Marek Pospieszalski – saksofony altowy i tenorowy, klarnet oraz magneton szpulowy Piotr Chęcki – saksofony tenorowy i barytonowy, Tomasz Dąbrowski – trąbka, Tomasz Sroczyński – altówka, Szymon Mika – gitary elektryczna i akustyczna, Grzegorz Tarwid – fortepian, Max Mucha – kontrabas, Qba Janicki – perkusja i elektronika.
"No Other End Of The World Will There Be (Based On The Works Of Polish Female Composers Of The 20th Century)"
Wytwórnia: Clean Feed (2023)
Tekst: Marcin Kaleta
Bogusławowi Schaefferowi zawdzięczam, że Barbarę Buczek (Buczkównę) poznałem ćwierć wieku wcześniej aniżeli Grażynę Bacewicz. Pierwszej poświęcił bowiem rozdział w dwutomowych "Kompozytorach XX wieku" (biblia nastolatka, obok trzytomowej "Historii filozofii" Tatarkiewicza), drugiej nie (acz pisywał o niej gdzie indziej). Własną protegowaną komplementował tam niepomiernie i zaliczył "nie tylko do twórców wybitnych, ale zgoła wyjątkowych". Podkreślał: umiejętność przekazania "ogromu niedoli ludzkiej", wielowarstwowość i wielogłosowość, wyrafinowanie kolorystyczne i wysublimowanie, "bogactwo odcieni interpretacyjnych i agagogicznych", "arcyosobisty" charakter, nowatorstwo, wreszcie nieustępliwość na rzecz "doraźnego efektu", czyli niechęć do przypodobywania się producentom czy publiczności. Dla mnie ideał, dla innych niekoniecznie.
Powyższe przełożyło się bowiem na stan, który utrzymuje się od półwiecza: jej twórczość "pozostaje ogółowi odbiorców nieznana". O ile płyt Bacewicz uzbierałem kilkanaście, o tyle Buczkówny żadnej, znam jedynie nagrania z YouTube. Ostatnio zdwoiłem wysiłki. Prowadzę blog poświęcony wiolonczelistkom i wiolonczelistom, zatem potrzebowałem zaprezentować kogoś, kto wykonuje "Hipostazę" (1978) na sopran, flet, wibrafon, wiolonczelę i saksofon, podobno "utwór przepiękny". Dotąd się nie udało, ale w ten sposób niespodziewanie natrafiłem na pozycję, gdzie dzieła obu pań ze sobą sąsiadują!
Mowa o "No Other End of the World Will There Be" Marka Pospieszalskiego (2023, Clean Feed). Fenomenalna i unikatowa jest już sama koncepcja tego albumu. Oto w kraju, w którym wielu zawadzają feminatywy, zaś herstoria w zasadzie nie istnieje (albo w bólach się rodzi), częstochowski jazzman zdecydował się zarejestrować materiał wyłącznie w oparciu o utwory polskich kompozytorek (podtytuł: "Based on the works of Polish Female Composers of the 20th Century"). Ponadto mamy do czynienia z przedsięwzięciem niezmiernie erudycyjnym: konsekwentnie przybliża przedstawicieli polskiej szkoły kompozytorskiej, którzy bywają nieznani nie tylko za granicą, lecz nawet przez rodaków.
Poprzednie wydawnictwo z tej serii, podwójne: "Polish Composers Of The 20th Century" (2023, Clean Feed), prezentowało dwunastu kompozytorów. Uznane zostało za sensację i zdobyło m.in. zaszczytne miano Albumu Roku 2022 w plebiscycie magazynu "Jazz Forum". Co ciekawe, na liście sklasyfikowana została inna płyta Pospieszalskiego – naówczas muzyka roku, docenionego również za aranżację – nagrana w kwartecie „Durer’s Mother” (2022, Clean Feed). Obecnie omawiana w analogicznym zestawieniu za 2023 w ogóle nie wystąpiła! Trudno wytłumaczyć, dlaczego.
Nikt mi nie wmówi, że dzieła Elżbiety Sikory, Bernadetty Matuszczak, Lucii Dlugoszewski, Grażyny Bacewicz, Barbary Buczek, Hanny Kulenty, Krystyny Moszumańskiej-Nazar, Grażyny Pstrokońskiej-Nawratil, Marty Ptaszyńskiej, Agaty Zubel w czymkolwiek ustępują dziełom Zygmunta Krauzego, Włodzimierza Kotońskiego, Tadeusza Bairda, Zbigniewa Rudzińskiego, Marka Stachowskiego, Jana Krenza, Kazimierza Serockiego, Romana Palestera, Witolda Szalonka, Andrzeja Panufnika, Tomasza Sikorskiego czy Bogusława Schaeffera. Jeżeli nie napiszę, że bywają ciekawsze, to wyłącznie dlatego, że na tym poziomie artystycznym hierarchie po prostu nie obowiązują. Natomiast zdarza się, że są bardziej radykalne.
Poza tym od początku "oba albumy traktowane były jako monolit" (Pospieszalski). Identyczna jest ich koncepcja. Jak i poprzednio, nie są to oryginalne kompozycje, tylko "wariacje na temat" pierwowzoru, ewentualnie improwizacje inspirowane tymże. Jak informuje twórca: "Chwytałem się małych fragmentów, z których rozwijałem własne transowe, minimalistyczne, długie formy". Również one nie są rozpisane na oryginalne instrumentarium, lecz na oktet jazzowy. Obok lidera na saksofonach altowym i tenorowym oraz klarnecie (ponadto magnetofon szpulowy) usłyszymy znakomitych muzyków: Piotr Chęcki – saksofony tenorowy i barytonowy, Tomasz Dąbrowski – trąbka, Tomasz Sroczyński – altówka, Szymon Mika – gitary elektryczna i akustyczna, Grzegorz Tarwid – fortepian, Max Mucha – kontrabas, Qba Janicki – perkusja i elektronika.
W tym miejscu postawię zarzuty, trzy. Po pierwsze, niewystarczająco ujawnia się indywidualność tych panów. Materiał, zarejestrowany podczas krakowskiego festiwalu Sacrum Profanum w sierpniu 2022, jest zbyt kolektywny; w moim przekonaniu za mało tu sugestywnych partii stricte solowych. Po drugie, tytułowa fraza (staruszka uprawiającego ogród) powinna zostać jednak wykrzyczana po angielsku. Po trzecie, brak bookletu, o który aż się prosiło. Poza pierwszym, drobiazgi? Owszem. Bo to bardzo dobra pozycja.
Otrzymujemy wręcz gwarancję niezawodnego grania. Widzę tu i ówdzie, że potraktowano tę muzykę jako jazz awangardowy. Owszem, ale umiarkowanie. Przy okazji jest bardzo komunikatywny, przyswajalny i na pewno idealnie się sprawdza podczas koncertów. Momentami istna ściana dźwięków, różne szarże, a niektóre zagrania zrytmizowane w sposób, który kojarzę z progresywnego rocka. Niemniej przeważa tempo stateczne, występują nawet spowolnienia, rozwleczenia – utwór czwarty mógłby stanowić akompaniament dla konduktu pogrzebowego. Gdzieniegdzie "wykorzystanie środków ze świata sound designu, noise’u i muzyki elektronicznej" przypomina, że to estetyka w pełni nowoczesna.
Myślę, że album usatysfakcjonowałby jedną z jego bohaterek, śp. profesor Krystynę Moszumańską-Nazar. Zapytana o fascynację młodych artystów elektroniką, nadmieniła: "nie przeczę, niektóre rozwiązania są interesujące". Przede wszystkim jednak wspominała: "My, Polacy, nie umiemy zatroszczyć się o własną kulturę wysoką. [...] Piętno polskiego syndromu: w repertuarze muzycznym nieobecni są Malawski, Serocki, Baird – ba, nawet Karłowicz" i inni, im podobni. A tu proszę, mamy to, mamy i tamto, przynajmniej w pewnym zakresie. Tylko czy potrafimy docenić? Czy ktokolwiek zacznie teraz szukać informacji, których tu zabrakło, mianowicie o tych wspaniałych polskich kompozytorkach i (wcześniej) kompozytorach?
Dzwonki, trele, grzechotki… mogą wydawać się trudne przy pierwszym kontakcie, ale to tylko początek podróży zaproponowanej przez kwintet Mazolewskiego. Barwne gesty, mgnienia transcendencji, różnorodność i oczyszczająca energia - tego można doświadczyć na koncercie. Gdzieś głęboko w swojej podświadomości czekałem na takie brzmienia. Potrzebowałem muzycznej terapii, swoistego katharsis, dawki nowej pozytywnej energii. Metafizyczny przekaz siły i spokoju jaki niesie ze sobą muzyka WMQ; mam nadzieję, że podobnie poczują to Państwo.
Zasadniczo tymi słowami mógłbym zakończyć recenzję płyty, ale zróbmy odwrotnie – niech to będzie jej początek.
Wojciech Mazolewski jest artystą, którego nie sposób muzycznie zaszufladkować. Instrumentalista, kompozytor, autor audycji radiowych, audiobooków, spektakli teatralnych i filmów, współtwórca polskiego yassu. Sympatykom muzyki znany głównie z łączenia w swoich projektach elementów jazzu i rocka. Nietuzinkowa osobowość polskiej sceny jazzowej.
Zastanawiałem się, w jaki sposób podejść do prezentacji piątego już krążka WMQ „Spirit to All” - płyty innej od poprzednich, wyjątkowej i ważnej w twórczości kwintetu nagrywającego od wielu lat w tym samym składzie. Obok lidera grającego na kontrabasie, na krążku możemy usłyszeć: Marka Pospieszalskiego na saksofonie, Oskara Tőrőka na trąbce, Joannę Duda na fortepianie i Jakuba Janickiego na perkusji. Tych pięciu „weteranów” polskiej sceny jazzowej zebrało się w warszawskim studiu Black Kiss, by ponownie nagrać album, który, moim zdaniem, jest przełomowy w ich dotychczasowej dyskografii. Wspólnie wykraczają poza ramy gry w małych grupach, tworząc dźwięk głęboko melodyjny, ale jednocześnie pierwotny, wielki i transcendentalny - brzmienie często określane jako "spiritual jazz". Wielu osobom ten rodzaj muzyki może wydawać się trudny; nie należy się jednak obawiać, gdyż abum jest przystępny w odbiorze.
Jeśli nie określimy „Spirit To All” duchowym jazzem, jak go inaczej nazwać? Muzyką inspirowaną? Post-bopem? Free jazzem? Niezależnie od definicji jest to muzyka pięciu instrumentalistów podążających za sobą, popychających się nawzajem i grających w intencji czegoś większego.
Mazolewski prowadzi nas przez „duchowe” terytorium jazzowej kompozycji, wprowadzając nasze emocje w drgania, wychodzi poza sztywne schematy, traktuje tematykę utworów jako zestaw różnych kształtów melodycznych. Mimo faktu, że na płycie znajduje się osiem utworów, ich struktura wywołuje wrażenie, jakby nie miały one początku i końca. Integralnym, bardzo istotnym elementem całości jest cisza. Jak pokazują pierwsze takty utworu otwierającego płytę, cały kwintet pracuje na zasadzie zapętlenia i transcendencji.
Zastanawiałem się, czy ta muzyka wymaga od odbiorcy jakiegoś szczególnego przygotowania i koncentracji. Czy możemy ją sobie tak po prostu „odpalić” i posłuchać? A może w dzisiejszych, bardzo rozproszonych czasach, to pytanie jest bez znaczenia? Doświadczenie podpowiada, że każda muzyka wymaga nastroju oraz właściwego momentu. Natomiast, jak wszystko w życiu, jest to sprawą indywidulanego podejścia i wrażliwości.
Jedno jest pewne - warto posłuchać „Spirit To All” od początku do końca, usiąść w wygodnym fotelu, zamknąć oczy i pozwolić się unieść. Ta muzyka ma dar przeniesienia słuchacza przez zmienność i burzliwe podmuchy życia gdzieś daleko, gdzieś… na drugi brzeg. To muzyka, która momentami jest bardzo zdecydowana w swoim charakterze i brzmieniu, ale potrafi również ciepło utulić.
„Spirit To All” prezentuje w równym stopniu potrzebę duchowej bliskości, jak też umiejętność muzycznego wyrażenia stanu naszego ducha, jest łącznikiem między ziemią i wszechświatem. Intymność wyczuwa się w każdym z ośmiu utworów. Mazolewski oferuje nam chwile refleksji nad własnym bytem i samoświadomością. To podróż Człowieka rozwiniętego duchowo, Człowieka wolnego, zdolnego do dokonywania wyborów w oparciu o wyższe wartości, wykraczające poza własną, doraźną korzyść.
WMQ stworzył imponujący album, łączący elementy muzyki Wschodu z modalnym, czasami awangardowym w brzmieniu jazzem.
Płytę otwiera prawie dwunastominutowy utwór tytułowy, będący wyraźnym punktem kulminacyjnym i w zasadzie podsumowaniem tego, co nastąpi później: fortepian Joanny Dudy oraz transowy riff Mazolewskiego tworzą ramę do melodyjnej gry Pospieszalskiego na saksofonie. Wraz z upływem czasu utwór przybiera na sile, rozwijając się w byt o własnym charakterze. Ten krąg dźwięków staje się bardziej żywy i wyrazisty, idący w stronę free dzięki trąbce Oskara Tőrőka.
Ważnym odnotowania jest fakt, że Mazolewski wydał „Spirit To All” w dwóch wersjach: polskiej, wydanej przez WMQ Rec (wyłączna dystrybucja e-muzyka S.A.) oraz międzynarodowej, przygotowanej w brytyjskiej wytwórni Whirlwind Recordings. Płyty różnią się zawartością muzyczną i kolorem okładki. Polskie wydanie jest rozszerzone o dwa tytuły - „Gray Day” i „Alchemia.
„Gray Day” to krótka, minorowa kompozycja, w której wszystko jakby się uspokaja. Fortepian, brzmi dostojnie, dźwięki podążają jeden po drugim, wolno ścierając się z chłodnym brzmieniem trąbki. Chciałoby się powiedzieć, że rzecz dzieje się zgodnie z zasadą: „Wszystko ma kiedyś swój koniec”. Potem napięcie przemija, ustępując miejsca poczuciu równowagi i harmonii. Pozostając w stanie błogiego spokoju, przechodzimy do „Power To The People”. To ciekawa kompozycja Marka Pospieszalskiego – utwór ożywiony intensywnymi emocjami, który zabiera nas w każdym możliwym kierunku. Zdecydowane brzmienie fortepianu Joanny Dudy i bębnów Jakuba Janickiego uzupełniają melodyjny temat grany przez Pospieszalskiego na saksofonie i Tőrőka na trąbce, która przechodzi płynnie w swobodną improwizację. Gdy, wydaje się, że nic już nas nie zaskoczy, saksofon Pospieszalskiego zaczyna krzyczeć, nie wiadomo, czy się śmieje, czy płacze. Pełna siły wyrazu kompozycja wzmocniona kakofoniczną sekcją i solidnym brzmieniem całego kwintetu.
Charakteryzująca się inną dynamiką i podejściem do harmonii jest kompozycja Joanny Dudy „Harmoney”. Ciepłe brzmienie saksofonu wsparte dźwiękami trąbki otula nas, jakby przygotowując do kolejnego etapu podróży. Jaka szkoda, że ta kompozycja trwa tak krótko!
„Spirit To All” to bardzo ciekawa, różnorodna pod względem brzmienia i wykorzystanego instrumentarium płyta. Muzycy wzmacniają klimat korzystając z różnego rodzaju instrumentów perkusyjnych (dzwoneczki, cymbałki, grzechotki), używając ich w bardzo naturalny nieinwazyjny sposób, stanowiący nieodłączny element przekazu muzycznego. Będąc miłośnikiem brzmienia fletu czuję się w obowiązku wspomnieć o ujmującej partii granej na flecie poprzecznym w „Slavic Spirit” czy też cudownie transowym klarnecie basowym w „The Year of Magical Thinking” Marka Pospieszalskiego. To utwór, w którym na tle surowych dźwięków fortepianu Mazolewski prowadzi melodię, przechodzącą w zapętloną partię kontrabasu. Pozostali instrumentaliści powoli zaznaczają swoją obecność pojedynczymi dźwiękami, bądź też wchodzą ze sobą w dialog pełną linią improwizacji.
Płytę kończy krótka kompozycja o charakterze katakumbowo-transowym, wzmocniona brzmieniem klarnetu basowego i fletu. Na uwagę zasługuje fakt, że utwór ten nagrywany był w poczuciu duchowej synergii wszystkich członków zespołu w jeden bijący wspólnym rytmem organizm. Potem wszystko cichnie… podróż dobiega końca.
Po wysłuchaniu płyty zrozumiałem, że WMQ stworzył „Spirit To All” na skrzyżowaniu różnych emocji, różnego stanu ducha, różnych żyć i różnych tradycji. To trudne do opisania i do przełożenia na język słów, ale nie dźwięków. Jedno jest pewne: zamiast binarnego podziału na muzykę i życie, ta płyta ujawnia, że wszystko co czynimy jak i wszystko co czujemy - określa nas. Cienie nie istnieją bez światła, a każdy z nich definiuje drugi.
Marek PospieszalskiMarek Pospieszalski - soprano, alto & tenor saxophone, clarinet, flute Piotr Checki - tenor saxophone Tomasz Dabrowski - trumpet Tomasz Sroczynski - viola Szymon Mika - electric guitar & acoustic guitar Grzegorz Tarwid - piano Max Mucha - double bass Qba Janicki - drums & soundboard
Polish Composers Of The 20th Century (2022)
Wydawnictwo: Cleen Feed
Autor tekstu: Mateusz Chorążewicz
Marek Pospieszalski to saksofonista młodego
pokolenia z dość już dobrze ugruntowaną pozycją w polskim jazzie. Choć chyba
bardziej adekwatnym byłoby tu określenie „w polskiej muzyce improwizowanej”. Pomimo,
iż jestem zagorzałym fanem awangardy, do dotychczasowej twórczości Marka
Pospieszalskiego podchodziłem z pewną rezerwą. Nie przekonywała mnie ona.
Instynktownie wyczuwałem, że może być w niej coś nie do końca autentycznego. Z
tak oto wyrobionym zdaniem, w moje ręce wpadł album „Polish Composers Of The
20th Century”.
Inspiracją albumu, jak nie trudno się
domyśleć, jest muzyka polskich kompozytorów XX w. Na warsztat Pospieszalskiego
trafili Zygmunt Krauze, Włodzimierz Kotoński, Tadeusz Baird, Zbigniew
Rudziński, Marek Stachowski, Jan Krenz, Kazimierz Serocki, Roman Palester,
Witold Szalonek, Andrzej Panufnik, Tomasz Sikorski oraz Bogusław Schaeffer. Na
co warto zwrócić uwagę to fakt, że wcale nie tak łatwo jest się tu tych
powiązań doszukać. Pierwowzory stanowią niejako tylko fundament otwierający
muzykom drogę do kolektywnej improwizacji.
Interesującym aspektem jest to, że przy
opracowywaniu materiału Pospieszalski nie korzystał z partytur pierwotnych
utworów. Zamiast tego oparł się na doznaniach słuchowych. Wydaje się, że to
m.in. dzięki temu udało się stworzyć coś tak głęboko osadzonego w oryginałach,
a jednocześnie na tyle unikalnego i „innego”, że równie dobrze mogłoby stanowić
spójną całość oderwaną od oryginalnych kompozycji.
W osiągnięciu takiego efektu końcowego z całą
pewnością wpływ miał także dobór muzyków. Poza liderem projektu (saksofony,
klarnety, flet i taśma), w nagraniach wzięli udział Piotr Chęcki (saksofon tenorowy),
Tomasz Dąbrowski (trąbka), Tomasz Sroczyński (wiolonczela), Szymon Mika
(gitary), Grzegorz Tarwid (fortepian), Max Mucha (kontrabas) oraz Qba Janicki
(perkusja i soundboard). Jak widać, są to głównie muzycy młodego pokolenia,
którzy już wielokrotnie dali się poznać jako niezwykle otwarci artyści
potrafiący w każdym projekcie dodać „coś” od siebie. Wartym odnotowania jest
to, jak poszczególni muzycy współpracują ze sobą. Właściwie nie da się wyróżnić
jednego instrumentu, który górowałby nad resztą. Cały band funkcjonuje jak
jeden, żywy i spójny organizm, który konsekwentnie zmierza w tym samym
kierunku.
Odsłuch omawianego albumu jest niezwykle
mistycznym doznaniem. Dość powiedzieć, że to dwupłytowe wydanie to prawie dwie
godziny muzyki. Raczej sceptycznie podchodzę do tak długich albumów, gdyż
zdarza się dość często, że muzyka wyczerpuje swój potencjał w ciągu pierwszej
godziny. Tu jest jednak zupełnie inaczej. Przestrzeń, którą udało się stworzyć
jest nieporównywalna z niczym innym. Ugrzęzłem w tych brzmieniach na dobre. Jest
to coś nowego dla mojego ucha, a właśnie tego szukam w awangardowych
projektach.
Choć pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, to do
twórczości Marka Pospieszalskiego od teraz podchodzić będę z dużo większym
respektem i otwartością. Lider projektu powiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko
i z niecierpliwością czekam na jego dalsze kroki.
Czas podsumowań końcoworocznych zbliża się dużymi krokami, przygotowania ruszyły pełną parą, a o wspólnym wydawnictwie żywej legendy chicagowskiego jazzu Roscoe Mitchella i naszych muzyków wywodzących się ze sceny yassowej jak na razie jest wyjątkowo cicho. Być może to tylko dlatego, że album, który mam przyjemność omawiać na łamach bloga Polish Jazz, ukazał się dopiero pod koniec listopada i w natłoku innych płyt wciąż czeka na swoją kolej. Mam jednak nadzieję, że z każdym kolejnym dniem będzie o nim bardziej głośno, bo muzyka zawarta na "Four Sure" według mnie na to zdecydowanie zasługuje. Jestem przekonany, że nie pozostawi też nikogo obojętnym. I to nawet, jeśli w przypadku niektórych słuchaczy jej odbiór będzie tylko chłodny.
Roscoe Mitchell jest prawdziwym nestorem i, nie bójmy się użyć tych słów, żywą legendą muzyki jazzowej. Zapracował na to miano jak mało kto - jest aktywny od lat 60. i ma na koncie wiele znakomitych nagrań podpisanych własnym imieniem i nazwiskiem oraz wydanych z zespołem Art Ensemble Of Chicago. Był także czołową postacią ruchu AACM (Association for the Advancement of Creative Musicians), który stał się trampoliną dla wielu wybitnych afroamerykańskich muzyków w rodzaju Anthony’ego Braxtona, Freda Andersona czy Muhala Richarda Abramsa. Dzięki temu artyści spod znaku AACM w niełatwych czasach mogli z większym powodzeniem rozwijać swoje koncepcje artystyczne w duchu muzyki kreatywnej czerpiącej ze spuścizny jazzu, muzyki współczesnej i etnicznej. Roscoe Mitchell był wyróżniającą się postacią tego ruchu i po dziś dzień koncepcje tej organizacji artystyczno-obywatelskiej znajdują odzwierciedlenie w jego twórczości.
Chicagowski saksofonista ma za sobą dobry rok. Tak się jednak złożyło, że był to czas, w którym artysta wydawał muzykę nagraną z awangardowymi orkiestrami. Zarówno "Distant Radio Transmission" zarejestrowane z Ostravską Bandą, jak i "Splatter" są jednak trudne w odbiorze, momentami nawet męczące i raczej traktowałbym je jako ucztę dla intelektu. "Four Sure" sytuuje się w zasadzie na przeciwnym biegunie twórczości Mitchella i jest niejako jego powrotem do bardziej spontanicznego, intuicyjnego i żywiołowego grania, gdzie duch AACM wydaje się cały czas obecny.
Duża w tym zasługa naszych muzyków: klarnecisty Jerzego Mazzolla, kontrabasisty Sławka Janickiego i perkusisty Qby Janickiego, którzy często sięgają po, zachowując proporcje, komunikatywne środki wyrazu i jednocześnie potrafią budować wciągającą opowieść nawet na zaledwie jednym czy dwóch dźwiękach. Masywne, intensywne tło za sprawą charakterystycznego, dronującego brzmienia klarnetu Mazzolla stymuluje ekspresję muzyków, odrealniając nieco kompozycje, które w efekcie nabierają specyficznego, transowego zabarwienia. Zresztą wszyscy trzej to artyści, którzy kreatywność mają we krwi, znają się od wielu lat i konsekwentnie pokazują, że idee artystyczne trójmiejskiej i bydgoskiej sceny yassowej były i są bliskie artystom z Chicago. W rezultacie współpraca między Mitchellem a polskimi muzykami przebiega w doskonałej symbiozie i jeśli skupić się tylko i wyłącznie na wątku improwizacji, całość zaskakuje niezwykle spójną strukturą, płynną narracją i gęstą materią dźwiękową.
W przypadku "Four Sure" warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden kontekst - nadzwyczajnego porozumienia yassowców z muzykami związanymi z Art Ensemble Of Chicago. Ćwierć wieku temu zespół Miłość z dużym powodzeniem występował z trębaczem Lesterem Bowiem i dorobił się nawet dwóch płyt: "Not Two" oraz "Talkin’ About Life And Death". W 2015 roku Roscoe Mitchell wraz z Jerzym Mazzollem, Sławkiem i Qbą Janickim zagrali w ramach 11. edycji Mózg Festival. Materiał został zarejestrowany, przeleżał aż 5 lat, ale doczekaliśmy się i w końcu ujrzał światło dzienne. "Four Sure" to znakomity album, który potwierdza, że improwizowany jazz może być muzyką pełną werwy i energii, a do tego może też być zagrany bez jakiejkolwiek spiny i napuszania się. Przy okazji to świetny muzyczny dokument i dowód na to, że historia czasami lubi zataczać symboliczne koło.
Perkusista Qba Janicki i saksofonista Marek Pospieszalski powracają pod pięknym, egzotycznym szyldem Malediwy. Po koncertowej rejestracji "Afroaleatoryzm", pełnej błyskającego ogniem piekielnym free jazzu, zapraszają nas w tajemniczą, naszpikowaną akustycznymi niespodziankami, podróż studyjną o równie ekscentrycznej nazwie "Dolce Tsunami". Muzycy wyposażeni w instrumenty akustyczne i całą armię urządzeń piezoelektrycznych i amplifikujących, proponują nam dźwięki, które na pierwszy rzut oka i ucha można by zaliczyć do kategorii improwizowanych, elektroakustycznych preparacji. Kierunek ów niechybnie przynosi skojarzenia recenzenta z solową płytą Janickiego "Intuitive Mathematics", która pod względem estetycznym zdaje się być usadowiona bliżej nowego albumu Malediwów, niż sam debiut rzeczonego duetu.
Taka, a nie inna decyzja artystyczna sprawia, iż płyta jest zdominowana przez rytm. To on zdaje się być przyczyną, jak i celem każdej decyzji dramaturgicznej. Wszystko dzieje się tu wokół niego, także wszelkie dęte pasaże, niezależnie od stopnia dekonstrukcji żywego dźwięku saksofonu, trzymają konwencję, tańczą według rytmicznych wskazówek i podpowiedzi, czy też wbrew nim, ale zawsze w stanie pełnej inspiracji. Muzycy proponują na niedługiej płycie (około 42 minuty) aż jedenaście różnych pomysłów na bystrą improwizację, zatem na ogół śpiewają krótko, na temat i nie mają jakichkolwiek problemów ze stylowym domknięciem każdego z wątków.
Album startuje intrygującą strukturą dynamiczną, czymś na kształt post-synkopy. Po tym mocnym początku artyści bardziej skupiają się na preparowaniu dźwięków - ich instrumenty drżą i szeleszczą, a amplifikatory pracują rytmicznie. Posmak elektroakustyki nie będzie już opuszczał muzyków do samego końca. W kolejnych kilku utworach akceptują oni dyktat rytmu, często stosując repetycję, a całość chwilami nabiera na poły rockowej ekspresji. Samo dobro zaczyna się od siódmej części. Tu procesowi dekonstrukcji poddana zostaje ściśle idea rytmu. Narracja pętli się, skwierczy amplifikacjami, rzęzi i pulsuje, niczym zepsuty agregat prądotwórczy. Dobre czasy Mouse On Mars mogą tu być nieco prowokacyjnym tropem recenzenta.
Ósma i dziewiąta część pogłębiają proces syntetycznej dewastacji akustycznych dźwięków. Wszystko grzmi głuchym, post-elektronicznym rezonansem, nabiera dubowego posmaku, a echo wydaje się kreować sytuację dramaturgiczną na równi z instrumentami. W kolejnej części powraca, znany z pierwszej płyty, duch free jazzu, czyniąc tę część morzem ekspresji i zdrowych emocji. W ostatnich dwóch częściach warto zwrócić uwagę na całkowicie pozbawiony rytmu wstęp utworu przedostatniego, a także na posmak etno w kompozycji finałowej, gdy instrumentom i amplifikatorom przychodzi z odsieczą głos męski.
Warszawski Bocian lubi mieszać gatunki, łączyć improwizację z kompozycją, unika dróg na skróty, z ptasią gracją omija dramaturgiczne mielizny i estetyczne płycizny. Dziś omówimy trzy płyty wydane przez Bociana w roku bieżącym i minionym. Spotkamy na nich czterech muzyków, którzy na miejsce artystycznego zdarzenia dotarli z różnych miejsc, mając w buławie dotychczasowej sławy całkiem odmienne doświadczenia muzyczne. Trzy czarne, nieprzegadane krążki (zdaje się, że ów wydawca nie znosi zbyt długich płyt), które niezależnie od swoich niepodważalnych zalet i prawdopodobnie zupełnie niedostrzegalnych wad, udowadniają ważną tezę dotyczącą szeroko rozumianej muzyki improwizowanej - odwieczna rywalizacja elektroniki i dźwięków akustycznych może śmiało przybierać barwy artystycznej przyjaźni, często przeradzającej się w prawdziwe "marsze równości" składnika syntetycznego i żywego.
Jerzy Przeździecki - buchla music easel, eurorack system
Andrzej Karałow - piano, guitar, effects
BOCIAN 2020
Zaczynamy od niedługiej relacji z festiwalu ambientowego w Gorlicach (2019). Na scenie Andrzej Karałow (grand piano, gitara i efekty) i Jerzy Przeździecki (wszystkie pozostałe dźwięki, zapewne w całości syntetyczne). Ich spotkanie zwie się "Pedestal’s Complement" (LP 2020), podzielone zostało na dwie części i trwa 26 minut.
Koncert rozpoczyna dźwięk, który brzmi jak elektroakustyczny metronom. Towarzyszy mu delikatne, ostrożne piano z odrobiną preparacji. Szczypta post-elektroniki w służbie post-akustyki. Narracja buduje się mozolnie, ale dość swobodnie, bez minimalistycznych naleciałości. W ramach ozdobników puste, brzęczące półakordy gitary, brzmiące niczym replika fortepianu, a także spora ilość dźwięków, dla których trudno wskazać źródło pochodzenia. Piano potrafi pokazać free jazzowy pazur, elektronika, choć chwilami bardzo aktywna, daleka zdaje się być od inwazyjności. Obie sfery dźwięków dobrze na siebie reagują i w przyjaźni realizują, wspomniany w preambule tekstu, marsz równości. Pierwsza strona płyty zdaje się być szczególnie udana po dziesiątej minucie, gdy opowieść ogarnia pewien rodzaj nostalgii i elektroakustycznej zadumy, która realizuje się bez popadania w banał nadmiernej repetycji.
Druga strona winyla kontynuuje ów nieco spowolniony bieg zdarzeń, nabiera posmaku zdrowego, dobrego chill-outu. Muzycy od czasu do czasu czynią gesty, które wskazują na poszukiwanie dramaturgicznej zaczepki, a każda z tych prób liczyć może na bystrą interakcję. Po czasie opowieść nabiera odrobiny rozmachu, ale artystom wciąż nigdzie się nie śpieszy. Kultywują klimat meta ambientu, w który pod sam koniec występu tchną jeszcze dodatkową porcję melodyki, co uczyni zarówno finał, jak i cały koncert dalece przyjemnym doznaniem słuchowym.
Przeździecki/Mazzoll - melodnie (2019)
Jerzy Przeździecki - tuned distortion feedback
Jerzy Mazzoll - bass clarinet
BOCIAN 2019
Odpowiedzialny za świat syntetycznych nieskończoności, Jerzy Przeździecki, zostaje z nami, a dołącza do niego pomnikowa postać krajowej, improwizowanej awangardy - Jerzy Mazzoll. Ich wspólne nagranie zwie się "melodnie" (LP 2019), składa się z sześciu improwizowanych epizodów, których odsłuch nie zajmie nam więcej niż 27 minut. Wedle skąpego opisu na okładce płyty, Mazzoll będzie grał na klarnecie basowym bez ustnika (po prawdzie, nie wiemy, czy dzieje się tak w każdym utworze), zaś jego partner użyje tuned distortion feedback.
Płytę otwierają masywne dźwięki elektroniki, z których wyłania się brzmienie klarnetu na dużym pogłosie. Być może ów dźwięk akustyczny jest poddawany obróbce metodą live processing, być może jednak to, co słyszymy, powstaje w zupełnie inny sposób. Nie jest to dla nas szczególnie ważne, albowiem od pierwszego do ostatniego dźwięku kolejny bociani, jakże kooperatywny marsz syntetyki i akustyki (w tym wypadku, to ostatnie pojęcie wydaje się nieco mało precyzyjne), dostarcza nam niemal wyłącznie pozytywnych emocji. Co ciekawe, w tym tyglu zniekształconych i dramaturgicznie powykręcanych dźwięków, pojawia się nuta folkowego, tudzież orientalnego zaśpiewu, a nawet głos, który próbuje nam coś przekazać na poły werbalnie. Znów nie wiemy, czyja to sprawka, ale - powtórzmy - ponownie nam się podoba. Dobrym przykładem na owe intrygujące naleciałości stylistyczne niech będą dwie pierwsze kompozycje.
W trzecim utworze napotykamy na ciekawy dysonans. Z jednej strony dociera do nas dron post-electro, z drugiej - budowany na dużym pogłosie dron klarnetu, który brzmi tu niczym wypalone ogniem pustynnym didgeridoo. Czwarta opowieść budowana jest przede wszystkim na improwizacji instrumentu dętego. Mazzoll plecie tu zwinną, dosadną i śpiewną opowieść. Z kolei w piątej improwizacji królem polowania jest syntetyka, która harcuje, dudni i grzmi mechaniką szelestu i sprzężenia. Mamy nieodparte wrażenie, że w tym tyglu emocji palce macza także elektronicznie zdekonstruowany klarnet. Na finał tej bardzo krótkiej płyty garść świszczącej post-elektroniką klarnetowej zadumy. Długie, smakowite pasaże w poświacie wyjątkowo mglistego poranka, które ucięte zostają sprawnym ruchem post-produkcyjnej brzytwy.
Qba Janicki - Intuitive Mathematics (2019)
Qba Janicki - percussion instruments, soundboard
BOCIAN 2019
Czas na trzeci już dziś marsz syntetyczno-akustycznej równości, a w roli żywego instrumentu tym razem perkusja. Na płycie "Intuitive Mathematics" (LP 2020) nie spotykamy jednak duetu, albowiem za wszystkie dźwięki odpowiadał będzie jeden artysta - Qba Janicki. Obok zestawu perkusyjnego, muzyk korzystał będzie z amplifikacji i własnoręcznie wykonanego narzędzia pracy, tzw. deski dźwięków. Dwie strony czarnego winyla, 33 i pół minuty.
Otwarcie płyty obiecuje wiele i bez trudu, w dalszej jej części, obietnice owe spełnia. Świergot małej elektroakustyki - narracja budowana precyzyjnie krok po kroku, perkusja i drobna elektronika na granicy żywego dźwięku. Całość podszyta preparacjami, czasami nawet na granicy przesteru. Rytm, dynamika, emocje perkusji i elektronicznych zdobień. Po fazie syntetycznej eskalacji, która ma miejsce w połowie utworu, bystry powrót do żywego, ale bardziej filigranowego drummingu. Po paru kolejnych minutach narracja gęstnieje, urozmaica swoje brzmienie i zaczyna poszukiwać ciekawych repetycji, by na koniec znów odnaleźć powód do wzmożenia dynamiki.
Drugą stronę otwiera czerstwa, gęsta i repetytywna elektronika. Jakby muzyk w tej samej chwili generował kilka wątków. Żywe pasma pojawiają się od czasu do czasu w tej opowieści, potrafią wszakże bez słowa przenieść się w syntetyczny wymiar. W połowie szóstej minuty aurę nagrania na krótki moment spowija chmura ambientu, która gasi dynamikę ekspozycji. Narracja przypomina w pewnym stopniu post-jazzowe dekonstrukcje Jana Jelinka sprzed dwóch dekad, realizowane wszakże na żywo. Przybywa elektroakustycznych preparacji, udanych powtórzeń, pogłosu post-elektroniki, czyniąc przy okazji ów fragment płyty najbardziej frapującym. Nim muzyk dobrnie do końca swojej historii, po czternastej minucie zaserwuje nam jeszcze plaster harsh & industrial, po czym ze śpiewem na ustach rozpocznie proces zawijania do portu, napotykając po drodze na kilka intrygujących sprzężeń mocy.
Marek Pospieszalski - tenor saxophone
Kuba Janicki - drums
Afroaleatoryzm
LADO ABC 2018
By Piotr Wojdat
Tak się składa, że w ostatnim czasie na łamach serwisu Polish Jazz przybliżam albumy debiutantów, którzy swoje nagrania powierzają w dobre ręce przedstawicieli wytwórni Lado ABC. Nie, żebym z tego powodu narzekał. Wręcz przeciwnie: warszawski label gwarantuje muzykę, która wyróżnia się na polskiej scenie oryginalnością i mnogością stylistycznych odniesień. Niedawno opisywałem pierwszy długogrający materiał zespołu Pokusa i działo się na nim sporo ciekawego. Tym razem postaram się nieco przybliżyć debiut grupy Malediwy, której propozycja albumowa również do banalnych nie należy.
Nazwa zespołu budzi dosyć oczywiste skojarzenia z rajskim archipelagiem wysp, który jest wymarzonym miejscem dla spragnionych słońca, pięknych plaż i turkusowej wody. Formacja nie gra jednak muzyki wakacyjnej, nie jest to nawet chillwave albo jakaś nowoczesna odmiana synthpopu. Z drugiej zaś strony autorzy płyty "Afroaleatoryzm" nie sięgają raczej po inspiracje lokalną muzyką z wysp na Oceanie Indyjskim. A jeśli to nawet robią, to nie sposób takie nawiązania wychwycić. Saksofonista Marek Pospieszalski i perkusista Kuba Janicki, którzy znają się chociażby z kwintetu Wojtka Mazolewskiego, stawiają na… żywiołowy free jazz.
W opisie do płyty artyści przyznają, że inspiracją do jej powstania była wymyślona przez trębacza Andrzeja Przybielskiego koncepcja aleatorycznego funku. Myślę, że przedrostek afro, który jest częścią wyrazu będącego tytułem płyty, to bardziej klarowna inspiracja. Słychać to przede wszystkim w tym, jak na perkusji gra Kuba Janicki. Co prawda nie nawiązuje do muzyki afrykańskiej w sposób oczywisty, ale pojawiają się polirytmie, transowość i nieco połamany groove. A że mamy do czynienia z materiałem koncertowym, to wybrzmiewa to wszystko z dużą intensywnością.
Marek Pospieszalski ma dzięki tej skupionej grze perkusisty szerokie pole do popisu. Żarliwe improwizacje przeplata z zarysami motywów melodycznych, które bywa, że są kontrapunktem dla tego, co tworzy Janicki. Z nagrań buzuje energia, spontaniczność i duża radość z tworzenia. Zawartość albumu "Afroaleatoryzm" może przywodzić na myśl dokonania artystów z przełomu lat 60. i 70., którzy - jak np. Frank Wright czy Noah Howard - specjalizowali się w łączeniu ostrego improwizowanego jazzu ze spirytualną, wręcz natchnioną rytmiką.
This is a live recording by Wojtek Mazolewski and his quintet, which presents live versions of the material recorded for his last studio album entitled "Polka". The lineup is not listed on the album's minimal packaging, so one must assume that it is the same as the lineup which recorded the studio album. The album presents just three compositions from the studio album, with the title track repeated twice, one time lasting for over nineteen minutes and the second time for almost twenty six minutes.
These live versions are
dramatically different from the concise studio versions and show the quintet
stretching out and playing extensive solo sections, group improvisations and
trance like repetitions, which are absent from the studio album. In short this album
could be seen as "the other side" of "Polka".
Of course a live album always
turns the attention of the listener to the individual players checking out
their chops and technical skills. Although these musicians are experienced and
talented, they definitely are not up to the challenge to keep the listener
captivated for extended periods of time and the album fails in that respect. If
one wants listen to long solo bass solos, there are plenty of other bassists to
choose from. Perhaps shorter pieces would have worked better? In addition the
sound quality of the album is rather hollow and unfocused, which does not help.
The album also shows the punkish
attitude of Mazolewski towards his listeners, a hype he has been demonstrating since
his Punk and Yass days, which honestly is passé today. The charm of being rebellious
works for a while, but eventually what the musician has to offer artistically
should kick in, which in Mazolewski's case somehow does not happen too often
lately
It is difficult to understand
what the reasoning behind releasing this album was. If it means to serve as an
invitation to the quintet's live shows, it is definitely not the best advertisement
that could have been chosen. This album and the latest Pink Freud album both
find Mazolewski away from his best days that are well remembered.
This is the third album by
Polish Jazz bassists/composer Wojtek Mazolewski and his quintet, which also
includes Slovak trumpeter Oskar Torok, saxophonist Marek Pospieszalski, pianist
Joanna Duda and drummers Qba Janicki and Michał Bryndal. The album presents
twelve compositions (one repeated twice), six of which are originals by
Mazolewski, two are originals by Duda, one is credited to the entire quintet
and three are covers.
The music on this album was
written over a long period of time and reflects the personal life of the leader
and the touring experiences by his quintet, as well as their musical
preferences. It is a mixed bag of various influences, including Jazz but not necessarily
strictly connected with Jazz, as usual with Mazolewski's albums. His tap-dance between
Jazz and more popular Pop & Rock idioms seem to work miracles during the
quintet's live shows, which are extremely well attended by enthusiastic audiences,
but it does not translate that well into albums, like this one, which are a
mixed, unfocused bag.
Of course these are top-notch
players, especially Duda, who displays a remarkable ability to adopt her
playing to the various musical environments present herein and sets her own
voice in her compositions. The sound is smooth and likeable as is the music and
overall this album is a lot of fun to listen to, but leaves very little of an
afterthought.
The album is beautifully
packaged in a fancy digibook format, with great photos and Mazolewski's
reflections about the music. BTW the work "Polka" has a double
meaning: a Folk dance (of Czech origin) and a Polish female person; a dichotomy
Mazolewski explores in detail.
I had a lot fun listening to
this album but at the same time, as with all albums by Mazolewski, I feel a bit
cheated, always getting a bit less than I hoped for. Some music simply does
sound better live…
Pleszynski
Grzegorz Pleszynski - plastics tube trumpets, tv sounds
Jerzy Mazzoll - bass clarinet
Artur Maćkowiak - guitar
Sławomir Szudrowicz - guitar
Qba Janicki - drums
Bartek Kapsa - drums
Rafał Gorzycki - drums
Marta Szymańska - piano
Andrzej Gawroński - voice
and others
Rock & Roll History Of Art
Wet Music Records By Bartosz Nowicki
Grzegorz Pleszyński to bydgoski artysta, eksperymentator, performer, społecznik, a od pewnego czasu również muzyk, którego głównym instrumentem jest preparowana trąbka. Swój bliski związek z polską awangardą sztuk wizualnych eksponuje na wydanej niedawno płycie "Rock & Roll History of Art". I choć zawartość albumu z rock'n'rollem wspólną ma chyba jedynie swobodę ekspresji, to już ze sztukami plastycznymi o wiele więcej. Historia sztuki opowiedziana przez Pleszyńskiego i jego przyjaciół jest próbą jej dźwiękowej interpretacji oraz transkrypcji awangardowych idei w przestrzeń muzyczną. Przestrzeń o tyle specyficzną, gdyż jej źródłem jest jazz i improwizacja, nie zaś muzyka konkretna na ogół kojarzona ze sztuką eksperymentalną drugiej połowy XX wieku. Pleszyński spogląda na sztukę z perspektywy lokalsa mocno zakorzenionego w eklektycznym, eksperymentalnym i improwizowanym klimacie muzycznej Bydgoszczy, jednej z dwóch (obok Trójmiasta) kolebek yassu.
Sama obsada zebranych przez Pleszyńskiego gości (Jerzy Mazzoll, Artur Maćkowiak, Sławomir Szudrowicz, Qba Janicki, Rafał Gorzycki, Bartek Kapsa), związanych z legendarnym klubem Mózg, zwraca uwagę na post-yassową celebrację muzyki, z charakterystyczną dla tego nurtu swobodą i wolnością artystyczną oraz przełamywaniem ram gatunkowych.
W przeważającej części płyty mamy do czynienia z intymnymi, poetyckimi etiudami skomponowanymi bądź zaimprowizowanymi w oszczędnym dźwiękowym środowisku. Z reguły tworzą je gitara Maćkowiaka (czasem jedynie ornamentująca, czasem kreśląca wyraźniejsze ramy kompozycji) oraz trąbka Pleszyńskiego spreparowana w formie ustnika i długiej plastikowej rury łączącej go z czarą w postaci kuchennego lejka. Do statycznych, zawieszonych w pustej przestrzeni ekspresji dwóch skromnych instrumentów dołącza momentami dynamizujący i rozdzierający klarnet basowy Jerzego Mazzolla, szemrzące mgiełki perkusji Janickiego i Kapsy oraz wokal Pleszyńskiego i jego gości. Lapidarność muzycznej artykulacji oraz nietuzinkowe wykorzystanie zanurzonej w pogłosie trąbki przywodzi na myśl skandynawski minimalizm Arve Henriksena i jego intymnych, odrealnionych, przestrzennych krajobrazów.
W kontemplacyjnej formule albumu wyróżniają się trzy centralne kompozycje: "Rund Um Die Friedrichstrasse", "Lokal Harmonie Duisburg" oraz "Oberhausen Heart Attack". Rozbudowane instrumentarium stymuluje ekspresję muzyków, dynamizując kompozycje, które intensywnie zmierzają w rejony znane z najlepszych momentów yassu. Jazzowe free spotyka się tu z rockową werwą, tworząc muzyczny miszmasz lawirujący między dubem, bluesem i ambientem. Finałem "Rock & Roll History Of Art" jest podany niemal w piosenkowej formie fluksusowy manifest Emmetta Williamsa i Roberta Filliou.
Jako że kanwą albumu Pleszyńskiego są sztuki wizualne, warto zwrócić uwagę na interesujący i celny sposób, w jaki artysta muzycznie zinterpretował prace wybitnych twórców polskiej awangardy: Henryka Stażewskiego, Ryszarda Winiarskiego i Ryszarda Waśko. Pleszyński losowo deklamuje nazwy kolorów ("biel" i "czerń"), dosłownie przepisując konceptualny modus Winiarskiego w przestrzeń akustyczną. Podobny pomysł wykorzystuje również w "Stażewskim", gdzie za pomocą głosek, nazw kolorów i abstrakcyjnych onomatopei przenosi suprematyczne malarstwo w poezję dźwiękową. Proste odczytanie obrazów Winiarskiego i Stażewskiego wydaje się formą wręcz doskonałą, aby pokazać metodę twórczą, ideę i ekspresję tych artystów, nie popadając przy tym w pretensjonalność ani zbyt wybujałą impresję. Jedynie "Waśko" wydaje się być "przytoczony" w dość swobodnej formie raczej pozbawionej naturalnie nasuwających się skojarzeń choćby z instalacją "Róg" zacytowaną na okładce płyty.
Odnoszę wrażenie, że pomysł na "Rock & Roll History Of Art" mógł ujrzeć światło dzienne jedynie w Bydgoszczy, specjalnym miejscu na ziemi, w którym wrażliwość zgromadzonych wokół tego miasta twórców umożliwia im realizację nawet najbardziej abstrakcyjnych idei, zaś kreatywność artystyczna i multidyscyplinarność możliwa jest dzięki nieokiełznanej, surrealistycznej wręcz wyobraźni, talentowi improwizatorskiemu i wielkiej otwartości na sztukę takich ludzi jak Grzegorz Pleszyński.
Oskar Torok - trumpet
Marek Pospieszalski - saxophone
Joanna Duda - piano
Wojtek Mazolewski - double bass
Qba Janicki - drums
Michał Bryndal - drums
Sara Brylewska- voice
Polka
Agora SA By Maciej Nowotny
Pierogi są ruskie, fasolka jest po bretońsku, śledź po japońsku, zatem nie powinno dziwić nikogo, że polka jest... czeska. Może dlatego Wojtek Mazolewski wziął do składu swojego kwintetu grającego na trąbce Oskara Toroka. Ale i on prawdę mówiąc jest Słowakiem, choć przynajmniej mieszka w Pradze. Czeskiej. Ja wolę jednak interpretować tytuł tej płyty - "Polka" - przez pryzmat okładki, na której blondynka w typie Małgorzaty Braunek (to chyba po prostu ona?) z okresu, gdy wnerwiała pół Polski swoją grą w "Potopie" Hoffmana, wykrzywia się pokazując pomarszczony gniewem nosek i gotowe do ukąszenia siekacze. Nie przestając być przy tym całkiem ładną. I czy nie takie właśnie są one, Polki?
Zresztą odniesień do Polek i kobiet w ogólności nie brakuje w notkach, jakie do płyty dołączył Wojtek. Niektórzy będą wskazywać, że w ten sposób zręcznie wykorzystuje uwielbiającą seks i ploteczki współczesną publiczność, czego dowód dał zresztą jakiś czas temu, angażując się w romans z Mają Sablewską. Ale mnie to w ogóle nie przeszkadza, wręcz śmieszy mnie cały ten hejt wobec Mazolewskiego i zwykła zawiść, że tak wyśmienicie potrafi promować siebie i swoją muzykę w mediach. Raczej budzi to moje uznanie, bo znam wielu znakomitych muzyków, którzy chcieliby mieć takie umiejętności, a nie mają albo co gorsza w obejściu są tak gburowaci, aroganccy i nieciekawi, że odechciewa się słuchać ich muzyki.
Wracając do "Polki", to muzyka na tym albumie jest równie komunikatywna jak sam lider i w ogóle stanowi chyba obecnie najbardziej udany na polskiej scenie melanż jazzu i muzyki popularnej. Na tej płycie bardzo podobają mi się nawiązania do bliskiej mi muzyki z Seatlle, z nieśmiertelnym "Heart-Shaped Box" Nirvany jako szczególnie smakowitym kąskiem. Ale znajdzie się tutaj i nagrany w stylu reggae "Get Free" czy "Bombtrack" z repertuaru Rage Against The Machine. Reszta to kompozycje członków zespołu, z których w tym konkretnie tekście chciałem podkreślić rolę - skoro już tak się podlizujemy wszystkim Polkom - Joanny Dudy.
Jej pióra są na płycie "Grochów" i "Kraków", a także - w części - "Berlin". Duda - chociaż podejrzewam, że słuchaczom znana głównie z tego składu - ma już w dorobku swoją własną znaczącą karierę. Wydała kilka sygnowanych własnym nazwiskiem albumów, które zadziwiają szerokością zainteresowań - od pełnego funku nagranego w ramach formacji o nazwie AuAua, do opartego na elektronicznych improwizacjach z kolektywem o dziwnej nazwie J=J. Krótko mówiąc, Duda ma swój niepowtarzalny styl, w którym jest jakaś dziecięca naiwność połączona z dzikim wręcz entuzjazmem, co świetnie się żeni z językiem, w jakim wypowiada się cały zespół. Poza tym Duda jest po prostu pianistką dysponującą olśniewającym warsztatem i muzykalnością, cechy którą dzieli ze swoimi nie mniej utalentowanymi kolegami w kwintecie, czyli wspomnianym już trębaczem Oskarem Torokiem, saksofonistą Markiem Pospieszalskim i grającymi na perkusji Michałem Bryndalem i Qbą Janickim.
Podsumowując, jeśli jara Was muzyka, do której pasuje etykietka grunge jazzu, przy której można nawet potańczyć, a przede wszystkim uważacie, że Polki mają najwięcej witaminy, to śmiało możecie sięgać po ten krążek, spokojnie puszczając mimo uszu paplaninę tych i owych zawistnych muzyków czy zakompleksionych dziennikarzy, których jedyną ambicją jest słuchać tego, czego przeciętny słuchacz nie może, bo dostaje bólu głowy!
This is the debut album by the Polish Avant-garde trio, which consists of clarinetist Jerzy Mazzoll, bassist Slawek Janicki and drummer Qba Janicki. The album consists of a CD, which includes six improvised pieces recorded in a studio, based on Mazzoll's ideas, and a DVD which documents a live concert filmed immediately following the studio recording. The music and video was recorded at the legendary "Mozg" center in Bydgoszcz, which includes a recording studio and a club, one of Poland's most interesting musical epicenters.
Mazzoll, one of the pioneers of
Polish contemporary Free Jazz / Improvised Music scene and one of the
Godfathers of the Yass movement, remains to be a central figure of that scene and
his prolific activity is well documented. Slawek Janicki was a member of
Mazzoll's Arhythmic Perfection for many years and they are now joined by
Slawek's son Qba. Mazzoll was also an early member of the legendary ensemble
Milosc.
Although obviously highly
spirited and full of great musicianship, the music presented on this album
failed to engage me, which is a prerequisite to be able to truly enjoy it. To
make sure this is not just a whim of the moment I listened to the music on
different occasions and still was left cold. Even the additional visual layer
present on the DVD failed to change the situation. Perhaps this music was an
ideal vehicle as a means of communication between the players, but it failed to
break the intimate inner circle. I admit a personal failure here, not blaming
the musicians.
The album itself is a beautiful
document of the Mozg center and the activities that are carried out there.
Considering the fact that this kind of underground culture, which is supported
by local Government and carries on a tradition for several decades, this is a
wondrous and highly unusual phenomenon.
There are things in life that taste best when
done in a free way: love, faith and… jazz. Surely music is an art where restraint and control
are indispensable to success. But in jazz more is needed since at its heart
lies trance, rhythm and abandonment of what is routine and predictable. Few
musicians in Poland understood this truth as deep as Jerzy Mazzoll. And from
the beginning of his career because he was
a protagonist of ‘yass’ movement and laid foundations for development of avant-garde
jazz in Poland. In those times he created a band Arhythmic Perfection with
which he explored the boundaries of improvisation not only in music but also in
other arts.
Since then he consistently moved
along ‘road less traveled’ in 90ties meeting with Derek Bailey and
participating in his famous Company Week Festival. Tony Oxley became producer
of his then released ‘Perplex’ album. After that he collaborated with Django
Bates Orchestra and Peter Brotzmann. He also started a project called Diffusion
Ensemble which eventually led to recording of series of albums. Well-remembered
are also workshops he did together with Peter Kowald and Olga Szwajgier which
influenced whole generation of young musicians. He was as well the moving force in creating Art
Depot festival which gave Polish and international audience unique opportunity
to explore nature of improvisation in cultures different than European or
American. He released altogether 12 albums which arguably changed the face of Polish
free music and is now working on film and theatre projects made under auspices
of Bogusław Schaeffer. Jerzy Mazzoll proved to be one the most unconventional
individualities in Polish music and with this new project, recorded with young
generation Janicki brothers, he shows consistency in ‘searching for a new land”
in jazz.