Katarina Aleksić — skrzypce, bęben basowy, wokal
Branislava Podrumac — wokal
Paweł Szamburski — klarnet
Tomasz Pokrzywiński — wiolonczela
Michał Górczyński — klarnet kontrabasowy
Wydawca: Audio Cave (2023)
Zespół Bastarda jest niezwykle aktywny w tym roku. Po majowej premierze albumu Fado przyszedł czas na Kołowrót z towarzyszeniem Chóru Uniwersytetu SWPS.
Na całość składają się cztery kompozycje – Wiosna,
Lato, Jesień oraz Zima. Koncept na album odnoszący się do pór roku
jest już nam dobrze znany i może nawet trochę oklepany (Grzech Piotrowski i
album Six Seasons, czy Ben Wendel z albumem Seasons). No ale dobrze,
niech i tak będzie. Wszak chodzi tu głównie o muzykę, a nie o nazwy utworów.
Na tym polu album wypada wręcz wybitnie. Do
świetnego przygotowania instrumentalistów już się przyzwyczailiśmy. Do
klezmerskiej duszy klarnecisty (Paweł Szamburski) również. Piękne brzmienie
klarnetu kontrabasowego (Michał Górczyński) oraz niezbyt skomplikowane acz
niezwykle silne i charakterystyczne ostinata basowe także są nam świetnie
znane. Całość uzupełnia wiolonczela (Tomasz Pokrzywiński).
To co tak naprawdę wyróżnia ten album od
dotychczasowych dokonań Bastardy to Chór Uniwersytetu SWPS pod dyrekcją Ewy
Mackiewicz. To on powoduje, że muzyka jest inna, że wnosi coś dodatkowego do obecnego
dorobku zespołu oraz całej naszej rodzimej sceny muzycznej. Wszystkie elementy
tego dzieła świetnie się ze sobą komponują. Praktycznie na każdym kroku
słychać, że artyści wiedzieli co chcą osiągnąć i w jaki sposób. Nie ma tu nic
przypadkowego, zbędnego. Świetny mix minimalizmu, folku i wschodnioeuropejskiej
melancholii.
To z czym mam mały problem, to klasyfikacja
albumu jako szeroko pojęty „Jazz”. To nie jest jazz. Pomijając już fakt, że
elementy improwizowane stanowią niewielki procent całej płyty, to po prostu nie
ma nic wspólnego z jazzem. Jakbym zatem sklasyfikował ten album? Szczerze
mówiąc, nie mam bladego pojęcia. Ale czy to źle? Czy takie klasyfikacje są w
ogóle do czegoś potrzebne? Po pierwsze, w moim odczuciu to bardzo dobrze, że
zespołu nie da się włożyć do jednej szuflady z jasno określonym gatunkiem. Świadczy
to o oryginalności i wybitnie autorskim podejściu do muzyki. Co więcej, wierzę
również, że szuflady z określonymi gatunkami muzycznymi są elementem zbędnym. Oduczmy
się słuchać „jazzu”, „rocka”, „popu”, a nauczmy się słuchać muzyki. Chodzi bowiem
o to, aby muzyka była dobra, a ta niewątpliwie taka jest.
Już na debiutanckim krążku z 2017 roku
Bastarda dała o sobie znać jako zespół z unikatowym brzmieniem i pomysłem na
muzykę – coś rzadko spotykanego w debiutach. Widziałem w tym jednak pewną
pułapkę, w którą zespół niejako sam się wpędzał. Brzmienie Bastardy jest bowiem
tak oryginalne, iż nie trudno o zaszufladkowanie i pytanie co dalej można z tą
muzyką zrobić.
Jak się okazuje, można wiele. Dowodem jest
majowy album Fado z towarzyszeniem portugalskiego gitarzysty i wokalisty
João de Sousy oraz październikowy Kołowrót. Moje pierwotne obawy okazały
się nieuzasadnione i wszystko wskazuje na to, że Bastarda swoją muzyką nie
powiedziała nam jeszcze ostatniego słowa. Poprzeczka stoi naprawdę wysoko. Z
niecierpliwością czekam na kolejną porcję muzyki od tria.
Swego
czasu poczytny magazyn Disc & Music Echo wydanie z 20 marca 1971
roku przyozdobił nagłówkiem krzyczącym: Good Heavens, Now Ian Anderson Wants
Us to Think! Dziennikarzom tego magazynu chodziło oczywiście o wydany
dosłownie kilkanaście godzin wcześniej genialny album Aqualung grupy
Jethro Tull. Slogan ten ponad pięćdziesiąt lat później kołatał mi się po
głowie, gdy z coraz większym zaciekawieniem przysłuchiwałem się płycie Uroboros
Pawła Szamburskiego. Mój Boże, tym razem Szamburski chce żebyśmy naprawdę
coś poczuli…
Napisać,
że Uroboros to solowa płyta Szamburskiego to tak naprawdę nic nie
napisać. Wszak to raczej samotny, zgoła egzystencjalny skok na głęboką wodę i
to zarówno z perspektywy muzycznej, jak i filozoficznej. Nasz eksportowy
klarnecista za duchowego przywódcę płyty obrał tajemniczego Uroborosa.
Symbolika tego zjadającego samego siebie węża wielokrotnie w dziejach kultury
była reinterpretowana, jednak dla Szamburskiego ten jakże niepokojący gad staje
się adekwatną ilustracją cyklu życiowego. Narodziny, Życie, Śmierć
– pozornie banalne tytuły poszczególnych kompozycji układają się jednak w
nieznośnie brutalny i bezwzględny schemat życia. Ot, tylko tyle i aż tyle…
Całą
płytę otwiera wbijające się w mózg tykanie zegara. Być może znany to motyw
wszystkim miłośnikom starego rocka, lecz jak stwierdziłby tytułem swojej płyty
pewien wesolutki zespół punkowy z Gdańska To nie jest k**** Pink Floyd.
Skończmy jednak z durnowatym kabotyństwem przeze mnie uprawianym, wszak
wsłuchując się przepotężne brzmienie klarnetu basowego z utworu Narodziny na
pewno przesadnie do śmiechu nam być nie powinno. Szamburski operuje
pojedynczymi plamami dźwiękowymi, tak odległymi od tradycyjnie pojmowanej
melodii, lecz współtworzącymi jednak pełen napięcia i wyczekiwania pejzaż. Ten
ilustracyjny klimat ulatnia się dopiero w finałowych partiach kompozycji.
Eksperymentalny pozorny chaos przełamuje stonowana, lecz niepokojąca fraza klarnetu,
przynosząca choć chwilę ukojenia. Najciekawsze jednak nadal przed nami… Codę
utworu stanowi prawdziwy popis wokalny Józefy Albiniak wykonującej tradycyjny
utwór Wokół dziecka. I to jest, proszę państwa, prawdziwa petarda.
Przyznać muszę, że już dawno nie słyszałem w czyimkolwiek głosie tak wiele
żaru, pasji i emocji, lecz również, mam wrażenie, z trudem skrywanego
niepokoju. Na tle przeciągłych dźwięków generowanych przez Szamburskiego całość
wybrzmiewa wręcz piorunująco. To właśnie powracający raz na jakiś czas na tej
płycie głęboko osadzony w polskiej tradycji wokal stanowi o nieprawdopodobnej
sile rażenia Uroborosa. W jednym tworze splata się nowoczesność i
tradycja, przeszłość i teraźniejszość, słowem, muzyka dalece wykraczająca poza
jakiekolwiek ramy czasowe. Ciut, ciut słabiej (co absolutnie nie znaczy, że
źle!) wypada moim zdaniem utwór Życie, który jest jedną długaśną improwizacją Szamburskiego. I choć zdecydowanie słucha się jej bez krztyny
nawet znużenia, to jednak na gruncie tak potężnych towarzyszek jak Narodziny
i Śmierć, to właśnie Życie okazuje się najmniej atrakcyjne… A
sama Śmierć nie taka straszna jakby się mogło komuś wydawać. Choć przepełniona
jest ona melancholią i, co w pełni zrozumiałe, tęsknotą, to sięgnęła już tak
dalece poza naszą ziemską rozpacz, że roztaczać zaczyna wokół nas pewne
niezrozumiałe piękno. I jeszcze te surowe głosy w końcowej części kompozycji,
które po raz kolejny wprawiają w osłupienie, tym razem, że oto już nastąpił
koniec…
Panie
Szamburski! Udało się Panu doskonale. Coś poczuliśmy. Nie do końca wiemy
co, lecz jesteśmy pewni, że oto chwytamy czegoś dalece wykraczającego poza
świat sztuki…
Mikołaj Trzaska
Paweł Szamburski