Zapraszam na lekturę krótkiego przeglądu najnowszych albumów wydanych przez niewielki, niezależny i zdecydowanie niekomercyjny label Antenna Non Grata. Tytułem wstępu warto wspomnieć, że wydawnictwo rozpoczęło swoją działalność w 2017 roku z inicjatywy Tomasza Misiaka i Marcina Olejniczaka. Specjalizuje się w muzyce niszowej, której źródeł można szukać w różnych gatunkach i stylistykach. Do tej pory nagrywali dla niego m.in. klarnecista Piotr Mełech, perkusista Wojtek Kurek, gitarzysta Paweł Doskocz czy znakomity kataloński perkusista Vasco Trilla. Antenna Non Grata ciągle się rozwija i sukcesywnie powiększa swój katalog. Jak na razie 2021 rok w przypadku tej wytwórni wydaje się szczególnie owocny i pracowity, a albumom projektów Sambar i Szpety warto poświęcić nieco więcej uwagi.
Sambar - Pierwotniak Pantofelek (2021)
Paulina Owczarek - baritone saxophone
Tomasz Gadecki - baritone saxophone
ANTENNA NON GRATA 2021
Jakkolwiek dziwnie to może zabrzmieć, szczególnie mając na uwadze, kto wchodzi w skład zespołu Sambar - to właśnie ten projekt jest tym bardziej konwencjonalnym spośród omawianych przeze mnie na potrzeby tego mini przeglądu. Ta konwencjonalność jest jednak w dużej mierze umowna. Nie mogłoby zresztą być inaczej, bo formację tworzy dwójka nietuzinkowych muzyków, którzy na improwizacji zjedli zęby i od wrocławskiego Art Of Improvisation z 2012 roku współpracują ze sobą w duecie. W 2014 roku wydali nakładem Not Two Records album zatytułowany "Melt!" i chyba tylko najbardziej wtajemniczeni spodziewali się kontynuacji tego dzieła w… 2021 roku.
Dobrze się jednak stało, że zespół nie przepadł i funkcjonuje dalej. Saksofonistkę Paulinę Owczarek znamy dobrze z Krakow Improvisers Orchestra, Saksofonarium czy tegorocznego Morświna. Na "Pierwotniaku Pantofelku" towarzyszy jej Tomasz Gadecki działający pod szyldami Olbrzym i Kurdupel, Lonker See czy Awatair, którego interpretacje nagrań Johna Coltrane’a spotkały się ze sporym uznaniem, np. moich redakcyjnych kolegów z bloga Polish Jazz.
W przypadku "Pierwotniaka" do tego, żeby przyciągnąć uwagę słuchacza wystarczą dwa saksofony barytonowe - Pauliny Owczarek i Tomasza Gadeckiego. Artyści na przestrzeni 40 minut prezentują szerokie spektrum dźwięków, które można wydobyć z tego instrumentu. Sprawiają wrażenie, jakbyśmy przysłuchiwali się ciekawym, poszukującym, abstrakcyjnym dialogom. Swobodnym, zróżnicowanym i świadczącym o dużych umiejętnościach obu improwizatorów.
Szpety - Szpety (2021)
Antonina Nowacka - voice
Gosia Zagajewska - voice
Wojtek Kurek - drums, electronics
ANTENNA NON GRATA 2021
O ile Sambar wpisuje się w paradygmat improwizowanego jazzu i z tego też powodu jest propozycją bardziej przystępną dla słuchacza, to Szpety wymykają się wszelkim klasyfikacjom. Warszawskie trio tworzą Antonina Nowacka, Gosia Zagajewska i Wojtek Kurek, którzy w 2018 roku zadebiutowali albumem wydanym przez sublabel krakowskiego Instant Classic - Ersatz Recordings. Nagranie odbyło się w wyjątkowym miejscu, a były nim podziemia pokamedulskiego kościoła na warszawskich Bielanach.
Oryginalne są też inne projekty autorów omawianej przeze mnie płyty. Wokalistka Antonina Nowacka współpracowała swego czasu z zespołem kIRk, a w zeszłym roku za sprawą warszawskiej wytwórni Mondoj wydała solowy album zatytułowany "Lumunan". Gosia Zagajewska współtworzyła z kolei Amoon-na-fi - projekt łączący teksty bajek ludowych z byłych republik radzieckich ze skomponowaną muzyką. Skład Szpetów uzupełnia Wojtek Kurek, który jest bardzo aktywnym muzykiem i współpracował już np. z klarnecistą Piotrem Mełechem czy Łukaszem Kacperczykiem grającym na syntezatorze modularnym. Oprócz tego ma na koncie sporo nagrań elektroakustycznych.
Szpety na swoim drugim albumie prezentują muzykę odrealnioną i minimalistyczną. Głównym punktem zaczepienia są teatralne, momentami nieco "upiorne" wokalizy. Ważna jest też, podobnie jak w przypadku debiutu, przestrzeń. Tym razem grupa nagrała muzykę w konińskiej galerii CKiS Wieża Ciśnień. Pogłos uwydatnia tutaj brzmienie Szpetów i sprawia, że dźwięki perkusyjne i elektroniczne rozpływają się w zwolnionym tempie. Muzyka jest niezwykle intymna, ale z każdym przesłuchaniem coraz bardziej odsłania swoją wartość i w kategorii autorskiego pomysłu na projekt i brzmienie należy ją ocenić wysoko.
Kuba Ziołek - guitar, electronics Mauricio Takara - drums, electronics
Live a CCSP
BRUTALITY GARDEN 2021
By Piotr Wojdat
O tym, że Kuba Ziołek to jeden z najciekawszych i najbardziej kreatywnych polskich muzyków, którego twórczość nie mieści się w żadnej szufladce stylistycznej, wiadomo nie od wczoraj. Lata mijają, a projektów z jego udziałem trudno już zliczyć na palcach dwóch rąk. Warto jednak przypomnieć, że do tej pory współpracował m.in. z klarnecistą Wacławem Zimplem, który w ostatnich latach oddalił się nieco od muzyki improwizowanej, a w zeszłym roku stworzył bardzo ciekawy i w znacznym stopniu niesłusznie przeoczony projekt z Wojciechem Jachną i Jackiem Buhlem ("Animated Music"). Pamiętać też trzeba o dokonaniach artysty z T'ien Lai, Kapital, Hokei czy Alamedą.
Ziołek w oryginalny sposób łączy w swojej muzyce różne odcienie psychodelii z elektroniką, folkiem i improwizacją. Zdarza mu się też współpracować z artystami o proweniencji jazzowej. O dwóch z nich wspomniałem już we wstępie. Do tego grona można też chyba zaliczyć - z zachowaniem odpowiednich proporcji - brazylijskiego perkusistę Mauricio Takarę, który od lat współpracuje z kornecistą Robem Mazurkiem pod szyldem Sao Paulo Underground.
Muzyka zawarta na płycie "Live At CCSP" to efekt spotkania Ziołka i Takary sprzed prawie dekady. Występ odbył się w Centro Cultural Sao Paulo w grudniu 2012 roku i poprzedziła go zaledwie jedna próba. Obaj panowie szybko doszli do wniosku, że to, co mogą dać najlepszego słuchaczom, to granie pozbawione ścisłych wytycznych i ustaleń. Nastawione na żywe, obustronne interakcje, swobodny eksperyment i niespodziewane dźwiękowe zdarzenia.
Album wypełnia zaledwie 40 minut muzyki, ale nawet w tak krótkim czasie udaje się Starej Rzece i Mauricio Takarze zaprezentować z jak najlepszej strony (a do tego bardzo różnorodnie pod względem stylistycznym). Z jednej strony zadowoleni będą słuchacze, którzy gustują w gitarowo-psychodelicznych jammach przywodzących na myśl dokonania zespołów kraut rockowych w stylu Ash Ra Tempel. Z drugiej nie zawiodą się fani syntezatorowych brzmień i efektów elektronicznych w stylu retro. Muzyka kipi energią, przyciąga uwagę afro-brazylijską pulsacją, ale też nie mniej ważne jest to, że zostaje ukazana w nieoczywistym kontekście improwizacji.
Warto posłuchać wspólnego dzieła Kuby Ziołka i Mauricio Takary, a potem zestawić je z najlepszymi dokonaniami nieistniejącego już kolektywu Innercity Ensemble i Sao Paulo Underground. Jestem przekonany o tym, że znajdziecie dla nich wspólny mianownik.
Hanna Paulsberg - saxophone Maciej Obara - alto saxophone Goran Kajfes - trumpet Ingebrigt Håker Flaten - bass
Ole Morten Vågan - bass Gard Nilssen - drums, percussion
and others
If You Listen Carefully The Music Is Yours
ODIN CD9572
By Piotr Wojdat
Gdy najnowsza płyta Garda Nilssena rozpoczyna się od utworu "Premium Processing Fee", moje myśli wracają do 2012 roku. To właśnie wtedy w ramach festiwalu Katowice JazzArt odbył się koncert grupy Power Of The Horns, który wielu spośród słuchaczy z pewnością zapadł w pamięci, a dla niektórych był wydarzeniem dużej rangi. Między masami dźwięków generowanych przez Supersonic Orchestra wyczuwalna jest podobna energia i przytłaczająca wręcz ekspresja, jak miało to miejsce w przypadku popularnych Powerów. Za sprawą wytwórni For Tune koncert Power Of The Horns został wydany na płycie "Alaman". Na czele formacji stanął trębacz Piotr Damasiewicz, a wśród plejady jedenastu muzyków jedną z wyróżniających się postaci był Maciej Obara. To właśnie osoba tego saksofonisty łączy oba wydawnictwa i sprawia, że porównanie obu orkiestr wydaje się zasadne.
Power Of The Horns uderzali z dużą mocą, norweski perkusista Gard Nilssen również zaczyna album z wysokiego C. Podobieństw jest zresztą więcej. Materiał, który został zarejestrowany na potrzeby "If You Listen Carefully The Music Is Yours", także pochodzi z koncertu. Supersonic Orchestra wystąpili w 2019 roku na Molde International Jazz Festival i był to debiut Nilssena w roli lidera tak dużego składu. Teraz mamy okazję przekonać się, jak artysta wywiązał się z tego zadania.
Samo nazwisko perkusisty Garda Nilssena ze zrozumiałych względów kojarzy nam się oczywiście z Maciejem Obarą i jego kwartetem. Najpierw panowie występowali razem pod szyldem Obara International, teraz wydają albumy w ECM ("Unloved" i "Three Crowns"). Norweg ma także na koncie kilka innych ciekawych projektów, na które warto zwrócić uwagę. Należy tu wymienić Cortex i Acoustic Unity. Z tą ostatnią grupą wydał zresztą w 2019 roku bardzo ciekawy album zatytułowany "To Whom Who Buys A Record".
Wspomniałem, że pod względem ekspresji nowy album Supersonic Orchestra przypomina dokonania Power Of The Horns. Takie wrażenia można odnieść na samym początku słuchania "If You Listen Carefully The Music Is Yours". Z czasem jednak dostrzegamy, jak z bardzo zróżnicowaną muzyką mamy tu do czynienia. Orkiestra włącza dodatkowy rytmiczny bieg i wciąga słuchaczy niemal w afrykański groove. Potem płynnie przechodzi w solowe partie poszczególnych instrumentalistów, jak i potężne zespołowe uderzenia. Słychać w tej muzyce inspiracje dokonaniami wielkich orkiestr jazzowych Charlesa Mingusa czy Charliego Hadena. Awangarda spotyka się tu z tradycją, a całość brzmi nowocześnie i jest w miarę przystępna nawet dla słuchaczy preferujących bardziej zachowawczą twórczość.
Myślę, że album orkiestry Nilssena, w której kluczową rolę odgrywa Maciej Obara, można spokojnie postawić na półce obok wydawnictw innych skandynawskich big bandów w rodzaju Fire! Orchestra, Large Unit czy Angles 9. Poziomem wykonawczym wcale im nie ustępuje. Słucha się go znakomicie i z dużym zainteresowaniem. Przydałoby się tylko, żeby zyskał na popularności i cieszył się podobnym wzięciem jak projekty Matsa Gustafssona. Życzmy tego Maciejowi Obarze i Gardowi Nilssenowi, bo naprawdę na to zasłużyli.
Spontaneous Music Tribune, czyli Trybuna Muzyki Spontanicznej, to przedsięwzięcie, które ma na celu zaciekawienie słuchaczy muzyką improwizowaną. Z jednej strony funkcjonuje jako blog poświęcony tej niełatwej, ale ważnej dla poszukujących artystycznych wrażeń czytelników formule. Z drugiej to także serie koncertów i festiwale, które odbywają się w poznańskim klubie Dragon. Jest jeszcze jedna płaszczyzna działania. Mam tutaj na myśli wydawnictwo płytowe, w ramach którego ukazują się zarejestrowane koncerty z muzyką spontanicznie improwizowaną z udziałem takich artystów, jak: pianista Witold Oleszak, gitarzysta Michał Dymny czy perkusista Vasco Trilla. W poniższym tekście postaram się podzielić swoimi wrażeniami z odsłuchu dwóch albumów będących częścią rozrastającego się cyklu Spontaneous Live Series. Oba zostały wydane w 2020 roku w małych nakładach 200 egzemplarzy, ale znalazła się na nich muzyka z różnych okresów.
Gibson/Doskocz/Lisle/Furtado - Live At Two Spontaneous Events 2018 & 2019 (2020)
Yedo Gibson - soprano saxophone
Paweł Doskocz - electric guitar
Andrew Lisle - drums (1-3)
Vasco Furtado - drums (4-6)
SMT 2020
Nasz mini przegląd płyt z muzyką improwizowaną zaczynamy od dwóch występów, które odbyły się w ramach różnych wydarzeń. Jedno z nich to II edycja Spontaneous Music Festival. Pierwsze trzy utwory pochodzą z tego festiwalu, a odbył się on w listopadzie w 2018 roku w klubie Dragon. Pozostałe nagrania zostały zarejestrowane rok później w ramach Improvised Three Days w tym samym miejscu.
Oba występy łączą osoby brazylijskiego saksofonisty Yedo Gibsona, który chyba już na dobre zadomowił się w Lizbonie i jest jedną z ciekawszych postaci młodego pokolenia europejskiej sceny free jazzowej, oraz eksperymentalnego gitarzysty Pawła Doskocza mającego na koncie bardzo ciekawą współpracę z perkusistą Vasco Trillą. Wspomagają ich perkusiści. W trzech utworach usłyszymy Andrewa Lisle, a w kolejnych swoje umiejętności prezentuje Vasco Furtado.
Muzyka zawarta na albumie jest niezwykle ekspresyjna. Może nieco przypominać to, co swego czasu robiło Lean Left, czyli Ken Vandermark i Paal Nilssen-Love z gitarzystami zespołu The Ex. Mamy więc do czynienia z gitarowymi erupcjami tnącego jak brzytwa hałasu oraz saksofonowymi galopadami Gibsona, który stara się dotrzymywać kroku Doskoczowi i, o dziwo, dobrze mu się to udaje. Zdarzają się momenty wyciszenia, jak np. w trzecim utworze zawartym na płycie. Są one jednak tylko chwilą wytchnienia. Zespół zbiera siły, by uderzyć ze zdwojoną mocą i czyni to bez żadnej taryfy ulgowej. Podsumowując - omawiany album to mocna, bezkompromisowa rzecz. Powinien przypaść do gustu zarówno fanom radykalnych odmian free jazzu, noise'u czy muzyki swobodnie improwizowanej pozbawionej sztywnych ram gatunkowych. Niekoniecznie jednak sprawdzi się jako tło dźwiękowe w miłe, niedzielne popołudnie.
Tonus - Intermediate Obscurities III (2020)
Paweł Doskocz - acoustic guitar
Dirk Serries - acoustic guitar
Colin Webster - alto saxophone
Witold Oleszak - piano
Ostap Mańko - violin
Anna Szmatoła - cello
Benedict Taylor - viola
Andrew Lisle - percussion
SMT 2020
Kolejna płyta w zestawie również wpisuje się w szeroki paradygmat sztuki improwizowanej. Zbiór środków wyrazu, po które sięga zespół Tonus, jest jednak odmienny od tego, co można usłyszeć na wspólnym albumie Gibsona i Doskocza. Tam mieliśmy do czynienia z muzyką ostrą, momentami wręcz brutalną. Zespół Tonus eksploruje inne rejony awangardy, której sprzymierzeńcem jest cisza.
Oba wydawnictwa łączy osoba Pawła Doskocza. Artysta tym razem jednak sięga po akustyczną gitarę i udowadnia, że dobrze odnajduje się w dużo spokojniejszej konwencji. Towarzyszą mu także pianista Witold Oleszak, wiolonczelistka Anna Szmatoła czy perkusista Andrew Lisle - również i ten muzyk pojawia się na obu albumach.
"Intermediate Obscurities III" to muzyka balansująca na granicy ciszy. Najważniejsze jest brzmienie, a nie sam przebieg poszczególnych utworów. Improwizacja opiera się na dokładnym eksplorowaniu niekonwencjonalnych środków artykulacyjnych i tzw. rozszerzonych technik gry na poszczególnych instrumentach. Stąd też przez cały czas trwania albumu towarzyszą nam szmery, szumy, a brzmienie gitary akustycznej oraz wiolonczeli czy skrzypiec jest kruche i niezwykle wysublimowane. Muzyka zagrana przez zespół wymaga od słuchacza pełnego skupienia i dużej cierpliwości. Jest powolna, bardzo wyciszona, ale nie kontemplacyjna. To przeciwieństwo czwartego wolumenu Spontaneous Live Series, a zarazem album, który działa niczym balsam łagodzący niepokój.
Czas podsumowań końcoworocznych zbliża się dużymi krokami, przygotowania ruszyły pełną parą, a o wspólnym wydawnictwie żywej legendy chicagowskiego jazzu Roscoe Mitchella i naszych muzyków wywodzących się ze sceny yassowej jak na razie jest wyjątkowo cicho. Być może to tylko dlatego, że album, który mam przyjemność omawiać na łamach bloga Polish Jazz, ukazał się dopiero pod koniec listopada i w natłoku innych płyt wciąż czeka na swoją kolej. Mam jednak nadzieję, że z każdym kolejnym dniem będzie o nim bardziej głośno, bo muzyka zawarta na "Four Sure" według mnie na to zdecydowanie zasługuje. Jestem przekonany, że nie pozostawi też nikogo obojętnym. I to nawet, jeśli w przypadku niektórych słuchaczy jej odbiór będzie tylko chłodny.
Roscoe Mitchell jest prawdziwym nestorem i, nie bójmy się użyć tych słów, żywą legendą muzyki jazzowej. Zapracował na to miano jak mało kto - jest aktywny od lat 60. i ma na koncie wiele znakomitych nagrań podpisanych własnym imieniem i nazwiskiem oraz wydanych z zespołem Art Ensemble Of Chicago. Był także czołową postacią ruchu AACM (Association for the Advancement of Creative Musicians), który stał się trampoliną dla wielu wybitnych afroamerykańskich muzyków w rodzaju Anthony’ego Braxtona, Freda Andersona czy Muhala Richarda Abramsa. Dzięki temu artyści spod znaku AACM w niełatwych czasach mogli z większym powodzeniem rozwijać swoje koncepcje artystyczne w duchu muzyki kreatywnej czerpiącej ze spuścizny jazzu, muzyki współczesnej i etnicznej. Roscoe Mitchell był wyróżniającą się postacią tego ruchu i po dziś dzień koncepcje tej organizacji artystyczno-obywatelskiej znajdują odzwierciedlenie w jego twórczości.
Chicagowski saksofonista ma za sobą dobry rok. Tak się jednak złożyło, że był to czas, w którym artysta wydawał muzykę nagraną z awangardowymi orkiestrami. Zarówno "Distant Radio Transmission" zarejestrowane z Ostravską Bandą, jak i "Splatter" są jednak trudne w odbiorze, momentami nawet męczące i raczej traktowałbym je jako ucztę dla intelektu. "Four Sure" sytuuje się w zasadzie na przeciwnym biegunie twórczości Mitchella i jest niejako jego powrotem do bardziej spontanicznego, intuicyjnego i żywiołowego grania, gdzie duch AACM wydaje się cały czas obecny.
Duża w tym zasługa naszych muzyków: klarnecisty Jerzego Mazzolla, kontrabasisty Sławka Janickiego i perkusisty Qby Janickiego, którzy często sięgają po, zachowując proporcje, komunikatywne środki wyrazu i jednocześnie potrafią budować wciągającą opowieść nawet na zaledwie jednym czy dwóch dźwiękach. Masywne, intensywne tło za sprawą charakterystycznego, dronującego brzmienia klarnetu Mazzolla stymuluje ekspresję muzyków, odrealniając nieco kompozycje, które w efekcie nabierają specyficznego, transowego zabarwienia. Zresztą wszyscy trzej to artyści, którzy kreatywność mają we krwi, znają się od wielu lat i konsekwentnie pokazują, że idee artystyczne trójmiejskiej i bydgoskiej sceny yassowej były i są bliskie artystom z Chicago. W rezultacie współpraca między Mitchellem a polskimi muzykami przebiega w doskonałej symbiozie i jeśli skupić się tylko i wyłącznie na wątku improwizacji, całość zaskakuje niezwykle spójną strukturą, płynną narracją i gęstą materią dźwiękową.
W przypadku "Four Sure" warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden kontekst - nadzwyczajnego porozumienia yassowców z muzykami związanymi z Art Ensemble Of Chicago. Ćwierć wieku temu zespół Miłość z dużym powodzeniem występował z trębaczem Lesterem Bowiem i dorobił się nawet dwóch płyt: "Not Two" oraz "Talkin’ About Life And Death". W 2015 roku Roscoe Mitchell wraz z Jerzym Mazzollem, Sławkiem i Qbą Janickim zagrali w ramach 11. edycji Mózg Festival. Materiał został zarejestrowany, przeleżał aż 5 lat, ale doczekaliśmy się i w końcu ujrzał światło dzienne. "Four Sure" to znakomity album, który potwierdza, że improwizowany jazz może być muzyką pełną werwy i energii, a do tego może też być zagrany bez jakiejkolwiek spiny i napuszania się. Przy okazji to świetny muzyczny dokument i dowód na to, że historia czasami lubi zataczać symboliczne koło.
Malwina Kołodziejczyk - tenor saxophone Marcin Bożek - french horn
Patryk Zakrocki - viola
Liliana Zieniawa - vibraphone
Adam Stodolski - double bass
Tomek Chołoniewski - percussion
and others
KIO At Cricoteka
MW 1002-2
By Piotr Wojdat
Saksofonistka Paulina Owczarek to jedna z najbardziej ciekawych i barwnych postaci krakowskiej sceny muzyki jazzowej, współczesnej oraz improwizowanej. Z pewnością należy też do grona artystek odważnych - cały czas szuka nowych pomysłów, sprawnie porusza się w obrębie różnych stylistyk i działa interdyscyplinarnie. Znamy ją doskonale, m.in. z takich projektów jak Sambar (duet z saksofonistą Tomaszem Gadeckim), Uncharted Territory czy z saksofonowego żeńskiego kwartetu Saksofonarium. Współpracowała też z ważnymi postaciami światowej sceny muzycznej. Dla przykładu można tu wymienić japońską pianistkę Satoko Fuji czy szwedzkiego saksofonistę Martina Küchena.
Krakow Improvisers Orchestra to być może najważniejszy jej projekt, który powstał już w 2012 roku. To właśnie Paulina Owczarek jest pomysłodawczynią orkiestry, dyrygentem i jego siłą sprawczą w jednym. Po latach koncertów, które odbywały się w Krakowie, innych miastach i na festiwalach muzycznych w rodzaju Ad Libitum czy Krakowskiej Jesieni Jazzowej przyszła pora na debiutancki album tej formacji. Ze zrozumiałych względów nie jest to dzieło studyjne. Wypełnia je muzyka, która została zarejestrowana na żywo w 2018 roku w Cricotece przez Rafała Drewnianego i wydana przez wytwórnię Not Two.
Inspiracją dla KIO wydają się być zespoły mające duże doświadczenie i wprawę w improwizacji dyrygowanej. Można w tym przypadku wymienić chociażby London Improvisers Orchestra, z którą Paulina Owczarek współpracowała, czy duże składy, na których czele stoi kontrabasista Barry Guy. To właśnie tym tropem na "KIO At Cricoteka" podąża krakowska formacja i obiera podobny kierunek, co bliźniacza Warsaw Improvisers Orchestra saksofonisty Raya Dickaty’ego.
Na płycie znajdują się trzy kompozycje. Każda z nich opiera się na improwizacjach dyrygowanych. Paulina Owczarek, która prowadzi orkiestrę, ma dużą swobodę działania. Dyryguje na podstawie partytur graficznych, w trakcie utworów dzieli orkiestrę na mniejsze składy, a czasami nie daje artystom żadnych wskazówek, co uwalnia potencjał trzynasto-osobowego ansamblu do swobodnej improwizacji.
Muzyka zawarta na "KIO At Cricoteka" powinna przypaść do gustu słuchaczom orkiestr improwizowanych i awangardowych. Dla pozostałych prawdopodobnie będzie to ciekawe, odświeżające doświadczenie, które jednak nie zapadnie na dłużej w pamięci. Formacji nie można odmówić tego, że są niepowtarzalni i oryginalni w tym, co robią. Tworzenie tego typu muzyki niesie jednak ze sobą duże ryzyko i radość ze słuchania może szybko przejść w znużenie. "KIO At Cricoteka" to album nierówny, z lepszymi i gorszymi momentami. Warto mu jednak poświęcić trochę uwagi i trzymać kciuki za zespół, w którego składzie znajdziemy całą plejadę znakomitych instrumentalistów z liderką na czele.
Kuba Falkowski - bean pods, mouth harp, voice, percussion
Hubert Zemler - balafon (7)
Południe
PRIVATE EDITION 2020
By Piotr Wojdat
Motywem przewodnim wywiadów, które miałem do tej pory przyjemność przeprowadzać ze skrzypkiem, improwizatorem i kompozytorem Patrykiem Zakrockim, było jego stwierdzenie: "Jestem przygotowany do tego, żeby być nieprzygotowanym". Taki tytuł nosiło jedno z wydań mojej audycji radiowej, w którym artysta z pasją i humorem opowiadał o swojej muzyce. Potem po kilku latach porozmawialiśmy na łamach Jazzarium.pl. Nawiązałem wtedy do wspomnianego stwierdzenia o nieprzygotowaniu, a sam Zakrocki rozwinął je w następujący sposób: "Myślę, że wciąż nad tym pracuję, żeby być odpowiednio nieprzygotowanym. Wiadomo, gromadzi się materiał, doświadczenie i wiedzę. Chodzi o to, żeby to wszystko nie przytłumiło tego pierwotnego entuzjazmu".
Gdy słucham kolejnych albumów Patryka Zakrockiego, za każdym razem przypominam sobie te słowa. Wydaje mi się, że doskonale oddają jego nietuzinkowe podejście do grania. Do tego stopnia zapadły mi w pamięci, że mogę chyba napisać, iż jestem przygotowany do tego, żeby ten pierwotny entuzjazm starać się wychwycić w jego muzyce. I zazwyczaj to się udaje. Czasami jest to mniej oczywiste i trudniejsze do wyłapania, np. w projektach nastawionych bardziej na współczesną improwizację. Jednak nawet wspólne albumy z gitarzystą Marcinem Olakiem i gośćmi w rodzaju katalońskiego pianisty Agusti Fernandeza pod szyldem Spontaneous Chamber Music przynoszą powiew świeżości.
Zespół Polski Piach na tym tle i w kontekście poszukiwań pierwotnego entuzjazmu w tworzeniu muzyki wypada szczególnie korzystnie. Zakrocki wraz z klarnecistą Piotrem Mełechem i perkusistą Kubą Falkowskim z dużym wyczuciem i przymrużeniem oka wcielają się w rolę czujących bluesa muzycznych nomadów i wprowadzają nas w niespieszny trans. Pomysłodawca projektu odłożył na bok skrzypce, altówkę czy elektryczną mbirę. Tym razem sięgnął po akustyczną gitarę i razem z resztą muzyków nawiązał do korzennego bluesa z różnych szerokości geograficznych. Album "Południe" powinien zatem przypaść do gustu wszystkim tym, którzy namiętnie słuchają starych nagrań bluesmenów z delty Mississippi. Fani afrykańskiego folkloru również powinni znaleźć tu coś dla siebie.
Nie bez znaczenia jest tu jeszcze jedna ważna kwestia, czyli kontekst funkcjonowania Zakrockiego w środowisku muzyków działających wokół nieistniejącej już wytwórni LADO ABC. Ta cała charakterystyczna zabawa formą, pozorna dezynwoltura, łamanie, drążenie, grzebanie, rytmiczne pozy w charakterze kreatywnego "lo-fi", z którymi tak dobrze kojarzymy właśnie artystów z LADO (Marcin Masecki, Paweł Szamburski, Macio Moretti), kruszenie pewnego rodzaju lukru nieoczywistymi wtrętami, przy jednoczesnym zachowaniu - akurat w przypadku Piachu - specyficznej, "około-bluesowej" jednorodności, cała ta osobliwa spuścizna odcisnęła także swój ślad na albumie "Południe". W tym sensie obecne na płycie muzyczne odniesienia tworzą obraz bardzo złożony, rozpatrywany na wielu płaszczyznach, budowany w określony sposób przez nietuzinkowe osobowości.
Formacja Polski Piach nie kopiuje patentów Roberta Johnsona czy Ali Farka Toure. Szuka swojego miejsca na muzycznej mapie. Gra oszczędnie, niezwykle interesująco i dostosowuje charakter muzyki do rejonów, w których powstaje. Jeśli szukacie wewnętrznego spokoju w niespokojnych czasach, album "Południe" powinien naprowadzić was na właściwą drogę. Wyjdźcie tylko na długi spacer, zaczerpnijcie świeżego powietrza i koniecznie zabierzcie ze sobą kopę Polskiego Piachu.
Do tego, że wszyscy członkowie tria RGG z powodzeniem realizują swoje pomysły poza macierzystą formacją, zdążyliśmy się przyzwyczaić i chyba nic w tej kwestii nas już nie zaskoczy. Należy się z tego cieszyć, bo muzyka w ich wykonaniu, a która szczęśliwie do nas regularnie dociera, z każdym kolejnym wydawnictwem jest coraz bardziej interesująca i zarazem mniej oczywista. Artyści związani z RGG już dawno wykroczyli poza idiom klasycznego fortepianowego tria i choć nie porzucili tych inspiracji, to przede wszystkim w przemyślany sposób podążają własną drogą. Dowodem na to są między innymi płyty z Evanem Parkerem ("Live@Alchemia"), Trevorem Wattsem ("RAFA"), Vernerim Pohjolą i Samuelem Blaserem ("City Of Gardens") czy Anną Gadt ("Mysterium Lunae"). O tym, że Krzysztof Gradziuk i Maciej Garbowski nie zbaczają z obranego kursu oraz dalej się rozwijają, świadczy też najnowsze wydawnictwo grupy The Owl.
Liderem zespołu, który za sprawą Fundacji Słuchaj właśnie wypuścił na światło dzienne swój drugi album, nie jest jednak żaden z członków RGG. Siłą sprawczą projektu jest skrzypek Marcin Hałat, który może pochwalić się dużym doświadczeniem popartym wieloletnią edukacją. Do tej pory współpracował m.in. z Grażyną Auguścik, Piotrem Orzechowskim, Dominikiem Wanią czy Włodzimierzem Nahornym. To jemu przypisuje się autorstwo kilku kompozycji. Tak było na "On The Way" z 2017 roku, tak też jest i w przypadku "Improcode", na którym trio The Owl rozrasta się do kwartetu. Na albumie pojawia się bowiem niemiecki pianista Pablo Held, co znacząco wpływa na charakter zaprezentowanej przez zespół muzyki.
Tak na dobrą sprawę trudno jednak jednoznacznie stwierdzić, kto jest w tym przypadku gospodarzem, a kto gościem. Marcin Hałat to faktyczny lider, ale to Pablo Held zaprosił kolegów do kolońskiego studia Loft, żeby w przeciągu dwóch lutowych dni w 2019 roku zarejestrować materiał na "Improcode". Mamy tu zatem do czynienia z konkretnym podziałem ról, co ma też swoje odzwierciedlenie w muzyce zamieszczonej na omawianym przeze mnie albumie.
Najnowsza płyta The Owl to wypadkowa dotychczasowych doświadczeń, umiejętności i inspiracji wszystkich członków kwartetu. Znajdziemy na nim trzy kompozycje lidera ("The Land", "Improcode" oraz "Lunatic"), a pozostałe utwory są improwizacjami, których autorstwo przypisuje się całemu zespołowi. Muzyka jest stonowana, a artyści są powściągliwi w epatowaniu emocjami. Aby je poczuć, potrzebne jest wnikliwe słuchanie, wolne od przyzwyczajeń i jakichkolwiek oczekiwań. To właśnie wtedy można sobie uświadomić, że mamy do czynienia z muzyką bogatą w odniesienia, a paleta barw i natężenia poszczególnych dźwięków jest naprawdę szeroka.
Kunszt wiolinistyczny Marcina Hałata nie sprowadza się do śpiewnych tonów, szlachetnej ekspresji czy przesadnej wirtuozerii. Artyści dają sobie za to dużo swobody i przestrzeni do dialogu na cztery instrumenty. Zazwyczaj na pierwszy plan wybijają się skrzypce lub fortepian, a sekcja rytmiczna za nimi podąża. Nic jednak nie jest na tyle oczywiste, na ile może się wydawać. Kwartet po prostu nie czerpie z gotowych wzorców, starając się dążyć w kierunku poszukiwań autorskich rozwiązań.
Drugi w dorobku The Owl album potwierdza wysoką klasę wykonawczą artystów. Jeśli traktować tytuł jako wyznacznik tego, co powinno stanowić o wartościowej improwizacji, to mamy tu do czynienia niemal z podręcznikowym przykładem. Hałat, Gradziuk, Garbowski i Held rozumieją się doskonale i z dużą wprawą posługują się własnym muzycznym kodem, którego zgłębianie dostarcza słuchaczowi dużo pozytywnych wrażeń i jest inspirujące.
Piotr Damasiewicz - trumpet, bells, percussion, voice
Janek Pawlak - vibraphone, bells, dun dun, djembe, percussion
The Stream Of Moody
L.A.S. 2019
By Piotr Wojdat
Na "The Stream Of Moody" swoje siły łączą trębacz Piotr Damasiewicz i wibrafonista Janek Pawlak. Ten pierwszy to czołowa postać wrocławskiej sceny muzyki jazzowej i improwizowanej. Dużym uznaniem cieszą się jego dokonania z orkiestrą Power Of The Horns, a zwłaszcza duże emocje budziły energetyczne koncerty tego imponującego składu. Sporo miejsca i czasu poświęcono też projektowi "Hadrony" nagranego z orkiestrą kameralną AUKSO. W efekcie Damasiewicz otrzymał nawet nagrodę Fryderyka w kategorii Jazzowy Debiut roku 2012. Potem było sporo innych przedsięwzięć, m.in. koncerty i płyta z portugalskim Red Trio, "Sesto Elemento" nagrane z Maciejem Garbowskim i Williamem Soovikiem, czy gościnny występ na "In Bloom" gitarzysty Marka Kądzieli.
Janek Pawlak jest mniej rozpoznawalną postacią, ale mającą już spore doświadczenie w tworzeniu muzyki improwizowanej. Jego pierwszym instrumentem były skrzypce, potem perkusja. Jest też absolwentem Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach na kierunku jazz i muzyka estradowa w klasie wibrafonu. W swoich projektach odnosi się zarówno do dokonań artystów muzyki pop, ale też świetnie odnajduje się w repertuarze awangardowym.
"The Stream Of Moody" to przedsięwzięcie, którego geneza powstania owiana jest mgiełką tajemnicy. Artyści pozostawiają nas ze swoją muzyką i nawet we wkładce decydują się na podanie absolutnego minimum informacji. Wiemy, że wydawnictwo zostało nagrane w studiu City BumBum oraz, że na okładce możemy oglądać obrazy autorstwa siostry Piotra Damasiewicza - Anity Damaś.
Tytuł albumu doskonale oddaje zawartość krążka. Muzyka na nim zawarta jest swobodna, impresjonistyczna i abstrakcyjna. Każdy utwór to osobny strumień nastrojowości. Mamy zatem subtelny wstęp, gdzie trzeba się wsłuchać w przytłumione szmery wydobywane z trąbki. Potem duet rozwija skrzydła, gra bardziej dynamicznie, choć raczej przez cały czas stawia na surowe brzmienie i tylko lekko zarysowaną formę. Panowie korzystają z różnych instrumentów. W zestawie oprócz trąbki i wibrafonu pojawia się perkusja, djembe, dzwony, bęben cylindryczny dundun, a w ostatnim utworze nawet głosy. Muzyka bywa melancholijna, czasami gwałtowna i hałaśliwa, momentami melodyjna, ale też transowa i szczególnie za sprawą wibrafonu hipnotyczna.
Na "The Stream Of Moody" Piotr Damasiewicz i Janek Pawlak prezentują szeroki wachlarz nastrojów. Pierwsze kontakty z albumem mogą być rozczarowujące, gdyż nie jest łatwo od razu uchwycić zamysł twórczy artystów. Ale przy każdej kolejnej szansie, którą warto dać autorom tego wydawnictwa, utwory-impresje układają się w przekonującą całość i są nieoczywiste niczym malarskie próby Anity Damaś.
Marek Pędziwiatr - piano, synth, percussion
Olaf Węgier - tenor saxophone, percussion
Paweł Stachowiak - bass, percussion
Marcin Rak - drums
Erozje
ASTIGMATIC AR013CD
By Piotr Wojdat
Gdy pierwszy raz dane mi było posłuchać debiutanckiej płyty zespołu Błoto, nie miałem świadomości, z kim tak naprawdę mam do czynienia. Oczywiście, nazwa od razu przykuła moją uwagę, ale postanowiłem w pierwszej kolejności oddać się muzyce zawartej na albumie "Erozje" bez zagłębiania się w temat. Dopiero potem zacząłem szukać informacji na temat tego projektu i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że Błoto wywodzi się z jednego z najchętniej chwalonych przez recenzentów zespołów jazzowych ostatnich lat. Mam w tym przypadku na myśli wrocławską grupę EABS.
Moje zdziwienie wzięło się stąd, że "Erozje" od początku przypadły mi do gustu, a w przypadku EABS, które teoretycznie powinienem lubić za szerokie inspiracje i hołdy dla Krzysztofa Komedy czy Sun Ra, bywało z tym różnie. I tak np. nie ukrywam, że nie podzielałem zachwytów nad "Slavic Spirits" - pierwszą stricte autorską płytą wrocławian. To niezły album, ale według mnie jednak z wyczuwalnym przerostem formy nad treścią. Z wydawnictwem zatytułowanym "Erozje" sprawy mają się już jednak zupełnie inaczej - jest mniej formy, a zdecydowanie dużo więcej treści.
W kontekście Błota wszystko wydarzyło się w sposób nieoczekiwany. Był rok 2018, lato. EABS intensywnie koncertowali po Polsce. Tak się jednak złożyło, że między występami przytrafił im się dzień wolny. Część składu EABS być może z nudów, a być może z potrzeby chwili, powołała wtedy do życia właśnie zespół Błoto. W jego skład ostatecznie weszli Marek Pędziwiatr (klawisze, syntezatory), Paweł Stachowiak (bas), Marcin Rak (perkusja) oraz Olaf Węgier (saksofon tenorowy). Pierwsze koncerty zagrali już w 2019 roku, a materiał na płytę zarejestrowali w Maska Studio w Gdańsku.
Artyści w wywiadach lubią powoływać się na inspiracje muzyką hip hopową. Marek Pędziwiatr tak wypowiada się na ten temat dla "Dziennika Gazeta Prawna": "To kultura i muzyka, na której się wychowywaliśmy i która zawiera się w naszych działaniach. Nie jest to hip hop w czystej postaci, ale hiphopowy sposób myślenia. W muzyce hip hop, szczególnie tej starszej, w warstwie instrumentalnej jest mnóstwo elementów muzyki amerykańskiej i etnicznej. Przez jej uważne słuchanie poznałem wszystkie gatunki muzyczne i kiedy cokolwiek tworzę, zawsze patrzę na to przez pryzmat hip hopu". Z pewnością "Erozje" w warstwie rytmicznej te inspiracje zdradzają, ale według mnie w tej muzyce jest jednak znacznie więcej nowoczesnego myślenia o jazzie.
Te krótkie, ale bardzo treściwe i oryginalnie brzmiące formy, przypominają mi świetna płytę sprzed ośmiu lat. Mam na myśli "Organic Lo-Fi" Sobury. Tam też za podstawę motoryczną posłużyły perkusyjne groove’y. Na "Erozjach" te organiczne bity wyznaczają kierunek, w którym podąża cały zespół. Utwory przechodzą płynnie jeden w drugi i brzmią, jakby z sesji zespołu jazzowego fragmenty powycinał i złożył w całość Madlib czy Flying Lotus.
W zeszłym roku dużym zainteresowaniem cieszyła się płyta "Termomix" autorstwa trójmiejskiej grupy Algorhythm. Nie wiem, czy "Erozje" będą dziełem na miarę tego znakomitego albumu. Najpierw musi opaść kurz, żebyśmy spokojnie spojrzeli na to z odpowiednim dystansem. Z pewnością jednak mamy do czynienia z muzyką nietuzinkową, a zarazem taką, która powinna przypaść do gustu szerszemu gronu słuchaczy.
Tomasz Gadecki - saxophones Bartosz Borowski - guitar Joanna Kucharska - bass guitar, vocal Michał Gos - drums, percussion
Hamza
ANTENA KRZYKU 2020
By Piotr Wojdat
Poprzedni album gdyńskiej grupy Lonker See zebrał bardzo dobre recenzje. Spotkał się też ze sporym zainteresowaniem słuchaczy, o czym świadczy między innymi duża liczba opinii zamieszczonych w muzycznym serwisie Rate Your Music - w momencie, gdy piszę te słowa, jest ich ponad 1000. Cieszy ten fakt także i mnie, mimo że nie byłem - jak większość recenzentów - aż tak entuzjastycznie nastawiony do zawartości "One Eye Sees Red". Dałem temu wyraz na łamach bloga Polish Jazz, więc kto chciałby poczytać, co miałem do powiedzenia na temat poprzedniego wydawnictwa zespołu, może łatwo to sprawdzić. Od wydania tamtej płyty minęły dwa lata i oto ponownie dostąpiłem zaszczytnej roli opisania kolejnego albumu formacji Lonker See.
"Hamza" to dzieło dużo dojrzalsze i ciekawsze od poprzednika. Więcej na nim gitarowej psychodelii i stoner rockowego ciężaru, a mniej post rockowych odniesień. Na "One Eye Sees Red" zamysł twórczy zespołu momentami rozchodził się w szwach, tym razem grupa trzyma go bardziej w ryzach i w tym konkretnym przypadku wychodzi to Lonker See zdecydowanie na dobre.
Doceniam także to, że zespół nadał swojej muzyce autorski charakter, a skojarzenia z dokonaniami innych artystów są jak najbardziej pozytywne. W otwierającym album "Infinite Garden" pobrzmiewają echa projektów Kuby Ziołka w rodzaju Starej Rzeki. Dzieje się tak między innymi za sprawą onirycznych wokali Joanny Kucharskiej. "Gdynia 80", do czasu pojawienia się dźwięków saksofonu Tomasza Gadeckiego, budzi u mnie z kolei skojarzenia ze Ścianką z czasu "Statku Kosmicznego". Fani grup specjalizujących się w różnych odmianach i odcieniach psychodelii w rodzaju Bardo Pond, Causa Sui czy Colour Haze również powinni znaleźć tu coś dla siebie.
"Hamza" przede wszystkim przykuwa uwagę surowym brzmieniem, krótkimi gitarowymi frazami Bartosza Borowskiego oraz space rockowymi pogłosami. W centralnej części albumu umieszczony został utwór tytułowy, który daje dłuższą chwilę wytchnienia. Rozładowuje napięcie i przygotowuje na kolejną dawkę mocnych wrażeń.
Najnowszym album Lonker See to jedna z najciekawszych gitarowych płyt, której miałem okazję słuchać w ostatnich miesiącach. Dla saksofonisty Tomasza Gadeckiego i perkusisty Michała Gosa, którzy całkiem niedawno z Awatair z dużym powodzeniem pochylili się nad dokonaniami Johna Coltrane’a, to nie tylko kolejne bardzo udane wydawnictwo w ich dorobku. To także potwierdzenie tego, że są wszechstronnymi muzykami o dużych możliwościach artystycznych.
Na potrzeby recenzji najnowszej płyty kolektywu Innercity Ensemble przygotowałem sobie listę skojarzeń, które wywołuje u mnie muzyka zespołu. Prawdopodobnie uległem w ten sposób zwyczajom panującym w rzeczywistości wirtualnej, a szczególnie w mediach społecznościowych, gdzie wszystko trzeba otagować wzdłuż i wszerz, a nawet w poprzek. Z tej chmury tagów, czy jak kto woli, skojarzeń muzycznych, wyszło mi, że Innercity Ensemble jest jednym z tych zespołów, które mogą się pochwalić naprawdę szeroką rozpiętością inspiracji. Na każdym z dotychczasowych wydawnictw kładli nacisk na inną formę ekspresji, a jednocześnie zachowywali swój charakterystyczny styl i brzmienie.
Podobnie jest i tym razem. Przy okazji panowie chyba już na dobre zadomowili się ze swoimi projektami (Kapital, Alameda i właśnie Innercity Ensemble) w krakowskiej wytwórni Instant Classic. Na "IV" wciąż podążają wytyczoną przez siebie drogą, a z listy skojarzeń, o której wspomniałem we wstępie, wyszło mi, że Innercity tym razem najchętniej sięgają po inspiracje progresywną elektroniką i tzw. szkołą berlińską spod znaku Klausa Schulze’a, Tangerine Dream czy Manuela Göttschinga.
"IV" jest najbardziej elektronicznym spośród dotychczasowych albumów zespołu, co przejawia się w tym, że często na pierwszy plan wysuwane są syntezatory oraz ambientowe pasaże. W muzyce jest też dużo swobody, ciekawych motywów melodycznych i wokali Kuby Ziołka. W "The Great Kuyavian Meadows" gościnnie śpiewa też Jaśmina Polak. Pojawiające się na płycie wokalizy sprawiają, że jest to chyba najbardziej przystępne wydawnictwo supergrupy. Z drugiej strony twierdzenie, że jest ono piosenkowe, byłoby jednak dużą przesadą.
Słuchacze jazzu zwrócą rzecz jasna uwagę na czyste i klarowne brzmienie trąbki Wojciecha Jachny, a zwolennicy przetworzonych i uwspółcześnionych afrykańskich rytmów też nie powinni narzekać. Zdecydowanie mniej tu jednak gitarowej psychodelii i jazzowej improwizacji. Nie wpływa to jednak znacząco na odbiór muzyki. Innercity Ensemble mogą pochwalić się kolejnym udanym albumem, ale moim ulubionym w ich dorobku wciąż pozostaje "II".
Duet Opla tworzą muzycy związani z warszawskim środowiskiem do niedawna jeszcze skupionym wokół wytwórni Lado ABC. Gitarzysta Piotr Bukowski znany ze Stworów, Hokei czy Xenonów oraz perkusista Hubert Zemler, który oprócz solowych przedsięwzięć, ma na koncie mnóstwo zróżnicowanych pod względem stylistycznym projektów (m.in. Zebry A Mit, Slalom, Shy Albatross), podjęli próbę współczesnej interpretacji transowych oberków z polskiej wsi. Próba ta nie sprowadza się jednak do rekonstrukcji tradycyjnej muzyki ludowej, a jest przede wszystkim efektem śmiałego i nieoczywistego eksperymentu.
Punktem wyjścia do powstania albumu "Obertasy" była wymyślona przez artystów alternatywna rzeczywistość. Bukowski i Zemler najpierw zadali sobie pytanie, co by było, gdyby nie dotarły do nas komputery i instrumenty elektroniczne w rodzaju samplerów? Wyobraźnia zaprowadziła ich do ciekawych wniosków: muzycy z miast kontynuowaliby granie tradycyjnych oberków. Zarys intrygującego scenariusza na potrzeby "Obertasów" został zatem stworzony. Nie pozostało nic innego, jak nadać mu odpowiednią oprawę i wcielić go w życie. Efektem tego jest album duetu Opla wydany przez Ersatz Recordings, które z kolei jest odnogą krakowskiego labelu Instant Classic.
Już pierwsze odsłuchy wspólnego albumu Bukowskiego i Zemlera zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Nie znałem koncepcji i zamysłu artystów. Jedynie tytuł płyty oraz nazwy poszczególnych utworów sugerowały jakieś nawiązania do muzyki tradycyjnej. Byłem zatem pozytywnie zaskoczony, że oto mam okazję posłuchać muzyki, która zawiera... śladowe ilości folkloru. Co zatem stanowi o sile "Obertasów" i na co kładą nacisk artyści?
Muzyka nagrana przez Oplę naszpikowana jest silnym ładunkiem emocjonalnym i surową energią. Hubert Zemler z lekkością trzyma wszystko w ryzach, nadaje ton całemu przedsięwzięciu i dba o odpowiednią dynamikę poszczególnych utworów. Zazwyczaj używa do tego prostych środków i jest w tym bezbłędny. Piotr Bukowski z kolei wspina się na wyżyny swoich umiejętności. Brzmienie jego gitary jest brudne, ciężkie i hałaśliwe.
"Obertasy" to jedna z tych płyt, które zaskakują nieoczywistym podejściem do tematu polskiego folkloru. Artyści nie biegną za tłumem, zdecydowanie podążając własną, kreatywną drogą. Warto im w tym potowarzyszyć. Mocne wrażenia gwarantowane.
Piotr Mełech - clarinets
Łukasz Kacperczyk - modular synth
Michał Kasperek - drums
Third Source
ANTENNA NON GRATA CD 05/2019
By Piotr Wojdat
Ile jest cukru w Cukrze? Ano niewiele, być może zaledwie szczypta. Trio, które tworzą klarnecista Piotr Mełech, perkusista Michał Kasperek i Łukasz Kacperczyk obsługujący syntezator modularny, wbrew nazwie, nie raczy nas muzycznymi drażami i landrynkami, które tuczą i na których wychowały się całe pokolenia. Po wysłuchaniu "Third Source" nie poczujemy się nawet jak po zjedzeniu tortu przekładanego bitą śmietaną i owocami, czy bardzo czekoladowego brownie. Na dłuższą metę to dobrze. Cukier zaburza gospodarkę hormonalną organizmu, ogołaca organizm ze składników mineralnych i uzależnia jak narkotyk. Słodkie życie bez cukru? Tak, to możliwe!
Aby się o tym przekonać na własne uszy i aby odczuły to też nasze kubki smakowe, najlepiej sięgnąć po... najnowszy album zespołu Cukier. Muzyka zarejestrowana przez trio działa na słuchacza z dużą intensywnością, pobudza organizm i zaciekawia niecodziennymi dźwiękami. Za zawartość płyty odpowiedzialni są artyści, których znamy z wielu różnych projektów. Piotra Mełecha kojarzymy m.in. z projektu Melech Plays Gebirtig, Warsaw Improvisers Orchestra, Rafał Gorzycki The Tuners czy Kwartetu Mełech/Majewski/Królikowski/Buhl. Michał Kasperek to również czołowa postać Warsaw Improvisers Orchestra i Infant Joy Quintet. Łukasz Kacperczyk współtworzy z kolei Modular String Trio czy Paper Cuts. Jako Cukier współpracują już ze sobą od dłuższego czasu i mają na koncie kasetę "821" wydaną w wytwórni Pawlacz Perski. Teraz mamy okazję posłuchać albumu "Third Source", który ukazał się za sprawą wydawnictwa Antenna Non Grata.
Formacja w umiejętny sposób balansuje na granicy muzyki improwizowanej, elektroakustycznej i eksperymentalnej. W moim przekonaniu szczególną rolę w tej układance odgrywa Łukasz Kacperczyk. Brzmienie syntezatora modularnego, choć nie zawsze wysuwające się na pierwszy plan, wprowadza do improwizacji opartych na klarnecie i perkusji dodatkową przestrzeń oraz poszerza paletę barw i dźwięków. Dzięki temu Cukier zdecydowanie wyróżnia się na tle innych składów grających muzykę improwizowaną - czasami skręca w rejony zarezerwowane dla wykonawców ambientu, a innym razem, jak np. w finałowym "On And On", poraża energią i hałasem.
"Third Source" wymyka się łatwym klasyfikacjom i prędzej zainteresuje tych, którzy szukają nowych muzycznych doznań niż zwolenników konkretnych stylistyk. A jazzu jest tutaj tyle, ile cukru w Cukrze - może zawierać śladowe ilości.
Adam Witkowski - guitars, synth
Wojciech Juchniewicz - bass
Krzysztof Topolski - drums, synth
with
Paweł Kulczyński - synth
Tomasz Ziętek - trumpet
DJ Paulo - turntable
Mikołaj Trzaska - bass clarinet
Maciej Bączyk - synth, looper
Outlines
THISISNOTARECORD 2018
By Piotr Wojdat
Poprzedni studyjny album zespołu Wolność został wypuszczony na światło dzienne przez wytwórnię Kilogram Records. Wydawać by się zatem mogło, że pod kuratelą Mikołaja Trzaski o rozgłos będzie dużo łatwiej, a potem to w ogóle będzie już z górki. Niestety, nadzieja prysła jak bańka mydlana. Gdańska grupa nie odniosła na tym polu znaczących sukcesów i nowa zeszłoroczna płyta zatytułowana "Outlines" niewiele w tej sytuacji zmienia. Z Wolnością jest taki problem, że, używając żargonu specjalistów od SEM i SEO, ich muzyka słabo się pozycjonuje. Nie jest skrojona pod gusta konkretnych grup odbiorców i nie wpasowuje się w wąskie szuflady stylistyczne.
Gdy słucham drugiego albumu Wolności, przypominam sobie o dokonaniach nowojorskich zespołów z końca lat 70. i początku kolejnej dekady, które wychodząc od punk rocka, zainspirowały się free jazzem, elektroniką i funkiem. I właśnie ten undergroundowy sznyt jest wyczuwalny w muzyce gdańskiej formacji od pierwszych taktów "Poollowers". Brudne brzmienie syntezatorów, tnące jak brzytwa dźwięki gitary elektrycznej oraz zdekonstruowany groove są obecne niemal przez cały czas trwania "Outlines".
Za muzykę zawartą na recenzowanej przeze mnie płycie odpowiedzialny jest Adam Witkowski, którego można kojarzyć z zespołu Nagrobki. Z perkusistą Krzysztofem Topolskim, znanym także jako Arszyn, (kto pamięta jego świetny duet z saksofonistą Tomaszem Dudą?) współpracuje też w projekcie Woda. Skład uzupełnia basista Wojtek Juchniewicz realizujący swoje pomysły w zespole Trupa Trupa.
W kilku utworach towarzyszą im goście. W najdłuższym na płycie "Thom Tom Tohome" i zamykającym "Raport w Founded" słyszymy charakterystyczne dźwięki klarnetu basowego Mikołaja Trzaski. Ukłonem w stronę fanów jazzu jest też udział trębacza Tomasza Ziętka w "Weather Trip". Najbardziej z całego zestawu przekonuje mnie jednak "Wełniacz", gdzie DJ Paulo znakomicie wpasowuje się w koncept z old schoolowymi skreczami na gramofonie.
Paweł Szamburski - clarinet
Michał Górczyński - contrabass clarinet
Tomasz Pokrzywiński - cello
Olga Mysłowska - vocal (10)
Ars Moriendi
LADO ABC C/31
By Piotr Wojdat
Dużo się pisze o triu Bastarda, że jest to jeden z najoryginalniejszych zespołów funkcjonujących obecnie na polskiej scenie muzycznej. Nikt nie gra tak jak oni, nikt w ten sposób nie interpretuje muzyki dawnej, jak artyści odpowiedzialni za zawartość "Ars Moriendi". Na pierwszy rzut oka takie stwierdzenia mogą budzić pewne wątpliwości. Bo czy można jeszcze być w dzisiejszych czasach oryginalnym? Przy tak powszechnym dostępie do muzyki poprzez serwisy streamingowe i w dobie stylistycznego recyklingu, gdzie prawie wszystko mamy podane jak na tacy i coraz mniej czasu poświęcamy na to, by wsłuchać się w przekaz artystów… Nawet jeśli ktoś wykaże się autorską wizją, czy będziemy to w stanie jednoznacznie stwierdzić i docenić?
Nic nie poradzę na to, że w przypadku Bastardy właśnie wspomniana oryginalność jest tym, co wyróżnia ten zespół z tłumu i żeby to dostrzec, trzeba poświęcić płycie absolutnie całą uwagę. To, co grają, nie zaszufladkujemy ani jako muzyki współczesnej, ani dawnej, ani jako jazzu. Nie wiem zresztą, czy jest sens twierdzić, że ich muzyka jest wypadkową tych gatunków. Lepiej zwrócić uwagę na to, iż już sam zestaw instrumentów, z których korzysta trio, sprawia, że mamy do czynienia z projektem wyjątkowym co najmniej na skalę krajową.
Brzmienie klarnetu kontrabasowego Michała Górczyńskiego zestawione z wiolonczelą Tomasza Pokrzywińskiego i klarnetem Pawła Szamburskiego doskonale sprawdziło się na "Promitat Eterno" sprzed dwóch lat. Wtedy jednak formacja podejmowała wątki muzyki średniowiecznej, a konkretnie brała na warsztat utwory Piotra Wilhelmiego z Grudziądza. Tym razem punktem zaczepienia jest repertuar zebrany przez muzykologa Antonio Chemottiego i nieco późniejszy od tego, którego mieliśmy okazję słuchać na poprzedniej płycie. Tematem przewodnim jest śmierć oraz związana z nią ceremonia pogrzebowa. Zestaw instrumentów identyczny jak na "Promitaat Eterno" ponownie okazuje się być znakomitym wyborem.
"Ars Moriendi" wychodzi od litanii, psalmów pokutnych czy śpiewów chorałowych po to, by nadać im współczesny sznyt. Bastarda stara się wyrazić ludzkie emocje związane ze śmiercią w przemyślany i dojrzały sposób, a jednocześnie zachowuje swój charakterystyczny styl. Sporo mamy tu momentów kontemplacyjnych, balansowania na granicy smutku i nadziei, a także operowania szeroką skalą dynamiki. Czasami słyszymy tylko oddech któregoś z muzyków albo niewyraźne szmery. Doskonale koresponduje to z melancholijną melodyką, a także z momentami, w których zespół wspólnie buduje wyraziste riffy.
Mocne akcenty zdarzają się m.in. w otwierającym album “Vita In Ligno Moritur”. Potem jednak Bastarda płynnie przechodzi od liryzmu do rozsądnie dawkowanych sonorystycznych eksperymentów. W ostatecznym rozrachunku prezentuje muzykę, która działa na słuchacza niczym magnes. Jest światem samym w sobie i dłuższą chwilą oderwania od codzienności sprzyjającą przemyśleniom. A przy okazji to idealna odtrutka na taśmowe słuchanie muzyki i bycie na bieżąco ze wszystkim, co nowe.
Michał Mike - trumpet
Artur Majewski - cornet processed
Sławomir Szudrowicz - guitar
Alena Domanowski - vocal
Tomasz Krzemiński - vocal
Piotr Komosiński - synth, electronics, cymbals, bass, ukulele bass, vocal
Dariusz Domanowski - gongs, percussion, bowls, vocal
All In Forms
PRIVATE EDITION 2018
By Piotr Wojdat
Pod koniec 2018 roku ukazała się ciekawa płyta, która wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom i raczej nie została zauważona przez dziennikarzy i krytyków. Mowa o albumie formacji Die Perspektive, którą do życia powołał basista i multiinstrumentalista Piotr Komosiński, znany m.in. z grup Potty Umbrella czy Hotel Kosmos. Z racji, że muzyka na niej zawarta z jazzem nie ma zbyt wiele wspólnego, warto wpierw uzasadnić obecność tej recenzji na łamach serwisu Polish Jazz.
Wspomniany Piotr Komosiński to bezdyskusyjnie spiritus movens tego artystycznego przedsięwzięcia. W skład Die Perspektive wchodzą jednak także artyści, których związki z jazzem i muzyką improwizowaną są mniej lub bardziej oczywiste. Trzeba tu wymienić kornecistę Artura Majewskiego kojarzonego z Mikrokolektywem czy Tone Hunting, trębacza Michała Mike (Groove Gravity) i gitarzystę Sławomira Szudrowicza mającego na koncie współpracę np. z Jerzym Mazzolem i Grzegorzem Pleszyńskim.
Mam zatem kolejny pretekst, by napisać o płycie niejazzowej, która pomimo, że jest krótka, to odznacza się różnorodnością stylistyczną i takimi też nawiązaniami. Skoro jazzu jest tu jak na lekarstwo, to z czym w takim razie mamy do czynienia? Z muzyką, która jest wypadkową inspiracji ambientem, eksperymentalnym rockiem i szeroko pojmowaną psychodelią. Coś dla siebie znajdą tu zarówno fani Innercity Ensemble, jak i projektów Rafała Iwańskiego.
W utworach, w których na pierwszy plan wysuwa się kornet Artura Majewskiego, dźwięki są przepuszczane przez elektroniczne efekty. Przypomina to trochę dokonania zespołu kIRk. Uwagę zwraca też nagromadzenie środków wyrazu. Z jednej strony elektronika i syntezatory są istotnym elementem brzmienia Die Perspektive. Z drugiej pojawiają się też instrumenty akustyczne i gitara elektryczna. Miejsca nie brakuje też na ukulele, cymbały i instrumenty perkusyjne.
W przypadku "All In Forms" od nadmiaru głowa nie boli. Wydawałoby się, że połączenie brzmień akustycznych z elektrycznymi, elektroniką i etnicznymi odniesieniami, jest czymś, co można określić jako porywanie się z motyką na słońce. W tym przypadku tak się nie dzieje. "All In Forms" to udane połączenie licznych inspiracji i dobry prognostyk na przyszłe działania Die Perspektive.
Marek Pospieszalski - tenor saxophone
Kuba Janicki - drums
Afroaleatoryzm
LADO ABC 2018
By Piotr Wojdat
Tak się składa, że w ostatnim czasie na łamach serwisu Polish Jazz przybliżam albumy debiutantów, którzy swoje nagrania powierzają w dobre ręce przedstawicieli wytwórni Lado ABC. Nie, żebym z tego powodu narzekał. Wręcz przeciwnie: warszawski label gwarantuje muzykę, która wyróżnia się na polskiej scenie oryginalnością i mnogością stylistycznych odniesień. Niedawno opisywałem pierwszy długogrający materiał zespołu Pokusa i działo się na nim sporo ciekawego. Tym razem postaram się nieco przybliżyć debiut grupy Malediwy, której propozycja albumowa również do banalnych nie należy.
Nazwa zespołu budzi dosyć oczywiste skojarzenia z rajskim archipelagiem wysp, który jest wymarzonym miejscem dla spragnionych słońca, pięknych plaż i turkusowej wody. Formacja nie gra jednak muzyki wakacyjnej, nie jest to nawet chillwave albo jakaś nowoczesna odmiana synthpopu. Z drugiej zaś strony autorzy płyty "Afroaleatoryzm" nie sięgają raczej po inspiracje lokalną muzyką z wysp na Oceanie Indyjskim. A jeśli to nawet robią, to nie sposób takie nawiązania wychwycić. Saksofonista Marek Pospieszalski i perkusista Kuba Janicki, którzy znają się chociażby z kwintetu Wojtka Mazolewskiego, stawiają na… żywiołowy free jazz.
W opisie do płyty artyści przyznają, że inspiracją do jej powstania była wymyślona przez trębacza Andrzeja Przybielskiego koncepcja aleatorycznego funku. Myślę, że przedrostek afro, który jest częścią wyrazu będącego tytułem płyty, to bardziej klarowna inspiracja. Słychać to przede wszystkim w tym, jak na perkusji gra Kuba Janicki. Co prawda nie nawiązuje do muzyki afrykańskiej w sposób oczywisty, ale pojawiają się polirytmie, transowość i nieco połamany groove. A że mamy do czynienia z materiałem koncertowym, to wybrzmiewa to wszystko z dużą intensywnością.
Marek Pospieszalski ma dzięki tej skupionej grze perkusisty szerokie pole do popisu. Żarliwe improwizacje przeplata z zarysami motywów melodycznych, które bywa, że są kontrapunktem dla tego, co tworzy Janicki. Z nagrań buzuje energia, spontaniczność i duża radość z tworzenia. Zawartość albumu "Afroaleatoryzm" może przywodzić na myśl dokonania artystów z przełomu lat 60. i 70., którzy - jak np. Frank Wright czy Noah Howard - specjalizowali się w łączeniu ostrego improwizowanego jazzu ze spirytualną, wręcz natchnioną rytmiką.