dobrze wróżyło na przyszłość. W efekcie dostaliśmy teraz album "Być", a mnie w trakcie odsłuchu nasuwa się trzeci wniosek: Panowie - wyście się ze świecą szukali! Posłuchajmy zatem, cóż wyszło ze spotkania talentu, intuicji i pracowitości Pana Michała z niespokojnym duchem i charyzmą zakochanego Pana Jerzego.

Elektronika i najnowsze technologie w symbiozie z baterią Mazzolowych instrumentów dmuchanych to żadna nowość. Pan Jerzy od lat już jest z tym za pan brat, ale porównajmy "Być" choćby z poprzednim "Mazzboxxem". "Mazzboxx" to Pan Jerzy poszatkowany i zdekonstruowany, a Jego improwizacje to materiał genetyczny, z którego Igor Pudło stworzył zupełnie nową samplowaną jakość. "Być" to Pan Jerzy naturalny, mistrz ceremonii w pełnej krasie swojego kunsztu.

Pan Szturomski zdecydowanie dał Mazzollowi pograć, sam zapewniając w tle dyskretny akompaniament. I rytm. Wszechobecną, transową, ale bardzo "miękką" konstrukcję rytmiczną, amalgamat ambientowo modulowanej elektroniki i akustycznych perkusjonaliów. W mojej pamięci od razu otwiera się zakurzona szuflada z dokonaniami The Orb, lub z dubowym katalogiem wytwórni Universal Egg. Wrażenie to potęguje fantastyczna, przestrzenna gra Szturomskich gitar i syntezatorów oraz fortepianowe impresje Pana Wośko. Jednak nie ma co żałować, że Mazzoll 30 lat temu nie spotkał się z Orb-ami. Alex Paterson Mazzolowi nie jest potrzebny, bo ma za partnera pomysłowego Pana Szturomskiego. A czy Mazzollowi potrzebny jest Jah Wobble? Otóż także nie, albowiem ma Pana Franciszka Pospieszalskiego - mojego "cichego bohatera" na tej płycie. Pan Franciszek nakontrabasował w poszczególnych kawałkach melodyjne, zwięzłe figury, które wraz z perkusjonaliami zapewniają świetny, dubowy, pulsujacy fundament kompozycji. Wszystko znakomicie wyważone tak, aby nie rozpraszać mojej uwagi skupionej na Mazzollowych klarnetach i fletach.

Mazzollowa gra na tym albumie to oś narracji i niespieszne opowieści, z powoli rozwijającą się melodią, zaśpiewami i melizmatami. Mam wrażenie, jakby Pan Jerzy deklamował jakiś wewnętrzny osobisty poemat. I czuję jakąś trudną do zdefiniowania, a częstą u Mazzolla "wschodniość". Chwilami pojawiają mi się w głowie bałkańskie multanki, armeński duduk, a czasem poranna mgła w naszych Lipcach Reymontowskich... Generalnie coś, co P.W. Roberts nazwał kiedyś "Imperium duszy" i nie tyle chodzi mi o geografię, co o tę "duchowość". Poszukiwanie wewnętrznej harmonii, ładu i piękna. Poszukiwanie pokoju duszy. I poszukiwanie MELODII, która tę harmonię, piękno i pokój potrafi WYRAZIĆ. Dużo o tym mówią charakterystyczne tytuły poszczególnych utworów, w rodzaju: "Pani Bycia I Śmierci", "Książę Tego Świata I Nic", "Niebo Ziemia Słońce". Będąc z pozoru jednoznacznymi, pozostawiają słuchaczowi pole do interpretacji - do wolnej improwizacji myślowej.

Na "Być" nie ma miejsca na gwałtowne zwroty akcji; utwory i melodie zawiązują się jakby niepostrzeżenie, zaś kończą rozpływając się, rozrzedzając wśród pogłosów. Muzyka po prostu płynie. Większość kompozycji w molowej, zbliżonej tonacji i zbliżonym tempie, osnuta często na jednym akordzie. Mogło by to powodować wrażenie monotonni, gdyby nie umiejętne urozmaicenie repertuaru krótkimi, dość surowymi brzmieniowo interludiami Pana Jerzego, nagranymi a to w starej cegielni, a to w ruinach młyna, a to w niewielkim kościółku... Ten zabieg wyostrza jedynie uwagę słuchacza, nie przerywając medytacji nad sprawami życia i ducha.

Kolejne odsłuchy pozwalają wyłuskiwać wysublimowane smaczki, wzbogacające płytę, takie jak pastoralne intro organów na początku "Po Chęci Życia Kruche Ślady". Albo kilka pomysłowych dogrywek klarnetu, dzięki którym np. w "Milczącej Mowie Ciała" słyszę piękną polifoniczną frazę. Albo ten trik, kiedy w 3 minucie "Nawiedzeni Przez Sen", po chwilowym zawieszeniu tempa, Pan Franciszek proponuje nowy riff na kontrabasie. Człowiek już sobie wyobraża jak to będzie wyglądać dalej, kiedy instr. perkusyjne nagle wchodzą gdzieś tak w jednej czwartej taktu, w jednej czwartej basowej frazy i ta różnica w punktowaniu akcentów daje olśniewający, dynamiczny efekt! Znakomite.

Nie ukrywam, że mam w tym zestawie mojego prywatnego faworyta, jest to nieco szybszy od pozostałych "W Jednej Chwili Miłość I Amnezja". Słuchając go zastanawiam się, ile zyskaliby muzycy Zion Train, gdyby 30 lat temu zaprosili Pana Jerzego wraz z klarnetem na płytę "Natural Wonders Of The World In Dub". To jest to samo zrozumienie tętna, motoryki, przestrzenności, dźwiękowej oszczędności, oddechu. Tyle, że Zioni zostali z samym pulsującym i transowym tłem. A my mamy piękną Mazzollowa improwizację, a w drugiej części rozedrganą syntezatorową mgłę Pana Szturomskiego, echo Wośkowego piana i ponownie zdawkowy a jakże celny Pospieszalski basowy groove . Techno może być piękne. Co ciekawe, przy każdym odsłuchu tego dzieła wyświetla mi się w głowie pewna fabuła, praktycznie gotowy videoklip. Bardzo zaskakujący. Szczegóły zachowam dla siebie, ale mam nadzieję, że kiedyś spotkam osobiście Pana Jerzego i Mu opowiem, co widzę. Może tym razem goryle dopuszczą...

No dobrze, ale czy ten album ma coś do zaoferowania przypadkowemu słuchaczowi, czy wręcz kompletnemu troglodycie, któremu zupełnie obce jest to wszystko, co powyżej opisałem i któremu kompletnie powiewają Mazzollowe przesłania? Ha! Pamiętacie może, jak w TVP około '90 - '91 w przerwie między programami nadawano kilkuminutowe teledyski z zaśnieżonymi tatrzańskimi widoczkami? Wtedy w podkładzie słyszeliśmy "Belladonnę" Andreasa Vollenweidera. Otóż śmiem twierdzić - i tutaj proszę Pana Jerzego, żeby nie rzucał kapciem w ekran, nie doczytawszy do końca - że większość utworów z "Być" znakomicie sprawdziłaby się jako ilustracja do takich obrazów. Jako ambientowe tło w parkach, terminalach pasażerskich, albo - napiszę to! - w marketach. Dawniej nazywano to sound library music. Mazzollowa muzyka odarta z jakichkolwiek znaczeń, przesłań i kontekstów, sprowadzona jedynie do bezwzględnego strumienia dźwięków, będzie nadal dziełem sztuki i da ludziom oddech, przestrzeń i piękno. I do telewizyjnego koncertu życzeń też się nada. Tę uniwersalność uważam za ogromny atut i wielką wartość albumu "Być".

Jeszcze jedno przemyślenie. Dość często w kontekście "Być" przywołuje się płytę "a" Mazzollowego Arythmic Perfection. Moja intuicja podpowiada mi jednak silne nawiązanie do albumu "Responsio Mortifera". Obie płyty "odczuwam" jako bardzo osobiste, dogłębne, sensualne wypowiedzi Artysty. Tutaj pozwolę sobie na odważną interpretację, odwołując się do poezji Jana Kasprowicza. "Responsio Mortifera" to dla mnie Mazzollowe "Dies Irae". Zaś "Być" to gotowy soundtrack pod Kasprowiczowe liryki z okresu franciszkańskiego. Tak to widzę i proszę Pana Jerzego o wybaczenie, jeśli totalnie zabłądziłem. I jeszcze jedno. Na obu płytach słyszymy głos Mazzolla, tyle że na "Być" to są tylko strzępy, sylaby, głoski. Na pierwszy rzut ucha pełniące rolę taką, jak scratch w hip-hopie, ale kto wie? Może to są wycinki bardzo poważnych rozmów? Bo Mazzoll na byle co języka nie strzępi... Niemniej te urywki głosowe dają mi znać: "jestem człowiekiem, to moja muzyka, jestem teraz tutaj z tobą, gram dla ciebie". I tyle wystarczy.

Spoglądam znowu na zdjęcie młodego Mazzolla w tamtej gazecie sprzed 35 lat, potem na twarz doświadczonego życiowo Artysty patrzącą z okładki "Być"... Pan Jerzy jest już na takim etapie, że gra i nagrywa co chce i z kim chce. Ze mną jest już dawno rozliczony. Ale niech gra mi jak najdłużej. A jeśli przypadkiem ma w planach dalszą współpracę z Panem Szturomskim... Będę czekał cierpliwie!


środa, 27 października 2021

Mazz Boxx - Mazz Boxx (2021)

Mazz Boxx

Jerzy Mazzoll – kompozycje, klarnet basowy, klarnet metalowy, tarogatoIgor Pudło – produkcja, programowanie, miks, aranżacje

Mazz Boxx (2021)





tekst: Maciej Nowotny

Historia powstania tej płyty jest niezwykła i uświadamia mi jak bardzo technologia wpływa na rozwój muzyki, a w szczególności jazzu. Gdyby nie płyty długogrające jazz prawdopodobnie długo nie wyzwoliłby się z tyranii kilkuminutowej piosenki. Gdyby nie płyta CD i jej niewielki koszt wydanie płyty, debiut, muzyka awangardowa i niszowa nigdy nie stałyby się czymś tak powszechnym jak są obecnie. Muzyka w formie plików i streaming zaś umożliwiły posiadanie niemalże całej płytoteki jazzowej kiedykolwiek nagranej i wydanej w trzymanym w kieszeni telefonie. Nie mniej rewolucyjne zmiany zaszły w dziedzinie produkcji muzyki. Domowe narzędzia do miksowania osiągnęły poziom profesjonalny, a producenci stali się tak wpływowi i kreatywni, że zyskali status równy muzykom grającym na instrumentach czy posługującym się swoim głosem. Najdziwniejsze jednak było to, że udało sie im także wkroczyć na terytorium kompozycji dzięki wykorzystaniu narzędzi do kopiowania fragmentów nagranej muzyki, ich elektronicznego przetwarzania, miksowania, zapętlania i tak dalej. Ta rewolucja trwa i całkowicie zmienia nie tylko nasze doświadczenie muzyki, ale i nasze muzyczne potrzeby.

Igor Pudło znany pod pseudonimem "Boxx" jest jedną z czołowych postaci tego nurtu w Polsce. Współtworzy z Marcinem Cichym słynny nu-jazowy duet "Skalpel", który zasłynął innowacyjnymi miksami opartymi o motywy polskiej muzyki jazzowej, które wydała kultowa wytwórnia Ninja Tune. Takie ich krążki jak np. "Breslau" wywołały zachwyt nie tylko w Polsce i były słuchane przez tysięce słuchaczy na całym świecie. Z kolei Jerzy Mazzoll to kontrowersyjna legenda polskiego yassu, którego zespoły takie jak Arhytmic Perfection tworzyły historię  polskiej alternatywy. Od tamtej pory stale kroczy swoją własną drogą nie przestając w kolejnych swoich projektach zaskakiwać swoich słuchaczy stylistycznymi zmianami, a także poszukiwaniem czegoś nowego i aktualnego.

Z takiej perspektywy spotkanie tych muzyków wydaje się czymś naturalnym. I stało się tak, że około dekadę temu w czasie serii koncertów z różnymi muzykami Mazzoll nagrał materiał akustyczny i przekazał go Igorowi do zmiksowania. Ten wykonał miksy, poddając bardzo daleko posuniętemu przetworzeniu materiał akustyczny. Zatem ci, którzy uwielbiają styl Skalpela odnajdą tu znaną sobie transowość, taneczność i ambientowy charakter. Z kolei ci, którzy cenią styl Mazzolla też nie będą zawiedzeni. Nagranie bowiem ma ten pazur charakterystyczny dla muzyki alternatywnej, a dodatkowo pewną oniryczność i chropawaść tak charakterystyczną dla Mazzolla, która sprawia że słuchając jego muzyki mamy wrażenie obcowania z czymś autentycznym i duchowym, a nie tylko kolejnym nagraniem muzyki rozrywkowej.

Tym bardziej zaskakujące jest, że mimo tak wysokiego poziomu tego nagrania, które - moim skromnym zdaniem - jeśli chodzi o polski ambient jazz z miejsca wjeżdza do czołówki tego typu albumów w polskim jazzie w całej jego historii, artyści czekali 10 lat z jego wydaniem! Gotowa w 2011 zostaje zatem wydana w tym 2021 roku i jaki nie byłby powód tej zwłoki, to że mimo upływu czasu album dalej brzmi niezwykle atrakcyjnie, swieżo i aktualnie, stanowi kolejny dowód jak znaczącym jest osiągnieciem dla obu muzyków. Szczególnie, że w tym nurcie jazzu - transowego, progresywnego i zawierającego element taneczny -  tak popularnym na całym świecie i kochanym przez słuchaczy, nie mamy niestety w Polsce specjalnie wiele ciekawego do zaoferowania. Szczerze zatem polecam ten krążek uwadze tak słuchaczy jak i młodych muzyków, a także DJów, bo szkoda że muzyki w tym gatunku i tej klasy powstaje w naszym kraju tak niewiele.

poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Premiera nowej płyty Jerzego Mazzolla i Igora Pudło "Mazz Boxx" już 3 września!!!


Wymiar artystyczny wspólnej płyty Jerzego Mazzolla i Igora Pudło jest sprawą doniosłą – dwóch tytanów polskiej muzyki improwizowanej i elektronicznej spotyka się na jednym wydawnictwie sygnowanym nowym, ale bardzo czytelnym szyldem. Jerzy Mazzoll tak wspomina genezę projektu: "W 2008 roku zagrałem kilka ciekawych koncertów w różnych składach - część z nich szczęśliwie udało się zarejestrować. Materiałów było jednak sporo, bo około dziesięciu godzin, dlatego też niełatwo było mi zająć się ich edycją, a jeszcze trudniej się z nimi rozstać... Po naprawdę wielu perypetiach, wstępnie podzielona na quasi-utwory muzyka końcem 2010 roku trafiła w końcu do Igora..."

"Znaliśmy się już wtedy z Jerzym, mieliśmy za sobą wspólne projekty, a z przekazanych przez niego materiałów miałem wyselekcjonować muzykę na ewentualny album koncertowy. Mój wybór okazał się jednak bardzo radykalny, bo dokonałem całkowitej dekonstrukcji tego materiału, a potem w ciągu kilku tygodni stworzyłem z tego całkiem inne utwory" – dodaje Igor Pudło.

MazzBoxx jest wielowymiarowym projektem, na który składa się zarówno charakterystyczny, niezwykle oryginalny styl komponowania oraz wirtuozerska, nieprzewidywalna gra Mazzolla, jak i producenckie wizjonerstwo, z którego słynie Igor Pudło. Artysta muzykę zawartą na płycie "MazzBoxx" umieszcza jednak poza kontekstem osobistym i ramami temporalnymi: "Odbieram tę muzykę w oderwaniu od siebie i od czasu, w którym powstała. Jej specyfika jest pozaczasowa, gdyż na płycie przecinają się różne elementy składające się na wspólne dzieło: indywidualny styl kompozycji Jerzego uchwycony w scenicznych realiach oraz jego obróbka w cyfrowym środowisku."

Może ciekawić fakt, że płyta była gotowa już w 2011 roku i musiało upłynąć aż 10 lat, żeby doczekała się swojej premiery. Dlaczego? "Nie mieliśmy żadnej strategii i nie podejmowaliśmy żadnych pochopnych decyzji w sprawie wydania tego materiału… Płyta po prostu czekała na swój moment i jesteśmy z tego faktu bardzo zadowoleni" – podsumowuje Mazzoll.

Skład:

Jerzy Mazzoll – kompozycje, klarnet basowy, klarnet metalowy, tarogato

Igor Pudło – produkcja, programowanie, miks, aranżacje

mastering - Paweł Ładniak

projekt okładki - Alicja Dopierała

Na płycie wykorzystano fragmenty archiwalnych nagrań koncertowych w których udział wzięli m.in.: Joanna Duda (fortepian), Piotr Rachoń (fortepian), Ju Ghan (kontrabas), Piotr Podgórski (perkusja), Filip Danielak (perkusja) i Tomasz Antonowicz (instrumenty perkusyjne).

czwartek, 31 grudnia 2020

Mitchell/Mazzoll/Janicki/Janicki - Four Sure (2020)

Mitchell/Mazzoll/Janicki/Janicki

Roscoe Mitchell - saxophones
Jerzy Mazzoll - bass & metal clarinets
Sławek Janicki - double bass
Qba Janicki - drums, percussion, electronics

Four Sure



MZM-12CD

By Piotr Wojdat

Czas podsumowań końcoworocznych zbliża się dużymi krokami, przygotowania ruszyły pełną parą, a o wspólnym wydawnictwie żywej legendy chicagowskiego jazzu Roscoe Mitchella i naszych muzyków wywodzących się ze sceny yassowej jak na razie jest wyjątkowo cicho. Być może to tylko dlatego, że album, który mam przyjemność omawiać na łamach bloga Polish Jazz, ukazał się dopiero pod koniec listopada i w natłoku innych płyt wciąż czeka na swoją kolej. Mam jednak nadzieję, że z każdym kolejnym dniem będzie o nim bardziej głośno, bo muzyka zawarta na "Four Sure" według mnie na to zdecydowanie zasługuje. Jestem przekonany, że nie pozostawi też nikogo obojętnym. I to nawet, jeśli w przypadku niektórych słuchaczy jej odbiór będzie tylko chłodny.  

Roscoe Mitchell jest prawdziwym nestorem i, nie bójmy się użyć tych słów, żywą legendą muzyki jazzowej. Zapracował na to miano jak mało kto - jest aktywny od lat 60. i ma na koncie wiele znakomitych nagrań podpisanych własnym imieniem i nazwiskiem oraz wydanych z zespołem Art Ensemble Of Chicago. Był także czołową postacią ruchu AACM (Association for the Advancement of Creative Musicians), który stał się trampoliną dla wielu wybitnych afroamerykańskich muzyków w rodzaju Anthony’ego Braxtona, Freda Andersona czy Muhala Richarda Abramsa. Dzięki temu artyści spod znaku AACM w niełatwych czasach mogli z większym powodzeniem rozwijać swoje koncepcje artystyczne w duchu muzyki kreatywnej czerpiącej ze spuścizny jazzu, muzyki współczesnej i etnicznej. Roscoe Mitchell był wyróżniającą się postacią tego ruchu i po dziś dzień koncepcje tej organizacji artystyczno-obywatelskiej znajdują odzwierciedlenie w jego twórczości.    

Chicagowski saksofonista ma za sobą dobry rok. Tak się jednak złożyło, że był to czas, w którym artysta wydawał muzykę nagraną z awangardowymi orkiestrami. Zarówno "Distant Radio Transmission" zarejestrowane z Ostravską Bandą, jak i "Splatter" są jednak trudne w odbiorze, momentami nawet męczące i raczej traktowałbym je jako ucztę dla intelektu. "Four Sure" sytuuje się w zasadzie na przeciwnym biegunie twórczości Mitchella i jest niejako jego powrotem do bardziej spontanicznego, intuicyjnego i żywiołowego grania, gdzie duch AACM wydaje się cały czas obecny. 

Duża w tym zasługa naszych muzyków: klarnecisty Jerzego Mazzolla, kontrabasisty Sławka Janickiego i perkusisty Qby Janickiego, którzy często sięgają po, zachowując proporcje, komunikatywne środki wyrazu i jednocześnie potrafią budować wciągającą opowieść nawet na zaledwie jednym czy dwóch dźwiękach. Masywne, intensywne tło za sprawą charakterystycznego, dronującego brzmienia klarnetu Mazzolla stymuluje ekspresję muzyków, odrealniając nieco kompozycje, które w efekcie nabierają specyficznego, transowego zabarwienia. Zresztą wszyscy trzej to artyści, którzy kreatywność mają we krwi, znają się od wielu lat i konsekwentnie pokazują, że idee artystyczne trójmiejskiej i bydgoskiej sceny yassowej były i są bliskie artystom z Chicago. W rezultacie współpraca między Mitchellem a polskimi muzykami przebiega w doskonałej symbiozie i jeśli skupić się tylko i wyłącznie na wątku improwizacji, całość zaskakuje niezwykle spójną strukturą, płynną narracją i gęstą materią dźwiękową. 

W przypadku "Four Sure" warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden kontekst - nadzwyczajnego porozumienia yassowców z muzykami związanymi z Art Ensemble Of Chicago. Ćwierć wieku temu zespół Miłość z dużym powodzeniem występował z trębaczem Lesterem Bowiem i dorobił się nawet dwóch płyt: "Not Two" oraz "Talkin’ About Life And Death". W 2015 roku Roscoe Mitchell wraz z Jerzym Mazzollem, Sławkiem i Qbą Janickim zagrali w ramach 11. edycji Mózg Festival. Materiał został zarejestrowany, przeleżał aż 5 lat, ale doczekaliśmy się i w końcu ujrzał światło dzienne. "Four Sure" to znakomity album, który potwierdza, że improwizowany jazz może być muzyką pełną werwy i energii, a do tego może też być zagrany bez jakiejkolwiek spiny i napuszania się. Przy okazji to świetny muzyczny dokument i dowód na to, że historia czasami lubi zataczać symboliczne koło.

sobota, 21 listopada 2020

Sławek Janicki - Favorite Duets (2019)

Sławek Janicki

Sławek Janicki - double bass
David Moss - vocal, percussion (1)
Nicola Hein - guitar (2)
Mark Feldman - violin (3)
Peter Brötzmann - tenor saxophone, tarogato (4)
Kazuhisa Uchihashi - guitar (5)
Jerzy Mazzoll - bass clarinet (6)
Sainkho Namtchylak - vocal (7)


Favorite Duets

MÓZG FOUNDATION 2019

By Andrzej Nowak

Sławek Janicki, kontrabasista, z pewnością jeden z dwóch najbardziej charakterystycznych dla "Muzyki z Mózgu" artystów, na krążku o wszystko mówiącym tytule "Favorite Duets", prezentuje siedem improwizacji (jedna studyjna, sześć koncertowych), poczynionych w latach 2017-2019 z muzykami, których szczególnie ceni i lubi. Po kolei będą to: David Moss, Nicola Hein, Mark Feldman, Peter Brötzmann, Kazuhisa Uchihashi, Jerzy Mazzoll i Sainkho Namtchylak. Odsłuch całości zajmie nam 44 minuty i 9 sekund.

Zaczynamy od duetu z Davidem Mossem, który używa głosu i perkusjonaliów. Masywne pizzicato kontrabasisty i równie wyraziste wyczyny wokalisty, który początkowo wydaje dźwięki scatem lub techniką, która zdaje się być do niego bardzo zbliżona. Na granicy melorecytacji, z całym bagażem historii improwizowanych dźwięków wprost ze strun głosowych Phila Mintona. W dalszej części utworu dostajemy także garść preparacji na strunach kontrabasu i ekspresyjnych instrumentach perkusyjnych. Drugi duet z gitarą elektryczną - od startu smyczka, który kaleczy struny, do tego post-elektroniczny pomruk gitary, szukającej sprzężeń i przepięć energetycznych. Posmak zbuntowanego industrialu, wszystko czynione na dużej dynamice. Kontrabas brzmi, jakby łyknął dużą porcję prądu.

Czas na spotkania z legendami! Trzecia historia, najdłuższa, to duet Janickiego z amerykańskim skrzypkiem Markiem Feldmanem. Ten drugi od początku rusza w frywolny, jakże swobodny taniec po gryfie. Melodyjne podrygi, w których zwoje wplata się także lekkie, kontrabasowe pizzicato. Wszystko wszakże znów dzieje się w tempie godnym najlepszych sprinterów. Przed upływem trzeciej minuty do gry wchodzi dobrze naoliwiony smyczek i zaczyna się jazda zasadnicza. Muzycy nie unikają imitacji, skrzypek często sięga po semickie frazy. Kontrabas łapie moc, skrzypce nie gubią taneczności, a całość improwizacji nabiera post-barokowego przepychu. 

Dwie sekundy przerwy, a na scenie pojawia się sam Peter Brötzmann. Ma w ustach saksofon, który po ułamku sekundy brzmi jednak jak… tarogato! Kontrabas podaje adekwatną dynamikę, a dęciak zaczyna słać śpiewne, krzykliwe podmuchy gorącego powietrza, rzeklibyśmy Peter like Peter. Muzycy zdają się być jednak dalecy od rozwiązań, jakich moglibyśmy się spodziewać - bystro tłumią emocje, szukają chwilowego uspokojenia. Smyczek definitywnie łagodzi obyczaje, a nam nie pozostaje nic innego, jak uznać ten fragment improwizacji za jeden z bardziej spokojnych i wyważonych w wykonaniu Niemca, nawet w ujęciu dalece historycznym.

Powracamy do duetu z gitarą pełną prądu, wzmacniaczy i przetworników dźwięku. Masywne pizzicato, które szybko znajduje wsparcie w ołowianym smyczku i gitara, która zdolna jest uczynić tu wszystko. Pulsuje, drży i szeleści. Śle delikatne flażolety i pokrzykuje niczym dęciak. Uchihashi po paru minutach brzmi już jak mała orkiestra i wydaje jednocześnie kilka pasm fonii bardzo różnej proweniencji. Posmak post-industrialu, ambientu, zwinnej psychodelii, a wszystko na tle kontrabasu traktowanego smyczkiem, który sieje artystyczne spustoszenie. 

Tuż potem, u boku Janickiego staje kolejny bohater epoki "Muzyki z Mózgu", Jerzy Mazzoll. Wieczni przyjaciele plotą ciekawą meta balladę, wzbogacaną od czasu do czasu bystrymi okrzykami bardzo swobodnej, acz kontrolowanej improwizacji. Wreszcie finał płyty z głosem kobiecym, jedynym w swoim rodzaju. Piękna klamra spinająca świetnie skonstruowany dramaturgicznie zestaw duetów. Sainkho zdaje się być lekka jak puch, acz groźna jak tygrysica. Sławek i jego smyczek - zdystansowani, pewni siebie, melodyczni i punktualni. Zmysłowa rozmowa kobiecego głosu z męskim tembrem kontrabasu - o życiu i innych istotnych zjawiskach wszechświata.

Tekst pierwotnie opublikowany na blogu Trybuna Muzyki Spontanicznej.

sobota, 23 maja 2020

Impro Session #1 - improwizowany dzień z Bocian Records !!!


By Andrzej Nowak

Warszawski Bocian lubi mieszać gatunki, łączyć improwizację z kompozycją, unika dróg na skróty, z ptasią gracją omija dramaturgiczne mielizny i estetyczne płycizny. Dziś omówimy trzy płyty wydane przez Bociana w roku bieżącym i minionym. Spotkamy na nich czterech muzyków, którzy na miejsce artystycznego zdarzenia dotarli z różnych miejsc, mając w buławie dotychczasowej sławy całkiem odmienne doświadczenia muzyczne. Trzy czarne, nieprzegadane krążki (zdaje się, że ów wydawca nie znosi zbyt długich płyt), które niezależnie od swoich niepodważalnych zalet i prawdopodobnie zupełnie niedostrzegalnych wad, udowadniają ważną tezę dotyczącą szeroko rozumianej muzyki improwizowanej - odwieczna rywalizacja elektroniki i dźwięków akustycznych może śmiało przybierać barwy artystycznej przyjaźni, często przeradzającej się w prawdziwe "marsze równości" składnika syntetycznego i żywego.


Przeździecki/Karałow - Pedestal's Complement (2020)

Jerzy Przeździecki - buchla music easel, eurorack system
Andrzej Karałow - piano, guitar, effects

BOCIAN 2020

Zaczynamy od niedługiej relacji z festiwalu ambientowego w Gorlicach (2019). Na scenie Andrzej Karałow (grand piano, gitara i efekty) i Jerzy Przeździecki (wszystkie pozostałe dźwięki, zapewne w całości syntetyczne). Ich spotkanie zwie się "Pedestal’s Complement" (LP 2020), podzielone zostało na dwie części i trwa 26 minut. 

Koncert rozpoczyna dźwięk, który brzmi jak elektroakustyczny metronom. Towarzyszy mu delikatne, ostrożne piano z odrobiną preparacji. Szczypta post-elektroniki w służbie post-akustyki. Narracja buduje się mozolnie, ale dość swobodnie, bez minimalistycznych naleciałości. W ramach ozdobników puste, brzęczące półakordy gitary, brzmiące niczym replika fortepianu, a także spora ilość dźwięków, dla których trudno wskazać źródło pochodzenia. Piano potrafi pokazać free jazzowy pazur, elektronika, choć chwilami bardzo aktywna, daleka zdaje się być od inwazyjności. Obie sfery dźwięków dobrze na siebie reagują i w przyjaźni realizują, wspomniany w preambule tekstu, marsz równości. Pierwsza strona płyty zdaje się być szczególnie udana po dziesiątej minucie, gdy opowieść ogarnia pewien rodzaj nostalgii i elektroakustycznej zadumy, która realizuje się bez popadania w banał nadmiernej repetycji.

Druga strona winyla kontynuuje ów nieco spowolniony bieg zdarzeń, nabiera posmaku zdrowego, dobrego chill-outu. Muzycy od czasu do czasu czynią gesty, które wskazują na poszukiwanie dramaturgicznej zaczepki, a każda z tych prób liczyć może na bystrą interakcję. Po czasie opowieść nabiera odrobiny rozmachu, ale artystom wciąż nigdzie się nie śpieszy. Kultywują klimat meta ambientu, w który pod sam koniec występu tchną jeszcze dodatkową porcję melodyki, co uczyni zarówno finał, jak i cały koncert dalece przyjemnym doznaniem słuchowym.


Przeździecki/Mazzoll - melodnie (2019)

Jerzy Przeździecki - tuned distortion feedback
Jerzy Mazzoll - bass clarinet

BOCIAN 2019

Odpowiedzialny za świat syntetycznych nieskończoności, Jerzy Przeździecki, zostaje z nami, a dołącza do niego pomnikowa postać krajowej, improwizowanej awangardy - Jerzy Mazzoll. Ich wspólne nagranie zwie się "melodnie" (LP 2019), składa się z sześciu improwizowanych epizodów, których odsłuch nie zajmie nam więcej niż 27 minut. Wedle skąpego opisu na okładce płyty, Mazzoll będzie grał na klarnecie basowym bez ustnika (po prawdzie, nie wiemy, czy dzieje się tak w każdym utworze), zaś jego partner użyje tuned distortion feedback.

Płytę otwierają masywne dźwięki elektroniki, z których wyłania się brzmienie klarnetu na dużym pogłosie. Być może ów dźwięk akustyczny jest poddawany obróbce metodą live processing, być może jednak to, co słyszymy, powstaje w zupełnie inny sposób. Nie jest to dla nas szczególnie ważne, albowiem od pierwszego do ostatniego dźwięku kolejny bociani, jakże kooperatywny marsz syntetyki i akustyki (w tym wypadku, to ostatnie pojęcie wydaje się nieco mało precyzyjne), dostarcza nam niemal wyłącznie pozytywnych emocji. Co ciekawe, w tym tyglu zniekształconych i dramaturgicznie powykręcanych dźwięków, pojawia się nuta folkowego, tudzież orientalnego zaśpiewu, a nawet głos, który próbuje nam coś przekazać na poły werbalnie. Znów nie wiemy, czyja to sprawka, ale - powtórzmy - ponownie nam się podoba. Dobrym przykładem na owe intrygujące naleciałości stylistyczne niech będą dwie pierwsze kompozycje.

W trzecim utworze napotykamy na ciekawy dysonans. Z jednej strony dociera do nas dron post-electro, z drugiej - budowany na dużym pogłosie dron klarnetu, który brzmi tu niczym wypalone ogniem pustynnym didgeridoo. Czwarta opowieść budowana jest przede wszystkim na improwizacji instrumentu dętego. Mazzoll plecie tu zwinną, dosadną i śpiewną opowieść. Z kolei w piątej improwizacji królem polowania jest syntetyka, która harcuje, dudni i grzmi mechaniką szelestu i sprzężenia. Mamy nieodparte wrażenie, że w tym tyglu emocji palce macza także elektronicznie zdekonstruowany klarnet. Na finał tej bardzo krótkiej płyty garść świszczącej post-elektroniką klarnetowej zadumy. Długie, smakowite pasaże w poświacie wyjątkowo mglistego poranka, które ucięte zostają sprawnym ruchem post-produkcyjnej brzytwy. 


Qba Janicki - Intuitive Mathematics (2019)

Qba Janicki - percussion instruments, soundboard

BOCIAN 2019

Czas na trzeci już dziś marsz syntetyczno-akustycznej równości, a w roli żywego instrumentu tym razem perkusja. Na płycie "Intuitive Mathematics" (LP 2020) nie spotykamy jednak duetu, albowiem za wszystkie dźwięki odpowiadał będzie jeden artysta - Qba Janicki. Obok zestawu perkusyjnego, muzyk korzystał będzie z amplifikacji i własnoręcznie wykonanego narzędzia pracy, tzw. deski dźwięków. Dwie strony czarnego winyla, 33 i pół minuty.

Otwarcie płyty obiecuje wiele i bez trudu, w dalszej jej części, obietnice owe spełnia. Świergot małej elektroakustyki - narracja budowana precyzyjnie krok po kroku, perkusja i drobna elektronika na granicy żywego dźwięku. Całość podszyta preparacjami, czasami nawet na granicy przesteru. Rytm, dynamika, emocje perkusji i elektronicznych zdobień. Po fazie syntetycznej eskalacji, która ma miejsce w połowie utworu, bystry powrót do żywego, ale bardziej filigranowego drummingu. Po paru kolejnych minutach narracja gęstnieje, urozmaica swoje brzmienie i zaczyna poszukiwać ciekawych repetycji, by na koniec znów odnaleźć powód do wzmożenia dynamiki.

Drugą stronę otwiera czerstwa, gęsta i repetytywna elektronika. Jakby muzyk w tej samej chwili generował kilka wątków. Żywe pasma pojawiają się od czasu do czasu w tej opowieści, potrafią wszakże bez słowa przenieść się w syntetyczny wymiar. W połowie szóstej minuty aurę nagrania na krótki moment spowija chmura ambientu, która gasi dynamikę ekspozycji. Narracja przypomina w pewnym stopniu post-jazzowe dekonstrukcje Jana Jelinka sprzed dwóch dekad, realizowane wszakże na żywo. Przybywa elektroakustycznych preparacji, udanych powtórzeń, pogłosu post-elektroniki, czyniąc przy okazji ów fragment płyty najbardziej frapującym. Nim muzyk dobrnie do końca swojej historii, po czternastej minucie zaserwuje nam jeszcze plaster harsh & industrial, po czym ze śpiewem na ustach rozpocznie proces zawijania do portu, napotykając po drodze na kilka intrygujących sprzężeń mocy. 

niedziela, 26 stycznia 2020

Grupa W Składzie - Planetarium (2019)

Grupa W Składzie

Milo Kurtis - clarinet, keys, kalimba, djembe, ocarina, percussion
Jerzy Mazzoll - clarinet & bass clarinet, kalimba, voice
Miłosz Oleniecki - Moog, Korg, Nord, kalimba, percussion

Planetarium


MILO 304

By Adam Baruch

This is an album by the legendary 1970s Polish Avant-Garde ensemble Grupa W Składzie, which was reactivated a few years ago and performs from time to time in different lineup configurations. This live recording was made by a trio lineup of the ensemble, which includes the founding member multi-instrumentalist Milo Kurtis, veteran Jazz clarinetist Jerzy Mazzoll and a representative of the young generation keyboardist Miłosz Oleniecki. The album presents six original compositions, one composed by Kurtis and five composed collectively by the ensemble members.

The music is a meditative journey, which amalgamates elements of Jazz, World Music and Ambient explorations. It requires patience and open-mindedness to be wholly appreciated, but once the listener fully submits to the flow of the music, the experience is truly magical. The personal performances are all excellent, especially the superb clarinet improvisations by Mazzoll, but the music is created by all three musicians together and its magic is mostly a result of their close cooperation.

Overall this is a beautiful album of meditative / improvised music, which enchants the listen by its calmness and tranquility, but also offers rich layers of Jazzy improvisations. Twenty years ago this might have been classified as New Age Music, but the hype of New Age is long gone, and great music stays forever.

wtorek, 8 maja 2018

Noël/Pleszynski/Mazzoll - Green (2017)

Noël/Pleszynski/Mazzoll 

Ann Noël - voice
Grzegorz Pleszynski - plastic tube trumpets, voice
Jerzy Mazzoll - bass clarinet

Green 

ANTIDEPRESSANT RECORDS 2017


By Jędrzej Janicki

Muzyczne spotkanie awangardowej malarki, performera, a zarazem poszukującego eksploratora nieznanych dźwięków, oraz wytrawnego mistrza polskiej sceny improwizowanej. Krótko mówiąc, płyta "Green" projektu tworzonego przez Ann Noël, Grzegorza Pleszyńskiego i Jerzego Mazzolla. 

Ten album wymyka się prostemu zaklasyfikowaniu do jakiegokolwiek gatunku. Jest raczej formalnym eksperymentem, narracyjną opowieścią niż tradycyjnie rozumianą muzyką. Za tworzenie podkładu odpowiedzialni są panowie Mazzoll i Pleszyński. Pierwszy z nich gra, a jakże, na klarnecie basowym, chyba swoim ulubionym instrumencie. Z drugim sprawa nie jest już tak oczywista. Grzegorz Pleszyński znany jest z wykorzystywania do swoich dźwiękowych kompozycji instrumentów własnego projektu i własnej produkcji. Nie inaczej jest na "Green", gdzie używa charakterystycznych "trąbek z węży plastikowych".

Abstrahując od samego instrumentarium, sfera muzyczna tej płyty jest szczególnie interesująca. W "Leave Jersey", właśnie muzycznie chyba najciekawszej propozycji w zestawie, dominuje ascetyczny, bardzo rytmiczny, wręcz transowy podkład, na tle którego Ann Noël recytuje fragment swojej niekonwencjonalnej poezji. Na "Green" to chyba właśnie Noël, a dokładnie jej teksty i ich recytacja są dominującym elementem. Takie podejście do rozumienia sztuki może chociażby przypominać założenia grupy Fluxus - ruchu artystycznego popularnego w latach sześćdziesiątych. Fluxus postulował zatarcie, a w konsekwencji zniesienie, granic między światem sztuki a rzeczywistością. Wydaje się, że pierwszym krokiem ku temu jest zlikwidowanie owych granic w obrębie samej sztuki. Ten trop znajduje swój kontekst na "Green". Nie jest to jednak typowe rozwiązanie, gdzie muzyce towarzyszy, lepszy lub gorszy, rozpoetyzowany tekst. Tutaj proporcje są odwrócone, co czyni płytę jeszcze ciekawszą. To poezja, której "efekt rażenia" wzmocniony jest intrygującą warstwą dźwiękową.

Album "Green" to propozycja z rodzaju tych poszerzających zakres wypowiedzi artystycznej, trafiając tym samym w gusta raczej bardziej wymagających odbiorców. Jest dziełem, które porusza nie tylko emocje, lecz również pobudza do refleksji nad sensem sztuki czy jej jednoznacznego kategoryzowania. Takie projekty zazwyczaj charakteryzują się dużą bezkompromisowością. Z jednej strony mogą okazać się tandetną, nadętą i przeintelektualizowaną próbą. Z drugiej stanowić mogą artystyczne wyzwanie, wykraczające poza typowe rozumienie muzyki i pociągające swoim przekazem. Nie mam wątpliwości, że płyta "Green" należy do tej drugiej kategorii.


wtorek, 20 stycznia 2015

Pleszynski - Rock & Roll History Of Art (2014)

Pleszynski

Grzegorz Pleszynski - plastics tube trumpets, tv sounds
Jerzy Mazzoll - bass clarinet
Artur Maćkowiak - guitar
Sławomir Szudrowicz - guitar
Qba Janicki - drums
Bartek Kapsa - drums
Rafał Gorzycki - drums
Marta Szymańska - piano
Andrzej Gawroński - voice

and others

Rock & Roll History Of Art

Wet Music Records

By Bartosz Nowicki

Grzegorz Pleszyński to bydgoski artysta, eksperymentator, performer, społecznik, a od pewnego czasu również muzyk, którego głównym instrumentem jest preparowana trąbka. Swój bliski związek z polską awangardą sztuk wizualnych eksponuje na wydanej niedawno płycie "Rock & Roll History of Art". I choć zawartość albumu z rock'n'rollem wspólną ma chyba jedynie swobodę ekspresji, to już ze sztukami plastycznymi o wiele więcej. Historia sztuki opowiedziana przez Pleszyńskiego i jego przyjaciół jest próbą jej dźwiękowej interpretacji oraz transkrypcji awangardowych idei w przestrzeń muzyczną. Przestrzeń o tyle specyficzną, gdyż jej źródłem jest jazz i improwizacja, nie zaś muzyka konkretna na ogół kojarzona ze sztuką eksperymentalną drugiej połowy XX wieku. Pleszyński spogląda na sztukę z perspektywy lokalsa mocno zakorzenionego w eklektycznym, eksperymentalnym i improwizowanym klimacie muzycznej Bydgoszczy, jednej z dwóch (obok Trójmiasta) kolebek yassu.

Sama obsada zebranych przez Pleszyńskiego gości (Jerzy Mazzoll, Artur Maćkowiak, Sławomir Szudrowicz, Qba Janicki, Rafał Gorzycki, Bartek Kapsa), związanych z legendarnym klubem Mózg, zwraca uwagę na post-yassową celebrację muzyki, z charakterystyczną dla tego nurtu swobodą i wolnością artystyczną oraz przełamywaniem ram gatunkowych.

W przeważającej części płyty mamy do czynienia z intymnymi, poetyckimi etiudami skomponowanymi bądź zaimprowizowanymi w oszczędnym dźwiękowym środowisku. Z reguły tworzą je gitara Maćkowiaka (czasem jedynie ornamentująca, czasem kreśląca wyraźniejsze ramy kompozycji) oraz trąbka Pleszyńskiego spreparowana w formie ustnika i długiej plastikowej rury łączącej go z czarą w postaci kuchennego lejka. Do statycznych, zawieszonych w pustej przestrzeni ekspresji dwóch skromnych instrumentów dołącza momentami dynamizujący i rozdzierający klarnet basowy Jerzego Mazzolla, szemrzące mgiełki perkusji Janickiego i Kapsy oraz wokal Pleszyńskiego i jego gości. Lapidarność muzycznej artykulacji oraz nietuzinkowe wykorzystanie zanurzonej w pogłosie trąbki przywodzi na myśl skandynawski minimalizm Arve Henriksena i jego intymnych, odrealnionych, przestrzennych krajobrazów.

W kontemplacyjnej formule albumu wyróżniają się trzy centralne kompozycje: "Rund Um Die Friedrichstrasse", "Lokal Harmonie Duisburg" oraz "Oberhausen Heart Attack". Rozbudowane instrumentarium stymuluje ekspresję muzyków, dynamizując kompozycje, które intensywnie zmierzają w rejony znane z najlepszych momentów yassu. Jazzowe free spotyka się tu z rockową werwą, tworząc muzyczny miszmasz lawirujący między dubem, bluesem i ambientem. Finałem "Rock & Roll History Of Art" jest podany niemal w piosenkowej formie fluksusowy manifest Emmetta Williamsa i Roberta Filliou.

Jako że kanwą albumu Pleszyńskiego są sztuki wizualne, warto zwrócić uwagę na interesujący i celny sposób, w jaki artysta muzycznie zinterpretował prace wybitnych twórców polskiej awangardy: Henryka Stażewskiego, Ryszarda Winiarskiego i Ryszarda Waśko. Pleszyński losowo deklamuje nazwy kolorów ("biel" i "czerń"), dosłownie przepisując konceptualny modus Winiarskiego w przestrzeń akustyczną. Podobny pomysł wykorzystuje również w "Stażewskim", gdzie za pomocą głosek, nazw kolorów i abstrakcyjnych onomatopei przenosi suprematyczne malarstwo w poezję dźwiękową. Proste odczytanie obrazów Winiarskiego i Stażewskiego wydaje się formą wręcz doskonałą, aby pokazać metodę twórczą, ideę i ekspresję tych artystów, nie popadając przy tym w pretensjonalność ani zbyt wybujałą impresję. Jedynie "Waśko" wydaje się być "przytoczony" w dość swobodnej formie raczej pozbawionej naturalnie nasuwających się skojarzeń choćby z instalacją "Róg" zacytowaną na okładce płyty. 

Odnoszę wrażenie, że pomysł na "Rock & Roll History Of Art" mógł ujrzeć światło dzienne jedynie w Bydgoszczy, specjalnym miejscu na ziemi, w którym wrażliwość zgromadzonych wokół tego miasta twórców umożliwia im realizację nawet najbardziej abstrakcyjnych idei, zaś kreatywność artystyczna i multidyscyplinarność możliwa jest dzięki nieokiełznanej, surrealistycznej wręcz wyobraźni, talentowi improwizatorskiemu i wielkiej otwartości na sztukę takich ludzi jak Grzegorz Pleszyński.

piątek, 2 stycznia 2015

Artur Maćkowiak/Grzegorz Pleszynski - A Sound Of The Wooden Fish (2014)

Artur Maćkowiak/Grzegorz Pleszynski

Artur Maćkowiak - guitar, synthesizer, electronics
Grzegorz Pleszyński - voice, plastics tube trumpet
Jerzy Mazzoll - clarinet (track 1)

A Sound Of The Wooden Fish



Wet Music

By Bartosz Nowicki

Wydany wiosną tego roku "Rock & Roll History Of Art" bydgoskiego performera, muzyka i improwizatora Grzegorza Pleszyńskiego, był błyskotliwą próbą transkrypcji awangardowej sztuki na język muzyki, ujętą w elastyczne ramy post-yassowej artykulacji. Na wydanej przez Wet Music płycie "A Sound Of The Wooden Fish", nagranej wespół z Arturem Maćkowiakiem, koncept zostaje zastąpiony improwizacją, wprowadzającą muzyków w stan dźwiękowej medytacji. "Nagrania powstały podczas jednej, improwizowanej sesji. Za jednym podejściem nagraliśmy cały materiał, poddając się tej wyjątkowej energii, która się wtedy wytworzyła" - wspominają we wkładce albumu muzycy.

Współpraca miedzy Pleszyńskim i Maćkowiakiem przebiega na tej płycie w doskonałej symbiozie i jak na improwizację, zaskakuje niezwykle spójną strukturą, płynną narracją i gęstą materią dźwiękową. Oparta na intuicji muzyków, skondensowana wypowiedź została zaprezentowana szeregiem długich, linearnych, pojawiających się i znikających ambientowych ścieżek. Dronowe, pulsujące tła złożone z tężejących pogłosów stanowią oś trzech kompozycji, na którą nawlekane są; transowe, syntetyczne bębny, elektroniczne szelesty, spreparowane dzwonki oraz stanowiące osnowę albumu elementy zaimprowizowane przez muzyków na charakterystycznych dla nich instrumentach. Gitara Maćkowiaka rozbrzmiewa wachlarzem faktur i ornamentacji, kreśląc rozmyte pogłosem kontury kompozycji. Jej artykulacja i tembr nadaje utworom określonego charakteru, wybrzmiewając w zamglonych, amorficznych plamach ("part I"), połyskując świetlistymi pasażami ("part II"), czy skręcając w stronę alt countrowych wątków ("part III"). Tak rozpiętą paletę hipnotycznych plam i rytmów Pleszyński dopełnia wokalnymi zaśpiewami oraz dochodzącymi ze specjalnie spreparowanej trąbki (ustnik, długi plastikowy wąż, lejek spożywczy) przeciągłymi sygnałami, które momentami ewoluują w melodyjne szkice. Do improwizowanych kompozycji, już w fazie postprodukcyjnej, dodane zostały jeszcze ścieżki wyryte drapieżnym i zdecydowanym brzmieniem klarnetu Jerzego Mazzola. 

Nad nagraniem unosi się atmosfera buddyjskiego rytuału, wyraźnie zaznaczona brzmieniem i artykulacją poszczególnych instrumentów. Przeciągła i przenikliwa trąbka Pleszyńskiego udanie wciela się w brzmienie piszczałki kangling - buddyjskiego instrumentu modlitewnego wykonywanego z ludzkich kości udowych. Z kolei dronujące brzmienie klarnetu Mazzolla nawiązuje do nabożnych dźwięków trąb rag dung. Jeśli wziąć również pod uwagę wymienione wcześniej liturgiczne dzwonki, transową strukturę utworów oraz tytułowe odniesienie do innego z instrumentów rytualnych - drewnianej ryby - to dźwiękowy dialog instrumentalistów nabiera znamion duchowego uniesienia czy wręcz muzycznej modlitwy.

"A Sound Of The Wooden Fish" jest owocem długoletniej współpracy duetu Pleszyński - Maćkowiak, opartej na doświadczeniu i intuicyjnej więzi łączącej artystów. Ich eteryczne i powściągliwe improwizacje emanują barwami przenikających się instrumentów, które pobudzone transowym pulsem, hipnotyzują słuchacza, pozwalając mu wraz z twórcami zatopić się w ambientowych medytacjach.

sobota, 1 marca 2014

Mazzoll / Janicki / Janicki – Minimalover (2012) ***

Jerrzy Mazzoll - clarinet
Slawek Janicki - bass
Qba Janicki - drums

PRIVATE EDITION






By Adam Baruch

This is the debut album by the Polish Avant-garde trio, which consists of clarinetist Jerzy Mazzoll, bassist Slawek Janicki and drummer Qba Janicki. The album consists of a CD, which includes six improvised pieces recorded in a studio, based on Mazzoll's ideas, and a DVD which documents a live concert filmed immediately following the studio recording. The music and video was recorded at the legendary "Mozg" center in Bydgoszcz, which includes a recording studio and a club, one of Poland's most interesting musical epicenters.

Mazzoll, one of the pioneers of Polish contemporary Free Jazz / Improvised Music scene and one of the Godfathers of the Yass movement, remains to be a central figure of that scene and his prolific activity is well documented. Slawek Janicki was a member of Mazzoll's Arhythmic Perfection for many years and they are now joined by Slawek's son Qba. Mazzoll was also an early member of the legendary ensemble Milosc.

Although obviously highly spirited and full of great musicianship, the music presented on this album failed to engage me, which is a prerequisite to be able to truly enjoy it. To make sure this is not just a whim of the moment I listened to the music on different occasions and still was left cold. Even the additional visual layer present on the DVD failed to change the situation. Perhaps this music was an ideal vehicle as a means of communication between the players, but it failed to break the intimate inner circle. I admit a personal failure here, not blaming the musicians.

The album itself is a beautiful document of the Mozg center and the activities that are carried out there. Considering the fact that this kind of underground culture, which is supported by local Government and carries on a tradition for several decades, this is a wondrous and highly unusual phenomenon.

piątek, 10 stycznia 2014

Dwutysięczny - Jedwabnik (2013 ) ***1/2

Dwutysięczny

Jerzy Mazzoll
Błażej Król
Radek Dziubek
Wojciech Kucharczyk

Jedwabnik (2013)





By Jakub Adamek

The Polish label Sangoplasmo Records have already made a name for themselves and achieved a semi-legendary status in the cassette underground for releasing cassettes from both newcomers and experienced players, challenging the listeners to take up new sonic adventures. And Dwutysięczny (that’s how we Polish folk say the date "2000") project collects some of the finest names in the experimental underground, becoming a "supergroup" of sorts. First, there’s Jerzy Mazzoll, one of the founders of the legendary Polish avant-garde jazz group Miłość (Polish for "Love"), who spearheaded the movement later known as "yass". Another member is Błażej Król, first playing in Polish indie rock band Kawałek Kulki, later going more experimental with his project UL/KR. There’s also Radek Dziubek, one of the members of the stellar psychedelic group Innercity Ensemble. Last, but not least there’s Wojciech Kucharczyk in the group, a jack of all trades who has dabbled in probably every possible form of art known to man, including music, of course. Each and every member of the group has made a name for themselves over years with different musical visions and ideas. But how do they sound together?

The opening chord of lenghtily titled opener "W miarę jak wędrujesz podnóżem góry, tajemnica się pogłębia" (“As you walk along the foot of the mountain, the mystery deepens”) is delicate, almost fragile, yet it feels incredibly powerful, like the Genesis itself. The air trembles with mystery and anticipation before the bassy drone kicks in which seems not to solve the mystery, but further deepen it (akin to the title). In fact, the whole album plays like a jazz record hidden deep beneath under layers upon layers of embalming drone and heavy ambience, where the instrumental improvisations are obscured by heavy atmosphere enhanced with unsettling and strange titles, like "Ten, który kroi jeziora" ("The one who carves the lakes") or "Śmierć pierworodnego" ("Death of the first-born"). There’s an occasional beat added to the all-enveloping drones, as if to give some blurry sense of direction, like the glitchy Fennesz-like beat in "Złamany, lecz niezłomny" or the nearly ambient tehchno beat in the closing "Sadachbia", which cuts the metallic drone into small pieces.

Despite being a one-time musical project (unfortunately), Jedwabnik is a hugely rewarding and mysterious listen, difficult and adventurous. It jumps into some dark moods before showing the light to the listener. It’s also the proof that the Polish musical underground is bulging with ideas and sometimes what is needed is just a spark to ignite the action at the forefront of experimental music.

czwartek, 10 października 2013

Mazzoll feat. Sroczynski - Rite Of Spring Variation (2013) **1/2

Mazzoll feat. Sroczynski

Jerzy Mazzoll - clarinets
Tomasz Sroczyński - violin

Rite Of Spring Variation (2013)





Rite of spring variation is a variation on Igor Stravinsky’s breakthrough ballet masterpiece. The recording, preceded by the Contemporary Improvisation Workshop Mazzolleum, features the first guest: Tomasz Sroczyński (violinist and producer, fascinated with electronics). The album follows the idea of Arhythmic Perfection which assumes the existence of the music ideal which can be perfectly re–constructed, however, apart from such a performance, there is a multitude of aberrations, that is a countless number of other possible performances of a piece of music which assume that the aberration is an integral part of the composition. It is a music idea which derives from the mastery of the ‘ideal’ and conscious use of shifts, aberrations, mistakes. 

source: Requiem Records




niedziela, 20 stycznia 2013

Maciej Jeleniewski & Deer Project - Stop The Time (2013)

Maciej Jeleniewski - producer
Piotr Remiszewski - producer

Guests:
Jarosław Śmietana - guitar
Karen Edwards - vocal
Jerzy Mazzoll - clarinet
Wojtek Karolak - keyboard
Mirosław Kaczmarczyk - guitar
Piotr Iwicki - drums
Tomek Lipnicki - raeding text

Stop The Time (2013)

By Maciej Nowotny

Maciej Jeleniewski and Piotr Remiszewski teamed-up and as Deer Project produced this album which features many respected jazz musicians. Jeleniewski is known as a bass guitarist playing in rhythm section of pop band Oczi Cziorne (together with avantgarde drummer Michał Gos). Piotr Remiszewski has similar background and has been playing as a drummer and also arranging and producing in number of pop projects. 

The overall style of this release verges between pop, smooth jazz and mainstream jazz (OK, this  last reference is a bit of exaggeration I admit). For hardcore jazz lovers who look always forward to see future of this music it will probably sound too sweet and predictable. But one must be aware that jazz audience consists of various people of different needs. For a significant part of it jazz is less spiritual matter but just one of stylistics they found useful for certain occasions or moods in their life. I believe that's why this music when played in fancy bar or during evening meeting with friends may fit perfectly to enhance the beauty of the moment. Perhaps not as a source of any distinctive aural experience in itself it yet may serve well a classy background to other activities.

Although as I said it tastes best when served in background it may still offer some surprisingly nice moments when we catch some of outstanding solos of excellent jazz musicians Jeleniewski and Remiszewski invited to this project. Jarosław Śmietana guitar passages in "Thoughts Moving", Jurek Mazzoll hauntingly beautiful bass clarinet solo in "Fountime" are enough to redeem this music but that's not the end since additionally we will find on this album also a legendary keyboardist Wojtek Karolak, excellent vocalist Karen Edwards or Mirosław Kaczmarczyk and Piotr Iwicki from Loud Jazz Band. These are big or in same cases even great names in Polish jazz but please do not expect anything revolutionary from this music. It was all heard hundreds of times before, and no new ways are explored here. Still if you like such an easy and uncomplicated side of jazz it may be pleasant experience, especially since it is very well recorded.

Tracklist :
1. Myśli Przeprowadzka
2. Przegrana Wieczór
3. Fountime
4. Widok z okna
5. San Francisco Come Back
6. Nikt nie ma to jak profesor
7. W czasie między
8. Niech was Bóg błogosławi Wariata
9. Violet Brainwashed
10. Empty Chair
11. Sophie Sticated


Zobacz też: