Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dąbrowski Piotr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dąbrowski Piotr. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 stycznia 2023

Fantastic Swimmers - Bonaventura (2023)

Fantastic Swimmers

Gosia Zagajewska - vocal
Viktar Siamaška - piano, flute, voice
Piotr Dąbrowski - drums
Alaksiej Varsoba - accordion
Vital Appow - bassoon

Bonaventura (2023)

Wydawnictwo: SoRecords by Twins

Tekst: Szymon Stępnik

Zespół Fantastic Swimmers jest awangardową grupą jazzową pochodzącą z Białorusi, której początki sięgają pierwszej połowy dekady XXI wieku. Główną siłą napędową jest Viktar Siamaška. To on właśnie założył zespół, a także wskazuje kierunek rozwoju niniejszego projektu. Rzadko możemy też usłyszeć go na żywo - głównie ze względu na trudność w dostępie do fortepianu na salach koncertowych, aczkolwiek styl wykonywanej muzyki bez wątpienia stanowi w tym przeszkodę. Znana jest bowiem historia młodego organizatora koncertu, który został zwolniony z pracy w Mińsku właśnie za zaproszenie na występ Fantastic Swimmers.

Wspomniałem o fortepianie, na którym gra lider Viktar Siamaška. Jak na jazz awangardowy, jest zaskakująco konserwatywny. Pamiętam, jak Chick Corea trącał struny fortepianu, niczym struny gitary. Widziałem Leszka Możdżera kładącego na fortepianłańcuch, dzięki czemu tworzył intrygujące brzmienie. Viktar w tym zakresie nie robi nic poza zwykłym wciskaniem klawiszy. Próżno oczywiście szukać melodycznych fraz i swingu.

Co ciekawe, dźwięk fortepianu stanowi jedynie tło do innych dziejących się na płycie rzeczy. Najjaśniejszym punktem jest wokal Gosi Zagajewskiej. Jej głos intryguje, a to jak długo potrafi trzymać jeden dźwięk (jak choćby w utworze Sea Buckthorn) jest wręcz fenomenalne. Bardzo łatwo popaść przecież w przesadę, przerost formy nad treścią w awangardzie. Gosia jednak znalazła pewien złoty środek we wszystkich utworach, przez co nadała płycie wyjątkowy charakter.

“Bonaventura” jest ze wszech miar mroczna. Pierwszy raz słuchałem jej podczas nocnej podróży samochodowej z Warszawy do Łodzi. Często czułem uczucie przerażenia, strachu, gdzie klimat przypomniał bardziej upiorną wersję “Zagubionej Autostrady” Davida Lyncha. Gdyby istniał nawiedzony dom, jestem pewien, że duchy słuchałyby właśnie tej płyty (no, a przynajmniej włączyłyby w celu straszenia zwiedzających). Samo słowo powiązane jest z włoskim, klasztornym imieniem męskim, oznaczającym “dobry los”.

Jasnym punktem nagrania jest również gra Piotra Dąbrowskiego. Nic dziwnego - to przecież znakomity perkusista, znany z uduchowionego grania. Jeżeli już się pojawia (bo niestety, nie zawsze jest słyszalny) kradnie cały show mocną, różnorodną grą na bębnach. Perkusja to dla niego instrument z krwi i kości, a nie zwykły wybijacz rytmu. Cały czas słychać, iż pomimo silnego nastawienia na improwizację, przyświeca mu jakiś większy, przemyślany plan. W fajny sposób wykorzystuje też “dzwonki”. Do czasu tego nagrania byłem pewien, że nadają się one jedynie do grania “Jingle Bells” na jasełkach. Piotr udowadnia jak świetne sprawdzają się w kreacji złowieszczego klimatu.

Pomimo obecności akordeonu, odnieść można wrażenie niewykorzystanego potencjału tego instrumentu. Rzadko przebija się w miksie, a swoje trzy grosze dorzuca właściwie tylko w utworze Bonaventura pt.1 oraz Bonaventura pt.3. W innych jest niemal niezauważalny. Wielka szkoda, iż tak rzadko używany instrument w muzyce jazzowej nie został potraktowany z nieco większą uwagą.

Płycie zarzucić można również brak większych zaskoczeń po dwóch pierwszych utworach. Wszelkie pomysły, choć ciekawe, zostają wyeksploatowane już na samym początku. Podobny problem występuje w kontekście budowania napięcia, gdyż poza Bonaventura pt.1 i Śmatkrople (A lot of drops) muzycy zdawali się nie mieć pojęcia, gdzie zaprowadzi ich dana improwizacja. Odniosłem wrażenie, że zbyt dużo było swobody, a czasem za mało kolejnych prób iteracji i spojrzenia na nagranie z innej perspektywy. Może to czas albo trudności w zgromadzeniu wszystkich razem są przyczyną takiego stanu rzeczy?

Bonaventura to zaiste intrygujący krążek. Charakteryzuje się wyjątkowo mrocznym klimatem, który jest przecież trudny do osiągnięcia - szczególnie w muzyce jazzowej. Jest to też wspaniały występ Gosi Zagajewskiej i Piotra Dąbrowskiego, którzy są tu niemal perfekcyjni. Docenić należy skromność lidera: nie wychodzi przed szereg ze swoim fortepianem i robi dużo miejsca dla innych muzyków. Niestety, całość nagrania nie jest pozbawiona wad, które są słyszalne już przy pierwszym odsłuchu. Pomimo tego, niewątpliwym jest, iż w tych artystach tkwi niesamowity potencjał. Mam nadzieję, że Fantastic Swimmers w niniejszym składzie spotkają się ponownie i dostarczą słuchaczom w przyszłości kolejnego intrygującego materiału.

poniedziałek, 14 czerwca 2021

Impro Session #5 - improwizowany dzień z Bocian Records !!!

 By Andrzej Nowak

Trzy nowe albumy spod Bocianich skrzydeł to jak zwykle nagrania różnorodne, intrygujące, stawiające pytania i dające uroczo niejednoznaczne odpowiedzi. Kwartet w składzie międzynarodowym (choć po prawdzie krajowym), trio, które jest post-elektronicznym rozwinięciem pewnego duetu, wreszcie dwa septety grające wspólny koncert pod światłym przywództwem jednego kompozytora, choć owa wspólnota nie dotyczy ani miejsca akcji, ani tym bardziej jej czasu. Dwie pierwsze płyty nie mają tytułów własnych, ta trzecia ma, ale nie jest on zrozumiały w żadnym języku świata. Ot, cały Bocian! Przewrotne ptaszysko!


Casting Lots - Casting Lots (2021)

Gosia Zagajewska - voice
Ray Dickaty - tenor saxophone
John Cornell - cello
Piotr Dąbrowski - percussion

BOCIAN 2021

Improwizujący kwartet, który łączy saksofon, wiolonczelę i instrumenty perkusyjne z głosem kobiecym nie wydaje się być zjawiskiem szczególnie nowatorskim w ponad półwiecznej historii gatunku, ale wiele wskazuje na to, iż pod nazwą Casting Lots (Ray Dickaty, John Cornell, Piotr Dąbrowski i Gosia Zagajewska) kryje się naprawdę fascynująca przygoda muzyczna. 

Elementów, które konstytuują jakość tego przedsięwzięcia artystycznego, jest wiele. Muzycy zdają się mieć spory dystans do generowanych dźwięków i swojej pozycji artystycznej w kwartecie. Nie eskalują napięcia, gdy nie jest to konieczne, dużą wagę przywiązują do niuansów brzmieniowych i dramaturgicznych. W dalece uroczy sposób dzielą się na okazjonalne duety i tria, rzadko zaś używają całego kwartetu, który de facto eksploduje siłą free jazzowego combo dopiero w końcowych momentach płyty. Na osiem improwizacji, zawartych na krążku, składają się zarówno szczęśliwe miniatury, jak i pełne niepokoju dłuższe formy narracji. Wreszcie ważnym składnikiem tej wielokolorowej mikstury jest wokalistka, która - mimo młodego wieku - zdaje się, że zwiedziła już cały świat.

W drugiej ekspozycji jej głos smakuje dalekim wschodem, niosąc nam wszakże bardzo bliskie emocje. W kolejnym wokalistka prawie krzyczy, nawołując pobratymców do walki zgodnie z północnym zewem natury. Z kolei w części szóstej śpiewa jakby mimochodem, buduje narrację zatrwożonym, post-średniowiecznym tembrem na tle skruszonego baroku wiolonczeli. Zagajewska pełna jest temparamentu, stosuje wszelkie dozwolone środki, by wzbudzić nasze emocje. Gada, recytuje, sylabizuje, wpada w kompulsywne mantry, z których wybudza się z ptasim szczebiotem. Gdy trzeba rysować frazy na wdechu i powstrzymywać się od działań, jest równie wyrazista. Każdy z jej partnerów równie doskonale panuje zarówno nad rzemiosłem dźwiękowym, jak i sposobem kreowania dramaturgii. Często wolą przemilczeć jakiś niuans, niż wydać z siebie zbędny dźwięk. 

Pośród miniatur zachwyca szczególnie część czwarta. Przypomina pokutną modlitwę zapomnianego przyczółka boskości. Barokowe cello, szelest perkusjonaliów i głos dobywający się z nieznanej przestrzeni. Wśród nerwowych długasów warto zwrócić uwagę na część piątą, budowaną mozolnie z małych elementów. Zaczyna saksofon i perkusja, potem w ich tok myślenia wślizguje się wiolonczela, a na samym końcu głos, który kobiecą lirycznością fantastycznie temperuje męskie ciągoty do stawiania murów i zasieków. Cokolwiek by jednak nie powiedzieć, duże brawa za każdy odcinek tej płyty.


Jacaszek/Podpora/Kohyt - Jacaszek/Podpora/Kohyt (2021)

Michał Jacaszek - field recordings, electronics
Katarzyna Podpora - piano, objects, zithers, gramophone, voice
Max Kohyt - piano, double bass, tape, percussion

BOCIAN 2021

Rok temu Katarzyna Podpora i Max Kohyt nagrali bystry, multiinstrumentalny album, który koncentrował się na preparowaniu dźwięków różnych instrumentów i przedmiotów (fortepian, instrumenty perkusyjne i strunowe, obiekty różnej maści i elektroakustycznej proweniencji), w duchu całkiem kolektywnej improwizacji. Dziś powracają pod rękę z Jacaszkiem, krajowym magiem subtelnej elektroniki i niebanalnego field-recordingu. 

Pierwsza z dwóch kilkunastominutowych opowieści, zawartych na czarnym krążku, rodzi się w mgławicy dźwięków elektroakustycznych, elementów field recordings, mikro elektroniki i efektów wytężonej pracy instrumentów akustycznych. Mikrobiologia zdarzeń fonicznych, echo i ucho wielogatunkowych historii, molekularna pajęczyna dźwiękowych koincydencji. Dużo drobiazgów, nano sampli, ale także chmury ambientu.

Znacznie ciekawiej zdaje się dziać na drugiej stronie winyla. Drobne plamy fonii plecione z elektronicznych usterek, z której wyłaniają się pierwsze żywe dźwięki, najpewniej płynące wprost z pudła preparowanego fortepianu. Całość lepi się w zmysłowy post-ambient inkrustowany akustycznymi drobiazgami. Filigranowe minimal impro, które z biegiem minut kojarzyć się zaczyna ze swobodną improwizacją, jakże konkretną instrumentalnie, uprawianą w warunkach niemal domowych na przełomie lat 60. i 70. na ziemiach podległych Królowej Matce (choćby formacja People Band). Pulsująca opowieść, niepozbawiona akcentów syntetycznych, tli się niczym gasnąca świeca, która wieńczy swój żywot w poświacie nadchodzącego poranka. 


Anthony Pateras - Pseudacusis (2021)

Live Septet:

Lucio Capece - saxophone, bass clarinet
Krzysztof Guńka - saxophones
Anthony Pateras - piano
Deborah Walker - cello
Lizzy Welsh - violin
Mike Majkowski - double bass
Riccardo La Foresta - percussion

Tape Septet:

Scott McConnachie - saxophones
Aviva Endean - clarinets
Judith Hamann - cello
Anthony Pateras - electronics
Erkki Veltheim - violin
Jonathan Heilbron - double bass
Maria Moles - percussion

BOCIAN 2021

Czas na intrygujący spektakl muzyki współczesnej, cokolwiek rozumiemy pod tym tajemniczym szyldem. Będzie zatem koncept wymagający szczegółowego opisu, będzie coś na kształt prawykonania, i to na zacnym festiwalu, wreszcie moc bardziej niż udanych dźwięków. Będzie oczywiście twórca, kompozytor Anthony Pateras, będzie dzieło pod nazwą "Pseudacusis", a także aparat wykonawczy, i to podwójny.

Chronologia wydarzeń jest następująca - najpierw w Australii, w miejscu zwanym niezwykle frapująco (Gold Tony Love’s Audio Hell, Castlemaine), zagrał pewien septet (Tape Septet). Jakiś czas później, dokładnie 27 września 2019 roku, na 17. edycji Festiwalu Sacrum Profanum w Krakowie, wystąpił kolejny septet (Live Septet). Wedle wszelkich znaków na niebie, ziemi i w piekle, muzycy w Krakowie grali na żywo do nagrań pierwszego septetu, którego australijski strumień dźwięków słyszeli z taśmy. W opisie całego procesu nie padło słowo dyrygent, a jedynie kompozycja, zatem można przypuszczać, iż septet na żywo improwizował (według jakiegoś scenariusza?) do nagrań septetu z taśmy. Zwał, jak zwał - siedem części trwa na nośniku CD dokładnie 49 minut i 17 sekund. Poniżej relacja recenzenta, na poły zachwyconego słuchanymi dźwiękami, na poły istotnie skonfundowanego poznawczo.

Początek koncertu zdaje się być wyjątkowo delikatny, jakby artyści chcieli obiecać nam kameralną podróż po bezdrożach elektroakustyki. Przyszłość wszakże pokaże, iż nie jest to trop właściwy. Minimalizm, repetycja, bystry suspens, nieoczywiste frazy i pełna gotowość podwójnego aparatu wykonawczego, by zaskakiwać, to atrybuty tej części koncertu. Narracja sprawia wrażenie bardzo płynnej, przypomina rozhuśtaną mgławicę dźwięków, na ogół niedających się przypisać ani do akustycznych instrumentów, ani do ich post-elektronicznej postaci. Z każdą sekundą dość spokojnej opowieści rośnie wrażenie, iż dźwięk z taśmy stara się dominować na frazami, granymi przez żywe instrumenty. Pierwsza część urywa się bardzo gwałtownie i po chwili ciszy zostajemy wtłoczeni na dłużej w jeden strumień dźwiękowy, który jedynie od czasu do czasu przerywany będzie nanosekundami ciszy.

W trakcie trzeciej części instrumenty strunowe, te żywe i pewnie także te z taśmy, zaczynają intrygująco lepić post-ambientowy strumień dźwięków. Flow gęstnieje, zaczyna się zmysłowo syntetyzować i po czasie przeformatowywać w zwalisty dron. Na początku kolejnej części elektronika bierze sprawy w swoje zapocone dłonie i daje do wiwatu. Masywna, zwalista syntetyka drąży skałę. Szczęśliwe kolejna partycja kompozycji daje jakby nowe życie akustycznym dźwiękom. Mimo przewagi mocy nad fonicznymi subtelnościami, bez trudu przedostajemy się do części szóstej koncertu.

Tu koncepcja Paterasa stawia na intensywność - basowe plamy, wyjątkowo wzdęte saksofony i klarnety, pobłyskujące perkusjonalia, wreszcie mnogość akustycznych fraz, która zostaje natychmiast dekonstruowana strumieniem elektroniki. Monumentalność narracyjna godna pochwały, acz znacząco determinująca możliwości poznawcze odbiorcy. Oto konglomerat żywej akustyki zmiksowanej z nagraną akustyką, podlany gęstym sosem chwilami wręcz plądrofonicznej elektroniki. Im dalej brniemy w tę dźwiękową otchłań, tym bardziej mamy wrażenie, że arsenał dostępnych środków jest tu tak duży, iż mag kompozytor, mag nieistniejący dyrygent nie może zapanować na emocjami swojej nadkreacji. Wielka orkiestra pod batutą brnie aż do samego końca, a recenzent notuje w swym wygniecionym kajeciku, iż najbardziej podobał mu się pierwszy kwadrans koncertu w Krakowie.

piątek, 12 lutego 2021

Dąbrowski/Buhl/Dziubek - Spada Liść Niby Nic (Tribute To Toshi Tsuchitori) (2020)

Dąbrowski/Buhl/Dziubek

Radek Dziubek - electronics, field recordings
Piotr Dąbrowski - drums, percussion, voice, field recordings
Jacek Buhl - drums, percussion

Spada Liść Niby Nic (Tribute To Toshi Tsuchitori)



MZM-12

By Jędrzej Janicki

Spotkało się ich trzech. Piotr Dąbrowski, Jacek Buhl i Radek Dziubek. Dwóch pierwszych okiełznało dźwięki perkusyjne, a trzeci dodał do tego elementy elektroniczne. Przede wszystkim stworzyli oni jednak przestrzeń nieoczywistą, dla której każde pojedyncze nawet uderzenie jest tak istotne. W taki właśnie sposób skonstruowana jest płyta "Spada Liść, Niby Nic" zarejestrowana pod koniec 2019 roku w bydgoskim klubie Mózg.

Wydawnictwo jest zagadką, natomiast panowie wskazali nam dwa tropy, którymi podążać możemy, by ich muzyczny zamysł spróbować zrozumieć. Jak sami wskazują, zarejestrowany przez nich materiał stanowić ma hołd złożony Toshiemu Tsuchitoriemu, japońskiemu perkusiście eksplorującemu najodleglejsze dźwiękowe zakamarki. Również sam tytuł albumu nie jest przypadkowy. Spada liść i rzeczywiście pozornie nic się nie dzieje… Jakaś zmiana jednak zachodzi, być może dla nas niezauważalna. Co więcej, taki spadający liść również minimalny dźwięk generuje. Jakkolwiek nie naprężylibyśmy swoich władz odbiorczych, to i tak go jednak nie usłyszymy. I właśnie z tym Dąbrowski/Buhl/Dziubek zdają się polemizować. 

"Słuchajcie, a znajdziecie" - w taki kuszący sposób zdaje się do nas szeptać każda z kompozycji z płyty. Tylko w stanie pełnego skupienia jesteśmy w stanie „złapać flow” poszczególnych utworów. To trochę jak przyspieszony kurs estetycznej uważności, w której pojedynczy dźwięk wpływa na całość, a całość na pojedynczy dźwięk. Przestrzeń, w którą trio nas przenosi bez wątpienia jest dźwiękowa, lecz być może nie jest nawet muzyczna. Na pewno jednak jest na tyle realna, że jesteśmy w stanie jej doświadczyć. Muzyka z opisywanej płyty ma jednak charakter narracyjny - poszczególne struktury wzajemnie się przeplatają i dla swojego wybrzmienia potrzebują aktywności odbiorcy. Koniec końców, to właśnie na nim spoczywa ciężar tego, co w nich usłyszy. Muzycy stawiają przed nami nie lada wyzwanie, "tyle od nas" - zdają się mówić, "teraz wasza kolej". To właśnie odbiorca kształtuje ostateczny wydźwięk całej płyty.

"Spada Liść, Niby Nic" to o wiele więcej niż eksperyment formalny. To "dźwiękowy pejzaż", którego oddziaływanie daleko wykracza poza zwyczajowe postrzeganie muzyki. Temu zespołowi na pewno nie można odmówić inwencji i artystycznej odwagi. A ponoć właśnie do takich osób świat należy. No, nie wiem czy cały świat, lecz ten album to naprawdę wyjątkowo intrygująca pozycja polskiej sceny muzyki eksperymentalnej. 

środa, 26 grudnia 2018

Tomasz Dąbrowski Ad Hoc - Ninjazz (2018)

Tomasz Dąbrowski Ad Hoc

Tomasz Dąbrowski - trumpet, mutes
Hiroshi Minami - piano
Hiroki Chiba - double bass, electronics
Hiroshi Tsuboi - drums

Ninjazz



FOR TUNE 0135

By Maciej Krawiec

Tomasz Dąbrowski zdążył przyzwyczaić już swoją widownię do tego, że regularnie można obcować z dźwiękami jego trąbki na coraz to nowszych płytach. W tym roku między innymi na takich wydawnictwach, jak "Basement Music" w duecie z Jackiem Mazurkiewiczem, "The Jig Is Up" w ramach kwartetu FUSK czy wydanym właśnie na winylu albumie "Ninjazz". Z przyzwyczajeniem mogłaby wiązać się przewidywalność, a to w jazzie zjawisko najgorsze z możliwych. W tym jednak wypadku przewidywalność dotyczy... dobrej jakościowo, różnorodnej muzyki improwizowanej, czego Dąbrowski jest gwarantem. 

Jego najnowsza płyta to kolejny owoc współpracy z artystami japońskimi, z którymi w 2015 roku wydał krążek pod tytułem "Strings". Tamta sesja była pierwszym spotkaniem Polaka w składzie z pianistą Hiroshim Minamim, kontrabasistą Hirokim Chibą i perkusistą Hiroshim Tsuboi. "Nagrywaliśmy w środku nocy w tokijskim klubie. (…) Pragnienie grania świetnej muzyki wzięło górę i wszyscy to czuliśmy, niezależnie od tego, że nie mogliśmy o tym porozmawiać" – wspomina Dąbrowski. Nie wiem, jak od tamtego wydarzenia ewoluowała komunikacja werbalna trębacza z Japończykami, ale ich muzyczne porozumienie prezentuje się teraz bardzo dobrze, na co wpływ najpewniej miały również wspólne trasy koncertowe. 

"Ninjazz" oferuje dziewięć utworów, które – pośród surowej, niemal wyłącznie akustycznej gry kwartetu (wyjątkiem jest okazjonalne użycie elektroniki przez kontrabasistę) – stanowią eksplorację rozmaitych myśli w sprawach kompozycji, emocji czy brzmień. Dąbrowski zręcznie równoważy te zainteresowania: bez epatowania żadną z konwencji, operuje melodiami bez upiększeń i freejazzową gęstwiną dźwięków, ale również chętnie sięga po zabiegi sonorystyczne czy liryzm o nieoczywistej urodzie. Udaje mu się mądrze łączyć różne energie w zespole, zestawiać odmienny typ pracy muzyków, ciekawie zmieniać dynamikę utworów.

Mimo tego interesującego bogactwa środków, na "Ninjazz" – czego z postawą wojowników ninja na pewno nie skojarzymy – dominuje swoista intymność tworzenia. Najbardziej osobiste partie należą do lidera, ale również pianista opowiada o sobie niemało. Akcja kompozycji najczęściej toczy się niespiesznie, kwartet ma czas, by przewidziane przez Dąbrowskiego melodie, rytmy i sfery przemierzać. To album ciekawy, wielobarwny, trudny do zaszufladkowania. No, chyba że na szufladce znajdzie się po prostu napis: "Tomasz Dąbrowski".

sobota, 7 maja 2016

Zebry A Mit - 16'25 (2015)

Zebry A Mit

Kamil Szuszkiewicz - trumpet
Wojtek Traczyk - bass
Hubert Zemler - drums
Piotr Dąbrowski - percussion

16'25

Lado SB/11



By Piotr Strzemieczny

Oglądać pod mikroskopem, słuchać przy rozkręconych gałkach głośników. Zebry a Mit, czyli kwartet Szuszkiewicz-Traczyk-Zemler-Dąbrowski, przygotował minialbum, składający się z trzech tylko kawałków. Trzy nagrania w świecie jazzu i free-impro przynoszą często skojarzenia z nawet osiemdziesięcioma minutami muzyki, ale teraz jest inaczej. Chłopaki co prawda ósemkę raz mają, ale tylko w otwierającym płytę utworze "Truf". Za to jakim utworze! 

Rozpoczynający album kawałek to prawdziwy kolos. Osiem minut improwizacji w jazzowo-yassowym stylu z niezłym cyfrowym chaosem w końcówce. Jeśli ktoś przez chwilę pomyślał, że to komputer się zawiesił, nie byłby daleko od prawdy. Te rozdygotane dźwięki wywołują myślową klaustrofobię, ale robią to perfekcyjnie. Dla odmiany "Gudnes" swoją stonowaną melodią sprawia, że można się poczuć jak w toruńskim Tutu. Spokojna trąbka Kamila Szuszkiewicza, ta - wiecie - pełna lamentu, do tego powtarzające się muzyczne pętle i wyczuwalne w tle rozedrgania. A numer trzy? "Lowe", które znowu napędza trąbka, swoim tempem wybrzmiewa tylko do pewnego momentu, bo ten spokój, ba, sielankę przełamują elektroniczne przeszkadzajki, muzyczne piłowania, cyfrowe efekty nadające zamykającemu płytę utworowi kakofoniczny charakter, nawet jeśli nagle słuchaczy atakuje urocza, anielska partia chóru. 

I tak to wygląda właśnie. Zespół, który- nie wiem - jest jednorazowym strzałem czterech utalentowanych i związanych ze stajnią Lado ABC muzyków? Czy może to zamysł na długofalową przygodę wydawniczą? Pożyjemy, zobaczymy. Koncerty Zebry a Mit mają podobno rewelacyjne. Wypadałoby wyczekiwać i wypatrywać szans, by ten kwartet złapać na żywca.

Zobacz też: